Musk odpowiedział na wpis Radosława Sikorskiego: Bądź cicho, mały człowieczku

Niedzielny wpis SSpór o system Starlink, technologiczny filar ukraińskiego frontu, rozgrzewa scenę międzynarodową. Elon Musk rzuca groźby, Radosław Sikorski stawia na swoim, a Marco Rubio przypomina o wdzięczności. Jak rozwinęła się ta dyplomatyczno-technologiczna saga? Przyglądamy się krok po kroku.ikorskiego rozgrzewa dyskusję.

Fot. X

Spór o system Starlink, technologiczny filar ukraińskiego frontu, rozgrzewa scenę międzynarodową. Elon Musk rzuca groźby, Radosław Sikorski stawia na swoim, a Marco Rubio przypomina o wdzięczności. Jak rozwinęła się ta dyplomatyczno-technologiczna saga? Przyglądamy się krok po kroku.

Luty 2025: Niepokój narasta

Wszystko zaczęło się w lutym 2025 roku, gdy plotki o zmianie polityki USA wobec Ukrainy zdominowały nagłówki. 22 lutego minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski postanowił przeciąć spekulacje. „Polska kupiła Starlinki dla Ukrainy i płaci za ich abonament. Nie wyobrażam sobie zerwania tej umowy” – napisał na platformie X.

Jego słowa były reakcją na doniesienia Reutersa, które sugerowały, że Stany Zjednoczone mogą wycofać się ze wsparcia technologicznego dla Kijowa w ramach nacisku na negocjacje z Rosją. Polska, finansując usługę SpaceX kwotą rzędu 50 milionów dolarów rocznie, nie zamierzała stać z boku, gdyby plotki okazały się prawdą.

Marzec 2025: Musk wchodzi na scenę

Napięcie eksplodowało na początku marca, gdy USA oficjalnie wstrzymały pomoc wojskową dla Ukrainy – decyzja ogłoszona 3 marca przez administrację Donalda Trumpa po burzliwym spotkaniu z Wołodymyrem Zełenskim. W tym gorącym klimacie Elon Musk odpalił twitterową bombę. „Jeśli wyłączę Starlink, cały front upadnie” – napisał na X, przypominając, że jego satelity są dla Ukrainy jak tlen dla płuc. Dodał: „Mam dość tej rzezi i zastoju. Ukraina i tak przegra. Czas na pokój”. Te słowa zabrzmiały jak groźba i wywołały lawinę reakcji.

Sikorski: Polska nie odpuści

W niedzielę, 9 marca, głos zabrał Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych. „Starlinki dla Ukrainy opłaca polskie Ministerstwo Cyfryzacji – około 50 milionów dolarów rocznie” – przypomniał na X. Nie owijał w bawełnę: „Grożenie ofierze agresji jest nieetyczne. Jeśli SpaceX okaże się niewiarygodne, znajdziemy innych dostawców”. Sikorski wysłał jasny sygnał – Polska nie tylko płaci rachunki, ale i nie ugnie się pod presją Muska. To był moment, w którym spór przeszedł z technologicznego na dyplomatyczny ring.

Musk kontratakuje: „Cicho, mały człowieczku”

Elon Musk nie byłby sobą, gdyby odpuścił. „Bądź cicho, mały człowieczku. Płacisz ułamek kosztów. Nie ma zamienników dla Starlink” – odpisał Sikorskiemu na X. Musk wyraźnie chciał podkreślić, że to on trzyma technologiczne stery, a Polska, mimo finansowego wkładu, gra w tej układance drugorzędną rolę.

Rubio: „Podziękujcie, zamiast krytykować”

Tego samego dnia, 9 marca, do gry wkroczył Marco Rubio, amerykański sekretarz stanu. „Nikt nie groził odcięciem Starlinka” – napisał na X, próbując ostudzić emocje. Ale zaraz dorzucił: Podziękujcie, bo bez Starlinka Ukraina dawno by poległa, a Rosjanie staliby pod polską granicą”. Rubio stanął w obronie Muska i amerykańskiego wsparcia, sugerując, że krytyka ze strony Sikorskiego jest nie na miejscu.

Starlink: Technologia, która waży losy wojny

Dlaczego ten spór budzi takie emocje? Starlink, aktywny w Ukrainie od 2022 roku, to nie zwykły internet – to krwioobieg militarnej komunikacji: od dronów po systemy rozpoznawcze. Bez niego front mógłby się załamać, co czyni groźby Muska czymś więcej niż twitterową retoryką. Polska, jako główny sponsor usługi, ma prawo czuć się w tej grze kluczowym graczem – ale Musk przypomina, że technologia wciąż należy do niego.

Plan B na horyzoncie?

W tle toczy się cicha rozgrywka. Bloomberg donosi, że Unia Europejska rozmawia z francuskim operatorem Eutelsat o alternatywie dla Starlinka. Czy Europa przygotowuje się na scenariusz, w którym Musk zrealizuje swoje groźby? Na razie to tylko rozmowy, ale pokazują, że sojusznicy Ukrainy nie chcą być zdani na łaskę jednego człowieka.

Czy Musk odetnie kabel? Czy Europa znajdzie plan B? Na razie scena jest rozgrzana, a kolejny akt tej sagi – tuż za rogiem.

 DF, thefad.pl

 


Amerykański ekspert: Trump gardzi Europą i chce sojuszu z Putinem

Jacek Lepiarz

Amerykański politolog John Mearsheimer uważa, że rząd USA chce „wziąć rozwód” z Europą i poprawić relacje z Rosją, aby skupić się na rywalizacji z Chinami. Wątpi też w skuteczność art. 5 NATO.

Fot. screenshot, youtube

„Rząd Trumpa zamierza gruntownie zmienić stosunki z europejskimi sojusznikami i wyprowadzić Stany Zjednoczone z NATO” – powiedział Mearsheimer w wywiadzie dla niemieckiego tygodnika „Der Spiegel”. Jego zdaniem celem prezydenta USA jest poprawa relacji z Rosją.

Według Mearsheimera art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego „nigdy tak naprawdę nie oznaczał”, że Ameryka automatycznie użyje siły militarnej w przypadku ataku na inny kraj NATO, „choć niemal wszyscy wychodzili z takiego założenia”.

Art. 5 fikcją?

Jak wyjaśnił politolog, taka narracja była konieczna w czasie zimnej wojny, gdy Niemcy pełniły rolę państwa frontowego. „Niemcy nie miały broni atomowej i obawiały się, że Amerykanie nie użyją bomby, by ich bronić. Dlatego Stany Zjednoczone stworzyły wrażenie, że w każdym razie to zrobią” – tłumaczy Mearsheimer.

W rzeczywistości jednak nie podjęłyby takiego kroku – podkreślił, powołując się na wypowiedzi byłego sekretarza stanu Henry’ego Kissingera oraz byłego sekretarza obrony Roberta McNamary.

Na pytanie, czy Ameryka dziś broniłaby Estonii lub Łotwy, Mearsheimer odpowiedział: „Obecnie USA prawdopodobnie przyszłyby krajowi bałtyckiemu z pomocą. Ale determinacja w tym zakresie gwałtownie maleje. Nie jestem pewien, czy za pięć lat gwarancje sojusznicze będą jeszcze obowiązywały”.

Trump i Vance gardzą Europejczykami

„Trump i Vance gardzą Europejczykami” – ocenił politolog. W 2017 roku Trump dążył do radykalnej zmiany w polityce wobec Chin oraz poprawy relacji z Rosją, zwłaszcza z Władimirem Putinem. Podczas pierwszej kadencji nie udało mu się zrealizować drugiego celu, ale teraz zamierza to nadrobić.

Fot. screen shot / YouTube, Donald Trump

Zdaniem Mearsheimera obecność USA w NATO, które dbały o bezpieczeństwo Europy, umożliwiła jej rozkwit. Wycofanie się Ameryki oznaczałoby nasilenie sił odśrodkowych. „Rząd Trumpa chce rozwodu z Europą” – podkreślił.

Rozmowa telefoniczna Trumpa z Putinem 12 lutego, wystąpienie Pete’a Hegsetha w Brukseli oraz przemówienie J.D. Vance’a w Monachium są, według politologa, dowodem na „radykalny zwrot” w polityce wobec Europy. „To wszystko było dobrze przemyślane i miało na celu upokorzenie Europejczyków” – dodał.

Rosja nie stanowi zagrożenia

Mearsheimer uważa, że obawy przed rosyjskim podbojem Europy są nieuzasadnione. „Kto na chłodno ocenia rosyjski potencjał, dojdzie do wniosku, że Rosja nie stanowi poważnego zagrożenia dla Niemiec” – stwierdził.

Zdaniem politologa wojna z Gruzją i obecny konflikt w Ukrainie są wynikiem rozszerzenia NATO, a nie rzekomego imperializmu Putina. Jego zdaniem Putin nie jest w stanie podbić całej Ukrainy, nie mówiąc już o innych krajach Europy Wschodniej.

Mearsheimer przypomniał, że sprzeciwiał się rezygnacji Ukrainy z broni atomowej i odradzał Kijowowi starania o członkostwo w NATO. „Gdyby Ukraina mnie wtedy posłuchała, prawdopodobnie do dziś byłaby nienaruszona” – powiedział.

Trump dąży do tego, by Rosja była po jego stronie, a nie po stronie Chin. Jego zdaniem rozszerzenie NATO popchnęło Rosję w ramiona Pekinu. „Trump próbuje obecnie skłonić Rosję do przyjęcia neutralnej pozycji albo przeciągnąć ją na swoją stronę” – ocenił Mearsheimer.

Według politologa Trump powinien ogłosić Europejczykom, że amerykańscy żołnierze pozostaną na kontynencie tak długo, jak długo kraje europejskie nie będą handlować z Chinami i przekazywać im nowoczesnych technologii. „Jeśli Amerykanie wycofają się z Europy, utracą kluczowy instrument nacisku” – ostrzegł Mearsheimer w rozmowie z „Der Spiegel”.

Kim jest John Mearsheimer?

John Mearsheimer to amerykański politolog, wykładowca akademicki i twórca teorii realizmu ofensywnego. Jego ostatnie publikacje to Wielkie złudzenie. Liberalne marzenia a rzeczywistość międzynarodowa (2021) oraz Jak myślą państwa? Racjonalność w polityce zagranicznej (2023).

 REDAKCJA POLECA

 

 

script type=’text/Javascript’>

Greenland Elections: American Future, Danish Loyalty, or Independence?

Rikard Jozwiak

ikard Jozwiak is the Europe editor for RFE/RL in Prague, focusing on coverage of the European Union and NATO. He previously worked as RFE/RL’s Brussels correspondent, covering numerous international summits, European elections, and international court rulings. He has reported from most European capitals, as well as Central Asia.

Normally the elections for the 31-member Inatsisartut, the parliament of Greenland, would get scant attention. The world’s biggest island, with a population of just 60,000, is rarely in the news.

Fot. Annie Spratt / Unsplash

That changed in January, when incoming US President Donald Trump expressed an interest in taking control of the strategically located and resource-rich territory.

The move sent shockwaves throughout Europe, notably for fellow NATO ally Denmark, to which Greenland in fact belongs. (While Copenhagen oversees foreign and monetary policy, Greenlanders control most domestic issues.)

That has meant all eyes will now be on the March 11 elections, called by Greenland’s prime minister, Mute Egede, after Trump’s pronouncements. And while regular domestic issues are part of the election campaign, the overriding issue is clear: Go American, stay Danish, or aim for independence?

To be clear, most Greenlanders don’t want to become American, and none of the five parties in parliament is advocating for it. Along with Danish Prime Minister Mette Frederiksen, Egede has made clear that Greenland — which is an autonomous territory in the Kingdom of Denmark — is not for sale and that only Greenlanders can decide its future. Interestingly, the parliament recently passed a law banning both anonymous and foreign donations in the election campaign.

But what if an offer they can’t refuse comes their way? The United States first expressed an interest in the island in the 19th century, and the territory is actually closer to North America than the European continent. Greenland’s security is already guaranteed by virtue of an US air base in the north.

And the Arctic is certainly not off-limits for the major powers. Both China and Russia are active in the region, not only for the region’s lucrative rare earth materials but also due to warmer temperatures melting sea ice and opening up lucrative trade routes. Even if the island doesn’t become American anytime soon, there could be some sort of free trade or association deal with Washington in the future.

Then again, the Greenlanders can be a conservative bunch. Where others may see lucrative business opportunities, many of them see a homeland that should be preserved. Only two mines currently exist in Greenland, and the last election, in 2021, was dominated by the popular decision to limit oil and gas exploration and ban the mining of uranium.

It is here where Denmark comes into the picture. Three of the five political parties want independence from Denmark, including Prime Minister Egede’s left-wing Community of the People party, which finished first four years ago and is likely to finish on top again.

The same is true for the ruling party’s current coalition partner, the social-democrat Forward party, which aims to finish second. The liberal Democrats party, which prefers to remain in a union with Denmark, is also doing well in recent polls and could well complicate any coalition-building and the direction Greenland will eventually take.

While most Greenlanders say they want independence, they also want to maintain their living standards. For that the territory is largely dependent on Denmark. Loyal to the Danish crown since 1814, 50 percent of Greenland’s exports go to Denmark and 60 percent of its imports are from Denmark.

Half of the population works in the public sector, which Copenhagen to a large degree finances via grants. And to boost security across the island, the Danish government last month pledged 2 billion euros ($2.16 billion) to improve its Arctic defenses.

There is a commission in Greenland working on what a possible divorce from Denmark would look like, but essentially it would require three steps.

Firstly, there would have to be a deal with Copenhagen on what separation would look like; secondly, there would have to be a positive result in a Greenland-wide referendum on independence; and finally, the Danish parliament would need to green-light the whole endeavor.

The pro-independence parties want a referendum to take place sometime during the next four-year mandate, but, given the uncertainties surrounding the territory, that certainly doesn’t look like it will happen in 2025.

RFE By Rikard Jozwiak

 


Donald Trump i radzieckie służby specjalne: szpiegowska zagadka czy polityczna fikcja?

Czy Donald Trump mógł być pionkiem w rękach radzieckiego KGB? Od dekad spekulacje o jego powiązaniach z sowieckimi służbami specjalnymi rozpalają wyobraźnię mediów, historyków i zwykłych obywateli. Od małżeństwa z czeską modelką, przez moskiewskie negocjacje, po tajemnicze kontakty biznesowe – historia ta brzmi jak scenariusz filmu szpiegowskiego. Prześledźmy, co kryje się za tymi teoriami i jakie ciekawostki rzucają nowe światło na sprawę.

Fot. screenshot, youtube

Początki: od Pragi do Moskwy

Spekulacje o zainteresowaniu Trumpem ze strony KGB sięgają 1977 roku, kiedy 31-letni biznesmen poślubił Ivanę Zelníčkovą, czeską modelkę i sportsmenkę. Jurij Szwiec, były major KGB, który po ucieczce do USA stał się głośnym komentatorem, twierdzi, że małżeństwo to zwróciło uwagę sowieckich służb. Ivana, jako obywatelka kraju bloku wschodniego, która swobodnie podróżowała do USA i Europy Zachodniej, mogła być postrzegana przez służby jako potencjalne źródło informacji.

Odtajnione w 2016 roku dokumenty czechosłowackiej służby bezpieczeństwa (StB) ujawniają, że Trump i jego żona byli monitorowani w latach 70. i 80. – zarówno podczas wizyt w Czechosłowacji, jak i w USA. Co więcej, istnieją doniesienia, że StB mogła współpracować z KGB, zbierając dane o ambicjach politycznych i biznesowych Trumpa, widząc w nim przyszły obiekt zainteresowania.

Dekadę później, w lipcu 1987 roku, Trump po raz pierwszy odwiedził Moskwę. Oficjalnie chodziło o omówienie budowy luksusowego hotelu Trump Tower w stolicy ZSRR – projekt, który nigdy nie został zrealizowany. Wizytę zorganizowała państwowa agencja Intourist, kontrolowana przez KGB, przy wsparciu najwyższych szczebli radzieckiej dyplomacji. Jak podaje „Politico”, Trumpowi towarzyszyli sowieccy „opiekunowie” – od kierowców po personel hotelowy – co było standardem wobec prominentnych gości z Zachodu. Niektórzy spekulują, że w jego pokoju w hotelu National mogły znajdować się podsłuchy czy kamery, a celem było nawiązanie bliższych relacji z ambitnym Amerykaninem.

„Krasnov” – kryptonim, który wstrząsnął światem

W 2021 roku Szwiec wysunął sensacyjną tezę, że Trump był „idealnym celem” dla KGB – człowiekiem, którego próżność i ambicje czyniły podatnym na manipulację. Według byłego agenta, Trump został zwerbowany pod pseudonimem „Krasnov” podczas wizyty w 1987 roku, stając się nieświadomym aktywem do szerzenia chaosu na Zachodzie.

W marcu 2025 roku podobne rewelacje przedstawił Alnur Mussajew, były szef kazachskiego wywiadu, twierdząc, że Trump był „monitorowany non-stop” w Moskwie, a KGB mogło stosować tzw. „honey traps” – technikę szpiegowską polegającą na uwodzeniu celu przez agentów wywiadu w celu zdobycia kompromitujących materiałów lub cennych informacji.

Co to są „honey traps”?

„Honey trap” (dosł. „pułapka na miód”) to metoda stosowana przez służby wywiadowcze, polegająca na wykorzystaniu atrakcyjnych agentów lub agentek do uwiedzenia osoby będącej celem operacji. Tego rodzaju pułapki mogą prowadzić do zdobycia kompromitujących materiałów, które następnie są używane do szantażu lub wymuszania współpracy. W czasach zimnej wojny „honey traps” były stosowane przez KGB i Stasi wobec zachodnich polityków, dyplomatów oraz biznesmenów.

Spekuluje się, że podczas wizyty Trumpa w Moskwie w 1987 roku KGB mogło próbować tej taktyki. Teoria ta budzi jednak wątpliwości. Historycy wskazują, że w latach 80. KGB miało trudności z rekrutacją Amerykanów – odtajnione dokumenty pokazują, że agencja wolała bardziej prominentne figury polityczne niż początkujących biznesmenów. Mimo to pseudonim „Krasnov”, jak twierdzi Szwiec, stał się symbolem spekulacji, pojawiając się na transparentach podczas protestów w Europie w 2025 roku.

Biznes z Rosją: złote interesy czy szpiegowska gra?

W latach 80. i 90. Trump intensywnie budował sieć kontaktów z rosyjskimi oligarchami. W 2008 roku Trump sprzedał apartament w Trump Tower rosyjskiemu oligarsze Dmitrijowi Rybołowlewowi za rekordowe 95 milionów dolarów. To jedna z wielu transakcji, które stały się przedmiotem spekulacji.

W 2005 roku Trump zorganizował w Nowym Jorku imprezę dla Arkadija Rotenberga, bliskiego przyjaciela Władimira Putina. Jego syn, Donald Jr., w 2008 roku powiedział: „Rosjanie stanowią znaczną część naszych klientów”, słowa, które później stały się pożywką dla teorii spiskowych.

Raport Steele’a: plotki, fakty i skandale

W 2016 roku świat obiegł „raport Steele’a”, sporządzony przez byłego agenta MI6 Christophera Steele’a. Sugerował, że Rosja posiada „kompromitujące materiały” na temat Trumpa, w tym nagrania z jego wizyt w Moskwie w późniejszych latach. Choć plotki o ekscesach w hotelu Ritz-Carlton w 2013 roku zdominowały nagłówki, to wizyta z 1987 roku pozostaje punktem wyjścia dla teorii o długoletnich związkach z Kremlem. Niektóre elementy raportu – jak spotkanie z Natalią Weselnicką w 2016 roku – znalazły potwierdzenie, ale większość zarzutów pozostała w sferze domysłów.

Mueller i cień podejrzeń

Śledztwo Roberta Muellera (2017–2019) miało rozwiać wątpliwości. Ujawniło dziesiątki kontaktów między sztabem Trumpa a Rosjanami, w tym niesławne spotkanie w Trump Tower z Weselnicką, która obiecywała „brudy” na Hillary Clinton. Mueller nie znalazł jednak dowodów na spisek z Kremlem ani na związki z KGB z lat 80. Trump nazwał raport Steele’a „fake newsem”, ale nigdy nie odniósł się szczegółowo do podróży do Moskwy sprzed dekad.

2025: przeszłość wraca jak bumerang

W marcu 2025 roku, podczas drugiej kadencji, temat KGB znów nabrał tempa. Według „Daily Mail”, Trump miał sugerować, że Ukraina ponosi częściową odpowiedzialność za konflikt z Rosją – co spotkało się z ostrą krytyką. Europejskie media, np. „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, pisały o „agenturalnym zachowaniu” Trumpa, a w Londynie protestujący przed ambasadą USA, nawiązując do spekulacji Szwieca, nazwali go „Prezydentem Krasnovem”. Wzrost wartości rubla po zaprzysiężeniu Trumpa niektórzy analitycy przypisują oczekiwaniom dotyczącym jego polityki wobec Rosji, choć brak na to bezpośrednich dowodów.

Tajemnica za zasłoną Kremla

Historia powiązań Trumpa z KGB to mozaika pytań bez jednoznacznych odpowiedzi. Od monitoringu StB i rewelacji Szwieca, przez raport Steele’a, po biznesowe flirty z oligarchami – brak niezbitych dowodów każe traktować te opowieści jako polityczną fikcję z nutą szpiegowskiego romantyzmu. Czy Trump był świadomym agentem, nieświadomym pionkiem, czy po prostu biznesmenem w złym miejscu i czasie? Archiwa Moskwy milczą, a dezinformacja – specjalność KGB – wciąż zaciera granicę między prawdą a mitem. Pozostaje nam snuć domysły i czekać, aż historia ujawni swoje karty.


DF, thefad.pl / Źródło: Jurij Szwiec, wywiady i wypowiedzi, m.in. „The Guardian”, 29 stycznia 2021; „American Kompromat” Craiga Ungera, HarperCollins, 2021 ; „Politico”, artykuły o wizycie Trumpa w Moskwie w 1987 roku ; Odtajnione dokumenty StB, Wikipedii ; Raport Roberta Muellera, Departament Sprawiedliwości USA, 2019. ; „Raport Steele’a”, Christopher Steele, 2016.


Weto Węgier na szczycie UE ws. Ukrainy. Unia nie ustaje – Europa się zbroi

Liderzy 27 państw członkowskich Unii Europejskiej podczas nadzwyczajnego szczytu w Brukseli, który odbył się w czwartek 6 marca 2025 roku, dali zielone światło ambitnemu planowi dozbrajania Europy. Plan ten, zaproponowany przez przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen, ma na celu wzmocnienie unijnej obronności i zwiększenie strategicznej autonomii kontynentu w obliczu narastających zagrożeń, zwłaszcza ze strony Rosji.

Fot. screen shot, youtube

Rozmowy o wsparciu dla Ukrainy napotkały opór ze strony Węgier, które zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami postawiły weto. Choć 26 krajów poparło konkluzje w tej sprawie, Budapeszt pozostał nieugięty. Unia Europejska nie zamierza jednak rezygnować. Przyjęte stanowisko będzie podstawą dalszych działań, a Europa konsekwentnie umacnia swoją pozycję jako kluczowy gracz na globalnej scenie bezpieczeństwa.

Plan von der Leyen. Jak Unia Europejska dozbroi Europę?

Decyzje dotyczące obronności UE mają historyczny charakter. Rada Europejska jednomyślnie przyjęła plan, który przewiduje pakiet pożyczek w wysokości 150 miliardów euro na inwestycje w nowoczesne technologie obronne, od dronów po systemy przeciwlotnicze. Unijne reguły budżetowe zostaną zawieszone dla wydatków wojskowych, co pozwoli krajom UE zwiększać nakłady na obronę bez obawy o sankcje za deficyt. Plan zakłada również większe zaangażowanie sektora prywatnego. Europejski Bank Inwestycyjny rozszerzy finansowanie projektów zbrojeniowych.

„Europa musi być bardziej suwerenna i odpowiedzialna za własne bezpieczeństwo” – podkreślono w konkluzjach. Liderzy zgodnie wskazali, że wojna Rosji przeciwko Ukrainie stanowi egzystencjalne wyzwanie dla UE, wymagające zdecydowanej odpowiedzi.

Co oznacza weto Węgier dla wsparcia Ukrainy przez UE?

Wsparcie dla Ukrainy ujawniło pęknięcia w unijnej jedności. Premier Węgier Viktor Orbán, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, zablokował pełne przyjęcie konkluzji dotyczących Kijowa. Pozostałe 26 państw nie ustąpiło. Deklarują, że nie będzie negocjacji o Ukrainie bez jej udziału, a przyszłość kraju nie może być przedmiotem zewnętrznych ustaleń. Każde porozumienie pokojowe musi zawierać gwarancje bezpieczeństwa, by powstrzymać przyszłą rosyjską agresję. Pomoc militarna będzie kontynuowana, w tym dostawy sprzętu i 30,6 miliarda euro z Instrumentu Ukraińskiego oraz inicjatywy G7.

Uwzględniono również obawy Słowacji dotyczące tranzytu gazu, co prawdopodobnie zapobiegło drugiemu wetu. W efekcie Budapeszt pozostał osamotniony w swoim sprzeciwie.

Przełom w europejskiej obronności

Mimo węgierskiego weta Unia dokonała czegoś, co jeszcze niedawno wydawało się nierealne. Zgodziła się na radykalne wzmocnienie własnych zdolności obronnych. Europa chce uniezależnić się od importu kluczowych technologii i rozwinąć własny przemysł zbrojeniowy.

Plan von der Leyen, otwierający nowy rozdział w polityce bezpieczeństwa UE, zakłada elastyczne finansowanie, wsparcie EBI i zachęty dla firm zbrojeniowych. Wszystko po to, by zwiększyć unijną suwerenność obronną. Szczególną rolę przypisano wschodniej granicy Unii, w tym Polsce, która – jak zapisano – „jest kluczowa dla obrony Europy w obliczu zagrożeń ze strony Rosji i Białorusi”. NATO pozostaje filarem kolektywnej obrony, ale UE stawia na komplementarność i własną siłę.

Czy Europa stworzy własną armię? Jakie będą kolejne kroki?

Unia przez lata unikała śmiałych decyzji w sprawie obronności. Brukselski szczyt to przełom. Europa dozbroi swoje siły i wesprze Ukrainę, niezależnie od sprzeciwu Węgier.

Kształtuje się „koalicja chętnych”. To grupa państw gotowych wspierać Kijów i wzmacniać bezpieczeństwo Europy, również we współpracy z partnerami spoza UE. Teraz przed Komisją Europejską stoi zadanie doprecyzowania szczegółów strategii. Poznamy je 19 marca. Od tych decyzji zależy, czy Europa stanie się realnym filarem własnego bezpieczeństwa, czy pozostanie w cieniu zewnętrznych sojuszników.

Jedno jest jasne. Bruksela wysłała światu sygnał, że nie zamierza być tylko widzem globalnych wydarzeń.

DF, thefad.pl / Źródło: Reuters, BBC, AP News

 


Seks po pięćdziesiątce? „W łóżku jest nas troje!” – i dobrze nam z tym

Rozmowy o męskiej seksualności kiedyś były tematem tabu. Problemy z erekcją były czymś, o czym mężczyźni woleli milczeć, traktując je jako niewygodny i wstydliwy temat. Dziś to się zmienia, a stereotypy ustępują miejsca otwartości i lepszemu zrozumieniu zdrowia seksualnego w dojrzałym wieku.

Fot. We-Vibe Toys / Unsplash

Historia Pawła i Agnieszki – jak zmieniło się ich życie intymne?

Paweł, 52-letni ojciec dwójki dzieci, postanowił podzielić się swoją historią. Jak sam przyznaje, przez długi czas ignorował zmiany, które zachodziły w jego ciele. Zauważył, że jego życie intymne nie było już takie jak dawniej, ale tłumaczył to zmęczeniem, stresem i nieuchronnym wpływem wieku. Z czasem zaczął unikać zbliżeń, co odbiło się na relacji z jego żoną Agnieszką. Nie chodziło tylko o sam seks – ich codzienna bliskość również zaczęła się zmieniać, a dystans między nimi stawał się coraz bardziej odczuwalny.

Skąd biorą się problemy z erekcją?

Przez długi czas wolał nie poruszać tego tematu. Dopiero rozmowa z lekarzem uświadomiła mu, że problemy z erekcją nie są kwestią „słabości” ani „końca męskości”, ale częścią naturalnych procesów zachodzących w organizmie mężczyzny.

Według badań Światowej Organizacji Zdrowia, nawet połowa mężczyzn po pięćdziesiątce doświadcza tego rodzaju trudności, a ich przyczyny mogą być różne – od stresu, przez schorzenia układu krążenia, po zmiany hormonalne. Leki wspomagające erekcję, które zaproponował lekarz, miały pomóc mu odzyskać pewność siebie i poprawić jakość życia intymnego.

Pierwsza próba – czy to działa?

Po pierwszych wątpliwościach Paweł zdecydował się spróbować. Nie było w tym nic spektakularnego ani dramatycznego – zwykły wieczór, codzienne rytuały, ale z dodatkową nutą ciekawości i niepewności. Efekt? Jak mówi, odczuł wyraźną różnicę. Nie chodziło tylko o fizyczny aspekt działania leku, ale o coś więcej – powrót do bliskości, której od dawna brakowało w jego związku. Agnieszka również zauważyła zmianę. To, co z początku mogło wydawać się jedynie rozwiązaniem technicznego problemu, stało się impulsem do odbudowania ich więzi i przełamania barier w rozmowach o ich wspólnym życiu.

Społeczne tabu – jak reagują inni?

Nie wszyscy jednak reagowali na tę decyzję z takim zrozumieniem. Gdy Paweł wspomniał o tym przy okazji luźnej rozmowy z kolegami, natychmiast pojawiły się typowe komentarze, pełne ironii i stereotypów. Podobne reakcje zauważyła też Agnieszka wśród znajomych. Niektórzy wciąż uważali, że korzystanie z leków wspomagających erekcję to przyznanie się do porażki, inni traktowali to jako powód do żartów. Jednak dla nich obojga była to po prostu rozsądna decyzja, dzięki której ich relacja wróciła na właściwe tory. W końcu, jak zauważa Agnieszka, nikt nie krytykuje ludzi za noszenie okularów czy przyjmowanie leków na nadciśnienie. Dlaczego więc zdrowie seksualne miałoby być traktowane inaczej?

Czy leki na erekcję są bezpieczne?

Historia Pawła i Agnieszki nie jest wyjątkiem. Miliony mężczyzn na całym świecie sięgają po farmakologiczną pomoc w problemach z erekcją, a współczesna medycyna daje im skuteczne i bezpieczne rozwiązania. Tego typu leki działają u 70–80% mężczyzn, a przy prawidłowym stosowaniu są bezpieczne dla większości pacjentów. Istnieją jednak pewne przeciwwskazania – osoby z chorobami serca czy stosujące leki z grupy azotanów powinny skonsultować się z lekarzem przed rozpoczęciem terapii.

Seksualność po pięćdziesiątce – czy pora zerwać z tabu?

Choć temat leczenia zaburzeń erekcji wciąż budzi emocje, coraz więcej mężczyzn otwarcie mówi o swoich doświadczeniach, przełamując społeczne tabu. Paweł i Agnieszka wiedzą już, że ich decyzja była jedną z najlepszych, jakie podjęli dla swojego związku. Może więc warto, by inni mężczyźni również spojrzeli na ten temat bez uprzedzeń i podjęli świadomą decyzję? Bo przecież zdrowie, bliskość i jakość życia nie kończą się po pięćdziesiątce – wręcz przeciwnie, mogą nabrać nowego wymiaru.

DF, thefad.pl 


Krzysztof Skiba: Świat na głowie! Czy USA właśnie zdradza Europę na rzecz Rosji?

Krzysztof Skiba

Krzysztof Skiba

Na naszych oczach dokonuje się niezwykły eksperyment – USA, które od dekad wspierały Europę, teraz zmieniają front i zbliżają się do Rosji. Trump nie tylko idzie na rękę Putinowi, ale wręcz leży przed nim plackiem i całuje go w stopy. Europa, na którą wylano morze fake newsów, jawi się wielu jako „kołchoz” czy „zbiorowe więzienie”. Tymczasem Rosji kończy się amunicja, a jej „niezwyciężona” armia od trzech lat nie może pokonać Ukrainy. Czy świat rzeczywiście stanął na głowie?

ŚWIAT NA GŁOWIE!

Na naszych oczach dokonuje się niezwykły eksperyment pod tytułem „stawianie świata na głowie”.

USA, które od czasów I wojny światowej wspierały Europę, teraz przymierzają się do aktywnej zamiany ról i stania się przeciwnikiem Starego Kontynentu.

Ameryka – to wielkie i naiwne marzenie Polaków o raju na ziemi – zaczyna wspierać naszego odwiecznego wroga, odwieczną dżumę wolnego świata, prastarego, czerwonego, jadowitego węża, jakim jest Rosja.

Trump nie tylko idzie na rękę Putinowi, ale wręcz leży przed nim plackiem i całuje go w stopy. I to bez zabezpieczeń! Ten facet, o mentalności handlarza tandetą na odpuście w Piździajewie, chce wspólnie z gościem, który właśnie ogłosił, że ma trzy tysiące lat i pochodzi z Marsa – czyli Elonem Muskiem – rozgrywać wielkie światowe szachy. Zapomniał jednak o jednym: prawdziwymi szachistami są właśnie Rosjanie. W Rosji nawet menele w parku grają w szachy – to ich narodowy sport. I rozegrają tę parę jankeskich kuglarzy (Vans Trump) jak drużyna NBA powiatowy zespół koszykówki z Gnojewa, mistrza ligi z Brytłówek Wielkich.

Zabawa z Rosją to jak przytulanie się do skorpiona pod pierzyną – o czym Trump niebawem boleśnie się przekona.

Aktualne działania Donalda z Ameryki są po prostu antyamerykańskie. Jednak dzięki algorytmom Big Techów przekonał zjadaczy hamburgerów, że wszystko, co robi, ma sprawić, by Ameryka ponownie była wielka.

Rosjanie zainwestowali w szum informacyjny i fake newsy, a dzięki tej zorganizowanej nagonce na Europę Unia Europejska jawi się wielu jako upiór, kołchoz czy wręcz zbiorowe więzienie. Europa ma dziś najgorszy wizerunek od lat – jako zlepek popaprańców, kolorowy szalet rządzony przez tępych eurokratów.

Ultra negatywny przekaz o Unii był tak silny, że wielu uwierzyło w brednie o instrukcjach dotyczących prostowania bananów i setki innych kłamliwych newsów. Tymczasem potencjał militarny Unii jest co najmniej dwa razy większy niż Rosji. Pomoc militarna dla Ukrainy walczącej z Rosją w 70 procentach pochodziła z Unii, a nie z USA.

I to do Europy uciekają biedacy z Afryki, Azji i innych regionów świata. Czemu nikt – oprócz ruskich szpiegów z PiS – nie ucieka do Rosji? Czemu żaden głodny mieszkaniec świata nie wybiera „raju” Putina jako cudownego miejsca na ziemi?

„Niezwyciężona” armia rosyjska od trzech lat nie może pokonać o wiele mniejszej Ukrainy. Miała zdobyć Kijów w trzy dni. Potem w trzy miesiące. Mijają trzy lata i… doopa. Zajęto tylko część wschodniej Ukrainy kosztem olbrzymich nakładów.

Rosji powoli kończy się amunicja. Straciła ponad 200 tysięcy żołnierzy. W swojej brudnej wojnie musi posiłkować się kryminalistami wypuszczanymi z więzień oraz mięsem armatnim z Korei Północnej. Dziesiątki tysięcy młodych Rosjan uciekły z kraju lub siedzą w więzieniach, bo nie chcą ginąć za złote sedesy Putina i jego oligarchów.

Oto obraz kraju bandyty, z którym chce się „jednać” Trump. Facet, który jest przekonany, że USA istniały w czasach Imperium Rzymskiego, nie jest żadnym ruskim szpiegiem – jest ich wielkim dłużnikiem.

Światowe media opublikowały już szczegółowe relacje finansowe Trumpa z Rosjanami. Wielokrotnie pożyczali mu pieniądze i ratowali jego interesy od bankructwa. Teraz przyszedł czas zapłaty za te usługi.

Nie zdziwię się, jeśli kolejna gala oscarowa będzie prowadzona przez rosyjskich komików – tych samych, którzy nagrali Dudę i robili sobie z niego jaja – a za kilka lat ojciec założyciel USA Jerzy Waszyngton okaże się w mediach Trumpa Stiopą Zajcewem, carskim pułkownikiem spod Petersburga.

Krzysztof Skiba 


Anne Applebaum: Trump podziwia Putina i chce rządzić jak on

Anna Widzyk

W wywiadzie dla „Tagesspiegla” Anne Applebaum mówi o podziwie Donalda Trumpa dla Władimira Putina oraz o „technologicznym autorytaryzmie” rodem z Doliny Krzemowej.

Anne Applebaum

Anne Applebaum. Fot. prv / facebook

„Trump zawsze sympatyzował z przywódcami, którzy rządzą tak, jak on sam chciałby rządzić: bez kontroli, bez niezawisłych sądów, bez krytycznych mediów i bez przejrzystości. To wszystko wzbudza w nim podziw dla Putina. Przypuszczam, że podobnym podziwem darzy także Xi Jinpinga” – mówi amerykańsko-polska publicystka i historyczka Anne Applebaum w wywiadzie dla berlińskiego dziennika „Der Tagesspiegel”.

Jej zdaniem kluczowym pytaniem nie jest to, czy prezydent USA chce udziału Europejczyków w negocjacjach dotyczących zakończenia wojny w Ukrainie, lecz co dokładnie ma na myśli, mówiąc, że „chce zakończyć wojnę”. „Wojna nie skończy się przecież tylko dlatego, że Rosjanie i Ukraińcy przestaną walczyć. Zawieszenie broni zawarto już w 2014 roku” – zauważa Applebaum.

„Wojna naprawdę się skończy dopiero wtedy, gdy Rosjanie zrezygnują ze swojego głównego celu: podboju całej Ukrainy, zniszczenia jej jako narodu, zastąpienia prezydenta Zełenskiego osobą prorosyjską oraz zerwania stosunków Ukrainy z Europą i instytucjami europejskimi. Nie widzę żadnych oznak, by Rosja porzuciła te cele” – dodaje.

Kto doradza Trumpowi w sprawie Rosji?

Według publicystki nikt nie wie, kto doradza Trumpowi w kwestii Rosji, a w jego obozie nie ma obecnie nikogo, kto mówi po rosyjsku, rozumie Rosję lub potrafi mu wyjaśnić sytuację. „Ale ktoś musi mu uświadomić, jak szkodliwy jest jego obecny kurs. W rzeczywistości wspiera on rosyjską propagandę i wyrządza ogromne szkody – nie tylko Ukrainie, ale także międzynarodowej reputacji USA” – ocenia.

Applebaum mówi także o „pewnego rodzaju technologicznym autorytaryzmie” w Dolinie Krzemowej. „Są to ludzie, którzy wierzą, że można zarządzać państwem jak start-upem lub firmą venture capital: jedna osoba wydaje rozkazy, a inni muszą je wykonywać” – wyjaśnia.

„Ale rządy nie działają w ten sposób. Prawie nic, co robią ludzie (Elona) Muska, nie sprawia, że państwo staje się bardziej wydajne: losowo zwalniają urzędników państwowych, zamykają agencje federalne z dnia na dzień i rozpowszechniają wprowadzające w błąd narracje o tym, ile pieniędzy chcą zaoszczędzić. To, co Musk robi obecnie w Stanach Zjednoczonych, jest prawdopodobnie najbardziej chaotyczną i z pewnością najbardziej katastrofalną próbą reformy rządu” – ocenia.

Schemat upadku demokracji

Zdaniem publicystki przedwczesne byłoby mówienie o „końcu systemu demokratycznego” w USA, jednak pojawiają się pewne sygnały ostrzegawcze. „To, co robi Musk, wpisuje się w schemat, który znamy z innych krajów: próby infiltracji służby cywilnej, zastraszanie krytycznych mediów i przejmowanie instytucji państwowych. To dokładnie to, co robią ludzie, którzy chcą doprowadzić do upadku demokracji. Mamy jeszcze czas, by zatrzymać ten proces. Pierwszym testem będą przyszłoroczne wybory do Kongresu” – podkreśla Anne Applebaum.

Odrzuca także tezę dziennikarza, jakoby doświadczenie Polski i obozu rządzącego w Warszawie, który pozbawił władzy PiS, mogło służyć USA jako przykład odchodzenia od autokracji. „Nie, nie ma na to patentu. W każdym społeczeństwie proces ten wygląda inaczej. Ostatecznie jednak zawsze musi istnieć możliwość utworzenia szerokiej koalicji ludzi o różnych przekonaniach politycznych. Kluczową rolę mogą odegrać szkody, jakie autorytarne reżimy wyrządzają poprzez korupcję. W Stanach Zjednoczonych niektóre z polityk administracji Trumpa będą miały drastyczny wpływ na życie zwykłych obywateli. Jeśli więc uda się na tym skoncentrować, można będzie przekonać ludzi, że Trump był błędem” – ocenia Applebaum.

Jej zdaniem dodatkowym problemem w USA jest to, „jak w ogóle dotrzeć do ludzi”. „Obóz Trumpa znalazł sposób komunikacji, który omija tradycyjne media i dziennikarstwo. I to nie tylko za pośrednictwem mediów prawicowych czy lewicowych, ale także podcastów, sieci społecznościowych i organizacji kościelnych. Częścią odpowiedzi na autorytaryzm w USA – nawet bardziej niż w Polsce – będzie więc znalezienie nowych sposobów komunikacji. W Polsce było to możliwe, ponieważ wciąż istniały niezależne media. W USA będzie to o wiele trudniejsze” – uważa amerykańsko-polska publicystka.

REDAKCJA POLECA

script type=’text/Javascript’>

 


Adam Mazguła: Czy USA zdradzają sojuszników? Ukraina i Polska w obliczu chaosu

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Czy USA porzucają swoich sojuszników? Ukraina stoi przed ultimatum, Europa jest podzielona, a Polska coraz bardziej uzależniona od amerykańskiej technologii wojskowej. W obliczu globalnego chaosu światowe mocarstwa rozgrywają swoją grę, a my musimy zadbać o własne bezpieczeństwo. Co oznacza polityka Trumpa dla Ukrainy, Polski i Europy?

Ukraina otrzymała ultimatum. Albo się podda Putinowi i pozwoli się rozbroić i wymordować, albo nie dostanie wsparcia i broni, a Putin sam ją zdobędzie.
Dziś USA nie są gwarantem niczyjego bezpieczeństwa. Ich polityka lizaka, krawata, dolara i łajdaka jest gwarancją szantażu i terroru, niczym mafijne „płaćcie za ochronę, bo was oddamy Putinowi”.

Czym to się różni od bandytów, którzy nawiedzają przedsiębiorców, aby płacili haracz pod groźbą, że spalą im interes?

Donald Trump w miesiąc wywołał wojny na całym świecie. Nie tylko wycofał wsparcie dla Ukrainy, której USA i Rosja gwarantowały nienaruszalność granic. Wprowadził wojnę celną, zapowiedział aneksję Grenlandii, Kanady, Panamy, Palestyny. Zapowiedział rozwiązanie NATO, ONZ i współdziałanie z Iranem w sprawie ich programu atomowego. Wszystko to przy wsparciu Rosji za oddanie Ukrainy.

Wszystko dla pokoju na świecie i dla symbolu tego pokoju, którym staje się dla Trumpa międzynarodowy terrorysta i ludobójca — Putin.

Polskę na razie Trump ocenia dobrze, bo kupujemy od Amerykanów sprzęt i technologię. Tak stajemy się skrajnie uzależnieni od tego, czy dostaniemy następne transze zakupionego sprzętu, czy dostaniemy części zamienne i pociski do zakupionej broni, czy dostaniemy kody do użycia tego sprzętu i na jak długo. Łatwo sobie wyobrazić, że będziemy mieli czołgi, samoloty, ale na ich użycie będziemy musieli prosić Amerykanów o zgodę. Tak już zrobili z Błaszczakiem, który kupił systemy rakietowe bez kodów dostępu.

Wnioski nasuwają się same. Nie jesteśmy obecni w tej światowej rozgrywce możnych. Jesteśmy tylko krajem, przez który przechodzą linie komunikacyjne z Europy do Rosji – i tak nas widzi polityka światowa. Jesteśmy kluczem do Europy dla Rosji i Chin albo dostępem lądowym europejskich krajów do rynków Azji.

Brak jedności europejskiej, rozdyskutowani przywódcy z systemem blokującym podjęcie jakichkolwiek decyzji, bo zablokuje je jakiś mały kraj zależny od Putina, skazuje Europę na osamotnienie w obronie największego potencjału ekonomicznego i militarnego na świecie.

W tej sytuacji pozostaje nam tylko dbać o siebie.

Zacznijmy od wzmocnienia służb państwowych. Skończmy z prawem obcej agentury do korzystania z przywileju dzielenia i szczucia na Polaków. Musimy oczyścić Polskę z agitatorów Putina i jego antypolskich propagandystów skupionych w PiS, Konfederacji i Kościele katolickim. Musimy zbroić się u siebie lub blisko, bez warunków dodatkowych i podtekstów. Jednoczyć się w Europie i lokalnie. Stosować ograniczone zaufanie, nikogo nie obrażać, nikogo nie opuszczać i nie podejmować inicjatyw innych, jak tylko w trosce o bezpieczeństwo naszych obywateli i naszego otoczenia narodowego.

Trudno wtedy nie być obojętnym na sprawy globalne, ale i tak nie mamy na nie wpływu. Pilnujmy, aby w naszym otoczeniu nowe Auschwitz nie spadło na nas z nieba, bo przecież już się pojawia na horyzoncie.

Adam Mazguła

 


Europa się zbroi: 800 miliardów euro na bezpieczeństwo Unii

Michał Gostkiewicz

Kilka godzin po tym, jak Donald Trump wstrzymał pomoc wojskową dla Ukrainy, i dwa dni przed szczytem UE, Ursula von der Leyen ogłosiła plan remilitaryzacji Europy. Jego wartość to 800 miliardów euro.

Fot. screen shot, youtube

– Jesteśmy w erze remilitaryzacji. Europa jest gotowa znacząco zwiększyć swoje wydatki obronne – zapowiedziała Ursula von der Leyen. Na dwa dni przed specjalnym szczytem UE poświęconym Ukrainie przewodnicząca Komisji Europejskiej przedstawiła pięciopunktowy plan wzmacniania zdolności obronnych oraz rozwoju europejskiego przemysłu zbrojeniowego.

Plan, nazwany „ReArm Europe” (ang. Remilitaryzacja Europy), zakłada mobilizację nawet 800 miliardów euro. Jak Komisja Europejska zamierza to osiągnąć?

„Czy Europa jest gotowa działać?”

– Nie muszę opisywać powagi zagrożeń, przed którymi stoimy, ani potencjalnych konsekwencji ich urzeczywistnienia. Pytanie nie brzmi już, czy bezpieczeństwo Europy jest realnie zagrożone ani czy powinna ona ponosić większą odpowiedzialność za własną obronność. Prawda jest taka, że odpowiedzi na te pytania znamy od dawna – powiedziała von der Leyen.

Zdaniem przewodniczącej Komisji Europejskiej kluczowe pytanie brzmi: Czy Europa jest gotowa działać tak zdecydowanie, jak wymaga tego sytuacja?

– Czy ma wolę i możliwości, by działać tak szybko i ambitnie, jak to konieczne? – podkreśliła.

„Jesteśmy w erze remilitaryzacji”

Von der Leyen dodała, że podczas ostatnich spotkań unijnych liderów – m.in. w Londynie – odpowiedź europejskich stolic była jednoznaczna: jesteśmy w erze remilitaryzacji. Europa jest gotowa na inwestycje zarówno krótkoterminowe, zapewniające wsparcie Ukrainie, jak i długofalowe, mające na celu kompleksowe bezpieczeństwo kontynentu.

W liście wysłanym do członków Rady Europejskiej przed czwartkowym szczytem von der Leyen przedstawiła plan ReArm Europe – zestaw propozycji wykorzystania dostępnych instrumentów finansowych Unii, które mają pomóc państwom członkowskim w szybkim i znacznym zwiększeniu wydatków na obronność.

Pięć filarów planu von der Leyen

1. Uwolnienie wydatków publicznych

Pierwszy punkt zakłada większą elastyczność w wydatkach obronnych państw członkowskich.

– Kraje mogą zwiększać wydatki, jeśli mają na to przestrzeń fiskalną. Dlatego zaproponujemy aktywowanie Ogólnej Klauzuli Wyjścia w Pakcie Stabilności i Wzrostu – zapowiedziała von der Leyen.

Pakt ten wprowadzono po utworzeniu strefy euro – Komisja Europejska uzyskała wtedy uprawnienia do monitorowania polityk fiskalnych państw członkowskich i egzekwowania zasad zdrowych finansów publicznych. Zastosowanie klauzuli pozwoli krajom zwiększyć wydatki na obronę bez obawy o automatyczne uruchomienie procedury nadmiernego deficytu.

– Jeśli państwa członkowskie zwiększą wydatki na obronność średnio o 1,5 proc. PKB, w ciągu czterech lat może to wygenerować dodatkowe 650 miliardów euro – wyliczyła szefowa KE.

2. Pożyczki na inwestycje obronne

Von der Leyen zaproponowała także nowy instrument finansowy – pożyczki na inwestycje obronne warte 150 miliardów euro. Mają one służyć głównie wspólnym zamówieniom na sprzęt wojskowy, m.in. systemy obrony przeciwlotniczej, artylerię, rakiety, amunicję, drony oraz technologie cyberobrony.

– Dzięki temu państwa członkowskie będą mogły znacząco zwiększyć pomoc dla Ukrainy. Wspólne zamówienia obniżą koszty, zwiększą interoperacyjność i wzmocnią europejski przemysł obronny – wyjaśniła przewodnicząca KE.

3. Wykorzystanie unijnego budżetu

Von der Leyen podkreśliła, że UE może wykorzystać swój budżet na wsparcie inwestycji obronnych, zwłaszcza w perspektywie krótkoterminowej.

4. Mobilizacja kapitału prywatnego

W ramach planu ReArm Europe przewidziano także mobilizację kapitału prywatnego, m.in. przez Europejski Bank Inwestycyjny.

5. Dalsza współpraca z NATO

Von der Leyen zapowiedziała współpracę z partnerami w NATO, choć nie wspomniała bezpośrednio o Stanach Zjednoczonych.

USA wycofują wsparcie, UE chce je zwiększyć

Na konferencji prasowej nie przewidziano pytań od mediów – organizatorzy zapowiedzieli jedynie, że będzie to możliwe w późniejszym terminie.

Poranna konferencja von der Leyen odbyła się zaledwie kilka godzin po tym, jak Donald Trump wstrzymał całą pomoc wojskową USA dla Ukrainy. Decyzja ta obejmuje także sprzęt zatwierdzony jeszcze przez administrację poprzedniego prezydenta Joego Bidena. Amerykanie zablokują nawet transporty, które są już w drodze.

W czwartek na szczycie Rady Europejskiej unijna „27-ka” będzie debatować nad pomocą dla Ukrainy w cieniu decyzji Trumpa. Węgry i Słowacja, sprzeciwiające się większości w sprawie wsparcia Kijowa, mogą próbować zablokować konkluzje szczytu.

Plan von der Leyen wyznacza Unii Europejskiej pewną mapę drogową w kwestii bezpieczeństwa. Czy okaże się wystarczający? To wkrótce się okaże.

DF, thefad.pl / Źródło: dw.de

REDAKCJA POLECA

script type=’text/Javascript’>