Michalczewski: Mam za sobą trzy rozwody. Pierwszej żonie dałem siedem czy osiem milionów euro

Dariusz Michalczewski – „Tiger” w wywiadzie dla „Welt am Sonntag” opowiada o swojej karierze, pieniądzach, dziennikarzach i narodowej tożsamości.

Michalczewski: Mam za sobą trzy rozwody. Pierwszej żonie dałem siedem czy osiem milionów euro
Dariusz Michalczewski

– To, co przeżyłem i przeszedłem w ciągu pierwszych 50 lat, starczyłoby na dziesięć, a nawet na więcej życiorysów. Mogę jednak teraz z dumą powiedzieć, że powodzi mi się bardzo dobrze i że jestem bardzo, bardzo szczęśliwy – powiedział Dariusz Michalczewski w wywiadzie dla „Welt am Sonntag”.

Pytany o swoją finansową sytuację, Michalczewski powiedział:

Mam za sobą trzy rozwody. Zanim zacząłem płacić Dorocie, mojej pierwszej żonie, z którą byłem dwukrotnie żonaty, alimenty w wysokości 16 tys. euro miesięcznie, dałem jej siedem czy osiem milionów. Finansowałem też studia w Ameryce moich synów Michaela i Nicolasa. Patricia, moja druga żona, dostała tylko 500 tys. euro – byliśmy krótko małżeństwem.

– Z trzecią żoną, Barbarą wszystko jest super – zaznaczył były mistrz świata. – Pomimo dużych sum, które płaciłem, jestem finansowo niezależny – podkreślił. Jak ujawnił, podczas kariery bokserskiej zarobił 30 mln euro plus wpływy za reklamy.

Doceniany w Niemczech

Michalczewski nie zgodził się z sugestią prowadzącego wywiad, że pomimo sukcesów nie czuł się w Niemczech w pełni doceniony.

– Gdy jestem u przyjaciół w Hamburgu, mam wrażenie, że w Niemczech jestem bardziej doceniany niż w Polsce – powiedział, tłumacząc, że przyczyniła się do tego jego rywalizacja z Graciano i Henrym Maske.

Bokser przyznał, że niemieccy dziennikarze nie zawsze obchodzili się z nim tak, „jak na to zasłużył”. – Prasa w Niemczech jest surowa – zaznaczył. Jego zdaniem media w Polsce „nie czynią tak dużo szkód”.

Jak wyjaśnił, gdy został złapany po alkoholu za kierownicą, polski dziennikarz, który miał opisać ten przypadek, zadzwonił do niego i uprzedził, co zamierza napisać.

– W Niemczech prasa była znacznie bardziej krytyczna, przede wszystkim ze względu na mój styl życia – powiedział.

Boksował w Polsce dla matki

Tłumacząc podjętą w 2002 roku decyzję, że będzie boksował dla Polski, Michalczewski wyjaśnił, że uczynił to dla swojej matki.

– Po ucieczce z Polski, dla Polaków byłem zdrajcą. Moja mama była z tego powodu bardzo nieszczęśliwa, bo często jej to wytykano. Nie chciałem, żeby dłużej cierpiała – wyjaśnił.

Pytany, czy bardziej czuje się Niemcem, czy Polakiem, Michalczewski powiedział, że posiada obydwa obywatelstwa, a czuje się Europejczykiem. Jak wyjaśnił, „wykorzystałem szanse, jakie daje niemieckie państwo, za co jestem mu bardzo wdzięczny” i zastanawia się nad powrotem do Niemiec. Jego zdaniem w Polce, pomimo zmian, nadal jest zbyt wiele zawiści i zazdrości wobec ludzi, którym się powiodło.

Michalczewski odłączył się od drużyny polskiej podczas występów w Karlsruhe w 1988 roku i pozostał w RFN. Pół roku później otrzymał niemieckie obywatelstwo. W latach 1994-2003 był mistrzem świata. Obecnie mieszka w Gdańsku.

REDAKCJA POLECA


Dariusz Stokwiszewski: Pseudonaukowy i zaprawiony narracją PiS, bełkot Andrzeja Zybertowicza – profesora!

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Dodam w kontekście tematyki tu podjętej, że nie jestem w stanie, tak jak wielu innych, słuchać i czytać pseudonaukowego bełkotu, który zmierza do gloryfikacji szkodliwej dla Polski partii politycznej, jaką jest Prawo i Sprawiedliwość (znane są również modyfikacje tego skrótu, o których nie chcę tu pisać, choć wiele z nich jest bardziej adekwatnych, niż ta oficjalna nazwa)

 

Oto jedna z wiodących myśli ekscentrycznego doradcy prezydenta: Rzecz w tym, że jeśli dobra zmiana przegra, to walec około globalistyczny, walec demoliberalnych konwulsji, choć zwichrowany, może doprowadzić do takiej sytuacji, w której kolejnej szansy na rekonstytucję narodu polskiego nie będzie. Może też wygrać projekt Unii, która Polskę zmodernizuje przez depolonizację i dechrystianizację. Bez sukcesu „dobrej zmiany” (to żart) nie będzie nie tylko narodu polskiego, lecz być może nawet tkanki narodotwórczej zdolnej do kolejnego zrywu. Nie będzie komu wybaczać Prawu i Sprawiedliwości jego błędów.

I dalej jeszcze: Naród polski tym razem nie wybaczy. Bo być może drugiej szansy na „rekonstytucję” narodu nie będzie!

Panie Profesorze, a cóż to za „akademicki bełkot”?! Czy nie umie pan mówić po polsku, tylko tworzy śmieszną nowomowę, która trafia tylko do tych, którzy wydają się być tacy, jak bohaterowie znanej baśni Hansa Christiana Andersena Nowe szaty króla (poniżej jej krótkie streszczenie)?!

Opowiada ona o pewnym, mającym słabość do strojów monarsze, którego próżność, tak samo, jak próżność jego dworzan wykorzystuje dwójka tkaczy, będących oszustami. W stolicy kraju, którym ów król włada, oszuści ci rozpowiadają, iż potrafią utkać niezwykły materiał niedostępny dla oczu głupców i wszystkich osób, niezdolnych do sprawowania wysokich funkcji.

Gdy wiadomość taka trafia do króla, ten szybko składa u oszustów zamówienie. Udający tkaczy naciągacze pozorują pracę, w rzeczywistości niczego nie tkając. Kiedy król wysyła do nich dworskich urzędników, ci nie chcąc dać się ośmieszyć i stracić stanowisk, udają, że widzą cudowny materiał, potwierdzając w ten sposób kłamstwa oszustów. Podobnie postępują wszyscy pozostali dworzanie i urzędnicy.

W rezultacie sam król, mając być ubrany w niezwykłe szaty, których rzekomego nałożenia dopilnowują sami oszuści, pokazuje się swoim poddanym bez stroju. Mieszkańcy stolicy także niczego nie widząc, wolą jednak tego nie przyznawać. Nagle tę rzeczywistą nagość odkrywa dziecko, którego jednak nikt na dworze słuchać nie chce z obawy, aby nie został ogłoszony głupcem!

Tak samo panie profesorze, jest z pana nieziemskimi teoriami, które m.in. mnie powalają na kolana, choć być może ja na nich według pana i PiS już od dawna jestem, podobnie, jak większa część narodu, niekupująca pisowskich bredni. Niedawno wykreował pan też MaBeNa – dla tych „ograniczonych” – Maszynę Bezpieczeństwa Narracyjnego (sic!). Co to ma być? Żarty ze zwykłych ludzi i próba pokazania tego, jak to język „nauki” jest wysublimowanie hermetyczny i nie dla „byle idioty”!

Oczywiście; nie jest pan sam, bo pana równie uczony kolega – też profesor – Ryszard Legutko rzekł był nie tak dawno w podobnym tonie, że: po roku 1989 zadania odbudowy tożsamości i tkanki narodowej nie postawiono na poczesnym miejscu. Stało się za to odwrotnie: środowiska, które w Polskę zakotwiczoną w tradycji narodu i jego związku z Kościołem katolickim wierzą, będą musiały walczyć o politykę historyczną z aktywistami pedagogiki winy (to chyba z mistrza J. Kaczyńskiego, bo raczej nie z komedii Barei?).

Panowie, co wy za bzdury wygadujecie i do kogo jest to skierowane?! No, bo chyba nie do narodu, tylko raczej do młodych naukowców – doktorantów i tych, którzy chcą was, w jakiejś bardzo odległej przyszłości, zastąpić na katedrach robiąc habilitację, która bez was nie może się odbyć! Po to komuna stworzyła instytucję „habilitacji”, aby byli równi oraz równiejsi. Za tę zresztą działalność bierzecie grube pieniądze, co nie zawsze skorelowane jest, z jakością owej habilitacji. Znam osobiście kilku takich „profesorów”, którzy wcale nie powinni się nią (habilitacją) chwalić! Na co dzień zresztą tę oczywistą prawdę od lat udowadnia i odkrywa pan prof. Marek Wroński – łowca plagiatów i nieuczciwych działań niektórych ludzi ze środowiska, za co zresztą jest przez wielu znienawidzony! Pozbawił bowiem wielu z tych, którzy się uznawali za mędrców stopni oraz tytułów naukowych, za co, wielkie brawa!

Jeszcze co do kwestii powyżej; zapewne ci nowi habilitanci dla grantów płaconych z naszych pieniędzy, będą na bazie tych bzdur, tworzyć kolejne?

Dodam w kontekście tematyki tu podjętej, że nie jestem w stanie, tak jak wielu innych, słuchać i czytać pseudonaukowego bełkotu, który zmierza do gloryfikacji szkodliwej dla Polski partii politycznej, jaką jest Prawo i Sprawiedliwość (znane są również modyfikacje tego skrótu, o których nie chcę tu pisać, choć wiele z nich jest bardziej adekwatnych, niż ta oficjalna nazwa).

Panie profesorze, proszę zatem zająć się nauką sensu stricto, bo nie jest pana rolą, jako naukowca, działanie mające polegać na propagandzie partyjnej tej, czy za chwilę może innej partii, a na opisie i wyjaśnianiu rzeczywistości dla dobra nauki. To, co pan teraz robi, przynajmniej dla mnie, nauką nie jest!

PS. Na koniec dodam rzecz jedną; pana „nowomowę” rozumiem bez najmniejszego problemu tak, jak rozumiem pana intencje. Ta retoryka nie tyle jest trudna, co raczej infantylna i z nauką niewiele moim zdaniem ma wspólnego!

 

Dariusz Stokwiszewski

 

 

 


Donald Tusk: Wzniecić nienawiść jest bardzo łatwo, zbudować atmosferę pojednania, wymaga dobrej woli

„Wzniecić konflikt, nienawiść między ludźmi, jest bardzo łatwo z różnych powodów, a zbudować dobrą atmosferę, sprzyjać pojednaniu, wymaga niezwykle dobrej woli i konsekwencji” – mówi w rozmowie z Deutsche Welle przewodniczący Rady Europejskiej, były premier Donald Tusk

Donald Tusk: Wzniecić nienawiść jest bardzo łatwo, zbudować atmosferę pojednania, wymaga dobrej woli

Donald Tusk wśród Polonii po otrzymaniu nagrody „Polonicus”. Fot. dw.de

DW: Odebrał Pan w Akwizgranie nagrodę Polonii europejskiej „Polonicus”. Co oznacza dla Pana ta nagroda?

Donald Tusk: Jeśli dobrze odczytuję intencje tych, którzy zdecydowali się dać mi tę nagrodę, to są one chyba dość jednoznaczne: wszyscy Polacy niezależnie od tego, gdzie i od jakiego czasu żyją, bardzo chcą czuć dumę z tego, że są Polakami i mam taką nadzieję przynajmniej, że uznają, że ja coś robię dla dobrej reputacji Polski i jest to aprobata dla tego, co ja staram się dla tej dobrej reputacji, dobrej opinii o Polsce, zrobić. Sam kiedyś byłem w jakimś sensie emigrantem, pracownikiem zarobkowym na emigracji, w Niemczech, Norwegii, Szwecji, więc wiem, jak ważne jest w trudnych chwilach to poczucie dumy, że Polska to jest to coś wartego chwalenia się tym.

Nagroda Polonii Europejskiej dla Tuska i Owsiaka. „Jesteśmy dumni z naszych laureatów”

Kilka dni temu odwiedził Pan takie kraje jak Serbia, Albania, Czarnogóra. Z jakimi refleksjami wraca Pan z Bałkanów Zachodnich?

Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co słyszałem od premierów, prezydentów, ale i zwykłych ludzi we wszystkich stolicach na Bałkanach Zachodnich tam, gdzie ciągle ta pamięć konfliktów, ta niepewność, jest żywa. I takie memento przywożę nie tylko tutaj dla Polaków zgromadzonych w Akwizgranie, ale właściwie dla całej Europy w stulecie zakończenia pierwszej wojny światowej: warto o tym pamiętać, że wzniecić konflikt, nienawiść między ludźmi jest bardzo łatwo z różnych powodów, najczęściej bez powodu, a zbudować dobrą atmosferę, sprzyjać pojednaniu, a szczególnie na tak doświadczonych ziemiach, jak Bałkany wymaga niezwykle dobrej woli i konsekwencji i bardzo chciałbym wszystkich przekonać do tego.

Odbierając nagrodę, apelował Pan o to, by w stulecie zakończenia I wojny światowej i stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości, nie pozwolić „politycznym lunatykom” prowadzić ludzi do nieszczęścia. Obecnie jesteśmy konfrontowani z falami populizmu. Co Pańskim zdaniem konkretnie trzeba robić, by przeciwdziałać tym zjawiskom?

Przede wszystkim nikt nie może zwątpić w to, o czym Polacy marzyli w sierpniu 1980 roku w Gdańsku. Ludzie wykazali odwagę i konsekwencję na rzecz tego, o czym marzyli a marzyli o prostych sprawach: o wolności, o wzajemnym szacunku, wzajemnej tolerancji, o godności pracy. Tu się nic nie zmieniło. Trzeba mieć świadomość, że to, co jest dobre, może bardzo szybko zniknąć, a to, co jest złe, jest do zwalczenia. Ta świadomość powinna pomóc uwierzyć ludziom we własne siły i naprawdę nie trzeba niczego nadzwyczajnego.

Mówił Pan o tym, że stanowisko prezydenta Rady Europejskiej nie jest Pańską „metą”. Czy oznacza to, że nie jest to szczyt Pańskiej kariery politycznej?

Jak tylko powiedziałem to, że to, że jestem w Brukseli, „to nie jest moja meta”, natychmiast pomyślałem – naprawdę uwierzcie mi – myślałem o tym, że nie dokonam mojego żywota w Brukseli. Że moje miejsce na ziemi jest gdzie indziej, a więc ta moja meta jest gdzie indziej – w Gdańsku, w Sopocie z moimi wnukami, a co do mojej przyszłości zawodowej to mam jeszcze kawałek roboty do wykonania.

 

 

REDAKCJA POLECA

 

 


Bułgaria chce wejść do strefy euro. Bułgarski premier: spełniamy kryteria przyjęcia euro

Bułgaria spełniła kryteria przyjęcia euro – oświadczył wczoraj (26 kwietnia) premier tego kraju Bojko Borisow. Minister finansów Władisław Goranow zapowiedział natomiast, że kandydatura Bułgarii do mechanizmu ERM II zostanie zgłoszona jeszcze przed końcem bułgarskiej prezydencji w Radzie UE, czyli do końca czerwca.

Fot. pixabay

W czwartek w Sofii odbyła się konferencja poświęcona członkostwu Bułgarii w strefie euro z udziałem m.in. wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej Valdisa Dombrovskisa odpowiedzialnego za stabilność finansową, usługi finansowe i unię rynków kapitałowych.

Borisow: W ciągu najbliższego roku będziemy w ERM2

– Sofia praktycznie spełniła liczbowe kryteria wejścia do mechanizmu ERM II – zapewnił szef bułgarskiego rządu, po spotkaniu z komisarzem Dombrovskisem. Wiceszef KE zwrócił uwagę, że Bułgaria zredukowała w zeszłym roku zadłużenie zagraniczne, które obecnie wynosi 25,4 proc. PKB, stawiając ten kraj na trzecim miejscu pod względem najniższego poziomu skonsolidowanego zadłużenia brutto.

Bojko Borisow nie wykluczył jednak, że – mimo osiągnięcia gotowości – odroczy termin wejścia do ERM II o rok. Po jego wczorajszym spotkaniu z negocjatorem UE ds. Brexitu Michelem Barnierem, który również przebywał w Sofii, wygląda na to, że Bułgaria chce zaczekać na efekty wyjścia Wielkiej Brytanii z UE.

Według rządowych służb prasowych jednym z najważniejszych atutów Bułgarii jest rozsądna i przewidywalna polityka fiskalna, względnie niski poziom zadłużenia zagranicznego, a także wzrost zaufania inwestorów zagranicznych i wzrost gospodarczy.

– Wykonaliśmy naszą pracę dotyczącą wejścia do strefy euro. Mamy duże rezerwy fiskalne, mamy radę fiskalną. Wzrost gospodarczy prawie na poziomie 4 proc., niskie bezrobocie. Jesteśmy gotowi na wejście do tzw. poczekalni strefy euro w każdej chwili – mówił Borisow już na początku stycznia.

Bułgaria spełniła też kryteria wejścia do Schengen

Bułgaria, która wraz z Rumunią weszła do Unii Europejskiej w 2007 r., a teraz sprawuje prezydencję, wciąż nie może doczekać się przyjęcia do strefy Schengen. Bułgarzy muszą w podróży po Unii mieć paszporty, przez co czują się obywatelami drugiej kategorii.

– Bułgaria i Rumunia zasługują na to, żeby być w Schengen– mówił w styczniu szef bułgarskiego rządu. – Uważamy, że niektóre kraje nie są traktowane w ten sam sposób. Wypełniliśmy wszystkie kryteria w sprawie Schengen sześć lat temu. Tylko przez polityczne stanowisko niektórych krajów nie jesteśmy traktowani w równy sposób – ocenił wtedy Borisow.

Goranow: Podwyżka cen w wyniku przyjęcia euro jest mitem

Minister finansów Władisław Goranow uspokajał wczoraj, że twierdzenie o znacznej podwyżce cen po wprowadzeniu euro jest mitem. Zapewniał, że zmiany cen będą nieznaczne, podobnie jak po denominacji lewa 20 lat temu.

– Do końca prezydencji w Radzie UE podanie o członkostwo w mechanizmie walutowym ERM II, zwanym poczekalnią strefy euro, zostanie złożone – zadeklarował szef resortu finansów.

Według niego Bułgaria odpowiada co prawda wszystkim liczbowym kryteriom wejścia do sojuszu walutowego, ale gospodarka nie jest jeszcze gotowa. Szef bułgarskiego resortu finansów przyznał, że wciąż potrzebne jest „zbliżenie poziomu gospodarczego”, na co niejednokrotnie zwracał uwagę Europejski Bank Centralny.

Staniszew: Nie zaprzepaścić okazji

We wczorajszej konferencji poświęconej euro uczestniczył również były premier Bułgarii i lider Partii Europejskich Socjalistów Sergiej Staniszew. Ostrzegł on, że okazji wejścia do strefy euro nie należy zaprzepaścić, bo inaczej Bułgaria na zawsze pozostanie na peryferiach UE.

Kryteria konwergencji

Warunkiem przystąpienia do strefy euro jest spełnienie tzw. kryteriów konwergencji. Zobowiązują one państwo ubiegające się o przyjęcie wspólnej waluty do spełnienia czterech warunków gospodarczych:

  • utrzymania stabilnych cen (stopa inflacji może najwyżej o 1,5 punktu procentowego przekraczać inflację trzech najstabilniejszych cenowo państw członkowskich);
  • utrzymania długotrwałej równowagi finansów publicznych (deficyt publiczny może wynosić najwyżej 3 proc. PKB, a dług publiczny najwyżej 60 proc. PKB) 
  • stabilnego kursu walutowego (przez dwa lata musi uczestniczyć w mechanizmie walutowym ERM II i w tym czasie jego waluta nie może wykazywać silnych wahań względem centralnego parytetu ERM II, a sam parytet nie może być obniżany względem euro), a także
  • stabilnych długoterminowych stóp procentowych (mogą najwyżej o dwa punkty procentowe przekraczać stopy trzech najstabilniejszych pod tym względem państw członkowskich)

Ponadto bank centralny zainteresowanego państwa musi mieć prawnie zapewnioną niezależność, a statut banku musi odpowiadać postanowieniom traktatów i być zgodny ze statutem Europejskiego Banku Centralnego i Europejskiego Systemu Banków Centralnych.

 

Artykuł pochodzi ze strony EURACTIV

 


Nagroda Polonii Europejskiej dla Donalda Tuska i Jurka Owsiaka. „Jesteśmy dumni z naszych laureatów”

Od 10 lat Europejski Instytut Kultury i Mediów Polonicus nagradza osoby zaangażowane w kulturę i dialog niemiecko-polski oraz europejski. Wśród laureatów 2018 jest Donald Tusk

Nagroda Polonii Europejskiej dla Donalda Tuska i Jurka Owsiaka

Jerzy Owsiak i Donald Tusk w gronie Polonii. Fot. dw.de

Europejska Polonia przyznała honorowego „Polonicusa” przewodniczącemu Rady Europejskiej Donaldowi Tuskowi. Twórcy nagrody podkreślili: „jesteśmy z niego dumni”. Już w roku 2010 w Sali Koronacyjnej Karola Wielkiego ratusza w Akwizgranie Donald Tusk odebrał Nagrodę Karola Wielkiego, teraz „Polonicusa”.

Prezydent Instytutu Kultury i Mediów Polonicus Wiesław Lewicki stwierdził, że kapituła nagrody uhonorowała Tuska za niezwykle ważną ponadpolityczną rolę jednoczenia Europy. Jak oświadczył w swoim wystąpieniu na uroczystej gali w sobotę (28.04.2018) w ratuszu w Akwizgranie szef instytutu:

– Europejski charakter nagrody „Polonicus” gromadzi dzisiaj tych, dla których projekt wspólnej Europy jest bardzo ważny, wręcz najważniejszy, bo tylko ta wspólna Europa ma szanse zagwarantować nam życie w pokoju i dobrobycie.

Donald Tusk zapytany o znaczenie nagrody powiedział Deutsche Welle:

– Jeśli dobrze odczytuję intencje tych, którzy zdecydowali się dać mi tę nagrodę, to są one dość jednoznaczne: wszyscy Polacy, niezależnie od tego, gdzie żyją, bardzo chcą czuć dumę z tego, że są Polakami, i uznają, że ja robię coś dla dobrej reputacji Polski, i jest to wyraz aprobaty.

Bazyl Kerski wręcza Donaldowi Tuskowi nagrodę europejskiej Polonii. Fot. dw.de

Recepta Tuska na populizm

Na pytanie, jak walczyć z szerzącym się populizmem, polski polityk PO oświadczył, że nie trzeba niczego nadzwyczajnego.

– Tutaj, w czasie tej uroczystości często padały słowa o sierpniu 80 roku, o Gdańsku. Ludzie wtedy marzyli i wykazali odwagę i konsekwencję w realizacji tych marzeń. A marzyli o wolności, o wzajemnym szacunku, o wzajemnej tolerancji, o godności pracy. Tu się nic nie zmieniło i ja myślę, że takie żywe wspomnienie naszej historii i świadomość tego, że to, co jest bardzo dobre, może szybko zniknąć, a to, co jest złe, jest do zwalczenia, że ta świadomość powinna ludziom pomóc uwierzyć we własne siły – stwierdził Donald Tusk.

Nawiązując do zakończonej właśnie swojej wizyty na Bałkanach i panującej tam trudnej sytuacji politycznej przewodniczący Rady Europejskiej zaznaczył:

– W stulecie zakończenia I wojny światowej warto o tym pamiętać, że wzniecić konflikt, negatywne emocje, nienawiść między ludźmi jest bardzo łatwo z różnych powodów, najczęściej bez powodów. A zbudować dobrą atmosferę, sprzyjać pojednaniu jest bardzo trudno i to wymaga niezwykle dobrej woli i konsekwencji.

Gala wręczenia nagrody „Polonicus”. Na scenie (od l) Dieter Bingen, Jerzy Owsiak, Armin Laschet (premier rządu krajowego), Donald Tusk oraz Róża i Bernard Frąckiewiczowie. Fot. dw,de

Nagroda dla Jurka Owsiaka

Wśród laureatów „Polonicusa” znalazł się także Jerzy Owsiak, szef Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dziękując za wyróżnienie, zwrócił się do zebranych:

– Polonio kochana, uściskałbym każdego z was, robicie świetną robotę. Jesteście obywatelami tego kraju, w którym teraz żyjecie i przynosicie mu korzyści. Szanujemy was – czym wywołał burzliwe oklaski.

Polonicusa w kategorii za wkład w budowanie dialogu niemiecko-polskiego otrzymała była przewodnicząca Bundestagu prof. Rita Süsmuth (CDU). Nagrodę w jej imieniu odebrał dyrektor Niemieckiego Instytutu Polskiego (DPI) w Darmstadzie Dieter Bingen.

Natomiast laureatami nagrody za animację życia organizacji polskich w Niemczech zostali Róża i Benedykt Frąckiewiczowie, założyciele chóru Benedictus, działającego w ramach Polskiej Misji Katolickiej w Wuppertalu.

Forum dyskusyjne: „Polacy w Niemczech nie pasują do historycznego rewizjonizmu polskiego”

Uroczystą galę 10. edycji wręczenia „Polonicusa” poprzedziło forum dyskusyjne, w którym wzięli udział prof. Winfried Böttcher (RWTH), Basil Kerski (Europejskie Centrum „Solidarności”, Gdańsk), prof. Dieter Bingen (Niemiecki Instytut Polski w Darmstadzie), Thorsten Klute (pełnomocnik ds. Polonii w parlamencie Nadrenii Płn.-Westfalii), Kamila Schoell-Mazurek (Polska Rada Społeczna, Berlin), Wiesław Lewicki (Instytut Polonicus) oraz Bernard Gaida (szef Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce).

Eksperci dyskutowali nad tym, jak Polonia w Niemczech i mniejszość niemiecka w Polsce mogą wpłynąć na lepsze kontakty Polaków i Niemców oraz na proces zjednoczenia Europy.

Punktem wyjścia dla dyskusji było stwierdzenie, że w większości debat politycznych na tematy stosunków polsko-niemieckich rzadko biorą udział przedstawiciele Polonii, a klimatem porozumienia polsko-niemieckiego zajmują się głównie politycy.

Bazyl Kerski z Europejskiego Centrum „Solidarność” podkreślił, że nie można „odczytać kultury niemieckiej, mówiąc o całych Niemczech w dzisiejszych granicach, nie uwzględniając kulturowej, materialnej, biograficznej obecności Polaków”.

Jego zdaniem łatwiej to powiedzieć o Niemcach, „bo nie można odczytać Polski bez niemieckiej tradycji mniejszościowej”.

Jak podkreślił, bardzo przeszkadza mu, że „aktualna polityka zapomina o dokonaniach Polaków za granicą w procesie przystąpienia Polski do UE”. A obecnie wykorzystuje się pozytywne doświadczenia do podziałów, a nie do odzwierciedlenia szans i problemów realnych działań na polu polsko-niemieckim. „Polacy w Niemczech, według władz polskich, nie pasują do historycznego rewizjonizmu polskiego. Również o Niemcach w Polsce mówi się jako o kontynuowanym parciu Niemców na Wschód”.

Obecny w dyskusji Bernard Gaida szef Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych podkreślił wagę współpracy Polonii w Niemczech i mniejszość niemieckiej w Polsce, przypominając inicjatywę okrągłego stołu, która wyszła nie od gremiów politycznych, lecz z tych właśnie środowisk. Jego zdaniem władze obu krajów sformalizowały tę inicjatywę, zbiurokratyzowały i spowolniły. Od trzech lat nie było spotkania obu stron. A powinny one „zamiast kierującej, pełnić rolę wspierającą”.

Nagroda „Polonicusa” wręczana jest od 10 lat w Sali Koronacyjnej Karola Wielkiego w ratuszu w Akwizgranie. W gronie laureatw nagrody są takie osobistości jak Lech Wałęsa, Leszek Balcerowicz, Władysław Bartoszewski, Krystyna Janda.

 

 

REDAKCJA POLECA

 

 

 


Aż co 4 mieszkaniec stolicy Niemic jest obcokrajowcem. Ilu Polaków mieszka w Berlinie?

Liczba obcokrajowców w Berlinie jest dużo wyższa niż sądzono. Polacy są na drugim miejscu i depczą po piętach Turkom.

Polacy stanowią drugą co do wielkości grupę obcokrajowców w Berlinie

W niemieckiej stolicy mieszka dużo więcej Polaków niż dotychczas sądzono. Jak podają stołeczna media, m.in. gazeta „Berliner Morgenpost”, w latach 2007-2014 berlińscy urzędnicy zaniedbali aktualizację danych na temat liczby obcokrajowców z Unii Europejskiej, którzy sprowadzili się do miasta. Dopiero kilka miesięcy temu uzupełniono zaległości. Po aktualizacji liczba Polaków zameldowanych w Berlinie wzrosła o 50 tysięcy do 100 tysięcy.

Polacy tuż za Turkami

Polacy stanowią tym samym drugą co do wielkości grupę obcokrajowców i zbliżają się do prowadzących w tej klasyfikacji Turków, których żyje w Berlinie około 108 tysięcy. Liczba ta obejmuje jednak wyłącznie Turków bez niemieckiego paszportu. W sumie osób o tureckim pochodzeniu jest w Berlinie około 200 tysięcy. Po aktualizacji danych wyraźnie wzrosła także liczba Włochów żyjących w stolicy Niemiec. Jest ich obecnie 43 tysiące. Czwarte miejsce zajmują Bułgarzy – 35 tysięcy.

Co czwarty z zagranicy

Po uzupełnieniu statystyk znacznie wzrosła ogólna liczba obcokrajowców w Berlinie. Jest ich 888 tysięcy. Oznacza to, że co czwarty mieszkaniec niemieckiej stolicy nie na niemieckiego paszportu. Dotychczas zakładano, że odsetek obcokrajowców wynosi 20 procent.

Jak doszło do urzędniczej pomyłki? „Berliner Morgenpost” tłumaczy, że berlińskie urzędy co prawda prowadziły swoje rejestry, w których uwzględniano nowych mieszkańców pochodzących z Unii Europejskiej, ale dane te nie były przesyłane dalej do Federalnego Urzędu ds. Migracji. A to właśnie ten urząd zasila dane Federalnego Urzędu Statystycznego.

 

 

REDAKCJA POLECA

 

 


Spotkanie przywódców obu Korei: w polityce też zdarzają się cuda, jednak czy Kim nie blefuje?

Komentatorzy w niemieckich gazetach przyznają, że ustalenia koreańskich przywódców to wielka, pozytywna niespodzianka. Zastanawiają się jednak, czy Kim nie blefuje.

Gazeta «Frankfurter Rundschau» ocenia:

„Spotkanie przywódców obu Korei przyniosło tak konkretne rezultaty, że nawet najwięksi pesymiści przecierali oczy ze zdziwienia.

Przedstawiona w obecności światowej prasy konkretna obietnica atomowego rozbrojenia była tylko wstępem. Prawdziwym «hitem» była decyzja o negocjacjach w sprawie traktatu pokojowego. Także wyznaczenia celów w długiej perspektywie, takich jak zjednoczenie czy zapewnienie dobrobytu, były godne uwagi. To wszystko jest nowe.

Obserwatorzy zwracają co prawda uwagę na fakt, że od początku lat dziewięćdziesiątych mieliśmy już fazy zbliżenia i dobrze brzmiących zapowiedzi, po których Korea Północna wracała do starych metod. Ojciec Kima, Kim Dzong Il nigdy jednak nie posunąłby się tak daleko, by faktycznie podważać status quo. Chciał zostawić sobie pole manewru. Jego syn składa teraz zobowiązania, z których trudno będzie się wycofać, nie tracąc twarzy”.

Komentator dziennika «Badisches Tagblatt» pisze:

„Natychmiast nasuwają się wątpliwości, czy dyktator Kim traktuje to wszystko serio, czy tylko wodzi wszystkich za nos.

Co się stanie, jeśli jednak nie będzie się przestrzegać porozumienia w sprawie atomowego rozbrojenia? I jak zareagują duzi gracze, głównie USA i Chiny? Bez błogosławieństwa wielkich mocarstw nie będzie pokoju w Korei. Dlatego byłoby naiwnością myśleć, że pokojowe współżycie, albo nawet zjednoczenie Półwyspu Koreańskiego, jest od wczoraj czymś automatycznym. Niemcy sami przeżyli w latach 1989/90, jaka dynamika drzemie w takich wydarzeniach. Obie Koree musiałyby jeszcze włożyć w to wiele pracy. Jednak pierwszy krok został zrobiony”.

W «Rhein-Neckar-Zeitung» czytamy:

„Także teraz Kim nie obiecał natychmiastowego i całkowitego atomowego rozbrojenia. Tak szybko nie będzie do tego skłonny. Program atomowy jest jego polisą na życie i gwarancją, aby być traktowanym na równi z innymi graczami.

Poprzez wczorajszy szczyt w Pamnundżom i planowany szczyt z Donaldem Trumpem właśnie osiągnął ten cel. Całkowita denuklearyzacja Korei musiałaby – w oczach Kima – oznaczać także zamknięcie amerykańskiego parasola ochronnego nad Koreą Południową. Nie wiadomo, jak miałoby do tego dojść, jednak mimo wszystko: każde zbliżenie zaczyna się od małych kroków. Moon i Kim zrobili ich wczoraj całe mnóstwo”.

Z kolei gazeta «Allgemeine Zeitung» zauważa:

„Kiedy ucichnie pierwszy aplauz, przyjdzie pora na długie, trudne negocjacje, przy których potrzebne będą cierpliwość i dalekowzroczność. Są to cnoty, od których Donald Trump oddalony jest o lata świetlne.

Nie wiadomo też, czego można spodziewać się po charakterze i intelektualnym potencjale Kima. Jednak czasami także w polityce, zdarzają się jakby cuda”.

 

 

REDAKCJA POLECA

 

 

 

 


List otwarty do Patryka Jakiego: A, spadaj, wsiochu jeden, z tego miasta!

List otwarty do Patryka Jakiego

Patryk Jaki. Fot. Youtube

 

Panie Patryku,

 

mam kilka spraw do Pana, ale zacznę od pewnej anegdoty.

„Przyszedł kiedyś student do swojego profesora z takim pytaniem: jak można zostać inteligentem? A profesor na to: do tego potrzebne są trzy dyplomy.

Minęło kilka lat, student przychodzi do profesora i pokazuje trzy skończone fakultety i mówi: teraz jestem już inteligentem!

A profesor na to: zaszła pomyłka, chodziło o Pana dyplom, Pana ojca i dziadka.”

I tak to właśnie jest, Panie Patryku, z warszawiakami.

Nie wiem, czy zdaje Pan sobie sprawę, ilu ludzi było w Warszawie 17 stycznia 1945r, kiedy weszła tu Armia Czerwona. Otóż było 400 osób (czterysta).

To było tak politycznie, a teraz powiem jak warszawiak z dziada i pradziada, syn powstańca warszawskiego i człowiek herbowy:

A, spadaj, wsiochu jeden, z tego miasta! Tobie kury prowadzać i owce pasać, a nie miastem naszym rządzić. Niedoczekanie Twoje, byś został prezydentem jakiegokolwiek miasta, że o Warszawie nie wspomnę.

To na tyle.

Na Pragę nawet się nie wybieraj (to prawa strona Wisły a nie stolica Czech; wieśniakowi trzeba to wyjaśnić!).

 

Jacek Drożyński

 


Dariusz Stokwiszewski: Państwo pisowskie staje się faktem. Czy Polacy zgodzą się na to, aby Polską rządzili ludzie łamiący Konstytucję RP?!

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Dla wlania nieco „otuchy” w serca zwolenników „dojnej zmiany”, jaką jest PiS i jego trzy przystawki (partie i ruch - kanapowe) powiem tylko, że rząd wyżywi się sam, zatem proszę się nie martwić o pana prezesa, prezydenta, premiera i jego gabinet, etc.

 

Jesteśmy dzisiaj świadkami formalnego przejęcia przez PiS i jego koalicjantów (będących politycznym planktonem – dwóch małych partii i ruchu), niezwykle ważnej instytucji wymiaru sprawiedliwości RP, jakim była do niedawna Krajowa Rada Sądownictwa. Po skandalicznym przejęciu i upolitycznieniu Trybunału Konstytucyjnego (pozostała atrapa, której przewodzi osoba niewłaściwa), sądownictwa powszechnego i Sądu Najwyższego – jednym słowem po deprecjacji tego wszystkiego, co Konstytucja RP z 1997 roku określa mianem Wymiaru Sprawiedliwości, Polska przestała być (i to nie jest tylko moja opinia), demokratycznym państwem prawnym.

Truizmem jest stwierdzenie, że ta sfera społeczna była jedną z ostatnich do przejęcia, po wcześniejszej „prywatyzacji”: prokuratur, policji, wojska, służb, szkolnictwa i nauki (tu są jeszcze nadzieje na to, że przynajmniej teoretycznie samodzielne uczelnie, zareagują adekwatnie na próby zawłaszczenia ich uprawnień). Jednak pozostało jeszcze coś, co dzięki obywatelskiemu, nieugiętemu trwaniu na straży demokracji, nie dało się jak dotąd zmóc! Mam na myśli niezależne, kierujące się jedynie interesem społecznym, media! To jeszcze one „stoją ością w gardle” rządzącej koalicji, za co Im chwała! Gdyby miał polec ten ostatni bastion (oby do tego nie doszło) koniec RP, jaką znaliśmy, byłby przesądzony.

Zastanawia mnie to: jak długo jeszcze polskie społeczeństwo pozwoli sobą manipulować ludziom niemającym legitymacji do tego, co robią, nie zważając na nikogo i na nic? Jeśli bowiem większość z nas skupi się jedynie na (względnych, a nawet bardzo wątpliwych) chwilowych, (co pewne) „korzyściach” własnych z kategorii „Wszystko +”, Polska stanie się ubogim krewnym nawet słabszych od nas państw europejskich. Mówiąc wprost: nie stać nas na rozdawnictwo realizowane od kilku już lat przez pisowskich „socjalistów”, co zresztą pokazują dane o tragicznym (wbrew bardzo populistycznej narracji partyjnej PiS) stanie finansów naszego państwa.

Pokazuje to także, choćby przykład odmowy, ze strony rządu, dofinansowania grupy osób niepełnosprawnych, które dziś z rodzinami okupują korytarz sejmowy. To barometr stanu finansów państwowych, których kondycja spada dosłownie z dnia na dzień. W tym roku rząd nie będzie mógł liczyć na wykorzystanie nadwyżki NBP, z tego powodu, że jej nie będzie, a to ze względu na poziom kursu polskiego złotego zyskującego na wartości, przy jednoczesnym (co jest oczywiste) spadku cen walut obcych.

Co nie mniej istotne; w Polsce zaczyna narastać tłumione dotąd niezadowolenie różnych odłamów społeczeństwa, reprezentujących szerokie spektrum innych grup społecznych i zawodowych. Wkrótce też okaże się bez wątpienia, że „król jest nagi” i nic nie jest tego w stanie zmienić, tym bardziej że w związku z łamaniem przez Polskę zasad demokracji i państwa prawa, a zwłaszcza lekceważenie opinii i zaleceń instytucji europejskich, środki, na które rząd liczył, staną się dla nas nieosiągalne. A więc, wspólnie z „kwitnącymi” nie tylko gospodarczo, ale zwłaszcza „demokratycznie” Węgrami Wiktora Orbana, oba nasze państwa stracą wielkie kwoty środków z EFS. To tragedia, której „intelektualiści” PiS nie zdołali przewidzieć mając administrację i polityków europejskich (UE, Rady Europy, i jej Komisji Weneckiej), za „skończonych idiotów” (sic!).

Dla wlania nieco „otuchy” w serca zwolenników „dojnej zmiany”, jaką jest PiS i jego trzy przystawki (partie i ruch – kanapowe) powiem tylko, że rząd wyżywi się sam, zatem proszę się nie martwić o pana prezesa, prezydenta, premiera i jego gabinet, etc.

 

Dariusz Stokwiszewski

 

 

 


Adam Mazguła: Najważniejsze jest „życie”

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Dzisiaj niepełnosprawni, zdesperowani brakiem warunków do życia, nie widzą ani empatii, ani poczucia obowiązku ze strony państwa; nie znajdują też wsparcia w Kościele.

 

Mimo protestów w sejmie i na ulicach, po raz kolejny S.L. Głódź zaapelował do PiS-u o uchwalenie w trybie pilnym ustawy o całkowitym zakazie aborcji.

Opowiadała mi młoda pielęgniarka, że pewne młode małżeństwo zdecydowało, że, mimo stwierdzonego uszkodzenia płodu, ich dziecko przyjdzie na świat. Pomogła w tej decyzji dewocyjnie katolicka rodzina, która wykupiła msze i modliła się, wierząc głęboko, że wszystko zakończy się pomyślnie. Cud się jednak nie zdarzył – dziecko urodziło się z wodogłowiem. Na drugi dzień po porodzie zrozpaczona matka uciekła ze szpitala, ojciec dziecka też zaginął. Dziadkowie przestali się interesować chorym noworodkiem, problem został w szpitalu.

Każdy z nas słyszał wiele podobnych opowiadań, a mimo to – wielu ludzi poddaje się propagandowej agresji kościelnych hierarchów, domagających się niesienia na swoich barkach pokutnego krzyża. Powód jest niezwykle prosty: chodzi o jasny przekaz do często niewykształconych i uległych mas wiernych. Chodzi o słowo – klucz, o najpiękniejsze, obok miłości, słowo „ŻYCIE”.

Jest ono odmieniane przez hierarchów Kościoła na wszelkie sposoby: jesteśmy za życiem, chrońmy życie, nie zabijaj…

Taki slogan przebije się wszędzie, ponieważ pociąga za sobą humanitarne przesłanie współczesnego świata; jest uniwersalny, niesie w sobie miłość i troskę o byt. To idea najważniejsza, to kod wiary. Dlatego biskupi tak wielkie znaczenie przypisują wyrazowi „życie”. To nic, że namawiają do niepotrzebnych poświęceń, kłamią i wydają fałszywe świadectwo, ważniejsze jest dla nich zawłaszczenie idei życia.

Im więcej będzie problemów, sporów o aborcję, tym bardziej będą mogli narzucać swoje prawo do własności pojęcia „życie”. Często dodają wzmocnienie i kłamliwe określenie typu: „nienarodzone dziecko w 10. tygodniu życia”, „nie zabijajcie dziecka tabletką dzień po”. Jeśli nienarodzone albo nawet niezawiązane komórki – to dlaczego mowa o dziecku? Biskupi to wiedzą; nie chodzi tu o spór, tylko o ciągłe powtarzanie, że oni są za życiem, a dla wzmocnienia emocji dobrze jest skupić uwagę na dziecku. Wszyscy przecież kochamy dzieci i chcemy ich szczęścia.

Publiczne granie słowem „życie” – to jednak wielki koszt społeczny, który łączy się z tragediami ludzi, ale to już nie interesuje biskupów. To koszt propagandy duchowego przywództwa, za który płacą oszukani wierni.

Każdy z nas, nawet jeśli urodził się sprawny, może ulec wypadkowi i będzie potrzebował pomocy. Jednak ci, którzy urodzili się niezdolni do samodzielnego funkcjonowania muszą mieć mocne wsparcie nie tylko rodziny, ale właśnie Kościoła, namawiającego do rezygnacji z prawa do aborcji, jak również państwa, które ma obowiązek społeczny w stosunku do obywatela.

Dzisiaj niepełnosprawni, zdesperowani brakiem warunków do życia, nie widzą ani empatii, ani poczucia obowiązku ze strony państwa; nie znajdują też wsparcia w Kościele.

Nie znam żadnego chwytnego katolickiego hasła, które odnosiłoby się do godności ludzkiego życia. Pozostaje jedynie cierpienie. Jeśli jest ono świadomym wyborem – to wszystko w porządku, ale jeśli nie – to ciągła walka ze śmiercią; całkowite poświęcenie, z rezygnacja z pracy zawodowej, z życia rodzinnego, z myśli o następnych dzieciach.

A kto jest za śmiercią? Nie dajmy sobie narzucać kłamstwa, że jesteśmy przeciwko życiu, czyli za śmiercią.

Świadome godne rodzicielstwo, a nie udręka trwania, powinno być treścią naszego życia. Jestem przekonany, że w nas, którzy jesteśmy za dopuszczaniem aborcji jest więcej szacunku do życia, niż w tych, którzy ogłosili swoją krucjatę.

Tymczasem dzisiaj krzyki nieszczęśliwie narodzonych dzieci i ich rodziców zagłuszają apele biskupów. To echo krzywdy skierowane w ich sumienia. Może kiedyś się opamiętają, pomogą i zamilkną. Wtedy niech tak zostanie!

 

Adam Mazguła

 

 

Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w księgarniach na terenie całej Polski i w systemie sprzedaży internetowej.

Dystrybutorem książki jest Ateneum

 

Na terenie Wielkiej Brytanii książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>>