Prawdopodobnie były agent wywiadu, Mariuszu Muszyński, będzie w przyszłości kontrolował polskich sędziów
Prawdopodobnie były agent wywiadu, zmuszony do opuszczenia Niemiec, będzie w przyszłości kontrolował polskich sędziów – tak o Mariuszu Muszyńskim pisze w środę „Sueddeutsche Zeitung”.
„Człowiek, który w przyszłości ma kontrolować sędziów w Polsce, jest nie tylko zwolennikiem rządzącej (partii) PiS, lecz w dodatku był wcześniej prawdopodobnie agentem w Berlinie” – pisze Florian Hassel w środę w dzienniku „Sueddeutsche Zeitung”. Niemiecki dziennikarz zaczyna relację z Warszawy jak bajkę: „Był sobie kiedyś w Polsce wymiar sprawiedliwości”.
Początek kariery w wywiadzie
„54-letni Mariusz Muszyński zdobywał zawodowe ostrogi w polskim wywiadzie zagranicznym. W latach 90. agent Muszyński był oficjalnie kierownikiem działu prawnego konsulatu w Berlinie. Jego rzeczywista misja polegała jednak, zdaniem Gazety Wyborczej, na kontroli polskich szpiegów w Berlinie” – czytamy w „SZ”. Hassel dodaje za „Wyborczą”, że do obowiązków Muszyńskiego należało „prowadzenie” Julii Przyłębskiej – byłej sędzi w Poznaniu, która pracowała w latach 90., podobnie jak jej mąż Andrzej, w ambasadzie RP w Berlinie.
Próba werbunku?
Z relacji „GW”, której – jak pisze Hassel – nigdy nie zdementowano, wynika, że na polecenie niemieckiego rządu Muszyński musiał opuścić Berlin. „Prawdopodobną przyczyną była próba zwerbowania dyplomaty z niemieckiego MSZ” – tłumaczy autor.
Dziennikarz „SZ” przypomina, że po zwycięstwie w wyborach w 2015 roku, PiS podporządkował sobie w pierwszej kolejności Trybunał Konstytucyjny. „W miejsce trzech legalnie wybranych, lecz jeszcze niezaprzysiężonych przez prezydenta sędziów, parlament wybrał na sędziów TK trzech „sobowtórów”, jak nazwano ich w Polsce, a jednym z nich był Mariusz Muszyński” – czytamy w „SZ”.
Stanowisko w TK
Muszyński „nie miał co prawda żadnego doświadczenia jako sędzia, lecz był za to człowiekiem bliskim partii”. W lipcu 2017 roku Muszyński został wiceprezesem TK, a prezesem jego „stara znajoma” Julia Przyłębska – pisze warszawski korespondent „SZ”.
„Najważniejszym zadaniem tandemu Przyłębska-Muszyński jest zapewnienie odpowiedniego składu sędziów w postępowaniach uznanych za krytyczne” – tłumaczy Hassel. Jak podkreśla, rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar składa do TK liczne skargi. Przyłębska i Muszyński decydują, że w takich krytycznych przypadkach orzeka nie cały skład, lecz izba składająca się z pięciu sędziów, w której sędziowie PiS mają większość.
Od czasu przejęcia kontroli nad TK przez PiS, Trybunał nie wydał ani jednego orzeczenia niekorzystnego dla rządu – zaznacza autor. Obecnie kontrola PiS ma zostać rozszerzona na Sąd Najwyższy. Hassel pisze, że wskutek kilku „najwyraźniej sprzecznych z konstytucją” ustaw, dziesiątki sędziów „zostało wysłanych na przymusową emeryturę”, a proces wyboru nowych sędziów jest podporządkowany rządowi i prezydentowi.
Z TK do SN
PiS tworzy dwie nowe izby: jedna może uznać za nieważny każdy wyrok z ubiegłych 20 lat. Druga to Izba Dyscyplinarna, która może w przyszłości „ukarać każdego sędziego i pracownika wymiaru sprawiedliwości, a nawet zwolnić go z urzędu”. „Minister sprawiedliwości będący równocześnie prokuratorem generalnym wskazał kandydata do Izby Dyscyplinarnej: Mariusza Muszyńskiego” – pisze Hassel. Jak dodaje, nikt nie ma wątpliwości, że jeszcze we wrześniu kandydat zostanie sędzią nowej izby, a być może nawet będzie nią kierował.
Powyższy artykuł jest jedynie omówieniem głosu prasy i niekoniecznie odzwierciedla stanowisko Redakcji
REDAKCJA POLECA
Agnieszka Holland: Jeśli Ołeh Sencow nie będzie przepraszać za czyny, których nie popełnił, to Putin pozwoli mu umrzeć

Rozmawiała Laura Döing
Głodówka Ołeha nie dotyczy wyłącznie jego, tylko wszystkich ukraińskich więźniów politycznych. Ołeh chce być z nimi solidarny, wiedząc, że nie jest anonimowym więźniem – mówi Agnieszka Holland.
Deutsche Welle: Ukraiński reżyser Ołeh Sencow od ponad 4 lat siedzi w rosyjskim więzieniu. Moskwa oskarża go o utworzenie na Krymie organizacji terrorystycznej i próbę przeprowadzenia zamachów. Skazano go na 20 lat pozbawienia wolności. Od 14 maja Ołeh Sencow prowadzi głodówkę. Czy ma pani jakieś nowe informacje o jego stanie zdrowia?
Agnieszka Holland: Nie, nie mam. Liczyliśmy na to, że po sobotnim spotkaniu Angeli Merkel z Władimirem Putinem nastąpi jakaś reakcja. Nie wiemy jednak niczego nowego o stanie jego zdrowia.
Wszyscy starają się coś wskórać: Unia Europejska, rząd Niemiec, Emmanuel Macron. Jednak wygląda na to, że Władimir Putin zdecydował, że nie jest konieczne pokazanie przyjaznej twarzy. On chce, żeby Ołeh się ugiął, ukorzył. A jeśli Ołeh tego nie zrobi, nie będzie chciał się ukorzyć i przepraszać za czyny, których wcale nie popełnił, to wtedy Putin pozwoli mu umrzeć.
DW: W ubiegłym tygodniu Kreml odrzucił prośbę o ułaskawienie Sencowa złożoną przez jego matkę…
Agnieszka Holland: Dokładnie. Kreml stwierdził, że Ołeh powinien sam poprosić o łaskę, bo takie są reguły. Ale to nieprawda. W sprawie Pussy Riot albo Chodorkowskiego zdarzało się, że o łaskę prosili za nich inni. Prośba o ułaskawienie oznacza też przyznanie się do winy, a Ołeh zawsze powtarzał, że jest niewinny. Dzięki Amnesty International i innym organizacjom wiemy, że nigdy nie dopuścił się zarzucanych mu czynów. To błędne koło. Ołeh z pewnością nie poprosi o łaskę i nie zgodzi się na zwolnienie, jeśli nie zostaną zwolnieni także jego współwięźniowie. Putin nie uważa jednak, że potrzebny jest symboliczny gest pokazujący światu, że nie jest brutalnym i okrutnym władcą. A skoro uważa, że tego nie potrzeba, to nic się nie wydarzy. Wszystkie jego działania bazują na politycznych interesach. Putin ma świadomość, że Zachód nie jest dostatecznie silny, aby ukarać go za jego działania. Dlatego w sprawie Ołeha Sencowa jestem pesymistką. Wszystko spoczywa teraz w rękach jednego, nieobliczalnego człowieka. Musimy mieć nadzieję, że jego nieobliczalność tym razem będzie miała pozytywne skutki.
DW: Wspomniała pani, że Sencow domaga się zwolnienia wszystkich więźniów politycznych z Ukrainy.
Agnieszka Holland: Tak. Głodówka Ołeha nie dotyczy wyłącznie jego, lecz wszystkich ukraińskich więźniów politycznych. Większość z nich to zakładnicy obecnej sytuacji politycznej. Nie popełnili czynów, o które ich się oskarża. Ołeh chce być z nimi solidarny, wiedząc, że nie jest anonimowym więźniem. Jest reżyserem, ma przyjaciół w różnych krajach. Nie umrze w ciszy. Dlatego poświęca się dla tych nieznanych. W ten sposób ma nadzieję, naświetlić sytuację więźniów politycznych z Ukrainy, uprowadzonych do Rosji albo tam zatrzymanych.
DW: Europejska Akademia Filmowa wielokrotnie apelowała o uwolnienie Sencowa. Akademia zbiera też pieniądze na pokrycie kosztów pracy prawników oraz dla dzieci Sencowa, którymi obecnie opiekuje się babcia. Planujecie kolejne akcje?
Agnieszka Holland: Na razie czekamy. Nasze pole manewru jest ograniczone. Możemy pisać listy otwarte i planować protesty – co robiliśmy już zresztą na wielu festiwalach filmowych i naszych imprezach.
Jako Europejska Akademia Filmowa mamy kontakty, także z rządami różnych państw. Próbujemy wykorzystywać nasze wpływy na politykę.
Zbieramy pieniądze, używamy mediów społecznościowych, aby jak najszerzej informować o tym, jaki jest stan Ołeha. To wszystko, co możemy zrobić. Nie możemy zmienić zdania tyrana. Więc musimy się modlić, aby wszystko to przyniosło skutek i żeby nie było już za późno.
DW: Wciąż uważa Pani, że publiczne wywieranie nacisku pomoże?
Agnieszka Holland: Nie wiem, jakie miałoby być inne wyjście. Najlepsza jest mieszanka publicznej i dyplomatycznej presji. Już wcześniej okazywała się ona skuteczna. Poza tym to ważne dla samego Ołeha, żeby wiedział, że o nim nie zapomnieliśmy, że ludzie w różnych krajach o nim pamiętają i starają się mu pomóc. To taki moralny komunikat, że nie zapominamy naszego kolegi, który jest w potrzebie i jest bezprawnie więziony. Robimy to także dla nas samych. Dzięki temu nie czujemy się całkowicie bezsilni.
REDAKCJA POLECA
Roman Giertych: Korupcja mediów

<strong>Roman Giertych
W moim przekonaniu większość (choć nie wszystkie) wpisy, artykuły lub materiały, które są publikowane w mediach niezależnych, a wychwalają PiS w jakimś aspekcie są po prostu sponsorowane.
Dzieje się coś dziwnego. Obserwujemy zjawisko, którego nasilenie świadczy o poważnej patologii w mediach.
Nie mówię tutaj o mediach publicznych, gdyż one już od trzech lat z mediami nie mają nic wspólnego. Mówię tutaj o pozostałej części mediów. Zasadniczo pojawiają się w nich artykuły, które odpowiadają prawdzie. Jednak czasem publikowane są treści, które są w sposób oczywisty zakamuflowaną propagandą PiS.
Być może pochodzącą z głupoty albo naśladownictwa. Ale to byłoby założenie pozytywne. W moim przekonaniu większość (choć nie wszystkie) wpisy, artykuły lub materiały, które są publikowane w mediach niezależnych, a wychwalają PiS w jakimś aspekcie są po prostu sponsorowane.
PiS dysponuje ogromnymi pieniędzmi publicznymi, którymi jak widzimy chociażby na przykładzie PCK, posługuje się w celach politycznych. Również sponsoring mediów tzw. prawicowych, to używanie pieniędzy publicznych lub półpublicznych (ze spółek SP) do polityki.
Niestety nie od dziś znane jest zjawisko zatrudniania agencji PR, których celem jest wykupywanie artykułów u dziennikarzy celem publikacji w prywatnych mediach bez zgody właściciela.
Obserwuję obecnie przebieg tego zjawiska na masową skalę chociażby przy ocenie najważniejszej, pojedynczej kampanii tego roku, czyli pojedynku w Warszawie.
Pojawił się sondaż, w którym w pierwszej turze wygrywa Trzaskowski z 37/33, a w drugiej 56/37. (Na marginesie dodam, że z Rafałem Trzaskowskim dzielą mnie ogromne różnice poglądów).
Po publikacji takiego sondażu wydawało się, że sprawa komentarzy jest oczywista. Trzaskowski bije na głowę Jakiego. Wynik słabszy z I tury jest oczywisty, gdyż mamy w Warszawie wysyp kandydatów lewicowych, którzy odbierają nieco głosów kandydatowi Koalicji Obywatelskiej, ale w drugiej turze wszystkie te głosy padają na Trzaskowskiego. Na dodatek tendencja jest korzystna dla Trzaskowskiego, a Jaki nie może wyjść poza elektorat PiS.
Cztery lata temu p. Sasin w II turze dostał 42% i sromotnie przegrał. Dziś p. Jaki ma wynik słabszy o pięć punktów procentowych. Tymczasem ze zdumieniem możemy obserwować zalew komentarzy o tym, jaka fatalna jest kampania Trzaskowskiego. Kandydat ten (podobnie zresztą jak Jaki) haruje jak wół, a dziennikarze mówią, że jest niewidoczny. Zdobywa w sondażu prawie 20 punktów procentowych więcej niż przeciwnik, a niektórzy mówią, że sondaże pokazują wyrównaną walkę.
Oczywiście, że sondaże to nie wybory, ale jeśli komentuje się taki sondaż jak ten, to podawanie interpretacji, która jest kłamliwa musi być jakoś umotywowane. Nie wierzę w przypadki.
Na miejscu właścicieli mediów wprowadziłbym nowe kontrakty, które wprowadzają olbrzymie kary umowne za sponsoring tekstów.
Roman Giertych
Adam Mazguła: Władze PiS-u na usługach Rosji

Adam Mazguła
14-go sierpnia na żądanie polskich władz deportowano na Ukrainę Ludmiłę Kozłowską, szefową fundacji Otwarty Dialog. Ludmiła Kozłowska nie jest o nic oskarżona - rząd nie podał żadnego uzasadnienia swojej decyzji. Akta sprawy są utajnione.
Żądamy natychmiastowego uchylenia alertu SIS w stosunku do Ludmiły Kozłowskiej!!
Zaprotestujmy wspólnie przeciw tej krzywdzącej i bezpodstawnej decyzji polskich władz.
14-go sierpnia na żądanie polskich władz deportowano na Ukrainę Ludmiłę Kozłowską, szefową fundacji Otwarty Dialog, a prywatnie żonę Bartka Kramka, znanego z działań w obronie polskiej demokracji.
Fundacja Otwarty Dialog przez 9 lat zajmowała się skutecznie obroną praw człowieka na Wschodzie.
Ludmiła Kozłowska nie jest o nic oskarżona – rząd nie podał żadnego uzasadnienia swojej decyzji. Akta sprawy są utajnione.
W czwartek w wielu miastach Polski odbędą się pikiety wspierające protest w Warszawie. Żądamy natychmiastowego wycofania się przez polskie władze z tej decyzji.
Przyjdźcie, bez względu na barwy organizacyjne. Zaprotestujmy wspólnie przeciw tej krzywdzącej i bezpodstawnej decyzji polskich władz!
Adam Mazguła
|
Dystrybutorem książki jest Ateneum.
Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
50. rocznica inwazji na Czechosłowację. „Praska Wiosna” jak łyk powietrza”
Zwłaszcza dla ludzi starszych był to pierwszy po długim czasie, swobodny łyk powietrza. Dla mojego pokolenia to dziedzictwo jest jednoznacznie pozytywne – mówi Jan Rychlik.

21 sierpnia 1968 wojska Układu Warszawskiego interweniowały w Czechosłowacji kończąc tzw. Praską Wiosnę. Fot. źródło: dw.de
DW: Panie Profesorze, jakie znaczenie ma dziś Praska Wiosna, która zresztą wcale nie zaczęła się w ’68 roku, ale dużo wcześniej…
Jan Rychlik: …a jeszcze do tego nie w Pradze, lecz w Bratysławie.
Może Pan to wyjaśnić?
Jan Rychlik: Ruch reformatorski zaczął się w ’63 roku w Bratysławie i był reakcją na centralistyczną konstytucję z 1960 roku. Swego rodzaju trybuną niezależnych opinii stał się wychodzący tam liberalny tygodnik „Kultúrny život” [„Życie Kulturalne”]. Dopomógł w tym także Alexander Dubczek, ówczesny I sekretarz Komunistycznej Partii Słowacji. Wprawdzie nie należał do reformatorów, ale po prostu sabotował nakazy przychodzące z Pragi.
A kiedy iskra przeskoczyła do Pragi?
Jan Rychlik: Mniej więcej rok później. To był czas, kiedy Czesi i Słowacy byli najbliżej siebie. W Czechach czytano słowackie książki, gazety i czasopisma, bo były bardziej liberalne niż to, co wychodziło w Pradze. Pamiętam, że „Kultúrny život” był towarem spod lady. Do Pragi przychodziło tak mało egzemplarzy, że ludzie przepłacali, żeby tylko go dostać.
W kolejnych latach powstał autentyczny front czesko-słowacki przeciw I sekretarzowi Komunistycznej Partii Czech i prezydentowi Czechosłowacji Antonínovi Novotnemu. W końcu go obalił na plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Czech z 5 stycznia 1968 roku.
A zatem jakie znaczenie dla Czechów i dla Słowaków ma ten rok ’68 dzisiaj? Może to są dwa różne znaczenia?
Jan Rychlik: Bez wątpienia ma znaczenie – i to dla obu narodów – jako próba humanizacji i demokratyzacji systemu komunistycznego. Ktoś może mieć dziś zastrzeżenia, że komunizm nie dawał się demokratyzować. Ale to jest myślenie ahistoryczne, bo o tym wiemy dzisiaj, ale wtedy się tego nie wiedziało.
Niektórzy wiedzieli.
Jan Rychlik: Mówimy oczywiście globalnie. W latach 60. wszędzie dochodziło do wielkich przesunięć na lewo, także w Europie Zachodniej.
Tak więc jest to bez wątpienia część historii obu narodów. A dla mojego pokolenia – miałem wtedy 14 lat; nie angażowałem się wprawdzie w żadnych akcjach publicznych, ale byłem już na tyle stary, żeby rozumieć, co się dzieje – a zwłaszcza dla ludzi starszych był to pierwszy po długim czasie, swobodny łyk powietrza. Dla mojego pokolenia to dziedzictwo jest jednoznacznie pozytywne.
Czy dziś, w sto lat od powstania Czechosłowacji i po ponad ćwierćwieczu od jej rozdzielenia, można powiedzieć, że Czechów i Słowaków łączą ze sobą jeszcze jakieś szczególne stosunki? Inne niż z każdym innym narodem?
Jan Rychlik: Myślę, że tak. Z całą pewnością świadomość tej bliskości nadal trwa. Szczególnie na Słowacji, gdzie zachowała się pasywna dwujęzyczność, która zanika u młodego czeskiego pokolenia.
Ponieważ na Słowacji oglądana jest czeska telewizja, a w Czechach słowacka mało kogo interesuje?
Jan Rychlik: Ależ zawsze tak było, że na Słowacji czytano czeskie książki, a w czechach słowackie tylko z rzadka, albo w ogóle nie. Gdyby się pan zapytał ludzi na praskiej ulicy o współczesnych pisarzy słowackich, to założę się, że większość żadnych nie będzie znała. Na Słowacji zaś nadal istnieje zainteresowanie czeską kulturą. Zawsze tak jest, że mniejszy naród bardziej interesuje się kulturą większego. Czesi przymierzali swoje osiągnięcia do Niemiec i Niemców.
Wytrzymają te szczególne czesko-słowackie stosunki jeszcze jakąś chwilę?
Jan Rychlik: Bez wątpienia. Co najmniej jedno pokolenie. A życzyłbym sobie, żeby przetrwały co najmniej sto lat. Ale to nie ja stanowię reguły tej gry.

prof. Jan Rychlík (rocznik 1954)
Historyk i etnograf, przewodniczący czeskiej części Czesko-Słowackiej Komisji Historyków. Specjalizuje się w czeskiej, słowackiej i czechosłowackiej historii najnowszej, a także w dziejach narodów bałkańskich. Naucza na uniwersytetach w Pradze i Libercu, wykładał również na uniwersytecie w słowackiej Trnawie. Podczas studiów doktoranckich na uniwersytecie w Sofii pracował w Instytucie Folkloru Bułgarskiej Akademii Nauk.
REDAKCJA POLECA
Dariusz Stokwiszewski: Dlaczego przed wyborami PiS zaczęło obawiać się Polonii?!

Dariusz Stokwiszewski
„Nagle” partii Jarosława Kaczyńskiego przestała się podobać Polonia (sic!). Dlaczego tak się dzieje i skąd te obawy rządzącej większości?! Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie nie jest dość skomplikowana
Nikt z kręgu władzy, póki, co oficjalnie tego nie stwierdził, ale skądinąd wiadomo, że „nagle” partii Jarosława Kaczyńskiego przestała się podobać Polonia (sic!). Dlaczego tak się dzieje i skąd te obawy rządzącej większości?! Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie nie jest dość skomplikowana. Trzeba tylko istotę tego zaniepokojenia, które wyrażane jest nieoficjalnie w mediach społecznościowych, wyjaśnić w sposób prosty!
Powinienem chyba zacząć od tego, że istotnie w sposobie myślenia przedstawicieli (niektórych) środowisk polonijnych poza granicami państwa, nastąpiło „przebudzenie” i zmiana postrzegania „dobrej zmiany” w sposób, w jaki ona by sobie tego życzyła. A bez wątpienia chciałaby być postrzegana, jako siła zbawcza Ojczyzny! Tak niestety nie jest i raczej nie będzie, a coraz więcej osób tę konstatację potwierdza!
Tak więc pisowskie działania, trwające już od niemal trzech lat postrzega się wszędzie, jako działania destrukcyjne, niszczące nie tylko dobre imię Polski, ale także sam kraj! To ma swoje skutki w postaci spadku zaufania do samej „siły przewodniej narodu” i jej przywódcy, który notabene od zawsze był i jest osobą „niewybieralną”. To pana Kaczyńskiego boli, bo gdyby nie sposób przeprowadzania wyborów i liczenia głosów mógłby się nigdy nie dostać nawet do Parlamentu, o funkcji prezydenta nie mówiąc!
Jednak nie to ma być istotą tego artykułu; polegać ma ona na wyjaśnieniu tego, czemu PiS zmienił zdanie i poprzez swoich społecznościowych „trolli” próbuje sprawdzić, co by się stało, gdyby nagle ordynacja wyborcza ograniczyła czy też wręcz uniemożliwiła Polonii wzięcie udziału w wyborach. Zamierzenie przyznam szczerze iście szatańskie! Czegóż to więc boją się PiS i Kaczyński? Czyżby tego, że po wielu blamażach władzy, Polonusi doszli do wniosku, że postawili na niewłaściwego konia? Tak mi się wydaje. Mało tego, pisowskie działania zdają się też ten punkt widzenia potwierdzać!
Kartka z historii: Wybory do Sejmu w 2015 roku za granicą wygrało PiS, uzyskując 33,61% głosów, wyprzedzając PO, która osiągnęła tylko 18,59%, trzeci był komitet Kukiz ’15, który uzyskał 15,31%. Kolejne zaś miejsca zajęły: patia KORWiN z 12,54% poparcia, .Nowoczesna z 9,19%, Razem z 5,46% i Zjednoczona Lewica 4,58% głosów. Takie informacje podała wówczas Państwowa Komisja Wyborcza. Nie będę podawał szczegółowo tego, jak rozkładały się głosy (można wejść w link http://www.tvn24.pl), jednak głównymi beneficjentami tamtych wyborów okazał się PiS, choć relatywnie znaczące wyniki osiągnął także obecny sojusznik „dobrej zmiany”, Kukiz ’15. Odnoszę się głównie do PiS i jej sprzymierzeńców pomijając w tym wątku inne partie i ruchy!
Co zatem może się rodzic w głowach pisowskiej „elity”, by nie dopuścić do przegranej poza granicami państwa?! Zacznę od tego, co już napisałem – PiS coś knuje, badając grunt, na ile może się jeszcze posunąć. Jego forpocztę stanowią wspomniani już „trolle” na FB i innych mediach. Nie wiem jeszcze co ta przewrotna, zdecydowana na wszystko, dla utrzymania władzy, grupa ludzi „idących po trupach do celu” uczyni, ale należy się temu zdecydowanie przeciwstawić!
Przedstawiciele Polonii są takimi samymi, równoprawnymi we wszystkim Polakami, jak my! Przesyłają zarobione na Zachodzie pieniądze wspierając swoje rodziny, które „dzięki” PiS staną się wkrótce po prostu biedne. Tu są także ich serca i umysły, tu chętnie wracają choćby tylko na krótko, bo w Polsce się wszystko dla nich zaczęło. To, że musieli wyjechać w „poszukiwaniu chleba” to chyba nie ich wina! Ta leży po stronie wszystkich kolejnych rządów po 1989 roku, ze szczególnym uwzględnieniem tego, który teraz doprowadza Polskę do samounicestwienia poprzez destrukcyjne oraz wrogie jej działania! Oczywiście winę za taki stan rzeczy (PRL) ponosi nie Polska, a jej dawni sojusznicy, którzy o nas zapomnieli po wojnie i dogadali się ze Stalinem, tworząc nowy pojałtański ład międzynarodowy wpychający Polskę w ręce sowieckie, ale to już inna kwestia.
Konstatacja moja jest następująca: nikt nie ma prawa pozbawiać Polaków będących za granicą czynnego ani biernego prawa wyborczego. Jeśliby miało do tego dojść, to byłaby to kolejna „zbrodnia” na polskim narodzie, który, choć „winien”, bo wybrał niegodną siebie władzę, to ma jak każdy prawo do zmiany postawy na właściwą! Tym bardziej że nikt nie wie, jak naprawdę Polonia zagłosuje, a te moje przypuszczenia są oparte głównie na osobistych obserwacjach, ale i do pewnego stopnia wiarygodnych informacjach.
Dariusz Stokwiszewski
Morawiecki: ja sam negocjowałem przystąpienie do UE. „Premier doprowadził do rozpaczy historyków i…psychiatrów!
– Szanowni państwo, ja sam negocjowałem przystąpienie do Unii Europejskiej 20 lat temu i doskonale wiem, jak w UE negocjuje się najlepsze transakcje – powiedział premier Mateusz Morawiecki w niedzielę w czasie spotkania w Sandomierzu z wyborcami.

Mateusz Morawiecki: ja sam negocjowałem przystąpienie do Unii Europejskiej 20 lat temu i doskonale wiem, jak w UE negocjuje się najlepsze transakcje
W niedzielę w Sandomierzu premier Mateusz Morawiecki spotkał się z wyborcami PiS. Podczas swojego wystąpienia krytykował opozycję, mówił o sukcesach rządu, rolnikach i małych przedsiębiorcach.
Przy okazji tego spotkania powiedział słowa, które wywołały szeroką dyskusję na forach internetowych.
Uwaga Hicior dzisiejszego wystąpienia Morawieckiego w Sandomierzu: Uwaga” To ja sam negocjowałem przystąpienie do UE 20 lat temu” Propaganda lała się wiadrami,o kłamstwach i szczuciu na opozycje nie wspomnę. pic.twitter.com/tmsfPJVdyB
— ,,Polska w ruinie 🇵🇱💯 (@Polskawruinie1) August 19, 2018
Jego wypowiedź wywołała szeroką dyskusję na forach internetowych.
„Nic Pan nie negocjował. Proszę choć poczekać do czasu, kiedy umrę” – skomentował wypowiedź Morawieckigo Leszek Miller, który w 2003 roku podpisywał Traktat Akcesyjny i kierował polskim rządem podczas ostatnich negocjacji z Unią Europejską.
Premier Morawiecki: „Ja sam negocjowałem przystąpienie Polski do UE 20 lat temu”. Nic Pan nie negocjował. Proszę choć poczekać do czasu, kiedy umrę.
— Leszek Miller (@LeszekMiller) August 19, 2018
„Panie Premierze wstyd!” – skomentował Roman Giertych – „Czyli gdy prosił mnie Pan o organizowanie zadym w Sejmie przeciwko warunkom traktatu, bo miało to pomóc w negocjacjach, to przychodził pan od Morawieckiego? I nic Pan o tym nie wspomniał? Mitoman!” – dodał.
Panie Premierze wstyd! Czyli gdy prosił mnie Pan o organizowanie zadym w Sejmie przeciwko warunkom traktatu, bo miało to pomóc w negocjacjach, to przychodził pan od Morawieckiego? I nic Pan o tym nie wspomniał? Mitoman! https://t.co/N9vbCvEgDc
— Roman Giertych (@GiertychRoman) August 19, 2018
„Premier Morawiecki przeszedł dziś samego siebie: doprowadził do rozpaczy językoznawców, historyków,socjologów i …psychiatrów!” – napiała pisarkaMaria Nurowska.
Co robił Morawiecki podczas negocjacji akcesyjnych?
W 1998 roku, 30 letni wówczas Mateusz Morawiecki był członkiem zespołu, który negocjował warunki przystąpienia Polski do Unii Europejskiej między innymi w obszarze finansów.
„Pod koniec lat 90. był członkiem zespołu negocjującego przystąpienie Polski do UE. W 1998 r. został zastępcą dyrektora Departamentu Negocjacji Akcesyjnych w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej MSZ.” – pisał o Mateuszu Morawieckim w 2015 roku „Newsweek” powołując się na depeszę PAP
Precyzyjnie: przez chwilę był w zespole negocjacyjnym w 1998 roku i w tym samym roku odszedł do pracy w banku. Polska weszła do UE w 2004 roku.
— Dominika Wielowieyska (@DWielowieyska) August 19, 2018
(df) thefad.pl
Rafał Sulikowski: Zamienił stryjek siekierkę na kijek. Kilka pytań do Kościoła

Rafał Sulikowski
Gabinety psychologów, psychiatrów i seksuologów pełne są znerwicowanych ludzi Kościoła, którzy mają tak głębokie objawy, że mówi się ostatnio już o „nerwicy eklezjogennej”, czyli zespole zaburzeń psychicznych, których osią jest poczucie winy i przeczucie zarówno własnej, jak i powszechnej „grzeszności”.
Zanim przejdę do rzeczy, tj. postawienia kilku w moim przekonaniu istotnych pytań całemu Kościołowi rzymskiemu, poczynić muszę wstępne zastrzeżenia, a nawet odwołać się pro domo mea. Zostałem ochrzczony i jestem chrześcijaninem wyznania rzymskiego.
Osobiście jestem osobą wierzącą, jednak nie obnoszę się z tym. Nie jest moim celem walka z Kościołem, a tym bardziej – zniszczenie go. Wręcz przeciwnie – dostrzegając cywilizacyjną i kulturotwórczą rolę tej instytucji, pragnąłbym przemienić go co najmniej w duchu Franciszka.
Walka z Kościołem, choćby się powiodła, a na to raczej liczyć nie ma co oraz jego ewentualny upadek, choćby możliwy, są raczej mało prawdopodobne i mało przemyślane.
Wielowiekowa instytucja papiestwa, utworzona na wzór dworów królewskich, a właściwie cesarskich wraz z przejętym od nich centralistycznym i absolutystycznym stylem zarządzania, tak łatwo się ani nie zreformuje, ani nie ustąpi pola siłom postępu.
Osobiście mam pewną koncepcję, nawiązującą do „chrześcijaństwa bezwyznaniowego” z XVII wieku (o czym pisał Leszek Kołakowski) oraz do deizmu czy „religii naturalnej” z epoki Oświecenia. Jednak nie zatrzymuję się na krytyce z pozycji ateizmu zarówno teoretycznego oraz praktycznego, bo taka krytyka mi nie wystarcza i nie jest wyczerpująca. Krytyka szukająca argumentów na nieistnienie Boga, o czym marzy wielu postępowych skądinąd myślicieli, się nigdy nie powiedzie, bo tyle samo jest argumentów za istnieniem, jak i nieistnieniem Bóstwa.
Nie chodzi mi tedy o ogłaszanie, że „religia to opium do ludu”, bo biorę pod uwagę ważne ustalenia religioznawców niezależnych (Otto, Eliade i inn.), którzy twierdzą, że każdy człowiek nosi w sobie atawizm wiary z prehistorii, gdy nie było nauki, a wszystko wyjaśniały magia, mitologia, a potem religia i wreszcie filozofia. Tak więc nigdy nie uda się udowodnić, że treść jakiejś wiary, czy to będzie katolicyzm czy islam czy ufologia, jest absurdalna, bo zbyt mało jeszcze wiemy o procesach poznawczych człowieka i ustalenia epistemologiczne filozofów nowożytnych co rusz trafiają na artefakty, które przeczą, jakoby poznanie nasze było tylko subiektywne, oparte na przesądach i zabobonach, a z drugiej strony – obiektywne, transparentne.
Inaczej mówiąc, zastanawia mnie fakt, że większość największych odkrywców, wynalazców czy naukowców to byli i są ludzie wierzący, oczywiście nie w sensie, w jakim życzyłyby sobie tego kościoły. Tak, że ten trop – walka z Kościołem przez udowadnianie niewiary odpada, przynajmniej do czasu, gdy będziemy wiedzieli więcej o ludzkim umyśle, procesach poznawczych (w tym: religijno-światopoglądowych), mózgu i procesach kwantowych, czyli do czasu, gdy kogniwistyka stanie się wiedzą ścisłą, opartą na logice i matematyce.
Po tym wstępnie, możemy przejść ad rem. Zanim jedak zadam Kościołowi pewne pytania, wcale nie licząc na rzeczową dyskusję, raczej licząc się z przyszłym hejtem i wodospadami nienawiści w moich sieciach, muszę przedstawić krótko, w co wierzy Kościół.
Każdy katolik, który jeszcze chodzi do kościoła, odmawia Credo, które jest esencją wiary chrześcijańskiej. „Wierzę w jednego Boga, Ojca wszechmogącego…” – kto chodzi, wie, jak zostało to odmawianie zautomatyzowane i może zdziwić się, że wszyscy jak jeden mąż znają je na pamięć i to w dwóch wersjach, zależnie od okoliczności. Tak więc, idąc za mitologiami przedbiblijnymi oraz księgą Genesis z Biblii, Kościół wierzy, że „jest jeden Bóg”, który stworzył wszystko, a więc wszechświat, ziemię, słońce, księżyc, gwiazdy, komety, w tym te zagrażające kiedyś planecie, że jego dziełem są zarówno kwiaty, jak i wirusy, bakterie oraz robaki i wszystko, co człowiek zrobił w czasie swej historii na Ziemi.
Kościół serio bierze zatem legendę o pierwszych rodzicach, wężu w rajskim ogrodzie, drzewie poznania i nieśmiertelności, upadku Adama i Ewy oraz odkupieniu, jakie miał przynieść Jezus, narodzony z Dziewicy, który zmarłszy śmiercią męczęńską, miał trzeciego dnia powstać z martwych, potem wstąpić do nieba i następnie zesłać Ducha Świętego dla pocieszenia uczniów i wysłania ich na ogólnoświatową misję ewangelizacji, czyli z gr. dobrej nowiny.
Kościół wierzy też, że życie nie kończy się wraz ze śmiercią, że kiedyś w przyszłości nastąpi koniec świata i owszechne zmartwychwstanie wszystkich ludzi, jacy kiedykolwiek i gdziekolwiek żyli na ziemi. Potem wszyscy będą żyć wiecznie w pełnej, absolutnej szczęśliwości.
W zasadzie powinienem na tym poprzestać, bo w świetle nauki religia całkowicie błędnie przedstawia pochodzenie kosmosu, ziemi i człowieka. Jan Paweł II stwierdził, że „ewolucjonizm jest czymś więcej niż hipotezą”. Nie jest jeszcze pełną teorią bez luk, ale też wyszedł już ze stadium larwalnego i rośnie w oczach.
Jeszcze sto lat temu wydawało się, że teoria darwinizmu, doboru naturalnego i selekcji naturalnej wyjaśni wszystko, a nawet, że stanie się panteorią, wyjaśniającą także dzieje kultury, a nawet – nauki i techniki. Jednak po koszmarze II wojny, gdy naziści używali darwinizmu w wersji wulgarnej do tępienia „gorszych ras”, wahadło powróciło na swoje miejsce: powrócił kreacjonizm i to w wersji twardej.
Dziś wiemy już, że życie rozpoczęło się na Ziemi jednocześnie w wielu miejscach, nie tylko w biblijnym edenie, że istniało wielu prarodziców i że mit adamicki należy czytać symbolicznie, a nie dosłownie.
Tak naprawdę na naszych oczach toczy się walka kreacjonizmów (nie ma jednego krecjonizmu) i ewolucjonizmami – również sama teoria ewolucji podlega ustawicznemu rozwojowi, jak każda dziedzina wiedzy. Dziś nie sposób zatem obronić biblijnych opisów stworzenia ludzi, rzekomo ulepionych z gliny, którym ktoś tchnął życie w nozdrza.
Było wiele plemion pierwotnych „pierwszych ludzi”, zatem podanie adamickie należy czytać jako metaforyczną historię początku pisma oraz rolnictwa lokalnie, a nie globalnie. Różne narody i kręgi religijne mają swoje „święte księgi”, w których ma być zapisana prawda o pierwszych ludziach. I nie jest to tylko cecha plemiona Abrahama, lecz raczej ogólna tendencja do tworzenia mitów założycielskich, podobnie jak w legendzie o założeniu Rzymu to zjawisko występuje.
Tak więc od teraz raz na zawsze można tłumaczyć Księgę Rodzaju jako rodzaj pradawnego wyjaśnienia pochodzenia człowieka, którego alternatywę w II poł. XIX przedstawił Karol Darwin, wielki badacz natury.
Można oczywiście sugerować, że „kryje się w tej opowieści bibiljnej coś więcej”, np. obca cywilizacja czy tłumaczyć powstanie ludzi interwencją jeśli nie samego Bóstwa, to jego wysłanników („aniołów”, których pełna jest Biblia), ale zostajemy w pełnej powadze i zdecydowanie przestajemy śnić na jawie.
O wiele gorzej jest nie tyle z wiarą (jak pisałem, wierzę w „coś więcej”, ale nie tak jak życzyliby sobie adwersarze), co z samym Kościołem. Tłumaczenie zwykłym ludziom zarówno osobliwości teologii (choćby słynnej syntezy de Chardina), jak i teorii Darwina i następców, jest skazane na porażkę.
Ktoś, kto udowodniłby, że teoria Darwina jest poprawna w całości, że wszystko powstało samoistnie na drodze mozolnej, długotrwałej, trwającej setki milionów lat ewolucji, musiałby mieć doprawdy kosmiczny umysł, na co autor piszący te słowa nie ma raczej co liczyć.
Wielu ateistów straciło życie, podobnie jak wielu chrześcijan. Jednak robienie wrażenia, że istnieją tylko dwa obozy – ateistycznej lewicy i kościelnej prawicy narodowej jest zbyt czarno-białe, żeby było prawdziwe.
Krytyka, której tu zarys próbujemy dać, wypływa ani nie z pozycji humanizmu renesansowego ani nie z krytyki oświeceniowej, lecz ukazuje „trzecią drogę”.
Chrześcijaństwo zbyt wiele ma zasług w rozwoju kulturowym i społecznocharytatywnym, aby mogło upaść, co więcej upadek chrześcijaństwa przyniesie inną, pod pewnymi względami jeszcze gorszą opcję, np. islamizację kraju. Zbyt wielu obawia się islamizacji w następstwie laicyzacji, aby móc to zignorować i te powszechne lęki są realne. Ostatecznie islam dziś przypomina dojrzałe średniowiecze, kiedy katolicyzm przeżywał swój szczytowy okres, tyle, że zamiast mieczy i toporów chrześcijaństwa czyniącego pogromy żydowskie pod pretekstem obrony ziemi świętej państwa islamskie dysponują bronią atomową. I na tym polega cała różnica.
Tak więc istnieje trzecia droga, ale zanim ją w następnym materiale naszkicujemy, wejdźmy w samo sedno – pytania do Kościoła.
Dotyczą one moralności, bo dziś Kościół sprowadził całe bogactwo wiary, tradycji mistycznej do wąsko, seksualnie pojmowanej etyki, systemu normatywno-idealistycznego, podającego co należy czynić, a czego nie wolno robić.
Gdyby spytać dziś studenta teologii, co to jest moralność czy etyka, to zamiast rozbudowanej wypowiedzi o wielkich teologach i filozofach otrzymałby zapewne odpowiedź: „Etyka? To pewnie coś z seksem”.
Stopień zafiksowania się katolików, a szczególnie hierarchii na seksie, zwłaszcza współżyciu przedmałżeńskim, antykoncepcji i masturbacji młodzieńczej, sięga dziś zenitu. Wszystko sprowadzone do jednego, parterowego poziomu. Gabinety psychologów, psychiatrów i seksuologów pełne są znerwicowanych ludzi Kościoła, którzy mają tak głębokie objawy, że mówi się ostatnio już o „nerwicy eklezjogennej”, czyli zespole zaburzeń psychicznych, których osią jest poczucie winy i przeczucie zarówno własnej, jak i powszechnej „grzeszności”.
Negatywna strona religii każe zadawać wciąż jedno, natrętne pytanie: skoro dzieci nie grzeszą, bo nie są w pełni świadome i nie podejmują wolnych decyzji, to dlaczego 9- cio letnie dzieci prowadzi się siłą do spowiedzi, a następnie komunii, której i tak większość nie zinterpretuje właściwie? Co każe Kościołowi stale podkreślać, że ludzie są „słabi”, „grzeszni”, marni i nędzni, że ludzkość jest w stanie mitycznego upadku i że bez jego, tj. Kościoła pomocy nikt nie może być zbawiony? To jako żywo przypomina pranie mózgu, robione w rozlicznych sektach.
Idąc dalej, można zapytać, skąd takie mocne przekonanie, że człowiek jest grzeszny, skoro historia ludzkości pokazuje co innego – że człowiek nie tylko jest słaby, kruchy, lecz potrafi wznieść się na wyżyny dzieła sztuki, bohaterstwa oraz nawet oddać życie za bliźniego. Skąd Kościołowi to przekonanie, że „każdy grzeszy”, choć większość ludzi nie popełnia żadnych czynów karalnych kodeksem karnym?
Odpowiedź nasuwa się sama: „grzech” i rozbudowana koncepcja wokół tego pojęcia (sąd, czyściec, piekło, egzorcyzmy, etc.) są po coś potrzebne Kościołowi.
Po co? Najpewniej po to, aby wykorzystać ludzkie lęki moralne i strach przed wiecznym potępieniem i związać ludzi z Kościołem. Poza Kościołem nie ma zbawienia – to trwa jako pozostałość tryumfalizmu kościelnego minionych wieków, i będzie trwać, aż ktoś nie udowodni, że w ocenie ludzkiej wolności najbliżej prawdy był zapomniany psycholog Freud. Stwierdził on, że wbrew optymistycznej wizji filozofów Oświecenia, człowiek nie jest, a co najmniej nie zawsze jest, w pełni świadomy swych czynów, a często nie popełnia ich bynajmniej dobrowolnie, jak chciałaby teologia moralna.
Jaką świadomość ma przeciętny człowiek? Ile wolności jest w człowieku, skoro Freud i następcy twierdzą, że podświadomych procesów w umyśle ludzi jest aż 98%, a tylko 2 % to procesy w pełni świadome. Człowiek, co pokazują wahania kursów na giełdach, często podejmuje irracjonalne decyzje, w chwilach wielkich emocji i namiętności, co czyni proces decyzyjny mocno dalekim od ideału.
Nie można z jednej strony głosić, że „wiara jest niepewna, a więc nie oczywista” i zaraz na tym samym oddechu głosić, że „ludzie na pewno są grzeszni”.
Jeśli wiara w Boga jest niepewna, to jak ludzie Kościoła wytłumaczą, że są pewni, iż „istnieje zło”, „piekło” czy „wina, grzech”?
Jeśli istnienie Boga jest nadal czysto hipotetyczne, to istnienie pozostałego imaginarium religii również. Nie można tedy głosić, że „grzech jest na pewno” (i to ciężki!), a zaraz dodawać, że 'wiara jest drogą, poszukiwaniem, niepewnością’. Krótko mówiąc, dopóki nie ma dowodu na istnienie czegoś po śmierci człowieka, nie wolno, nie powinno się być pewnym, że każdy katolik, a nawet ateista grzeszą, więc na pewno wymagają pokuty przewidzianej przez Kościół.
Inaczej mówiąc, koncepcja grzechu znowu jest potrzebna Kościołowi, aby zatrzymał co bardziej słabszych psychicznie członków z oczywistych powodów. Ludzie, którzy chodzą do kościoła wcale nie są „grzesznikami”. Więcej, w świetle hipotezy Freuda nie jesteśmy tylko istotami racjonalnymi i w pełni świadomymi, a niektórzy biolodzy twierdzą, że nie jesteśmy też w pełni wolni.
Neurologia ukazuje, jak decyzja, niby podjęta świadomie i dobrowolnie, zapada najpierw w nieświadomości, a potem przejawia jako „wolny i świadomy” akt. Bardzo miła jest wizja ludzi jako używających rozumu zawsze i wszędzie, jednak to nie jest prawda.
Właściwie ten materiał w pewnym sensie zarazem wyczerpuje, jak i zapowiada dalsze kierunki refleksji nad tym, w co wierzy i jak wierzy Kościół. Pytaniem centralnym pozostaje jedno: jak pogodzić niepewną wiarę w istnienie „tamtego świata” z pewnością, że „wszyscy zgrzeszyli”, wymagają łaski i bez pomocy Kościoła sobie nikt nie poradzi?
Jak można jednym tchem przejść od tak skomplikowanej kwestii, jaką jest ontologia Boga, do moralności i to jeszcze zredukowanej do etyki seksualnej? Jak tedy pogodzić ewidentne obserwacje psychoanalityków od Freuda począwszy z mglistą bardzo koncepcją „grzechu pierworodnego” i grzechów osobistych?
Kończąc, mam jeszcze nadzieję, że oprócz hejtu znajdzie się ktoś, kogo walory intelektualne pozwolą na rzeczową, spokojną dyskusję.
Dr Rafał Sulikowski
Niebezpieczny wrak na dnie Bałtyku. Nawet 1,5 mln litrów paliwa może przedostać się do wód Zatoki Gdańskiej
Jeden z ostatnich demonów II wojny nazywa się Franken. Ten toksyczny wrak czyha uśpiony na dnie Bałtyku. W tym znaczeniu największy konflikt zbrojny ludzkości nie jest zakończony. Czas postawić kropkę nad „i”.
***
– Wie pani, ubolewam nad tym, że znaczna część społeczeństwa nie rozumie do końca nawet prognozy pogody, więc kiedy rozpoczęliśmy akcję informacyjnąm, byłem poirytowany telefonami, czy wyjazd nad Bałtyk jest bezpieczny.
– ?
– Otóż jeszcze jest. Nie w tym jednak rzecz. Chodzi o to, by pokazać społeczeństwu, że śmieci, które płoną gdzieś w kraju, to nie problem w porównaniu z tym, co jest pod wodą, a czego nie widać. Nie kopie się studni, kiedy już płonie las …
(fragm. rozmowy z dr Benedyktem Hacem, pionierem badań nad Frankenem)
***
Niemiecki tankowiec Franken był pływającym militarnym „supermarketem” paliwowym, zaopatrującym flotę niemiecką na Bałtyku podczas II wojny światowej. Zbiornikowiec mógł przewozić gigantyczne ilości, prawie 10 tysięcy ton paliw. 8 kwietnia 1945 r. storpedowana przez Rosjan jednostka, z częściowo zapełnionymi zbiornikami, osiadła na dnie polskich wód wewnętrznych nieopodal Helu.
Zgodnie z ówczesnym stanem prawnym wrak przeszedł na własność Polaków (zmieniła to dopiero ratyfikowana w 2015 konwencja z Nairobi (2007), nakazująca usuwanie wraków armatorom, red.). Na mocy umów międzynarodowych część pozostałości po niemieckiej flocie podniesiono z dna i wyremontowano jak wydobyty w 1954 statek „Seeburg”, późniejszy „Feliks Dzierżyński”. – W owym czasie wydobycie Frankena było nieopłacalne: leżał i nikomu nie przeszkadzał, – mówi dr Hac, luminarz w dziedzinie starzenia się wraków.
„Administracja państwowa nie ma żadnego planu”
– Dziś jest inaczej – przekonuje naukowiec Instytutu Morskiego w Gdańsku, który przez 20 lat służył w marynarce wojennej, dowodził okrętem badawczym. Ten doświadczony hydrograf, nawigator, kapitan statków handlowych nie zastanawia się „czy”, ale „kiedy” dojdzie do katastrofy. Naukowiec pracuje nad powstaniem raportu z wytycznymi dla administracji, zawierającym schemat postępowania z niebezpiecznymi wrakami. – W tej chwili administracja państwowa nie ma żadnego planu: i nie tylko polska administracja.
Od kilku lat zespół dr Haca w sprawie Frankena pukał do wielu drzwi – bezskutecznie.
Instytut Morski nie mógł na własną rękę przeprowadzić kampanii informacyjnej, wobec czego wspólny projekt z Fundacją „Mare” spadł naukowcom z nieba. Na pilotażowy projekt: kampanię, bezinwazyjną inspekcję wraku, opracowanie metodologii oczyszczania oraz wytyczne dla administracji wraz ze schematem postępowania, pieniądze wyłożyła niemiecka fundacja Baltic See Conservation Fundation.
– Patrząc, jak dynamicznie rozwija się Zatoka Gdańska, jak bardzo rozwinęła się tam turystyka, jak dużo zrobili Polacy, nasza rada ekspertów uznała, że to niezwykle ważny projekt – mówi Peter Torkler, dyrektor fundacji Baltcf, zajmującej się czystością Bałtyku. Temat jest niezwykle ważny z tego powodu, że Bałtyk ma niespotykanie wolną wymianą wody z Atlantykiem (do 35 lat wg WWF), co dodatkowo zwiększa jego zanieczyszczenie. Wg fundacji Johna Nurminena już nawet do 25 % dna morskiego jest biologicznie martwa.
W lutym br. Niemcy ostatecznie zaakceptowali projekt Polaków, a 23 kwietnia 2018 roku załoga statku badawczego IMOR oraz LITORAL z bałtyckiej bazy nurkowej przystąpiły do działania. Pod wodą nurkowie spędzili około 60 godzin, z czego 13 na wraku. Ruszyła kampania informacyjna, a petycję do rządu RP ws. oczyszczenia Frankena na stronie Fundacji „Mare” podpisało już grubo ponad 20 tys. osób. W polskiej prasie słowo „Franken” zaczęto odmieniać przez wszystkie przypadki.
***
„Przynieś nam wiadro tego paliwa” (fragm. rozmowy z dr inż. Hacem)
***
DW: Dlaczego wyciągnęliście Frankena na sztandary? Dużo bardziej nośnym tematem jest „przypadkowo zgubiona” przez aliantów niemiecka broń chemiczna. W 1997 rybacy wyłowili beczkę z parzącym iperytem zaledwie 30 mil od Władysławowa …
Dr Hac: – Przede wszystkim wiemy, gdzie jest; wiemy, gdzie są zbiorniki i jaki rodzaj paliwa może w nim być. Mamy dokładne plany załadunku, a Rosjanie pozostawili nawet zdjęcia z momentu torpedowania jednostki.
Pan i inni naukowcy są przekonani, że dojdzie do masowego wycieku, ale ministerstwo żeglugi RP ma chyba inne zdanie na ten temat?
– Ministerstwo traktuje ten wrak jak pomnik, jak coś, co jest konserwowane i postoi jeszcze zapewne i sto lat. Ale tak to nie działa w wodzie. Tam postępuje korozja, a statek buduje się z arkuszy blachy o grubości 7-12 mm i więcej, w zależności od tego, czy to nadbudówki, czy główny kadłub. Po 10 latach ubywa milimetr, po 70 – proszę policzyć. Dalsze korodowanie kadłuba skończy się tym, że wrak zawali się pod swoim własnym ciężarem. Nastąpi wyciek.
Mówi się, że nie ma dowodów na obecność paliwa, bo większość zbiorników zniszczono podczas zatapiania, a to, co zostało, mogło przejść w formę nieszkodliwego asfaltu …
– Przepraszam, ale ktoś, kto tak mówi, nie ma pojęcia o załadunku (kpt. Hac pływał we flocie handlowej i zajmował się załadunkiem, red.). Jeżeli kapitan Frankena rozłożył ładunek zgodnie ze sztuką, a znając Niemców, tak było, to musi być tam paliwo. Ostatni raport z tankowca mówił o 3136 m3 paliwa. Jeżeli nawet znaczną jego część (60%) statek stracił podczas ataku, to cały czas jest go tam bardzo dużo. Ostatni raz wyciek miał miejsce właśnie wtedy, gdy tonął. Nasze badania dowiodły, że niektóre zbiorniki są nadal szczelne. Dobra, niemiecka inżynieryjna robota. (uśmiech).
Poza tym na wraku zrobiliśmy bezinwazyjną inspekcję, by określić, w jakim jest stanie. Tam wypadają już włazy, a elementy urywają się pod własnym ciężarem. To wszystko tylko potwierdza moje przypuszczenia. Obecnie pytanie nie brzmi „czy” tylko „kiedy” wrak się złamie i rozpadnie na wiele kawałków. Niestety jest to proces nie do powstrzymania.
Minister Gróbarczyk mówi, że nie wolno pochopnie ruszać wraku, że wszystko jest monitorowane satelitarnie i nie widać nic niepokojącego.
– Moje doświadczenie pozwala mi mieć własną opinię na ten temat. Administracja nic nie widzi, bo pewnych rzeczy nie można zobaczyć, nawet będąc pod wodą. Ma pani rację, uważa się nas za czarnowidzów. W rozmowie z decydentami łatwo wyczuć ten ton. Mówią – „Przynieś nam, choć wiadro tego paliwa”. A ja przecież nie zrobię odwiertu w okręcie, który waży 8 tysięcy ton, bez dokumentacji, odpowiedniego sprzętu, doświadczenia w oczyszczaniu wraków czy zabezpieczenia finansowego. Jeszcze raz powiem – działające tam siły powodują to, że on musi pęknąć. I to w miejscu, gdzie są zbiorniki. Jako naukowiec nie daję sobie moralnego prawa, by milczeć.
***
Przerwać milczenie
Jednak rozgłos wokół Frankena poszedł w niekoniecznie właściwą stronę: – Powstało wrażenie, że sugerujemy, że rząd z tym nic nie robi i że cała akcja to agresywna presja na administrację. W takim klimacie utrzymanych było niestety wiele artykułów – mówi przedstawicielka Fundacji „Mare”. – Nam chodzi jedynie o „pospolite ruszenie” ws. ratowania ekosystemu Zatoki Gdańskiej – mówi Olga Sarna. – I by przerwać milczenie – dodaje Torkler – Instytut Morski jako instytucja od lat próbował zainteresować tym tematem władze.
– Jestem głęboko przekonana, że jeżeli badania potwierdzą nasze przypuszczenia, to połączymy nasze siły z ministerstwem i stworzymy wspólny wniosek do UE. Takie połącznie z administracją daje nam potencjał skorzystania m.in. z budżetu kryzysowego UE – mówi Sarna. Optymistyczna wersja oczyszczenia Frankena to 8 mln Euro, ale może być to nawet 20 mln ze względu na koszty ubezpieczenia i wsparcia saperskiego.
W lipcu br. minister żeglugi powołał zespół ds. Frankena. W jego skład weszli ludzie z MGMiŻŚ, MON, Urzędu Morskiego i Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Gdańsku.
***
„A jednak, drodzy Niemcy, to są wasze wraki” (z wywiadu z dr Hacem)
***
Spotykam się z moimi niemieckimi kolegami w ramach projektuHelcom SUBMERGE i mówię im:
– Koledzy, to jest wasz wrak, co wy na to? A oni, żartem oczywiście:
– A jest tam złoto?
– No …nie, nie ma …
– Eeee, to nie jest nasz wrak.
***
Biorąc pod uwagę historyczne tło, naturalnymi sprzymierzeńcami ws. Frankena powinni być Niemcy. Chociaż to dość grząski temat i raczej nikt się nie garnie do wzięcia odpowiedzialności za przeszłość, dr Hac, który jest między innymi w grupie ekspertów Helcom SUBMERGED (Komisji Ochrony Środowiska Morskiego Bałtyku, zajmująca się obiektami leżącymi na dnie Bałtyku, red.), chwali współpracę z Niemcami. Chociaż przyznaje – nie jest to współpraca na poziomie rządowym.
W sprawie Frankena, w imieniu Ministerstwa Środowiska, Ochrony Przyrody i Bezpieczeństwa Jądrowego w Niemczech głos w sprawie Frankena zabrała Carolin Zerger informując, że: „Rząd niemiecki zdaje sobie sprawę z tego, że wrak statku Franken leży w Zatoce Gdańskiej, tj. na polskich wodach”, ale najlepszym adresem dla Polski jest helsińska fundacja Helcom.
– O ile wiem, to oficjalne gremia dystansują się od problemu. Niemcy nie chcą stwarzać precedensu; złudzenia, by ktokolwiek pomyślał: „a jednak, drodzy Niemcy, to są wasze wraki”, – mówi Torkler, który, choć odcina się od polityki, przyznaje, że taki pogląd panuje w gronie eksperckim jego fundacji. – Wraki to gigantyczny problem, bo są ich tysiące. Dlatego niechętnie nadaje się sprawie rozgłosu.
Chcemy zainteresować tym Niemców
W tym kontekście niezwykle istotne jest majowe spotkanie gremium byłych ambasadorów RFN IAA w siedzibie niemieckiego MSZ w Berlinie, poświęcone Frankenowi.
– Po tym, jak widzę, jak dobrze idzie kampania w Polsce, zastanawiamy się, jakim gremiom i instytucjom zaprezentować ten projekt tu, w Niemczech – mówi Torkler, i dodaje: – To z pewnością olbrzymie przedsięwzięcie, ale o ile zjednoczą się wszystkie środowiska wokół tego problemu, to wspólnie Niemcy i Polacy, możemy osiągnąć bardzo wiele.
****
Panie doktorze, a co, jeżeli okaże się, że przeciwnicy ruszania wraku mieli rację i że na Frankenie nie ma toksycznych paliw?
– Wtedy powiem: sorry, pomyliłem się. Mam jednak dla Was kolejne. Na świecie jest jeszcze ok. 3,5 tys. niebezpiecznych wraków, z czego kilka ma Polska, w tym dwa najniebezpieczniejsze na Bałtyku i obydwa leżą na dnie Zatoki Gdańskiej.
REDAKCJA POLECA
Dariusz Stokwiszewski: „Armagedon” nadchodzi, czy tego chcemy, czy nie …!

Dariusz Stokwiszewski
Polska polityka stała się swoistą „kloaką”, w której znaleźć można wszelkie elementy, które w normalnym, cywilizowanym świecie byłyby niemożliwe do zaakceptowania! Większość parlamentarzystów nie traktuje pobytu w parlamencie jako zaszczytu i służby, ale jako nagrodę za spolegliwość
Zanim przejdę do istoty tekstu, chciałbym wyjaśnić, jak pojmuję pojęcie „Armagedon” użyte w tytule niniejszego artykułu. Otóż jest ono jedynie pewną metaforą, niemającą wiele wspólnego z zapisami Biblii będącej dla wszystkich chrześcijan Świętą Księgą. Moje rozumienie tego słowa spełnia w artykule nieco inną rolę; jest odniesieniem do koszmaru, który już wkrótce zgotować nam może rządząca w Polsce, prawicowo – „katolicka” koalicja o odchyleniu nacjonalistycznym, przyzwalająca też na szerzenie, zakazanych w demokracji idei neonazistowskich. Jak powszechnie wiadomo, wiążą się one z wszelką nietolerancją oraz prześladowaniem (rasizm, ksenofobia, dyskryminacja z różnych powodów) innych od prześladowców osób, grup społecznych i narodowości.
Greckie określenie Har Magedon, przejęte z języka hebrajskiego i podawane przez tłumaczy, jako „Armagedon”, znaczy góra Megiddo lub „góra zgromadzenia wojsk”. Biblia nie łączy tejże nazwy ze współczesną zagładą nuklearną, tylko z nadchodzącą „Powszechną wojną Wielkiego Dnia Boga Wszechmocnego” (Objawienie 16:14.16).
Truizmem jest mówienie o tym, że Polska nie jest już od paru lat państwem w pełni demokratycznym i praworządnym. Pisowski – koalicyjny rząd zawłaszczył już niemal wszystkie atrybuty normalnego państwa, za jakie zwykło się do niedawna postrzegać Polskę! Ostatni bastion normalności – Sąd Najwyższy – jest w trakcie wygaszania (czytaj; unicestwienia)! Teraz próbuje się też Polskę wyprowadzić ze struktur zachodnich – szeroko pojętych, bo samo wyprowadzenie z Unii stworzy całe mnóstwo problemów egzystencjalnych, ale nie tylko; odbije się to przede wszystkim na naszej przyszłości i bezpieczeństwie, a zapewne i opuszczeniu (czy wykluczeniu z) NATO i innych struktur (OBWE, RE …)!
Polska polityka stała się swoistą „kloaką”, w której znaleźć można wszelkie elementy, które w normalnym, cywilizowanym świecie byłyby niemożliwe do zaakceptowania! Polityczny plankton nieprzygotowany do rządzenia i nie tylko ze względów etyczno – moralnych, merytorycznych, kulturowych (bardzo często barbarzyńskich zachowań), a na dodatek nastawiony przede wszystkim na zaspokajanie własnych partykularnych interesów, niszczy państwo z dnia na dzień. Większość parlamentarzystów nie traktuje pobytu w parlamencie jako zaszczytu i służby, ale jako nagrodę za spolegliwość i tym samym, prawo do tego, aby przede wszystkim zaspokajać swoje interesy kosztem RP!
Według Renaty Grochal – dziennikarki „Newsweeka” – Paweł Kukiz np. wprowadził do polskiej polityki ludzi o często skrajnych poglądach: prorosyjskich, antyukraińskich oraz czysto nacjonalistycznych – jednak z naciskiem na pochwałę niedemokratycznych, (takich jak rosyjskie i białoruskie) systemów (politycznych – przyp. D.S.). Ludzie ci też coraz częściej mówią językiem kremlowskiej propagandy! Czy to, zatem jakaś hybryda nazistowsko – komunistycznego zła?! Wszystko na to wskazuje, sami „zainteresowani” zaś, postępujący często wbrew jakiejkolwiek logice, szkodzą polskiej racji stanu tak samo, jak PiS, który skutecznie wspierają!
Państwo polskie staje się powoli państwem typowo teokratycznym, w którym to coraz bardziej znaczącą, żeby nie rzec – decydującą rolę – zaczyna odgrywać KK, którego przedstawiciele (nie tylko hierarchia i Redemptoryści pod wodzą niejakiego Tadeusza Rydzyka) starają się przeniknąć swoimi wpływami wszelkie sfery życia społecznego! Polska od niemal zawsze była tolerancyjna dla wszystkich wyzań tymczasem dzisiaj, liczy się wyłącznie katolicyzm przy jednoczesnym, jawnym lekceważeniu innych niż ten odłam chrześcijaństwa ruchach religijnych! To niedopuszczalne, tym bardziej że tu liczą się tylko interesy, nie Bóg, jako taki! „Wiara w Pana Boga” jest tu elementem typowej gry politycznej „elit kościelnych” i zdeprawowanych władzą politykierów!
„Ewangelia stawia wymagania moralne. Ani człowiek wierzący, ani żaden człowiek, ani Kościół – nie mają prawa narzucania wiary. Wiara jest darem, jest to osobista sprawa człowieka. Nie mamy prawa narzucać niczego – ani prawd wiary, ani zasad moralnych. One muszą być przyjęte sercem” – powiedział w wywiadzie bp Tadeusz Pieronek.
Pisałem już kilkakrotnie o tym duchownym, który za głoszenie tych prawych poglądów jest traktowany często, jako odstępca i osoba „nawiedzona” – używam tu eufemizmu, aby nie dotknąć księdza biskupa. Zresztą nie tylko on jest tak traktowany; są jeszcze inni mądrzy i światli księża, których nazwisk nie wymieniam jedynie, dlatego, aby nie stało się to dla nich „pocałunkiem śmierci”, w świecie naprawdę zacofanego kleru polskiego KK!
Dlaczego użyłem słowa „Armagedon” i co on mógłby przynieść Polsce w najbliższym czasie? Oto dwa możliwe scenariusze wydarzeń, które albo przyniosą nam wyzwolenie spod średniowiecznej „ciemnoty” (nie wiem, czy nie przykrywki cwaniactwa i próby uniknięcia odpowiedzialności przez formalne władze państwa, a także „wodza”, który to „z tylnego fotela” nakazuje te, bądź inne działania za nic nie ponosząc jakiejkolwiek odpowiedzialności)!
Scenariusz pierwszy negatywny! Polska wychodzi z UE, jako szkodnik i burzyciel jej struktur. Pozbawiona wszelkiej pomocy materialnej, finansowej oraz technologicznej staje się powoli państwem wykluczonym z elitarnej grupy demokratycznych państw zachodnich, rozwijających się coraz prężniej! Jako parias i kraj III świata stacza się już po równi pochyłej w ręce Rosji i Władimira Putina. To koniec naszych marzeń o rozwoju gospodarczym, kulturowym, naukowo – technicznym, a także wszelkich wolnościach, demokracji i prawach człowieka! Z dnia na dzień, rozwinięte państwo europejskie wraca do czasów „Średniowiecza” czy inaczej mówiąc – do wczesnego PRL! Autorytarno – dyktatorska władza prezesa Jarosława Kaczyńskiego, a potem jego następców umacnia się i staje całkowicie ubezwłasnowolniona przez „patrona z Moskwy”! Brak jest nadziei na powrót do tego, czym Polska dotąd była i być mogła jeszcze do niedawna! To efekt zdrady narodowej tzw. pisowskich „elit” politycznych, które w ten sposób uchodzą także sprawiedliwości!
Scenariusz drugi być może pozytywny – przy spełnieniu całego szeregu warunków! Coraz więcej Polaków zaczyna rozumieć okropność sytuacji, w jakiej się wraz z Ojczyzną znaleźli i starają się zapobiec dalszej destrukcji państwa! Nadchodzące już wkrótce wybory samorządowe, a następnie parlamentarne i prezydenckie skutkują odejściem skompromitowanej (w Polsce i na świecie) władzy dyktatorskiej Jarosława Kaczyńskiego i jego destrukcyjnej partii niszczącej Polskę od środka i jej całkowite rozliczenie łącznie z postawieniem przed Trybunałem Stanu i sądami powszechnymi! Rozliczenie to musiałoby skutkować wykluczeniem najbardziej szkodliwych osób na zawsze już z życia publicznego oraz konfiskatę ich majątków zdobytych kosztem RP! Polska pozostaje w UE i NATO, poszerza swoją z nimi współpracę i zacieśnia więzi, stając się państwem bezpiecznym od zagrożeń wewnętrznych i zewnętrznych. Dodać tu należy, iż nawet w przypadku wystąpienia tego scenariusza odbudowa zniszczeń dokonanych przez PiS potrwać będzie musiała lata całe! Jednak warto je poświęcić po to, aby na powrót stać się normalnym i dumnym krajem wspólnoty europejskiej!
Dariusz Stokwiszewski








