Rewolucja w najmie krótkoterminowym. Rząd drastycznie zmienia zasady najmu na doby

Rada Ministrów przyjęła 14 lipca 2026 roku projekt nowelizacji ustawy o usługach hotelarskich. Dokument musi jeszcze przejść przez Sejm i Senat oraz uzyskać podpis prezydenta. Nowe przepisy nie obowiązują na etapie przyjęcia projektu przez rząd.

Mieszkania wynajmowane na doby jako obiekty noclegowe

Projekt obejmuje krótkoterminowy wynajem mieszkań przepisami o usługach hotelarskich. Dotyczy to lokali udostępnianych turystom na kilka dni, weekend lub czas krótkiego pobytu.

Najem krótkoterminowy nadal będzie dozwolony, ale właściciel będzie musiał spełnić obowiązki rejestracyjne i organizacyjne określone w ustawie.

Centralny wykaz i numer rejestracyjny

Właściciel mieszkania wynajmowanego na doby będzie musiał zgłosić lokal do Centralnego Wykazu Turystycznych Obiektów Noclegowych. System ma obejmować hotele, mieszkania, pokoje oraz inne obiekty oferujące krótkie pobyty.

Każdy obiekt otrzyma indywidualny numer rejestracyjny. Numer będzie umieszczany w ogłoszeniach publikowanych na platformach internetowych.

Przy rejestracji właściciel poda adres obiektu, jego rodzaj, maksymalną liczbę gości i miejsc noclegowych oraz informację, czy wynajmuje cały lokal, czy jego część. Wymagane będą również dane właściciela albo firmy zarządzającej obiektem.

Regulamin i dane kontaktowe

Właściciel będzie musiał przygotować regulamin obiektu, określający zasady pobytu i kwestie związane z bezpieczeństwem gości. Najemcy mają również otrzymać dane kontaktowe właściciela lub administratora lokalu.

Przepisy obejmą także wymagania przeciwpożarowe dla obiektów wynajmowanych krótkoterminowo. Szczegółowe zasady mają zostać określone w dalszych regulacjach.

Dane z platform rezerwacyjnych

Zmiany obejmą platformy pośredniczące w rezerwacjach. Unijne rozporządzenie 2024/1028, stosowane od 20 maja 2026 roku, reguluje gromadzenie i wymianę danych o najmie krótkoterminowym.

Platformy będą sprawdzać, czy ogłoszenie zawiera wymagany numer rejestracyjny. Mają także przekazywać właściwym organom informacje o liczbie wynajętych nocy i gości.

Duże platformy będą raportować dane co miesiąc. Najmniejsze serwisy będą mogły korzystać z trybu kwartalnego.

Sankcje za brak rejestracji

Projekt przewiduje sankcje za prowadzenie najmu krótkoterminowego bez rejestracji lub niezgodnie z przepisami. Rządowy komunikat nie podaje pełnej wysokości kar.

Numer rejestracyjny będzie mógł zostać zawieszony, jeżeli właściciel nie uzupełni lub nie poprawi wymaganych danych. Platforma może wówczas zostać zobowiązana do usunięcia ogłoszenia.

Kogo obejmą nowe przepisy

Obowiązki obejmą osoby wynajmujące mieszkania i pokoje na krótkie pobyty. Właściciel będzie musiał zarejestrować obiekt, umieszczać jego numer w ogłoszeniach oraz udostępnić gościom regulamin i dane kontaktowe.

Projekt nie dotyczy zwykłego najmu mieszkania na dłuższy okres w celu zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych lokatora.

Ostateczny zakres obowiązków i termin wejścia przepisów w życie będą znane po zakończeniu prac parlamentarnych i ogłoszeniu ustawy.

Źródła: Ministerstwo Sportu i Turystyki, Rada Ministrów, rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2024/1028, EUR-Lex.


Kaczyński odcina się od Czarnka! W PiS wrze po głośnych słowach o Ukrainie

Wypowiedź Przemysława Czarnka o wstrzymaniu unijnego finansowania zbrojeń i odbudowy Ukrainy wywołała reakcję ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza. Szef MON uznał, że taki postulat zagraża bezpieczeństwu Polski i Europy. Jarosław Kaczyński oświadczył natomiast, że pomoc wojskowa dla Ukrainy jest bezwzględnie potrzebna.

Spór rozpoczął się po poniedziałkowej wypowiedzi Czarnka w TV Republika. Polityk PiS powiedział, że Polska powinna wykorzystać swoją pozycję w Unii Europejskiej i NATO, aby wymóc na Ukrainie zmianę polityki wobec Warszawy.

Czarnek stwierdził, że należy „zmusić Unię Europejską” do czasowego zaprzestania finansowania ukraińskich zbrojeń i odbudowy kraju. Warunkiem wznowienia wsparcia miałoby być, jak powiedział, wejście Ukrainy „na ścieżkę wartości proludzkich”.

Kosiniak-Kamysz: to zagraża bezpieczeństwu Polski

Władysław Kosiniak-Kamysz uznał tę wypowiedź za niebezpieczną.

– To, co opowiada pan Czarnek, te brednie, które wygaduje, że Unia Europejska powinna wstrzymać wsparcie dla walczącej Ukrainy, jest bardzo niebezpieczne. To zagraża bezpieczeństwu państwa polskiego i całej Europy – powiedział szef MON.

Minister podkreślił, że wojna na Ukrainie nadal trwa. Przypomniał, że na ukraińskie miasta spadają rakiety i bomby, ludzie giną, a Rosja prowadzi działania ofensywne.

Kosiniak-Kamysz ocenił również, że PiS zmieniło narrację wobec Ukrainy i rywalizuje o wyborców z Grzegorzem Braunem.

Kaczyński odcina się od słów Czarnka

Jarosław Kaczyński napisał we wtorek na platformie X, że Prawo i Sprawiedliwość stoi na stanowisku, iż pomoc militarna dla Ukrainy, także realizowana przez Unię Europejską, jest „bezwzględnie potrzebna”.

„To kluczowa sprawa z punktu widzenia polskiej racji stanu i naszego bezpieczeństwa” – napisał prezes PiS.

Kaczyński poinformował również, że wypowiedzią Przemysława Czarnka zajmie się kierownictwo partii. Nie podał, kiedy sprawa zostanie omówiona ani czy politykowi grożą konsekwencje.


Nie tylko Amerykanie. Europejskie wojska mogą zostać w Polsce na stałe

Polska przygotuje infrastrukturę, która pozwoli na stałą obecność kolejnych wojsk europejskich obok stacjonujących już w kraju sił amerykańskich. Rząd nie wskazał jeszcze konkretnych armii ani lokalizacji, ale pierwszym sprawdzianem będą jesienne ćwiczenia z udziałem żołnierzy francuskich i brytyjskich.

To ważny sygnał zmiany w polskiej polityce bezpieczeństwa. Warszawa chce, by obrona wschodniej flanki NATO nie opierała się wyłącznie na Stanach Zjednoczonych, lecz także na trwalszym zaangażowaniu największych europejskich sojuszników.

Premier Donald Tusk ogłosił te plany po spotkaniu przywódców tzw. koalicji chętnych w Paryżu. Jak podała Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Polska ma przygotować warunki logistyczne i finansowe do stałej obecności wojsk sojuszniczych obok sił amerykańskich.

Rząd nie poinformował, które państwa miałyby utrzymywać swoje jednostki w Polsce ani ilu żołnierzy mogłoby tu trafić. Nie wiadomo też, czy chodzi o nowe bazy, rozbudowę istniejących obiektów czy zaplecze dla długoletnich rotacji.

Nie tylko wojska USA

Wojska europejskich państw NATO już działają na wschodniej flance. Wielonarodowa grupa bojowa w Polsce jest dowodzona przez Stany Zjednoczone, ale służą w niej również żołnierze z innych państw Sojuszu.

Nowością jest zapowiedź przygotowania kraju do ich trwalszej obecności. Polska chce stworzyć warunki nie tylko do organizowania ćwiczeń i przyjmowania czasowych kontyngentów, lecz także do długoterminowego stacjonowania sił z Europy.

Nie musi to oznaczać jednej dużej bazy. Bardziej prawdopodobna jest rozbudowa sieci koszar, magazynów, poligonów, lotnisk, centrów serwisowych i węzłów transportowych, z których mogłyby korzystać różne jednostki.

Francuzi i Brytyjczycy przyjadą jesienią

Najbardziej konkretnym elementem zapowiedzi są ćwiczenia, które mają odbyć się w Polsce jesienią 2026 roku. Według KPRM będą to pierwsze manewry organizowane przez koalicję chętnych, z udziałem przede wszystkim wojsk francuskich i brytyjskich.

Ćwiczenia mają przygotować państwa koalicji do wspólnych działań na rzecz bezpieczeństwa Ukrainy i regionu. Chodzi o scenariusz, który mógłby stać się aktualny po zawieszeniu broni albo zawarciu porozumienia kończącego rosyjską agresję.

Nie oznacza to, że po manewrach francuscy i brytyjscy żołnierze automatycznie pozostaną w Polsce. Ich udział pokazuje jednak, które państwa odgrywają dziś główną rolę w europejskich planach bezpieczeństwa.

Francja i Wielka Brytania przewodzą koalicji pracującej nad przyszłymi gwarancjami dla Ukrainy. Oba kraje dysponują bronią jądrową, dużymi armiami i zdolnością prowadzenia operacji poza własnym terytorium.

Europa ma wziąć większą odpowiedzialność

Zapowiedź pojawia się w chwili, gdy państwa europejskie próbują zmniejszyć swoją zależność od amerykańskich zdolności wojskowych. Stany Zjednoczone pozostają najważniejszym sojusznikiem Polski, ale w Europie rośnie presja, by większą część kosztów i obowiązków związanych z obroną ponosiły państwa kontynentu.

Donald Tusk po spotkaniu w Paryżu podkreślał, że Europa musi wziąć większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. Przygotowanie infrastruktury w Polsce ma być jednym z praktycznych skutków tej zmiany.

Stała lub wieloletnia obecność wojsk miałaby większe znaczenie niż sporadyczne ćwiczenia. Jednostki stacjonujące na miejscu mogą szybciej reagować, lepiej znać teren i regularnie współpracować z polską armią.

Równie ważne jest zaplecze: paliwo, amunicja, części zamienne, łączność i transport. Bez niego nawet dobrze wyposażone wojska nie są w stanie szybko wejść do działania.

Co Polska musi przygotować

Przyjęcie większej liczby żołnierzy wymaga koszar, magazynów, warsztatów, zabezpieczenia medycznego i bezpiecznej łączności. Potrzebne są również drogi, mosty, linie kolejowe i lotniska zdolne obsłużyć ciężki sprzęt.

Rząd nie przedstawił jeszcze kosztorysu ani harmonogramu inwestycji. Nie podał również miejsc, w których miałyby powstać nowe obiekty.

Najbardziej prawdopodobna jest rozbudowa infrastruktury już wykorzystywanej przez Wojsko Polskie i NATO. Takie rozwiązanie byłoby szybsze niż tworzenie całego systemu od podstaw.

Dla miejscowości, w których znalazłyby się bazy lub magazyny, oznaczałoby to nowe inwestycje i zamówienia. Wiązałoby się jednak także z większym ruchem ciężkiego sprzętu, hałasem i obciążeniem lokalnych dróg.

Brytyjczycy zacieśniają współpracę z Polską

Wielka Brytania może odegrać w tym procesie szczególną rolę. W maju 2026 roku Polska i Wielka Brytania podpisały traktat o partnerstwie w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony. Porozumienie przewiduje między innymi wspólne ćwiczenia, rozwijanie współpracy wojsk lądowych oraz działania w dziedzinie obrony przeciwrakietowej, walki elektronicznej i zwalczania dronów.

Nie jest to umowa o utworzeniu stałej brytyjskiej bazy w Polsce. Pokazuje jednak, że współpraca obu państw wykracza poza polityczne deklaracje i obejmuje konkretne projekty wojskowe. Podobny kierunek może rozwinąć się w relacjach z Francją. Jesienne ćwiczenia pokażą, czy europejskie deklaracje przełożą się na większą i bardziej regularną obecność na wschodniej flance.

Więcej żołnierzy, silniejsze odstraszanie

Obecność wojsk kilku państw zwiększa koszt ewentualnego ataku. Agresja przeciwko Polsce od pierwszego dnia dotyczyłaby bezpośrednio także żołnierzy innych krajów NATO. To wzmacnia odstraszanie, bo potencjalny przeciwnik musi brać pod uwagę natychmiastowe zaangażowanie kilku sojuszników. Reakcja nie zależałaby wyłącznie od późniejszej decyzji o wysłaniu posiłków.

Europejskie kontyngenty nie zastąpią jednak sił amerykańskich. Stany Zjednoczone nadal mają przewagę w logistyce, rozpoznaniu, lotnictwie i dowodzeniu. Mogą natomiast uzupełnić obecność USA i sprawić, że bezpieczeństwo regionu będzie w mniejszym stopniu zależało od decyzji podejmowanych wyłącznie w Waszyngtonie.

Na razie pewne są dwie rzeczy: Polska przygotuje zaplecze dla trwalszej obecności wojsk sojuszniczych, a jesienią odbędą się ćwiczenia z udziałem Francuzów i Brytyjczyków. Dopiero kolejne porozumienia pokażą, które państwa zdecydują się stacjonować w Polsce, na jakich zasadach i w jakiej skali. Kierunek jest jednak wyraźny: obok filaru amerykańskiego Warszawa chce zbudować także trwały filar europejski.

Źródła: KPRM, NATO, Reuter


Upał zabija po cichu. Kto jest najbardziej zagrożony i jak się chronić?

Upał nie zawsze zaczyna się od omdlenia na rozgrzanym chodniku. Częściej daje mniej oczywiste sygnały: ból głowy, osłabienie, rozdrażnienie, nudności albo problemy z koncentracją. Łatwo je zlekceważyć, zwłaszcza gdy wysoka temperatura utrzymuje się przez kilka dni.

Tymczasem gorąco może nasilać choroby serca i płuc, obciążać nerki, prowadzić do odwodnienia i zwiększać ryzyko wypadków. Najgroźniejszy jest udar cieplny. To stan, w którym organizm przestaje radzić sobie z regulowaniem temperatury i potrzebna jest natychmiastowa pomoc.

Kto najgorzej znosi wysoką temperaturę?

Upał może zaszkodzić każdemu, ale nie wszyscy są narażeni w takim samym stopniu. Szczególnej uwagi wymagają osoby starsze, niemowlęta, małe dzieci, kobiety w ciąży oraz osoby z chorobami serca, płuc, nerek, cukrzycą lub zaburzeniami psychicznymi.

Seniorzy często słabiej odczuwają pragnienie i później zauważają odwodnienie. Małe dziecko nie zawsze potrafi powiedzieć, że robi mu się słabo. Osoba przewlekle chora może natomiast uznać duszność, zawroty głowy lub zmęczenie za zwykłe objawy swojej choroby.

Zagrożenie rośnie również u osób pracujących fizycznie na zewnątrz. Długotrwały wysiłek w pełnym słońcu może szybko doprowadzić do przegrzania, zwłaszcza gdy brakuje przerw, cienia i dostępu do wody.

Pierwszych objawów nie warto lekceważyć

Silne pragnienie, osłabienie, ból głowy, zawroty, nudności, skurcze mięśni, szybkie tętno i obfite pocenie mogą świadczyć o wyczerpaniu cieplnym.

W takiej sytuacji trzeba przenieść osobę do chłodniejszego miejsca, zdjąć zbędne warstwy ubrania i zacząć schładzać skórę. Można użyć chłodnej wody, mokrych ręczników albo wentylatora. Osobie przytomnej, która może bezpiecznie przełykać, warto podawać chłodne płyny małymi porcjami.

Jeżeli po około 30 minutach nie ma poprawy, nie należy dalej czekać.

Udar cieplny wymaga natychmiastowej pomocy

Udar cieplny jest stanem zagrożenia życia. Mogą mu towarzyszyć bardzo wysoka temperatura ciała, gorąca skóra, szybki oddech, przyspieszone tętno, dezorientacja, problemy z koordynacją, drgawki albo utrata przytomności.

W takiej sytuacji trzeba zadzwonić pod numer 112. Do przyjazdu pomocy należy przenieść chorego do cienia lub chłodnego pomieszczenia, zdjąć nadmiar ubrania i rozpocząć chłodzenie.

Osobie nieprzytomnej nie wolno podawać niczego do picia. Trzeba sprawdzać oddech i wykonywać polecenia dyspozytora.

Nie czekaj, aż pojawi się pragnienie

W upalne dni najlepiej pić regularnie, zanim organizm zacznie wyraźnie domagać się płynów. Pragnienie często pojawia się dopiero wtedy, gdy odwodnienie już się zaczęło.

Najbezpieczniejszym wyborem jest woda. Alkohol działa odwrotnie: sprzyja odwodnieniu i może utrudniać właściwą ocenę własnego samopoczucia.

Nie istnieje jedna ilość płynów odpowiednia dla wszystkich. Osoby z niewydolnością serca, chorobami nerek lub zaleconym ograniczeniem picia powinny stosować się do indywidualnych zaleceń lekarza.

Sygnałem ostrzegawczym może być bardzo ciemny mocz albo wyraźnie rzadsze korzystanie z toalety.

Jak nie dopuścić do przegrzania mieszkania?

Otwieranie okien przez cały dzień nie zawsze pomaga. Gdy na zewnątrz jest cieplej niż w domu, do środka wpada kolejne gorące powietrze.

W najcieplejszych godzinach lepiej zasłonić okna i pozostawić je zamknięte. Wietrzenie ma większy sens wieczorem, nocą lub wcześnie rano, gdy temperatura spada.

Warto również ograniczyć korzystanie z piekarnika, suszarki bębnowej i innych urządzeń, które dodatkowo nagrzewają mieszkanie. Szczególną uwagę trzeba zwrócić na pokoje, w których śpią dzieci, seniorzy i osoby chore.

Wentylator poprawia komfort, ale przy bardzo wysokiej temperaturze może nie wystarczyć.

Największy wysiłek lepiej przełożyć

Zakupy, trening, prace w ogrodzie i dłuższe spacery najlepiej planować rano albo wieczorem. W środku dnia warto ograniczyć przebywanie na słońcu, szukać cienia i nosić lekką, przewiewną odzież.

Osoby pracujące fizycznie potrzebują częstszych przerw, wody i miejsca, w którym mogą się schłodzić. Brak odpoczynku podczas upału zwiększa ryzyko omdlenia, odwodnienia i problemów z nerkami.

Dziecko ani zwierzę nie może zostać w samochodzie

Wnętrze samochodu nagrzewa się bardzo szybko, także wtedy, gdy pojazd stoi w cieniu, a szyba jest lekko uchylona.

Dziecka, osoby zależnej ani zwierzęcia nie wolno zostawiać w aucie nawet na kilka minut. Temperatura może wzrosnąć szybciej, niż się wydaje.

Nie należy też przykrywać całego wózka grubą tkaniną. Ogranicza to przepływ powietrza i może jeszcze bardziej podnieść temperaturę wokół dziecka. Lepszy jest daszek, przewiew i regularne sprawdzanie, czy dziecku nie jest za gorąco.

W czasie upału warto zadzwonić do bliskich

Krótki telefon do starszego rodzica, samotnego sąsiada albo osoby przewlekle chorej może mieć realne znaczenie.

Warto sprawdzić, czy ma wodę, chłodne pomieszczenie i możliwość zrobienia zakupów bez wychodzenia w najgorętszej porze. Najbardziej niebezpieczne jest połączenie samotności, nagrzanego mieszkania i choroby ograniczającej samodzielność.

Leki mogą wpływać na reakcję organizmu

Niektóre leki zmieniają gospodarkę wodną, ciśnienie, pocenie lub zdolność organizmu do radzenia sobie z wysoką temperaturą.

Nie oznacza to jednak, że podczas upału należy samodzielnie zmieniać dawkę albo przerywać leczenie. Osoby przyjmujące leki moczopędne, preparaty na nadciśnienie lub inne leki związane z chorobami przewlekłymi powinny w razie wątpliwości porozmawiać z lekarzem albo farmaceutą.

Szczególnie niepokojące są omdlenia, splątanie, silne osłabienie oraz wyraźnie mniejsza ilość oddawanego moczu.

Najważniejsze jest szybkie reagowanie

Upał rzadko od razu daje dramatyczne objawy. Najpierw pojawiają się pragnienie, ból głowy, zmęczenie albo rozdrażnienie. To właśnie wtedy najlepiej zareagować.

Regularne picie, ograniczenie wysiłku, chłodzenie mieszkania, unikanie słońca w najgorętszych godzinach i sprawdzanie osób najbardziej narażonych naprawdę zmniejszają ryzyko.

Gdy pojawia się dezorientacja, utrata przytomności, drgawki albo bardzo wysoka temperatura ciała, nie ma czasu na obserwowanie sytuacji. Potrzebna jest natychmiastowa pomoc.


Boom na AI nie zwalnia. Kto naprawdę zarabia na sztucznej inteligencji?

Sztuczna inteligencja miała zmienić sposób, w jaki pracujemy, szukamy informacji i korzystamy z internetu. I rzeczywiście to robi. Tyle że największe pieniądze nie płyną dziś do twórców pojedynczych aplikacji ani do firm oferujących kolejne chatboty.

Najwięcej zarabiają przedsiębiorstwa, których przeciętny użytkownik prawie nie widzi. To producenci procesorów, pamięci, serwerów i urządzeń sieciowych. Bez nich nie działałby ani ChatGPT, ani Gemini, ani Copilot.

Boom na AI okazuje się więc nie tylko wyścigiem o najlepszy model. To przede wszystkim ogromna rozbudowa infrastruktury.

Nvidia nie sprzedaje chatbotów. Sprzedaje moc obliczeniową

Najwięcej na obecnym boomie inwestycyjnym zyskuje Nvidia. Jej procesory graficzne stały się podstawowym wyposażeniem centrów danych, w których trenuje się i obsługuje modele sztucznej inteligencji.

W kwartale zakończonym 26 kwietnia 2026 roku Nvidia osiągnęła 81,6 mld dolarów przychodów, o 85 proc. więcej niż rok wcześniej. Sam dział centrów danych przyniósł 75,2 mld dolarów, co oznacza wzrost o 92 proc. Nvidia określa ten okres jako pierwszy kwartał roku finansowego 2027, ponieważ jej rok rozliczeniowy nie pokrywa się z rokiem kalendarzowym.

Te liczby pokazują, jak bardzo zmienił się biznes Nvidii. Firma nie jest już kojarzona głównie z kartami graficznymi dla graczy. Dziś jej najważniejszym klientem są koncerny technologiczne budujące centra danych.

Nvidia zarabia niezależnie od tego, który chatbot zdobędzie najwięcej użytkowników. Każdy z nich potrzebuje ogromnej mocy obliczeniowej.

Tak silna pozycja nie oznacza jednak braku konkurencji. Google, Amazon, Microsoft i inni giganci coraz częściej projektują własne układy. Chcą obniżyć koszty i uniezależnić się od jednego dostawcy.

Broadcom rośnie dzięki chipom tworzonym na zamówienie

Na tym trendzie korzysta Broadcom. Firma dostarcza sprzęt sieciowy i pomaga największym operatorom centrów danych projektować procesory dopasowane do konkretnych zadań.

W drugim kwartale roku finansowego 2026 Broadcom osiągnął 22,2 mld dolarów przychodów. Było to o 48 proc. więcej niż rok wcześniej. Przychody z półprzewodników związanych z AI wzrosły natomiast o 143 proc. i sięgnęły 10,8 mld dolarów.

To ważny sygnał dla całego rynku. Przyszłość sztucznej inteligencji nie musi zależeć wyłącznie od uniwersalnych procesorów Nvidii. Coraz większe znaczenie mogą mieć układy projektowane do ściśle określonych zastosowań. Broadcom zarabia właśnie na tej zmianie.

TSMC produkuje chipy dla konkurujących ze sobą firm

Nvidia i Broadcom projektują zaawansowane układy, ale ich nie wytwarzają. Produkcją zajmuje się głównie tajwańskie TSMC.

W pierwszym kwartale 2026 roku przychody spółki wyniosły 35,9 mld dolarów. Firma podkreślała, że wyniki napędzał silny popyt na najbardziej zaawansowane technologie produkcji chipów.

Pozycja TSMC jest wyjątkowa, ponieważ firma pracuje dla przedsiębiorstw, które na innych polach bezpośrednio ze sobą konkurują. Produkuje układy zarówno dla Nvidii, jak i dla koncernów rozwijających własne procesory. Dzięki temu TSMC nie musi przewidywać, kto wygra wyścig o najlepszy model AI. Zarabia na niemal każdym dużym graczu.

Dużym wyzwaniem pozostaje zaawansowane pakowanie chipów. Nowoczesne systemy sztucznej inteligencji wymagają połączenia procesorów, pamięci i innych układów w jeden wydajny system. Samo wyprodukowanie chipu już nie wystarcza.

Procesory to nie wszystko. Boom na AI napędza też rynek pamięci

Sztuczna inteligencja potrzebuje nie tylko szybkich procesorów. Potrzebuje również pamięci zdolnej obsługiwać ogromne ilości danych. Dlatego rośnie znaczenie pamięci HBM, montowanej bardzo blisko procesorów. Pozwala ona szybko przesyłać dane potrzebne do pracy dużych modeli.

Na tym rynku korzysta między innymi Micron. Firma informowała o mocnym wzroście sprzedaży rozwiązań przeznaczonych do centrów danych. Popyt na pamięć DRAM i NAND nadal przewyższa podaż.

To jeden z powodów, dla których rozbudowa infrastruktury AI jest tak kosztowna. Sam procesor nie wystarczy. Potrzebne są również pamięć, serwery, urządzenia sieciowe, systemy chłodzenia oraz duże ilości energii.

Microsoft, Google i Oracle wydają miliardy

Producenci chipów zarabiają, ponieważ największe firmy technologiczne inwestują w centra danych na niespotykaną wcześniej skalę.

Microsoft podał, że jego biznes związany ze sztuczną inteligencją osiągnął roczne tempo przychodów przekraczające 37 mld dolarów. W jednym kwartale spółka przeznaczyła na inwestycje 31,9 mld dolarów. Duża część tej kwoty trafiła na procesory i serwery.

Alphabet, właściciel Google, zapowiedział z kolei, że jego wydatki inwestycyjne w 2026 roku mogą wynieść od 175 do 185 mld dolarów. Pieniądze mają zostać przeznaczone głównie na centra danych, serwery i infrastrukturę sieciową.

Szybko rośnie również Oracle. Przychody firmy z usług chmurowych zwiększają się wraz z popytem na moc obliczeniową potrzebną do obsługi modeli AI.

Skala tych inwestycji pokazuje, że największe koncerny nie traktują sztucznej inteligencji jako chwilowej mody. Budują pod nią zaplecze na wiele lat.

Kto ostatecznie zapłaci za rozwój AI?

Ogromne inwestycje nie znikają z bilansów firm. Ktoś będzie musiał za nie zapłacić.

Część kosztów pokryją przedsiębiorstwa korzystające z usług chmurowych. Część zostanie przeniesiona na użytkowników w postaci abonamentów i wyższych cen oprogramowania.

AI coraz częściej trafia do programów, za które firmy i konsumenci już płacą. Pojawia się w pakietach biurowych, wyszukiwarkach, narzędziach dla programistów, systemach księgowych i obsłudze klienta.

Wiele usług nadal działa bezpłatnie, ponieważ dostawcy chcą przyciągnąć użytkowników i zbudować przewagę. Utrzymanie modeli jest jednak kosztowne. Z czasem presja na płatne wersje i dodatkowe opłaty będzie rosła.

Największe pieniądze płyną do infrastruktury

Rynek aplikacji wykorzystujących sztuczną inteligencję nadal jest bardzo niestabilny. Część start-upów zniknie, niektóre narzędzia zostaną zastąpione, a wiele firm nie odzyska zainwestowanych pieniędzy.

Inaczej wygląda sytuacja dostawców infrastruktury. Każdy model, niezależnie od nazwy i właściciela, potrzebuje procesorów, pamięci, serwerów i centrów danych. Dlatego to właśnie firmy działające pod powierzchnią technologicznego boomu osiągają dziś najbardziej wymierne przychody. Użytkownik widzi chatbota. Największe pieniądze zarabiają jednak ci, którzy dostarczają mu moc obliczeniową. 


Wędlina codziennie na śniadanie? Przy 50 gramach ryzyko raka jelita rośnie

Jedna kanapka z szynką nie przesądza o zdrowiu. Problem zaczyna się wtedy, gdy wędliny, kiełbasy, boczek czy parówki trafiają na talerz codziennie. Badania prowadzone przez wiele lat na dużych grupach ludzi pokazują, że regularne jedzenie przetworzonego mięsa zwiększa ryzyko raka jelita grubego.

Nie oznacza to jednak, że trzeba od razu wyrzucić z lodówki wszystkie produkty mięsne. Najwięcej zależy od ilości i częstotliwości. Im częściej przetworzone mięso pojawia się w diecie, tym bardziej rośnie ryzyko. Dlatego rozsądniej ograniczyć je do okazjonalnego dodatku i częściej sięgać po jajka, twaróg, ryby, rośliny strączkowe albo świeże mięso.

Co właściwie oznacza mięso przetworzone

Mięso przetworzone to mięso, które utrwalono lub zmieniono jego smak przez peklowanie, solenie, wędzenie, fermentowanie albo dodanie konserwantów. Do tej grupy należą między innymi kiełbasy, parówki, salami, boczek, konserwy mięsne oraz znaczna część szynek i innych wędlin.

Nie każde mięso pokrojone i zapakowane jest jednak mięsem przetworzonym w tym znaczeniu. Świeża pierś z kurczaka, kawałek wołowiny czy niepeklowany schab pozostają mięsem świeżym, nawet jeśli zostały rozdrobnione lub zamrożone. O klasyfikacji decyduje sposób produkcji, a nie sam kształt produktu.

Warto też odróżnić mięso przetworzone od czerwonego. Czerwonym mięsem jest między innymi wołowina, wieprzowina, jagnięcina i baranina. Może ono być świeże albo przetworzone. Kiełbasa wieprzowa należy zatem do obu grup, natomiast świeży filet z indyka nie jest czerwonym mięsem, choć po peklowaniu i uwędzeniu może stać się mięsem przetworzonym.

Co oznacza klasyfikacja IARC

Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem, działająca przy Światowej Organizacji Zdrowia, zaklasyfikowała mięso przetworzone do grupy czynników rakotwórczych dla ludzi. Oznacza to, że istnieją przekonujące dowody na związek jego spożycia z rakiem jelita grubego.

Ta sama grupa obejmuje również tytoń i azbest, co często prowadzi do błędnych porównań. Klasyfikacja IARC opisuje siłę dowodów, że dany czynnik może wywoływać nowotwór. Nie oznacza, że kiełbasa, papierosy i azbest powodują takie samo zagrożenie.

Palenie odpowiada za znacznie większy wzrost ryzyka nowotworowego niż jedzenie wędlin. Umieszczenie obu czynników w tej samej kategorii mówi jedynie, że w obu przypadkach związek przyczynowy uznano za dobrze udokumentowany. Nie porównuje skali ryzyka.

Czerwone mięso umieszczono natomiast w grupie czynników „prawdopodobnie rakotwórczych”. Dowody są słabsze niż w przypadku mięsa przetworzonego, choć również wskazują na związek z rakiem jelita grubego.

Co naprawdę oznacza wzrost ryzyka o 18 procent

Analiza przywoływana przez IARC wykazała, że codzienne spożywanie 50 gramów mięsa przetworzonego wiązało się ze wzrostem względnego ryzyka raka jelita grubego o około 18 procent. Pięćdziesiąt gramów to w przybliżeniu jedna niewielka kiełbasa, jeden hot dog albo kilka plastrów wędliny, zależnie od produktu.

Słowo „względnego” ma zasadnicze znaczenie. Wzrost o 18 procent nie oznacza, że 18 osób na każde 100 jedzących wędliny zachoruje ani że ryzyko konkretnego człowieka wynosi 18 procent.

Można to pokazać na czysto hipotetycznym przykładzie. Gdyby wyjściowe ryzyko zachorowania w określonej grupie wynosiło 5 procent, wzrost względny o 18 procent podniósłby je do około 5,9 procent. Różnica wyniosłaby 0,9 punktu procentowego, a nie 18 punktów.

Rzeczywiste ryzyko konkretnej osoby zależy także od wieku, obciążeń rodzinnych, masy ciała, aktywności fizycznej, palenia, alkoholu, ilości błonnika w diecie i udziału w badaniach przesiewowych. Jedzenie przetworzonego mięsa jest jednym z czynników, a nie samodzielnym wyrokiem.

Jednocześnie nie da się wskazać dawki, która z pewnością nie zwiększa ryzyka. World Cancer Research Fund zaleca jedzenie bardzo małych ilości przetworzonego mięsa albo unikanie go, ponieważ ryzyko rośnie wraz ze spożyciem, a bezpiecznego progu nie udało się potwierdzić. Najwięcej mogą zyskać osoby, które jedzą wędliny i kiełbasy codziennie.

Dlaczego przetworzone mięso może szkodzić jelitom

Nie istnieje jeden składnik odpowiedzialny za cały obserwowany efekt. Badacze wskazują kilka mechanizmów, które mogą się wzajemnie wzmacniać.

Podczas peklowania używa się azotanów i azotynów. W określonych warunkach mogą z nich powstawać związki N-nitrozowe, z których część uszkadza DNA. Znaczenie może mieć także żelazo hemowe obecne w czerwonym mięsie, które sprzyja powstawaniu reaktywnych związków i procesom utleniania.

Kolejne substancje mogą powstawać podczas intensywnego smażenia, grillowania lub przypalania mięsa. Nie oznacza to jednak, że zmiana sposobu obróbki całkowicie usuwa problem związany z wędlinami. Gotowana parówka nadal pozostaje mięsem przetworzonym.

Nie ma też podstaw, by uznać produkt za obojętny tylko dlatego, że na etykiecie widnieje hasło „bez konserwantów”. Ryzyko zależy od całego procesu produkcji, rodzaju mięsa, składu i częstotliwości spożycia. Brak jednego dodatku nie zamienia przetworzonego produktu w żywność ochronną.

Ile mięsa można jeść

W przypadku przetworzonego mięsa nie ma jednej powszechnie przyjętej liczby określającej bezpieczny tygodniowy limit. Zalecenie World Cancer Research Fund jest ostrożne: jeść go jak najmniej.

Dla czerwonego mięsa organizacja podaje orientacyjny limit około 350–500 gramów po ugotowaniu tygodniowo. Ten zakres nie jest przydziałem, który trzeba wykorzystać, lecz górną granicą dla osób, które chcą zachować czerwone mięso w diecie. Wędlin i kiełbas nie należy automatycznie wliczać do tego limitu jako równoważnego wyboru, ponieważ zalecenie wobec mięsa przetworzonego jest bardziej restrykcyjne.

Najbardziej praktyczne pytanie nie brzmi więc: „Czy jeden plaster szynki jest niebezpieczny?”, lecz: „Jak często w ciągu tygodnia wędlina zastępuje mi mniej przetworzone produkty?”. Jeżeli pojawia się codziennie na śniadanie, w kanapce do pracy, na pizzy i jeszcze podczas kolacji, łączna ilość może być znacznie większa, niż się wydaje.

Ograniczenie częstotliwości zwykle ma większe znaczenie niż poszukiwanie jednej rzekomo idealnej wędliny. Dobrym pierwszym krokiem może być rezygnacja z automatycznego jedzenia mięsa przetworzonego przy każdym posiłku.

Czym zastąpić wędlinę i kiełbasę

Zamiennik powinien dostarczać białka, dawać sytość i pasować do zwykłego sposobu jedzenia. Nie musi być egzotyczny ani kosztowny.

Do kanapek można wykorzystać jajko, twaróg, serek naturalny, pastę z fasoli lub ciecierzycy, hummus, pieczoną rybę albo samodzielnie upieczony kawałek niepeklowanego drobiu. Ważne jest przy tym, aby zamiana nie polegała wyłącznie na sięganiu po silnie przetworzone produkty roślinne z dużą ilością soli.

W daniach obiadowych część mięsa mogą zastąpić soczewica, fasola, groch i ciecierzyca. Dostarczają białka oraz błonnika, którego typowa dieta zawiera często za mało. Zwiększanie udziału pełnych ziaren i produktów bogatych w błonnik jest dodatkowo wiązane z niższym ryzykiem raka jelita grubego.

Ryby i świeży drób mogą zastępować część czerwonego mięsa, choć sposób przygotowania nadal ma znaczenie. Najkorzystniej wybierać gotowanie, duszenie lub pieczenie bez przypalania zamiast częstego smażenia w bardzo wysokiej temperaturze.

Nie trzeba dokonywać całkowitej zmiany jadłospisu w jeden dzień. Osoba jedząca wędlinę dwa razy dziennie może najpierw zastąpić jeden taki posiłek. Następnie warto wprowadzić kilka dni tygodnia bez przetworzonego mięsa i zmniejszyć porcje w dniach, w których nadal się pojawia.

Sama dieta nie wyczerpuje profilaktyki

Ograniczenie wędlin nie gwarantuje, że człowiek nie zachoruje. Rak jelita grubego może rozwijać się również u osób prowadzących zdrowy tryb życia, a część ryzyka wynika z wieku i predyspozycji genetycznych.

Znaczenie mają także prawidłowa masa ciała, regularny ruch, niepalenie, ograniczenie alkoholu i odpowiednia ilość błonnika. Profilaktyka obejmuje również udział w badaniach przesiewowych, ponieważ zmiany przedrakowe mogą przez długi czas nie powodować objawów.

Krew w stolcu, niewyjaśniona niedokrwistość, utrzymująca się zmiana rytmu wypróżnień, ból brzucha lub niezamierzona utrata masy ciała wymagają konsultacji lekarskiej. Nie należy tłumaczyć ich dietą ani czekać, aż ustąpią po odstawieniu określonych produktów.

Najbardziej racjonalna decyzja nie polega na strachu przed pojedynczą kanapką. Chodzi o zmianę codziennego wzorca: wędliny, boczek, kiełbasę i parówki warto traktować jako produkty okazjonalne, a nie podstawowe źródło białka. Im częściej zastępują je świeże, mniej przetworzone produkty oraz posiłki oparte na roślinach strączkowych i pełnych ziarnach, tym większa korzyść może się kumulować przez kolejne lata.

Źródła: Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC), World Cancer Research Fund, Europejski Kodeks Walki z Rakiem, Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej NIZP PZH, NFZ


Chcą związku, ale nie za wszelką cenę. Czego dziś naprawdę szukają single?

Z badania przeprowadzonego w maju 2026 roku wśród użytkowników serwisu Sympatia wynika, że 83 proc. ankietowanych szuka relacji. Poważnym, długoterminowym związkiem interesuje się 55 proc. badanych, a 26 proc. chciałoby znaleźć osobę, z którą mogłoby założyć rodzinę.

Jednocześnie 57 proc. uczestników przyznaje, że nie prowadzi intensywnych poszukiwań. Część robi przerwę po rozstaniu, ogranicza aktywność w aplikacjach albo nie podporządkowuje randkowaniu całej codzienności.

Singiel nie zawsze mieszka sam

Pojęcie singla obejmuje osoby w bardzo różnych sytuacjach. Są wśród nich ludzie, którzy nigdy nie tworzyli trwałego związku, ale także osoby rozwiedzione, owdowiałe, wychowujące dzieci lub pozostające między kolejnymi relacjami.

Z badania CBOS z 2025 roku wynika, że 71 proc. Polaków w wieku od 18 do 44 lat pozostawało w małżeństwie albo związku nieformalnym. Pozostałe 29 proc. nie miało partnera. Dane nie pokazują jednak, ilu respondentów wybrało życie solo, ilu szukało relacji, a ilu niedawno zakończyło poprzednią.

Nie należy też utożsamiać singli z jednoosobowymi gospodarstwami domowymi. Według danych Eurostatu przywołanych przez Polski Instytut Ekonomiczny pod koniec 2025 roku stanowiły one 35 proc. wszystkich gospodarstw w Polsce. W 2006 roku ich udział wynosił 22 proc.

Samotnie mieszkają również wdowy, wdowcy, rozwodnicy oraz osoby pozostające w związku, ale prowadzące osobne domy. Wzrost liczby takich gospodarstw pokazuje jednak, że życie w pojedynkę coraz częściej trwa wiele lat.

Po trzydziestce partner wchodzi w już ułożone życie

Randkowanie po trzydziestce często oznacza łączenie dwóch gotowych codzienności. Pojawiają się obowiązki zawodowe, mieszkanie, kredyt, dzieci z wcześniejszej relacji, opieka nad rodzicami oraz doświadczenia wyniesione z poprzednich związków.

Nowa osoba musi znaleźć miejsce w istniejącym planie dnia, systemie finansów i sieci rodzinnych zobowiązań. Relacja wymaga więc uzgodnienia nie tylko wspólnych zainteresowań, lecz także sposobu życia.

Z wiekiem zmieniają się również kryteria wyboru. Oprócz atrakcyjności i wzajemnego zainteresowania liczą się podejście do pieniędzy, podział obowiązków, umiejętność rozmowy oraz reakcja na konflikt.

Osoby po rozwodzie lub trudnym związku częściej zwracają uwagę na sygnały ostrzegawcze. Dotyczy to między innymi przemocy, uzależnień, kłamstw, lekceważenia granic i unikania odpowiedzialności.

Aplikacje zwiększyły wybór, ale nie ułatwiły decyzji

Aplikacje randkowe pozwalają poznawać osoby spoza kręgu znajomych, pracy i najbliższej okolicy. Są szczególnie ważne dla ludzi mieszkających w mniejszych miejscowościach, wracających do randkowania po rozwodzie albo mających niewiele okazji do nowych znajomości.

Pierwszy kontakt sprowadza się jednak zwykle do zdjęcia, krótkiego opisu i kilku podstawowych informacji. Użytkownik ocenia kolejne profile w kilka sekund, a następna propozycja pojawia się natychmiast po odrzuceniu poprzedniej.

Taki mechanizm skraca czas poświęcany jednej znajomości. Nieudana rozmowa częściej kończy kontakt, niż prowadzi do wyjaśnienia nieporozumienia. Duża liczba profili poszerza wybór, ale może utrudniać podjęcie decyzji.

Badania Pew Research Center pokazują, że kobiety i mężczyźni inaczej opisują swoje doświadczenia w aplikacjach. Kobiety częściej mówią o nadmiarze wiadomości, niechcianych treściach seksualnych i obawach o bezpieczeństwo. Mężczyźni częściej wskazują na brak odpowiedzi i niewielką liczbę dopasowań.

Terapeuci cytowani przez „The Washington Post” zwracali uwagę, że wielokrotne odrzucenie, oczekiwanie na odpowiedź i ciągłe przeglądanie profili mogą prowadzić do zmęczenia. Część użytkowników robi więc przerwy, usuwa konta albo ogranicza czas spędzany w aplikacjach.

Kobiety i mężczyźni wskazują na inne trudności

Debata o relacjach często sprowadza różnice między płciami do wzajemnych oskarżeń. Kobietom zarzuca się zbyt wysokie wymagania, a mężczyznom brak dojrzałości i niechęć do zobowiązań. Takie uogólnienia nie pokazują pełnego obrazu.

Kobiety po nieudanych związkach mogą obawiać się nierównego podziału obowiązków domowych i opiekuńczych. Mężczyźni częściej opisują poczucie niewidoczności, presję finansową i brak odpowiedzi podczas randkowania online.

Obie strony mogą szukać trwałej relacji, a jednocześnie ostrożniej podchodzić do kolejnych znajomości. Im dłużej ktoś żyje samodzielnie, tym więcej spraw wymaga uzgodnienia. Dotyczy to miejsca zamieszkania, wydatków, kontaktów z byłymi partnerami, relacji z dziećmi i sposobu spędzania wolnego czasu.

Związek przestał być jedynym modelem dorosłego życia

Spadek liczby małżeństw i wzrost udziału jednoosobowych gospodarstw domowych wskazują na zmianę sposobu organizowania życia. Ślub nie jest już dla wszystkich obowiązkowym etapem dorosłości, a sam fakt pozostawania w parze nie przesądza o poczuciu bezpieczeństwa.

Większa niezależność finansowa i społeczna ułatwia odejście z niesatysfakcjonującej relacji. Nie rozwiązuje jednak problemów związanych z komunikacją, samotnością ani budowaniem zaufania.

Dane z badania Sympatii pokazują, że większość ankietowanych nadal chce trwałego związku. Zmieniły się przede wszystkim warunki, na jakich ludzie są gotowi go tworzyć.

Coraz więcej singli łączy otwartość na bliskość z ostrożnością. Chcą relacji, ale nie traktują jej jako jedynego potwierdzenia, że ich życie jest udane.

Źródło: CBOS, Eurostat, Polski Instytut Ekonomiczny, Sympatia, Pew Research Center, „The Washington Post”


PiS chce uchwały przeciw Ukrainie w UE. Czarnek wzywa rząd do sprzeciwu

„Wzywamy rząd do sprzeciwu wobec jakiegokolwiek rozwijania procesu integracji Ukrainy z UE” napisał Czarnek w sobotę na platformie X. Dodał, że Unia Europejska nie może mieć wśród swoich członków państwa, które „jawnie odwołuje się do najgorszej z możliwych spuścizn”. Wpis pojawił się 11 lipca, w rocznicę krwawej niedzieli, kulminacji zbrodni wołyńskiej z 1943 roku.

PiS jest w opozycji, więc sam nie zatrzyma procesu akcesyjnego Ukrainy. Może jednak narzucić temat debaty, doprowadzić do głosowania nad projektem uchwały.

Dlaczego PiS uderza właśnie w Wołyń

Czarnek wybrał datę nieprzypadkowo. 11 lipca przypada rocznica krwawej niedzieli — kulminacji zbrodni wołyńskiej z 1943 roku, gdy oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii zaatakowały około 150 polskich miejscowości. W latach 1943–1945 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej zginęło ponad 100 tysięcy Polaków, głównie cywilów.

Dla rodzin ofiar UPA nie jest odległym sporem historyków. To spalone wsie, nieodnalezione groby i wieloletnia, wciąż nierozwiązana walka o ekshumacje. Kiedy więc Wołodymyr Zełenski nadał jednej z ukraińskich jednostek specjalnych imię „Bohaterów UPA”, dał PiS argument gotowy do użycia w bieżącej polityce: skoro Kijów honoruje UPA, Polska nie powinna zgadzać się na jego drogę do Unii.

Rząd kontra PiS: dwa różne języki

Rząd odpowiada ostrożniej niż PiS oczekiwałby. Władysław Kosiniak-Kamysz przypomina, że to obecna większość ustanowiła 11 lipca państwowym dniem pamięci. Radosław Sikorski krytykuje decyzję Zełenskiego, ale ostrzega równocześnie, że polsko-ukraińska awantura służy Rosji. Różnica między obozami jest w tym języku: PiS stawia na prosty sprzeciw, rząd próbuje łączyć pamięć o Wołyniu z interesem bezpieczeństwa.

Projekt uchwały PiS nie odpowiada jna najważniejsze pytanie: czy sprzeciw wobec Ukrainy w UE ma być stałym stanowiskiem partii, czy tylko narzędziem nacisku na Kijów? Gdyby Ukraina zgodziła się na ekshumacje, uporządkowała miejsca pamięci i odeszła od państwowego kultu UPA czy PiS zmieniłby zdanie?

Źródło: PAP, wypowiedzi na platformie X (Przemysław Czarnek, 11.07.2026)


Obajtek szarpany. Zapasy w Solino i milionowy uśmiech

OBAJTEK SZARPANY

Daniel Obajtek, wzorem Donalda Trumpa, interesuje się walkami w klatkach. Co więcej, nie tylko kibicuje walkom, ale zamierza sam w nich uczestniczyć.

Wczoraj cała Polska mogła zobaczyć, jak były prezes Orlenu trenuje zapasy. Trening zawodnika Obajtka miał miejsce na terenie recepcji Inowrocławskich Kopalń Soli „Solino”. W tym strategicznym miejscu, na oczach reporterów, Daniel dzielnie szarpał się z prezesem „Solino”, Wojciechem Kotlarkiem.

Przewaga prezesa spółki „Solino” była widoczna i wynikała głównie z masy ciała. Obajtek wykorzystywał za to swoją zwinność (charakterystyczną dla osób oślizgłych) i techniki polegające na szybkim przemieszczaniu się pod barierkami.

Tym razem wygrał prezes Kotlarek, ale pamiętajmy, że to tylko trening i rozgrzewka, a sam Obajtek na pewno jeszcze pokaże, że nie takie szarpaniny ma w repertuarze.

Skąd cała ta walka w recepcji IKS Solino? TV Republice bardzo spadła oglądalność w trakcie mundialu, bo wszyscy oglądają fascynujące mecze w TVP. Należało więc wymyślić jakąś atrakcję. Padło na Obajtka i jego walki.

TV Republika będzie teraz, w ramach walki o widza, włazić z kamerami do zakładów, w których trwają jakieś konflikty, a Daniel, który za pieniądze Orlenu zrobił sobie prywatne zęby w cenie miliona złotych, będzie przy kamerach prał się z prezesami tych firm.

Zakłady bukmacherskie na to, kiedy Obajtek straci swoje zęby za milion złotych, już można przyjmować. Do telewidza, który wytypuje idealnie moment utraty zębów przez Obajtka, trafi nagroda TV Republika, czyli zdjęcie redaktora Sakiewicza bez gaci, podczas szkolenia sekretarek.

Po co oglądać mecz Francji z Maroko, jak można sobie u Sakiewicza obejrzeć milionera Obajtka (który zarobił przecież więcej szmalu niż taki Kylian Mbappé czy inni piłkarze) w pokazowej walce na recepcji?

A tak na poważnie, to cała sprawa jest typowa dla PiS. W czasach, gdy Obajtek był z rekomendacji Kaczyńskiego prezesem Orlenu, nie tylko wstawił sobie nowe zęby za państwową kasę, ale podpisał szereg niekorzystnych dla Orlenu umów (sprzedaż Lotosu Saudyjczykom za grosze), a także niekorzystną umowę dla Solino (która jest spółką zależną i należy do grupy Orlen) z firmą Qemetica.

Teraz, gdy pojawiły się kłopoty w firmie i grozi jej sprzedaż, a trzy osoby prowadzą w biurze „Solidarności” rotacyjny strajk głodowy, z misją „naprawczą” pojawia się główny szkodnik, który wraz z Czarnkiem najpierw urządza konferencje prasowe, a potem ćwiczy zapasy z Kotlarkiem na recepcji.

Obajtek ma chyba chrapkę na powrót do Orlenu, skoro wdaje się w takie widowiskowe akcje. W końcu, gdy był prezesem firmy, to nakupił z zagarniętej kasy tyle mieszkań na wynajem, że krążył taki dowcip: gdy kupujesz mieszkanie gdziekolwiek w Polsce, pamiętaj, twoim sąsiadem może być Obajtek.

Krzysztof Skiba


Kawa z cytryną odchudza? Obalamy viralowy mit

Kawa z cytryną co pewien czas wraca w mediach społecznościowych jako prosty sposób na odchudzanie. Przepis zwykle wygląda tak samo: czarna kawa, sok z cytryny, najlepiej rano i najlepiej na czczo. Potem ma już działać metabolizm, a kilogramy mają znikać niemal same.

To właśnie dlatego ten trend tak łatwo rozchodzi się po internecie. Bierze dwa dobrze znane składniki i dopisuje im efekt, którego wiele osób szuka bez diety, planu i wysiłku: szybsze spalanie tłuszczu. Problem polega na tym, że wiarygodne źródła medyczne nie potwierdzają, by połączenie kawy z cytryną miało takie działanie.

Kawa może pobudzać i na krótko zwiększać wydatek energetyczny organizmu. Cytryna dostarcza witaminy C, zawiera kwas cytrynowy i nadaje napojowi wyrazisty, kwaśny smak. Z tego nie wynika jednak, że razem tworzą miksturę odchudzającą. Tłuszcz nie znika dlatego, że do espresso albo czarnej kawy trafił sok z cytryny.

W tej historii łatwo pomylić dwie różne rzeczy. Jeśli ktoś zamiast słodkiej kawy z syropem, tłustym mlekiem i bitą śmietaną zacznie pić czarną kawę z cytryną, rzeczywiście może ograniczyć liczbę kalorii. Efekt będzie jednak wynikał z rezygnacji z cukru i dodatków, a nie z magicznego działania cytryny. To różnica między realną zmianą w diecie a internetową opowieścią o „spalaniu tłuszczu”.

Limonka, która czasem pojawia się jako zamiennik cytryny, nie zmienia sensu tej historii. Może dać świeższy, bardziej wakacyjny smak i sprawić, że kawa będzie przypominała letni napój. Nie zamienia jej jednak w eliksir na płaski brzuch. To nadal kawa z kwaśnym dodatkiem, a nie skrót do odchudzania.

Warto pamiętać także o żołądku i zębach. Kawa z sokiem z cytryny albo limonki może nasilać dyskomfort u osób z refluksem, zgagą lub wrażliwym żołądkiem. Kwaśne napoje, szczególnie pite często, mogą też nie służyć szkliwu.

Wniosek jest prosty: jeśli komuś odpowiada taki smak, może potraktować kawę z cytryną jako kulinarny eksperyment. Nie warto jednak oczekiwać, że zastąpi sen, ruch, deficyt kaloryczny i rozsądne jedzenie. Ten viral sprzedaje obietnicę znacznie większą niż efekt, który może realnie dostarczyć.

Źródło: Cleveland Clinic, Medical News Today, Healthline, Mayo Clinic