Dariusz Stokwiszewski: Zapętlona historia trzech Rzeczypospolitych, z których obecna staje się coraz bardziej osamotniona

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Według PiS Polska z kolan się podniesie, wtedy, kiedy dokona się rewolucja społeczno – kulturalna, kiedy przestaniemy się bratać ze zgniłym Zachodem i pójdziemy swą własną drogą. Gdyby zapytać z kim, to na dziś odpowiedź pewnie brzmiałaby: z Węgrami i Orbanem

 

Polska to dziwny, m.in. dla obcokrajowca; typowego Europejczyka i/lub Amerykanina, kraj, który jest także mało lub w ogóle niezrozumiały.

Stawiam tu tezę, iż szczęśliwym może być tylko naród, którym rządzą prawdziwi patrioci i mężowie stanu, kierujący się przy tym interesem narodowym, a jeśli podejmują ważne dla państwa decyzje, to czynią to w oparciu konsultacje nie tylko z fachowcami, ale też z narodem. Powie ktoś, że to truizm – rzecz oczywista. No tak, tylko nie w Polsce!

W swojej ponad tysiącletniej historii mieliśmy może około 300 lat, tak rozumianego szczęścia, bo reszta z tego czasu została zmarnowana. Co ciekawe; wśród tych, którzy pozytywnie zapisali się w historii Ojczyzny byli głównie obcokrajowcy — naturalizowani Polacy.

Kim oni byli i co dla Polski zrobili?

Przede wszystkim byli to Jagiellonowie, za których nasz kraj budował potęgą państwa polskiego od czasów tzw. Unii w Krewie (1385 r.), aż do śmierci ostatniego z ich rodu, Zygmunta Augusta, który zmarł bezdzietnie w 1572 roku, pozostawiając jednak Polskę wzmocnioną (zawartą w 1569 r., w Lublinie) unią realną z Litwą. Na jej mocy, każdy z następnych władców Rzeczypospolitej stawał się też Wielkim Księciem Litewskim. Efektem zawarcia Unii Lubelskiej było wcielenie do Polski Podlasia, Podola i Wołynia.

Następny, krótkotrwały król Polski – Henryk Walezy (1573-74) uciekł z kraju wkrótce po koronacji i podpisaniu tzw. Artykułów henrykowskich, wprowadzających szkodliwe dla Polski rozwiązania ustrojowe. Uciekł na wieść o tym, że miał szansę objąć tron francuski, gdzie mógłby naprawdę rządzić, a nie tylko władać pod dyktando szlachty.

Wartym poświęcenia większej uwagi był kolejny cudzoziemiec na tronie Polski. Został nim książę Siedmiogrodu, Stefan Batory, który pomimo odpowiedniego przygotowania, musiał ciągle zmagać się, z dobrze znanymi do dziś, wadami polskiego możnowładztwa ograniczającego wraz ze szlachtą władzę, i możliwości króla, w zakresie prowadzenia przezeń korzystnej dla Polski polityki wewnętrznej i międzynarodowej.

Wśród kolejnych władców Polski również mieliśmy obcokrajowców: dwóch z nich było Niemcami: August II Mocny i August III Sas, a ostatni to już Polak – Stanisław August Poniatowski — uległy rosyjskiej carycy Katarzynie II Wielkiej, który na chwilę wzniósł się ponad nasze małości w obronie niezależności i sanacji Rzeczypospolitej po to, aby wkrótce przejść do obozu targowiczan – zdrajców Polski, działających na rzecz Rosji.

Następnie to 123 lata zaborów, I wojna światowa, a także odzyskanie (jedynie na 20 lat) niepodległości (tu pojawił się pierwszy polski mąż stanu, marszałek Józef Piłsudski – w tym roku obchodzić będziemy 100 lecie odzyskania niepodległości).

Później – II wojna światowa — i znowu niewola, tym razem radziecka, której emanacją były 40-letnie rządy, uległych Moskwie komunistów.

*

Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku, Polska stała się prekursorem odnowy w Europie, której efektem było pokojowe przejęcie władzy od komunistów, przez dotychczasową opozycję antykomunistyczną. Oficjalnie stało się to w czerwcu 1998 r., po wygranych przez nią wyborach parlamentarnych.

Czy jednak istotnie sama opozycja wygrała walkę z tą potężną machiną państwa totalitarnego, wspieranego przez Związek Sowiecki i inne państwa bloku wschodniego?

Nie i to z wielu powodów; najważniejszym z nich była wola ustąpienia rządzącego przy tym, niewydolnego już reżimu komunistycznego, myślącego jednakże dość racjonalnie, widzącego, chylący się ku upadkowi gmach na „glinianych nogach”, jakim był ZSRR oraz głoszona przezeń — utopijna idea komunizmu.

Po „polskim” 1989 roku nastąpiły również duże zmiany (defragmentacji i fragmentacji) w Europie. I tak w tym samym roku runął mur berliński, a już rok później zjednoczyły się dwa państwa niemieckie. W 1991 r., na mocy porozumień białowieskich (Federacja Rosyjska, Ukraina i Białoruś), rozwiązaniu uległ Związek Radziecki, a dwa lata później (1993 r.), rozpadła się również Czechosłowacja.

Od 1992 roku na Bałkanach trwała, straszna wojna domowa, zakończona pokojem w Dayton (USA), w 1995 roku. Nie wiem, czy nie była ona gorsza od II wojny światowej pod względem skali okrucieństwa wszystkich, biorących w niej udział, stron. Pracując, przez kilkanaście miesięcy, w BiH (trzy lata po zakończeniu działań), mogłem zobaczyć, co naprawdę znaczy wojna dla zwykłych ludzi.

Moje wcześniejsze doświadczenia z pracy w Libanie Południowym wydać by się mogły przy tym, co widziałem w Bośni, jakąś piękną przygodą, gdyby nie to, że w Libanie też codziennie ginęli ludzie.

Skupmy się na tym, co stało się przyczyną, tego najkrwawszego po II wojnie konfliktu wewnętrznego w Europie. Najprościej rzecz ujmując, była nią według mnie wzajemna nienawiść, zamieszkujących ten przepiękny kraj, ludzi.

Dawna Jugosławia była swego czasu postrzegana w Europie Środkowo – Wschodniej, jako oaza wolności i dobrobytu.

Zamieszkiwali ją Chorwaci, Serbowie i Bośniacy, żyjąc, przynajmniej do czasu śmierci ich wspólnego bohatera z II wojny światowej — Josefa Broz Tito (było to w 1980 roku) we względnej symbiozie.

Zapyta ktoś, dlaczego podjąłem akurat temat byłej Jugosławii. Odpowiem tak: zrobiłem to, gdyż dzisiejsza Polska znajduje się w sytuacji bardzo podobnej do tej w Jugosławii, z początku lat 90. XX wieku. Naród jest bardzo podzielony i raczej nieodwracalnie już zantagonizowany, w czym przewodnią rolę odegrał przywódca rządzącej dziś partii wraz z tymi, którzy ze strachu przed nim czy wyrachowania podtrzymują tzw. spiskowe teorie, odnoszące się nie tylko do przebiegu, wyjaśnionych już przyczyn katastrofy (z kwietnia 2010 r.) samolotu z 96 pasażerami na pokładzie, ale także do tego, że (jak z tej narracji wynika) cały niemal świat jest przeciw nam (sic!).

Przez 26-27 lat Polska, przy różnych zawirowaniach (co jest oczywiste w tak odmiennej sytuacji, tuż po tym, jak dwubiegunowy świat zniknąć miał na zawsze) zdążyła zdobyć na tyle dużo, iż jeszcze kilka lat wcześniej wydawać się to mogło jedynie marzeniem.

W 1999 roku staliśmy się pełnoprawnym członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego. W 5 lat później członkiem Unii Europejskiej, która zaraz po zakończeniu II wojny (nawet na Zachodzie), wydawała się (przez jakiś jeszcze czas) ułudą z przyczyn, o których, ze względu na ograniczoność tego tekstu, nie będę pisać szczegółowo.

Z początku nie wszyscy byli entuzjastycznie nastawieni do projektu europejskiego, w którym większość z nas chciała wziąć udział. Były środowiska i partie, które wprost artykułowały swoją ku temu niechęć (obecnie ich euro deputowani biorą chętnie bardzo wysokie diety za „pracę” w instytucjach UE). Jednak mimo niezrozumiałego bełkotu dziwnych tych ludzi (tak ich nazywam, posługując się tym eufemizmem, aby nikogo nie dotknąć) naród, w swojej większości, osiągnął ten nadrzędny cel. I choć na początku było różnie: raz mniej, innym razem bardziej nerwowo, to zasadniczo, ostatecznie po 2004 r. Polska wstała z kolan. Nie stało się to teraz, jak mówi PiS, po zniszczeniu (wg większości polskiej inteligencji), sądów powszechnych, w tym SN, prokuratury, policji, wojska, wolności zgromadzeń, a przy tym karanie, pod różnymi zmyślonymi powodami ich uczestników. Według opozycji i ludzi bezpartyjnych, ale myślących propaństwowo, nawet instytucje kultury, o niezależnych mediach nie wspominając, są zagrożone.

Od 2015 roku w Polsce rządzi siła, która twierdzi jednak inaczej; według PiS Polska z owych kolan się podniesie, wtedy, kiedy dokona się „rewolucja społeczno – kulturalna”, kiedy przestaniemy się „bratać ze zgniłym Zachodem” i pójdziemy swą własną drogą. Gdyby zapytać z kim, to na dziś odpowiedź pewnie brzmiałaby: z Węgrami i Orbanem.

Węgry, państwo podobnie ostatnio nielubiane i uważane za konia trojańskiego Unii, tak samo, jak Polska. No bo za co, obecny rząd w Warszawie (nie odnosi się to do Polaków jako narodu) można lubić?! Za to, że niszczy w Polsce demokrację i chciałby tę zarazę przenieść na grunt europejski, tak jak kiedyś W. I. Lenin marzył o wszechświatowym komunizmie, pod przywództwem ZSRR?!

„Wielka pisowska władza” wypięła się na cały demokratyczny Zachód, gdyż ma swoją własną ideę fix. Otóż panom z PiS marzy się nasza wielkomocarstwowość w obszarze tzw. Trójmorza pod ich „światłym przywództwem”, tj. powrót do Polski Jagiellońskiej, będącej kiedyś prawdziwym mocarstwem (ale w innym czasie i odmiennych realiach).

I ta „pretendentka” do imperialistycznej wielkości i licząca 38 milionów mieszkańców błaga dziś o pomoc, i wsparcie w walce z UE, pariasa Zjednoczonej Europy, jakim jest państwo Orbana — liczące troszkę ponad 10 milionów obywateli. To ja mam do panów z PiS (właściwie tylko do jednego, który może wszystko) takie pytanie: CZY TO OGON KRĘCI PSEM, CZY PIES KRĘCI OGONEM?!

Triada słów niezwykle ważnych w Polsce to: BÓG, HONOR, OJCZYZNA (dotąd także można było mówić o wadze DEMOKRACJI, za którą ja już dziś tęsknię)!

To właśnie w ostatnich latach (szczególnie tych dwóch) słowa te niemalże zupełnie straciły na swojej pierwotnej wartości — zostały zdeprecjonowane. Niszczenie zdobyczy państwa polskiego, po tym, jak walka oraz praca na rzecz budowy nowoczesnej Polski, kosztowała nas wiele istnień ludzkich, uważam, za nieuprawnione barbarzyństwo.

PiS ma władzę, jednak z przyczyn oczywistych, ograniczoną zapisami konstytucji, która obowiązuje każdego, a jest niemal każdego dnia łamana tak, jak niszczone są również demokratyczne instytucje pod pozorem ich naprawy.

Nie ma na to zgody tej części obywateli, którzy umieją myśleć samodzielnie. Nie ma na to przyzwolenia wszystkich tych, którzy nie boją się reżimu i będą artykułować nasze prawa obywatelskie. Bo my Polacy mamy prawo do zrzeszania się, spotykania z innymi na ulicach, mówienia o tym, co jest słuszne i dobre dla Polski, a nadto mamy prawo do wolnych, nieupartyjnionych sądów i WOLNOŚCI, jako takiej! Suweren może pozbawić rząd łamiący prawo społecznego mandatu!

WIEMY, ŻE RZĄDZĄCYCH NIE OBCHODZI TO, O CZYM MY PISZEMY, CZY TEŻ MÓWIMY. NIE INTERESUJĄ ICH NASZE DĄŻENIA I MARZENIA – OK. JEDNAK NASZYM OBOWIĄZKIEM JEST NIEUSTANNA WALKA O TO, CO W XXI WIEKU JEST DLA WIĘKSZOŚCI PAŃSTW OCZYWISTE – DEMOKRACJĘ! I BĘDZIEMY TO ROBIĆ CHOĆBY PO TO, ABY PO NAS ZOSTAŁ W HISTORII JAKIŚ POZYTYWNY ŚLAD, NA KTÓRY WY RACZEJ LICZYĆ NIE MOŻECIE.

 


Adam Mazguła: Rewolucja bolszewicka PiS

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Nie jestem politologiem i nie wiem, czy moja ocena sytuacji jest właściwa, ale, niestety, tak to widzę. Wydaje mi się, że robię prawie wszystko, by wyjaśnić i uświadomić Polakom, dokąd zmierzamy, aby wyzwolić odwagę i zrozumienie sytuacji wśród ludzi, którzy powinni w końcu powiedzieć Dość tego

 

Opłaca się zabieranie bogatszym i rozdawanie biedniejszym. A to dlatego, że głos wyborczy nie uwzględnia jakości. Tak samo liczy się głos oddany przez profesora czy generała, jak przez menela ulicznego czy szeregowego robotnika. Problem jednak tkwi w tym, że tych drugich jest zdecydowanie więcej.

Inna zasada skutecznego sprawowania władzy polega na znalezieniu wroga. Jeśli się go określi, można konstruować jedność społeczną na budowaniu najsilniejszych z emocji – nienawiści do zaszczuwanych propagandowo grup społecznych, narodowości czy ras.

PiS postawił na niewykształcone masy, które są podatne na wiarę w życie, a nie wiedzę o nim. Tu znowu muszę stwierdzić, że tych jest więcej. Zresztą łatwiej jest przedstawić nowych bogów słabo wykształconej większości, niż wysłać ją do szkół i latami czekać na efekt rozumienia świata.

Łatwiej jest rządzić niedouczonymi, podatnymi na strach przed przedstawicielami wiary i mocnego wszechobecnego środowiska kościelnego niż wykształconymi i mądrymi.

PiS przed wyborami w 2015 r. zdecydował się na niespotykany populizm. Zwrócił się do katolickich mas, nie dbając o jakość swoich obietnic, ale wyłącznie o skuteczny bajer. Prezes drabinkowy kłamał, wmawiał, że nie będzie odwetu, że PiS zrobi wszystko dla zwykłego obywatela, że będzie słuchać ludzi i naprawi kraj; nie zważał na obietnice, że są niemożliwe do spełnienia.

Wygrał i zaatakował elity z jednoczesnym przejęciem, w sposób brutalny i bezwzględny, mediów dla zorganizowania partyjnej propagandy. J. Kaczyński osobiście rozpoczął wojnę ideologiczną, publicznie znieważając oraz wskazując wrogów PiS-u. Użył słów komuniści i złodzieje, gorszy sort, ci z kondominium, targowica, ubecy i wiele innych, pokazując swoim wyznawcom, że tylko oni są Polakami – rasą panów.

Tak więc wszyscy inni nie są godni żyć na tej polskiej ziemi. Przekaz był też obliczony na efekt rozumienia sytuacji w sposób następujący: jesteś Polakiem – dołącz do nas, bo wszyscy inni to zdrajcy.

Tak się dzieli i rządzi! Tak się szczuje i obwinia innych!

Na bazie tych wprowadzonych w życie zasad, PiS skutecznie podzielił Polaków; od wieków nie było tak wielkich antagonizmów wśród jednego narodu.

Pod pretekstem ochrony przed terrorem ustawowo odebrano społeczeństwu wszystkie prawa obywatelskie. Jeszcze nie wykorzystuje się tych zapisów, ale to kwestia czasu…. Nie będę się w to wgłębiał.

Jedno jest pewne, że imperium partyjne budowane jest codziennie. Potęguje się majątki członków partii rządzącej poprzez oferowanie niespotykanie wysokich gaż wszędzie, gdy chodzi o członków PiS-u. Wpływy w środowiskach, rozdawnictwo stanowisk i pieniędzy za politykę, a nie za kompetencje – to droga do władzy i pieniędzy dla członków PiS. Wszystko to na rachunek nierozumiejących niczego mas wyznawców, którzy zasilają statystyczne grupy polskich obywateli.

PiS dzisiaj przeprowadza w Polsce rewolucję na wzór rewolucji październikowej. Oczywiście w sposób bardziej cywilizowany i wykorzystujący panowanie nad zmianami. Jednak cele i metody są identyczne.

Wraz z całkowitym przejęciem sądownictwa, zakończyła się faza wstępna rewolucji – walka o władzę. Teraz przechodzimy do tzw. „dyktatury proletariatu”.

Sejm już nie jest istotny, tak samo jak i senat, a nawet prezydent. Nikt nie jest w stanie podważyć żadnej decyzji prezesa drabinkowego, a więc mogą oni istnieć tylko jako atrapy demokracji.

Teraz PiS, tak jak obiecał niedawno prezes drabinkowy, będzie „czyścił” społeczeństwo ze wszelkiego zła. To znaczy w imieniu „mas robotniczo – chłopskich” będzie dyscyplinował inteligencję, ludzi kultury, przedsiębiorców i naukowców. Będzie zabierał im godność, majątki i niszczył źródła utrzymania.

Bolszewizm wraca!

Nie jestem politologiem i nie wiem, czy moja ocena sytuacji jest właściwa, ale, niestety, tak to widzę. Wydaje mi się, że robię prawie wszystko, by wyjaśnić i uświadomić Polakom, dokąd zmierzamy, aby wyzwolić odwagę i zrozumienie sytuacji wśród ludzi, którzy powinni w końcu powiedzieć – dość tego!

Nie chcę żyć w bolszewizmie kaczystów. Nie będę nigdy niewolnikiem ich woli. Dlatego czekam na tę masę krytyczną, która musi w końcu przelać się przez góry kłamstw i hipokryzji władzy.

Dlatego żyję nadzieją, że kiedyś jednak to nastąpi…

 


Adam Szejnfeld: Miałem sen. Uzdrowiono w Polsce… zdrowie

Adam Szejnfeld

Adam Szejnfeld

Miałem sen. Zwiększono wydatki na ochronę zdrowia, ale nie poprzez podwyższanie podatków, czy obowiązkowej składki zdrowotnej ubezpieczonego, ale poprzez oszczędności środków publicznych

 

Miałem sen. Wszyscy ludzie rezydujący w Polsce, tak obywatele naszego kraju, jak i osoby uzyskujące prawo pobytu na terytorium Polski, zostali potraktowaniu w taki sam sposób w zakresie obowiązku uiszczania składek na ubezpieczenie zdrowotne w zakresie minimalnego dla każdego obywatela koszyka usług medycznych. Tym samym miliony osób – „świętych krów” – które do tej pory nie płaciły wcale, lub płaciły jedynie symboliczne składki na opiekę zdrowotną, weszło do systemu i zaczęło płacić takie same składki, jak inni.

Miałem sen. Zwiększono wydatki na ochronę zdrowia, ale nie poprzez podwyższanie podatków, czy obowiązkowej składki zdrowotnej ubezpieczonego, ale poprzez oszczędności środków publicznych i zmniejszenia zbędnych wydatków budżetu państwa. Każdy też, w ramach swoich własnych możliwości oraz przewidywanych potrzeb, mógł swoją składkę na opiekę zdrowotną zwiększać indywidulanie powyżej minimum i to w ZUS, jak i w konkurencyjnych towarzystwach ubezpieczeń zdrowotnych.

Miałem sen. Wprowadzono konkurencyjne do państwowych ubezpieczenia zdrowotne. Ubezpieczenie te można było wybrać dobrowolnie w prywatnych towarzystwach ubezpieczeń zdrowotnych zamiast ubezpieczenia w instytucji państwowej (ZUS) lub równolegle z ubezpieczeniem państwowym, jako uzupełnienie. Stworzono także różne kategorie koszyka usług medycznych w ramach różnych wariantów ubezpieczenia wraz z wyliczeniem kosztu realizacji poszczególnych usług medycznych.

Miałem sen. Wprowadzono zasadę „Pieniądz idzie za pacjentem”. Ubezpieczeni otrzymali do swojego swobodnego dysponowania imienne karty płatnicze na płatności za usługi medyczne z określonym limitem rocznych wydatków, w ramach wykupionego rodzaju ubezpieczenia społecznego i przypisanego do tego rodzaju koszyka usług medycznych. W podobny sposób, ale ze wsparciem państwa, rozwiązano problem lecznictwa wybranych chorób przewlekłych oraz uznanych jako śmiertelne (np. nowotwory złośliwe).

Miałem sen. Placówki służby zdrowia zaczęły szanować pacjentów, dbać o dobrą opinię i zachęcać do leczenia u siebie, a nie u konkurencji, ponieważ to pacjent, a nie państwo (NFZ), stali się płatnikami usług medycznych. Zaprzestano także kontraktacji usług, ponieważ nie państwo, ale to pacjenci decydowali o tym, na co, gdzie, kiedy, i na jakich warunkach, kto chce się leczyć.

Miałem sen. Zrestrukturyzowano liczbę oraz rozkład geograficzno-administracyjny placówek służby zdrowia ze szpitalami na czele. Wszystkie zostały ujęte w kompleksowy system ratownictwa medycznego i świadczenia usług medycznych. Dzięki czemu zlikwidowano dublowanie się oddziałów i usług na tym samym terenie, a jednocześnie uzupełniono ich wachlarz o te, które nie były do tej pory świadczone, lub były trudno dostępne.

Miałem sen. Pracownicy ZUS, wzorem alternatywnych towarzystw ubezpieczeń zdrowotnych, zaczęli kontrolować prawidłowość oraz efektywność pracy służby zdrowia, w tym lekarzy, a także prawidłowość wykorzystywania zaordynowanego leczenia. Zmniejszyło to koszty funkcjonowania placówek służby zdrowia, a zrazem zwiększyło skuteczność leczenia pacjentów eliminując jednocześnie symulantów z rynku usług medycznych.

Miałem sen. Państwowe i prywatne towarzystwa ubezpieczeń zdrowotnych zaprzestały kontraktować usługi na specjalistycznym sprzęcie diagnostycznym, który nie byłby wykorzystywany od rana do wieczora, przez cały dzień, a państwo przestało dofinansowywać zakupy specjalistycznych urządzeń diagnostycznych, jeśli miałyby być wykorzystywane tylko przez część dnia. Zwiększyło to efektywność wydatkowania publicznych środków na bardzo drogi sprzęt, zmniejszyło kolejki pacjentów wymagających specjalistycznych badań i zwiększyło efektywność wykorzystywania specjalistycznego sprzętu.

Miałem sen. ZUS, jak i prywatne, konkurencyjne do ZUS towarzystwa ubezpieczeń zdrowotnych, zaczęły kierować pacjentów na obowiązkowe profilaktyczne badania w przypadku przekroczenia określonego wieku ubezpieczonego, a także na obowiązkowe badania okresowe w przypadku chorób przewlekłych i zagrożeń wrodzonych, pod groźbą utraty prawa do wypłaty wynagrodzenia za niezdolności do pracy z powodu choroby albo świadczeń z tytułu renty lub emerytury. Podniesiono tym samym priorytet profilaktyki nad leczeniem, co przyniosło zmniejszenie kosztów samego leczenia.

Miałem sen. Przedsiębiorcy przestali płacić wynagrodzenia za czas niezdolności do pracy w zastępstwie ZUS. W zamian ZUS i konkurencyjne towarzystwa ubezpieczeń zdrowotnych wypłacały chorobowe pracownikom, bowiem to one gromadziły od obywateli środki na ten cel. Wprowadzano zatem wreszcie oczywistą oczywistość: Kto pobiera składkę ubezpieczeniową, ten wypłaca odszkodowanie. Zarazem uwolniono znaczne środki przedsiębiorców na ich rozwój, w tym także na zakładowe systemy profilaktyki oraz zabezpieczenia zdrowotnego i socjalnego swoich pracowników.

Miałem sen. Pracodawcy przestali szukać swoich pracowników na innych budowach w trakcie ich zwolnień chorobowych L4, bo kontrolą wykorzystania zwolnienia lekarskiego zajęli się przedstawiciele tych instytucji, które zbierają składkę ubezpieczenia zdrowotnego i wypłacają „chorobowe”. Zaczęto też likwidować kontrakty i zwalniać z pracy lekarzy wystawiających fikcyjne zwolnienia lekarskie.

Miałem sen. W polskich palcówkach medycznych zaczęli pracować holistyczni lekarze, badający pacjentów nie tylko pod względem dolegliwości, która ich do lekarza sprowadziła. Dzięki temu zwiększyło się profilaktyczne wykrywanie chorób, zmniejszyły koszty ich leczenia, bowiem zostało one podjęte na wczesnym etapie rozwoju choroby, a jednocześnie zmniejszył się czas poświęcany przez pacjentów na ciągłe powroty w kolejki do kolejnych lekarzy.

Miałem sen. Lekarze byli rozliczani za efektywność prawidłowego diagnozowania i skutecznego leczenia pacjentów, a nie na podstawie czasu, jaki im poświęcają. Zniesiono na przykład limit lekarza rodzinnego na jednego pacjenta dzięki czemu potrzebny czas lekarz mógł wykorzystać na wyczerpujący wywiad oraz diagnozę, a nie niemalże w całości na biurokratyczne wypełnianie określonych druczków. Zbyt bowiem krótki limit na jednego pacjenta wymuszał traktowanie go jedynie jako kolejnego numerku w kolejce i zastąpienie fachowego badania oraz diagnozę biurokratycznym wypełnieniem recepty, skierowaniem do specjalisty (niech martwi się następny lekarz) albo wystawieniem L4.

Miałem sen. Pacjent w przypadku oczywistych dolegliwości, np. jego chorób przewlekłych, mógł bezpośrednio rejestrować się u lekarza specjalisty, a nie poprzedzać tego wizytą u lekarza rodzinnego. Dzięki temu zmniejszyła się liczba osób w kolejach i skrócił czas, jaki pacjent musiał zarezerwować na przebycie biurokratycznej drogi w palcówce Podstawowej Opieki Zdrowotnej.

Miałem sen. Pacjent odwiedzał tylko raz lekarza rodzinnego albo specjalistę, od którego po wywiadzie dostawał skierowanie na specjalistyczne badania laboratoryjne. Pacjent po wykonanych badaniach, nie musiał biegać od laboratorium, do laboratorium po wyniki, a potem z tymi wynikami od lekarza specjalisty, do innego lekarza specjalisty. Jego wyniki bowiem drogą elektroniczną docierały do właściwych lekarzy. Ci natomiast, stawiając diagnozę, kierowali go do lekarza prowadzącego z zaleceniami dotyczącymi systemowego leczenia. Zmniejszyło to liczbę rejestracji i wizyt skracając kolejki.

Miałem sen. Pacjent mógł być przyjęty do szpitalna na jeden dzień, a nawet na kilka godzin, zamiast niemalże na cały tydzień bez negatywnych konsekwencji finansowych dla szpitala. Skończyło się więc niepotrzebna przetrzymywanie pacjentów w szpitalach, fikcyjne blokowanie łóżek oraz wystawienie niepotrzebnych L4, tylko po to, aby „zarobić” na pacjencie.

Miałem sen. Trafiając do szpitala na wykonanie określonego zabiegu lub leczenie nie trzeba było się wyrejestrowywać po zakończonym leczeniu i fikcyjnie wracać ponownie, by wykonać kolejny, wcześniej zdiagnozowany i zaordynowany, ale inny niż pierwotny zabieg, albo leczenie w tym samym szpitalu. Bez tej zmiany szpitale miały problem z uzyskaniem środków finansowych z kontraktów na pokrycie kosztów kolejnego leczenia tego samego pacjenta, ale w ramach już innej jednostki chorobowej.

Miałem sen. Jeśli lekarz popełnił oczywistą pomyłkę na recepcie, np. nie wpisał nr PESEL, to aptekarz, bez konsekwencji dla swojej praktyki, mógł po identyfikacji pacjenta na podstawie np. dowodu osobistego lub innego dokumentu urzędowego, a nawet na podstawie oświadczenia podpisanego pod groźbą kary w przypadku złożenia fałszywego oświadczenia, wydać zaordynowany lek, a nie odsyłać pacjenta z kwitkiem ponownie do lekarza, który wystawił receptę.

Miałem sen. Polak wyjeżdzający do innego Kraju Unii Europejskiej nie musiał starać się o wystawienie europejskiej karty ubezpieczenia zdrowotnego, bo obywatele Wspólnoty mieli te same prawa do ochrony zdrowia, bez względu z jakiego kraju członkowskiego pochodzili, gdzie żyli i pracowali i gdzie mieszkali; wystarczał dowód osobisty lub paszport oraz potwierdzenie ubezpieczenia, kontrolowane np. wzorem systemu eWUŚ, w systemie elektronicznym. Zmniejszyła się więc biurokracja, a zarazem mniej czasu obywatel musiał poświeć na potrzebne formalności.

Miałem sen. Pracownicy służby zdrowia byli opłacani w zależności od efektywności pracy mierzonej przy współudziale pracodawcy danej placówki służby zdrowia oraz towarzystwa ubezpieczeń zdrowotnych, a nie w zależności od kwot ustalanych przez rządzących. Urealniło to płace pracowników w służbie zdrowia, podniosło jakość świadczonych usług medycznych, a zarazem pozwoliło określić realne ceny usług medycznych.

Miałem sen. Wprowadzono symboliczną opłatę za wizytę u lekarza podstawowej opieki zdrowotnej oraz u lekarza specjalisty, do którego można było się zgłosić bez żadnego skierowania. Zwiększyło to szacunek do służby zdrowia oraz uznanie dla pracy lekarzy i pielęgniarek, ale przede wszystkim zmniejszyło kolejki o osoby, które niekoniecznie musiały się ze swoją dolegliwością zgłosić do lekarza bez stosownego skierowania medycznego. Rozważano także symboliczną opłatę od wykonania niektórych badań diagnostycznych, które najczęściej są oczekiwane przez pacjentów, a nie są konieczne według opinii lekarza prowadzącego. W takiej sytuacji, na specjalne życzenie pacjenta, za symboliczną opłatą, mogłoby być zaordynowane także dodatkowe badanie.

Miałem sen. Państwo mogło zwiększyć swoją aktywność związaną na przykład z budowaniem, modernizacją i remontami dróg, oświatą, nauką i szkolnictwem, bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym, czy pomocą społeczną, a także innymi zadaniami publicznymi, w tym przede wszystkim z działaniami na rzecz zdrowia, rekreacji i wypoczynku, co służyło poprawie profilaktyki zdrowotnej, zamiast bawienia się w przedsiębiorcę prowadzącego sanatoria w uzdrowiskach. Dzięki temu prywatne sanatoria zaczęły wspaniale podnosić jakość usług medycznych, rehabilitacji oraz opieki medycznej równocześnie unowocześniając się, piękniejąc i zdobywając zdecydowaną przewagę konkurencyjną nad szpitalami i uzdrowiskami zagranicznymi.

Miałem sen, taki sen…. A co Państwu się śni na ten temat?….

 

Adam Szejnfeld
Poseł do Parlamentu Europejskiego


Roman Giertych: Cena za ojca Rydzyka

Roman Giertych

Roman Giertych

Media powiązane z redemtorystą z Torunia codziennie chwalą rząd i PiS i codziennie atakują opozycję. To z kolei robi pranie mózgów księży, którzy słuchają największej rozgłośni katolickiej. I w ten sposób ordynarne popieranie rządu i ordynarne ataki na opozycję przenoszą się do kazań i innych katolickich mediów

 

Według najnowszych danych rok do roku liczba uczestniczących w cotygodniowej Mszy Św. spadła o 10%. Mniej więcej milion ludzi w czasie pierwszego pełnego roku „dobrej zmiany” przestało chodzić na Mszę.

Czyż nie prorocze były działania Prymasa Polski Józefa kard. Glempa, który zakazał funkcjonowania biurom Radia Maryja w swojej archidiecezji?

Oczywiście zwolennicy PiS-u z kręgów katolickich będą próbowali wytłumaczyć ten spadek ogólną laicyzacją. Ale gwałtowność tego spadku frekwencji w korelacji z pierwszym rokiem rządów PiS jest oczywista.

Przyczyną tego spadku jest poczucie u wielu katolików, że Kościół Katolicki w Polsce wspiera rząd. Głównym motorem (i beneficjentem) tego poparcia jest największa rozgłośnia katolicka kierowana przez o. Tadeusza Rydzyka. To jego polityka, która dla każdego przeciętnego obywatela kojarzy się z wymianą poparcia jego rozgłośni, a więc głosów wyborczych radiosłuchaczy za pożytki osiągane od podmiotów państwowych.

Nie było miesiąca w ciągu ostatnich dwóch lat, w którym nie pojawiałyby się informacje o tym, że kolejne dotacje z różnych ministerstw lub agend rządowych trafiają do prywatnych fundacji o. Rydzyka.

Z drugiej strony media powiązane z redemtorystą z Torunia codziennie chwalą rząd i PiS i codziennie atakują opozycję. To z kolei robi pranie mózgów księży, którzy słuchają największej rozgłośni katolickiej. I w ten sposób ordynarne popieranie rządu i ordynarne ataki na opozycję przenoszą się do kazań i innych katolickich mediów.

Jeszcze pięć lat temu ludzie o poglądach innych niż pisowskie nie czuli w kościołach presji, że mają zmienić swoje myślenie polityczne. Od roku 2015 sytuacja się całkowicie zmieniła. Jako przykład podam wybory do senatu. W moim okręgu wyborczym wszystkie media katolickie oficjalnie poparły kandydata PiS Konstantego Radziwiłła, który obecnie niszczy służbę zdrowia.

W dzisiejszym świecie fakt, że PiS nie został poparty oficjalnie przez hierarchie Kościoła nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest to co znajduje się w mediach katolickich, a tam poparcie dla PiS było pełne. Ludzie o poglądach niepisowskich odbierają tego typu poparcie jako zamach na swoją wolność. Dodajmy, że wolność ta została przez ostatni Sobór potwierdzona i każdy katolik ma prawo do własnej opinii politycznej. Zabieranie tej wolności jest zwykłą kradzieżą.

Nie uważam, aby jakiekolwiek błędy biskupów, czy księży były podstawą do opuszczania niedzielnej Mszy św., gdyż nie uczestniczę w Eucharystii ze względu na księży. Jednak jest faktem, że polityczne kazania, propaganda propisowska wylewająca się z mediów katolickich nawet w czasie, gdy PIS bezczelnie łamie umowę społeczną, czyli Konstytucję musi mieć wpływ na postawy wielu osób. I jest to cena za brak realizacji decyzji wielkiego Prymasa Polski w całym kraju.

Jedynym sposobem rozwiązania tej sprawy jest przejęcie przez biskupów kontroli nad mediami katolickimi i wyrugowanie z nich treści politycznych. Bez tego proces dechrystianizacji, za który główną odpowiedzialność ponosi o. Tadeusz Rydzyk, będzie postępował.

Roman Giertych

 


Manuela Gretkowska. SŁOWO NA NIE/DZIELĘ: RZECZPOSPOLITA NIEPOŻYTECZNA

Manuela Gretkowska

Manuela Gretkowska

PiSaci rosną w siłę bo są bezprawną siłą czyli przemocą. Twarda ręka imponuje januszom i grażynom. Nie słaba demokracja, tylko autorytarny dryl. W każdym narodzie jest twardy elektorat głupoty

 

Moda czy morda na opozycjonistę pożytecznego idiotę. Trolle i uczciwi ludzie piszą: „Nie kpij z PiS-u bo to im podnosi sondaże”. Przestać protestować?

Hamulec bezradności zaciągamy w mózgu, by nie zwariować. Lepiej nie robić nic i to racjonalnie usprawiedliwić – zostanę pożytecznym idiotą, niż robić na darmo. Narodowa, bierna i godna powściągliwość? Smuta jest wielkim milczeniem i zwieszeniem łba.

PiSaci rosną w siłę bo są bezprawną siłą czyli przemocą. Twarda ręka imponuje januszom i grażynom. Nie słaba demokracja, tylko autorytarny dryl. W każdym narodzie jest twardy elektorat głupoty.

Z raportu profesora Gduli wysnuto diagnozę: nie drażnij, staraj się przekonać januszka z grażynką. Nie przekonasz. Edukacja jest długim procesem, nie refrenem disco polo. I skąd to przekonanie, że wszyscy musimy być w 100% przekonani? Skąd pomysł, żebyśmy wszyscy się przymknęli? Wszyscy to totalitaryzm. Demokracja to wybór. Wyborów uczciwych nie będzie. A wzajemne połajanki: ty pożyteczny idioto, przypominają spacer elity francuskiej pod gilotynę: nie wołać pod spadającym ostrzem, że jest się niewinnym, bo to rozjusza tłum. Nie płakać bo to dowód skruchy.

Najpierw PiS działał jak banda otaczająca ofiarę, popychając ją by straciła orientację i padła na kolana. Nie ma prawa, bo suweren tak chce.

Minister Radziwiłł wbrew oczywistości twierdzi: w służbie zdrowia jest dobrze. Dlaczego? PiS rządzi, a to jest dobre. Walczyć z tą bezlogiką? Nie radzę, psychiatryki przepełnione. Nie ma logiki, Trybunału – prawda i kłamstwo wyparowały, z nią sądy i osądy. Ale to za mało. Ludzie nadal się buntują. Więc zmysłem komuchów zaaplikujmy im przekonanie, że sprzeciw wywołuje odwrotny skutek, podnosi sondażowe słupki władzy i zniechęca suwerena. Już od dawna wypowiedzi opozycji są „przemysłem pogardy i mową nienawiści”. Niech totalna opozycja założy sobie sama knebel. Wtedy PiS ogłosi: jest wspaniale, nawet elitę zatkało z podziwu i milczy.

Serial, który powinien się nazywać nie „Koroną królów” ale „Koronką do miłosierdzia” widzów, jest zachwalany z powodu hejtu elity. „Przez ten hejt rośnie nam oglądalność” mówi TVP. Krytyka porażki staje się hejtem, który staje się reklamą. To już groteska.. Wejdzie ustawa zabraniająca hejtu i pogardy. A koronę będzie nosić Kurski, jako reklamę TVP. Wstanie rano, popatrzy w lustro ze złotkiem na łbie i powie „Kurski to ja!”. W takim świecie już żyjemy.

Tego chcecie? Zaczęliście się bać? PiS wygrał, ale my nie przegraliśmy.

Januszowi i grażynce przywrócono godność. Wmawianie ludziom, że są lepsi niż są, jest kłamstwem, a nie szacunkiem. Ich styl życia nie jest wspaniały, nie są solą tej ziemi, błotem też nie. Są zwyczajnymi ludźmi i muszą tyrać żeby awansować, jak każdy na Zachodzie. Jeśli chcą życia z telewizora i wanny z Dupaju. Mają kompleksy – słusznie. Zakłamywanie kompleksów tylko je wzmacnia. Swojskość jest dobra w Cepelii, UE rządzi prawo i zasady. Polska na swoim nigdy dobrze nie wyszła. To dotrze do narodu, szybciej niż Rosja i bieda. Wolniej niż edukacja.

Skaczmy pod sejmem, wychodźmy na ulice, mówmy co myślimy bo jeszcze wolno. Nie internujmy się sami. Nie dokonujmy samookaleczeń duszy ani ciała: jeden człowiek, Szary Człowiek wystarczy. Nie jesteśmy pożytecznymi idiotami, jesteśmy normalni.

Na razie rządzą PiSowcy, ale staną sie PiStratami, bo PiS wcześniej czy później straci władzę. Głupota wygrywa na krótko, szaleństwo nigdy – tak pisałam kilka miesięcy temu i nadal tak sądzę jako pożyteczna idiotka, amen.

Fot. Źródło: facebook.com/gretkowska.manuela

Basiu- przepraszam za usunięcie Twojego nazwiska z plakatu:) i przerobienie go na inny spektakl narodowy.

 

Manuela Gretkowska

 


Dariusz Stokwiszewski: (Nie)dekomunizujmy i (nie)rechrystianizujmy!

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Skoro ktoś uważa, iż do zaprowadzenia porządku konieczna jest władza autorytarna i jednopartyjność, a ponadto sam chce żyć w takim świecie, to ma wybór, może np. poprosić o obywatelstwo albo azyl w Federacji Rosyjskiej, na Białorusi lub w KRLD

 

Sejm uchwalił nowelizację ustawy dekomunizacyjnej z 14 grudnia 2017 r., której projekt przygotowali posłowie partii rządzącej. Ustawa zobowiązuje samorządy do zmiany nazw tych obiektów (ulic, placów, skwerów i innych miejsc publicznych), które symbolizują lub propagują komunizm, bądź inny ustrój totalitarny. Jak podano w uzasadnieniu, rozwiązanie to miało zakończyć rozpoczęty zaraz po upadku komunizmu (w Polsce był to przełom lat 80./90. XX wieku) proces dekomunizacji wspomnianych obiektów publicznych.

Nie protestowałbym, gdyby:

  • po pierwsze, rzeczywiście odbywało się to zgodnie z zastaną rzeczywistością, tzn. dotyczyło tylko prawdziwych szkodników działających przeciw Narodowi;
  • po drugie, gdyby intencje wnioskodawców były transparentne – wg mnie nie są;
  • po trzecie, dekomunizację PiS rozpoczęła od własnych szeregów i przynajmniej nie czyniła twarzą „dobrej zmiany” (zwłaszcza w sferze prawa) byłych komunistów, że choćby przypomnę tu jednego z nich, który stoi na czele komisji sprawiedliwości, co wg mnie jest chichotem historii. Uważam, iż ofiary tamtego systemu w grobach się „przewracają”, ze słusznego oburzenia;
  • po czwarte, okazywano szacunek zmarłym, nie szargając pamięci niektórych z nich;
  • po piąte, nie wykorzystywano cynicznie tego do „promowania swoich zmarłych”, gdyż to może przynieść dla nich i pamięci o nich skutek odwrotny.

Przy tej okazji nie można też nie wspomnieć o ofiarach KATASTROFY LOTNICZEJ, będącej tragicznym wypadkiem, do którego doprowadziły swary i przepychanki, mające na celu pokazanie tego, kto jest w Polsce najważniejszy i prawy. I wcale nie myślę w tej chwili o nieżyjącym od prawie 7,5 roku prezydencie — prof. Lechu Kaczyńskim, którego słowa i czyny są teraz poddawane „obróbce”, na potrzeby polityki bieżącej. To straszne!

Nie można nie uznawać tego, że władza w Polsce zmieniła się w sposób demokratyczny, co jednak nie oznacza, że ma ona od chwili wyborów władzę niczym nieograniczoną. Nie, ma i mieć nie może, choć liczy na to, że nas (na opisywanych już tutaj przeze mnie zasadzie tzw.: wyprzedzającego posłuszeństwa i reguły wyjątku) przekona do tego, iż wszystko, co czyni służyć, ma naszemu i publicznemu dobru.

Posługując się tego rodzaju retoryką, członkowie obozu rządzącego i ich sprzymierzeńcy stawiają tezę, że władza musi być silna i mieć nadzwyczajne (choć „czasowo”) prawa do postępowania zgodnego niby z interesem narodowym. Myślę sobie, że wszystko można osiągnąć, wykorzystując jedynie w sposób właściwy zapisy Konstytucji RP z 1997 r. oraz przepisy stosownych ustaw.

Skoro ktoś uważa, iż do zaprowadzenia porządku konieczna jest władza autorytarna i jednopartyjność, a ponadto sam chce żyć w takim świecie, to ma wybór. Za przykładem paru milionów młodych i wykształconych Polaków, którzy wyjechali „za chlebem” na Zachód (to tragedia, że właśnie o tę grupę chodzi, a nie tych, których chętnie byśmy wysłali na Marsa, jako „wojowników z krwi i kości”, aby tam zaprowadzili autorytarne swe porządki), może wyjechać na Wschód i poprosić o obywatelstwo/azyl w Federacji Rosyjskiej, na Białorusi lub (co najtrafniejszym byłoby wyborem w stosunku do ich upodobań) w KRLD. Nie sądzę, aby w jakikolwiek sposób na drodze ich marzeń stawali tacy „demokraci” jak Władimir Putin Aleksandr Łukaszenka czy sam Kim Dzong Un.

 

PS.

Póki co jest, tak jak jest, a Polska dotąd jeszcze jest silna, dopóki będzie cieszyć się poparciem „naszego strategicznego sojusznika”, jakim jest Orban. Przygotujmy się przy pomocy tego wielkiego człowieka do rechrystianizacji Europy i pokażmy temu zgniłemu Zachodowi co mogą Słowianie z pomocą Ugrofinów. Co też ja plotę … ?!

 


Dariusz Stokwiszewski: Jesteśmy współautorami upadku naszej demokracji

Dariusz Stokwiszewski

Dariusz Stokwiszewski

Panie profesorze, to tacy jak pan winni prowadzić demokratyczne partie i/lub przynajmniej mieć w nich najważniejszy głos. Największym przekleństwem polityki są karierowicze

 

Jedna z publikacji Na Nowy Rok pióra prof. Stefana Niesiołowskiego szczególnie przykuła moją uwagę. Za jej kwintesencję można było przyjąć poniższy fragment, który pozwolę sobie zacytować:

Staliśmy się pokraczną dyktaturą, rządzoną przez reżim nie wiadomo; bardziej głupi czy podły, staliśmy się pośmiewiskiem Europy.

Trudno nie zgodzić się ze stanowiskiem osoby, którą zawsze szanowałem i szanować będę. Pan profesor Niesiołowski był i jest dla mnie wzorem człowieka o stałych poglądach. Jego bezkompromisowość, prawość i działalność polityczna, dają Mu jak najlepsze świadectwo człowieka honory i patrioty.

Nie chcąc, aby felieton mój potraktowany został przez kogokolwiek, szczególnie przez profesora, jako riposta czy protest przeciwko temu, co w przedmiotowej publikacji zamieścił (wprost przeciwnie, zgadzam się z każdym Jego słowem) wyjaśnię dalej, o co mi chodzi.

Moim celem jest uzupełnienie, wyartykułowanych przez pana profesora Niesiołowskiego, treści o własne przemyślenia, które oparłem na doświadczeniach przeciętnego mieszkańca jednego z małych – 50 tysięcznych miast polskich, i z tej perspektywy przestawienie tego, co być może w wielkiej polityce, nie jest dostrzegane.

Pan profesor pisze, że w dniu, gdy oczekiwał na transport do więzienia w Barczewie, jako osoba skazana przez komunistyczny reżim na siedem lat więzienia, nie pomyślałby nawet, że:

… za 15 lat upadnie komunizm, Związek Sowiecki, PRL i Układ Warszawski, że Polska będzie w NATO i Unii Europejskiej, a ja będę posłem w parlamencie demokratycznej Ojczyzny. Gdyby ktoś mi to powiedział w obliczu potęgi i majestatu policyjnego państwa musiałbym uznać, że oszalał.

Jak również nie mógł pan pomyśleć, czy przewidzieć tego, że za ćwierć wieku:

… wiele codziennych nieprawidłowości i podłości, uczyni z demokratycznie i wspaniale rozwijającej się Polski, odrażającą, zapyziałą dyktaturę ciemniaków … .

Trudno, o czym wspominałem, nie przyznać wszystkiemu, o czym pan pisze, racji. Rodzi się tu natomiast wiele wątpliwości i pytań, dotyczących tego, co przyczyniło się do zwycięstwa najbardziej populistycznej partii w Polsce, która prowadzić nas może (i chyba to właśnie robi, na co wiele wskazuje) wprost w ręce naszych odwiecznych wrogów? Nie formułuję przy tym jakiejś teorii spiskowej, mówiącej o tym, że PiS „chce celowo działać wbrew polskiej racji stanu”. Nie! Nie mam podstaw do takiej tezy, więc zakładam a priori, że jest ona fałszywa.

Nie mniej jednak (tak się według wielu z nas Polaków dzieje) fakty są takie, że schodzimy na margines tego, o co całe pokolenia demokratów walczyły. Zaczynamy stąpać po coraz cieńszym „lodzie”, idąc pod prąd demokratycznego nurtu współczesnej Europy o wejściu do której, jeszcze pokolenie temu, nawet nie mogliśmy marzyć. I teraz: gdzie leży „nasza” obywateli wina? Otóż my uwierzyliśmy populistom (sam dwukrotnie głosowałem na PiS – mea maxima culpa) w to, że poprowadzą nas do lepszej przyszłości.

Na czym tacy prości ludzie, jak ja opieraliśmy tę, jak się dziś okazuje, płonną nadzieję?! Tu dochodzimy do tego, co jest/ma być istotą mojej wypowiedzi.

Pisałem o tym, że pochodzę z małego miasta w sercu Polski, w którym od lat niemal 30 rządzą te same nawet nie osoby (z przyczyn dla wszystkich oczywistych), ale towarzysko – partyjne i chore układy, które wywodzą się z tego samego źródła; jedynie słusznej, swego czasu partii, jaką była PZPR wraz z SD i dawnym ZSL – czyli swymi, podobnie myślącymi, przybudówkami.

No i co widzimy? Otóż teraz osoby te zyskały nową tożsamość w myśl powiedzenia, że im dłużej po wojnie, tym zbowidowców więcej — oczywisty nonsens dla każdego z nas! Kiedy widzimy, jak ustawiane były i są konkursy na wszelakie stanowiska, czy jak wykupuje się majątek samorządowy, a beneficjentami tych działań są sami swoi, to „nóż się w kieszeni nam otwiera” (to tylko metafora i tłumaczę ją dlatego, że żyjemy w tak dziwnym kraju, że bez jasnego wytłumaczenia intencji możemy skończyć, z zarzutami prokuratorskimi za coś tam … !).

Jednak czy tylko ja powinienem, co oficjalnie zrobiłem, powiedzieć mea maxima culpa?! Myślę, że nie tylko ja i inni czasem niezbyt dobrze zorientowani, zabiegani, i często biedni ludzie, których nie stać na realizację potrzeb najniższego rządu (a nie drogich win czy, tak bardzo ostatnimi laty popularnych, ośmiorniczek). Dlaczego pan prezydent Komorowski przegrał wybory prezydenckie z kimś, kto w ławach PiS zajmował trzeci czy czwarty rząd? Z kimś, kto teraz legitymizuje, jako doktor nauk prawnych (sic!) łamanie Konstytucji RP?! Czy czasem nie z nadmiaru buty i pewności tego, że jest „niezastąpiony”. Nie trzeba było wyjść do „ciemnego ludu” i porozmawiać?!

Dlaczego centra partyjne pozwalały na to, aby wymienieni tu wyżej komuniści obnosili się ze swoją przynależnością do obecnych partii demokratycznych i w ich imieniu robili różne złe rzeczy (świństwa czasem, nawet nie udając przy tym, że ich nie obchodzi to, co sobie pomyślą inni? Nawet komuna tego w tak oczywisty i bezczelny sposób nie robiła! Otóż to oni (wasi samorządowi, dołowi działacze) wam przypięli łatki, które teraz na zasadzie kuli śnieżnej powiększa PiS, dodając nowe, obraźliwe przymiotniki.

W moim mieście PO liczy „aż trzech czy czterech członków”. Skąd wiem? Stąd, że od lat tylko te cztery twarze są na plakatach, a także na „stanowiskach”. Kiedyś, będąc jeszcze dziekanem jednego z wydziałów uczelni wyższej, prowadziłem („z urzędu”, gdyż jestem bezpartyjny) spotkanie z jednym z ministrów (przyjeżdżali i premierzy), który oburzył się, gdy któryś z wykładowców zadał mu „niewygodne” pytanie. To po prostu żenada, na co zwróciłem panu ministrowi uwagę, mówiąc, że nawet premierzy nam odpowiadali, ale on wtedy odpowiedział, że nie przyjechał tu dyskutować z nami tylko ze studentami. Szok! To, czemu się dziwić, że PiS, mając kadry, jakie ma (niech każdy ten poziom oceni sam) nie uważa za stosowne konsultować niczego ze społeczeństwem?!

Panie profesorze, to tacy jak pan winni prowadzić demokratyczne partie i/lub przynajmniej mieć w nich najważniejszy głos. Największym przekleństwem polityki są karierowicze. To ludzie (na pewno nie wszyscy), którzy myślą jedynie o swoich partykularnych interesach, a partie traktują jak swego rodzaju trampolinę do sukcesu. Polska dla nich zwykle to jedynie slogan wyborczy!!!

 

Dariusz Stokwiszewski

 


Skoki narciarskie. Historyczne zwycięstwo! Kamil Stoch wygrał Turniej Czterech Skoczni

Kamil Stoch triumfował dziś w wielkim stylu. Wygrał czwarty finałowy konkurs Turnieju Czterech Skoczni w austriackim Bischofshofen i został liderem Pucharu Świata.

Skoki narciarskie. Historyczne zwycięstwo! Kamil Stoch wygrał Turniej Czterech Skoczni

Kamil Stoch

Wcześniej Kamil Stoch wygrał w Oberstdorfie, później w Garmisch-Partenkirchen i Innsbrucku. Tym samym wygrał wszystkie cztery konkursy Turniej Czterech Skoczni, co wcześniej udało się tylko Svenowi Hannawaldowi w 2002 roku.

To, co udało się Kamilowi Stochowi, przejdzie do historii skoków narciarskich. Polak popisał się dwoma znakomitymi lotami na 132,5 oraz 137 metrów i o 3,2 punktu pokonał Andersa Fannemela.

Wygrana Stocha oznacza, że został on drugim skoczkiem w historii, który zwyciężył w każdym z czterech konkursów Turnieju Czterech Skoczni. Pierwszym był Niemiec Sven Hannawald. Dokonał tego w sezonie 2001/2002.

Od 2002 roku Niemiec był jedynym, któremu udało się wygrać w Oberstdorfie, Garmisch-Partenkirchen, Innsbrucku i Bischofshofen w jednej edycji Turnieju Czterech Skoczni. Przed sobotą Hannawald podobno miał oferowa piwo każdemu skoczkowi, który pokona Stocha.

Gdy Kamil Stoch wylądował na 137. metrze, Sven Hannawald podszedł do niego z gratulacjami. Pokiwał z uznaniem głową i powiedział: – Witaj w ekskluzywnym gronie – wyjaśnił później mistrz Kami Stochl.

Wygrana Kamila Stocha w Bischofshofen oznacza, że został on liderem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Zdetronizował w ten sposób Niemca Richarda Freitaga, który wycofał się z rywalizacji po upadku w Innsbrucku.

 

(df) thefad.pl


Most Wanted! Następca Radziwiłła pilnie poszukiwany. Neumann: politycy PiS szukali nowego ministra zdrowia nawet wśród ludzi z PO

Ich problemem z pewnością jest krótka ławka rezerwowych, bo szukając nowego ministra zdrowia przychodzili nawet do ludzi Platformy Obywatelskiej — mówił w rozmowie z NaTemat.pl polityk PO Sławomir Neumann.

Most Wanted! Następca Radziwiłła pilnie poszukiwany. Neumann: politycy PiS szukali nowego ministra zdrowia nawet wśród ludzi z PO

Fot. Źródło: Facebook / slawekneumann

Fiasko negocjacji Radziwiłła z lekarzami

Dziś, w piątek 5 stycznia, doszło do spotkania ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła z przedstawicielami rezydentów, którzy w ramach protestu wypowiadają klauzulę opt-out, pozwalającą na pracę przez więcej niż 48 godzin tygodniowo. W niektórych placówkach medycznych w związku z tym pojawiają się problemy z obsadzeniem grafików dyżurów.

– Z wielkim żalem muszę powiedzieć, że jesteśmy bardzo rozczarowani tym spotkaniem — powiedział przedstawiciel rezydentów Jarosław Biliński po zakończonych fiaskiem negocjacjach z Radziwiłłem. – Minister zdrowia i minister Suski przyszli kompletnie nieprzygotowani na to spotkanie. Bez żadnej propozycji.

– Usłyszeliśmy propozycję ministra zdrowia i rządu. I ta propozycja była najbardziej żałosna w całym tym spotkaniu – zaznaczył. – Pan minister powiedział, że rząd dołoży wszelkich starań, aby przyspieszyć wzrost nakładów na ochronę zdrowia, jeżeli warunki gospodarcze na to pozwolą. Uważamy to za brak szacunku do nas – oznajmił.

PiS zaakceptował plan rekonstrukcji rządu

Jak informuje RMF FM, podczas czwartkowego posiedzenia władze PiS zaakceptowały plan zmian w rządzie Mateusza Morawieckieg.

Według źródeł PiS, na które powołuje się RMF FM, wśród pewniaków do wymiany znalazł się szef MSZ Witold Waszczykowski oraz Anna Streżyńska, jeszcze kierująca ministerstwem cyfryzacji. Sławomir Neumann z PO twierdzi również, że politycy z PiS szukają następcę ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła.

– Konstanty Radziwiłł na pewno nie jest dla PiS przydatny, bo generuje konflikty. I to on osobiście skonfliktował rząd PiS z lekarzami, gdy w październiku obrażał i atakował strajkujących rezydentów — mówił Sławomir Neumann w rozmowie z natemat. – Prezes Kaczyński, jak musi iść do szpitala, to w kolejce nie stoi. W PiS jeszcze nie rozumieją, jak wielki kłopot Radziwiłł im zgotował. – mówił polityk PO.

Zdaniem Sławomira Neumanna problemem PiS z pewnością jest krótka ławka rezerwowych, „bo szukając nowego ministra zdrowia przychodzili nawet do ludzi Platformy Obywatelskiej” – mówił w rozmowie z NaTemat.pl.

 

(df) thefad.pl / Źródło: natemat.pl

 


Dwie historie, dwie drogi. W 1992 roku doszło do rozpadu Czechosłowacji i Jugosławii

W 1992 roku doszło do rozpadu Czechosłowacji i Jugosławii. Oba państwa powstały z ruin monarchii austro-węgierskiej, ale ich koniec był różny.

Václav Klaus and Vladimír Mečiar

Brno, 26 sierpnia 1992. Premierzy Czech i Słowacji: Václav Klaus i Vladimír Mečiar rozmawiali o pokojowym podziale Czechosłowacji

Brno, 26 sierpnia 1992. Był upalny dzień. Temperatury przekraczały 32 stopnie Celsjusza. W ogrodzie słynnej willi Tugendhatów premierzy Czech i Słowacji: Václav Klaus i Vladimír Mečiar rozmawiali o pokojowym podziale Czechosłowacji.

Wieczorem oświadczyli dziennikarzom, że od 1 stycznia 1993 Czechy i Słowacja będą dwoma niezależnymi państwami. Nawet, jeśli obywatele są emocjonalnie związani z obecną formą, nie ma możliwości utrzymania obecnego stanu – powiedział wówczas Mečiar.

Również w Sarajewie panował tego dnia upał, ale nie tylko z powodu słońca. Od pięciu miesięcy miasto było oblegane przez oddziały bośniackich Serbów. Z okolicznych gór ostrzeliwali domy w dolinie. Ostrzelany został również ratusz – Vijećnica ze zbiorami Biblioteki Narodowej i Uniwersyteckiej. Owej środy 26 sierpnia budynek stanął w ogniu.

Dwie historie, dwie drogi. W 1992 roku doszło do rozpadu Czechosłowacji i Jugosławii

Bilioteka Narodowa w Sarajewie: zostały tylko zgliszcza. Fot. Źródło: dw.de

Krwawa i bezlitosna wojna

W ciągu zaledwie kilku godzin ogień spustoszył w Sarajewie większość narodowych zbiorów kultury, ponad dwa miliony książek i dokumentów. Ale to nie wszystko. W ten dzień zniknęły liczne dowody trwającej od stuleci tradycji multikulturalnego społeczeństwa i symbol pokojowego współistnienia narodów, kultur i religii. Najpóźniej tego dnia stało się jasne, że wojna w Bośni będzie krwawa i bezlitosna. Upadła nadzieja na pokojowy rozpad Jugosławii.

Jeden naród

Czechosłowacja i Jugosławia – obydwa państwa, które latem 1992 przeżywały rozpad – powstały na końcu I wojny światowej z ruin monarchii austro-węgierskiej. Celem obydwu było zjednoczenie różnych, ale w wielu aspektach zbliżonych do siebie narodów i mniejszości narodowych. Spośród 14 milionów mieszkańców Czechosłowacji 7 mln stanowili Czesi, 2,5 miliona Słowacy, a ponad 3 mln Niemcy sudeccy. Do tego mniejszości narodowe Węgrów, Ukraińców i Polaków.

Dwie historie, dwie drogi. W 1992 roku doszło do rozpadu Czechosłowacji i Jugosławii

Długoletnia i krwa wojna w Bośni-Hercegowinie: oblężenie Sarajewa i ostrzał ludności cywilnej (18.12.1994). Fot. Źródło: dw.de

Od początku celem było utworzenie narodu czechosłowackiego i zapewnienie mniejszościom szczególnych praw. Oba punkty pozostały jednak ideologią. W rzeczywistości odczuwalna była przewaga liczniejszych i silniejszych gospodarczo Czech. Po upadku muru berlińskiego i po „aksamitnej rewolucji” 1989 dążenia do pokojowej separacji przybierały na sile.

Brutalny podział

Inaczej potoczyła się historia Jugosławii. Również tam pod skrzydłami jednego państwa zjednoczone zostały różne narody. Wśród nich takie jak Serbowie, którzy miały już w przeszłości własnego monarchę, i takie jak Słoweńcy czy Chorwaci, którzy nie miały własnego państwa lub mieli je w dalekiej przeszłości.

Również w Jugosławii dostrzegalny był brak równowagi. Wielu z tych, którym obiecano traktowanie na równi, czuło się dyskryminowanymi. Stworzenie jednego narodu jugosłowańskiego okazało się mrzonką. W momencie kryzysu politycznego i gospodarczego Jugosławia rozpadła się na pojedyncze etniczne państwa. Krótko potem zaczęto brutalnie wyznaczać granice i dopasowywać je do odżyłych mitów.

Dwie historie, dwie drogi. W 1992 roku doszło do rozpadu Czechosłowacji i Jugosławii

17 lipca 1992 jednoizbowy słowacki parlament przyjął uchwałę o suwerenności Słowacji. Fot. Źródło: dw.de

Dwie drogi

Wynik jest znany. Kiedy wieczorem 26 sierpnia 1992 roku Václav Klaus i Vladimír Mečiar ogłosili decyzję o podziale Czechosłowacji, premier Czech powiedział, że jeśli planowany proces przebiegnie pokojowo, Czechy będą miały ze Słowacją lepszy i bardziej trwały stosunek niż do tej pory. Nie mylił się. Relacje obu państw na płaszczyźnie politycznej, gospodarczej i kulturalnej uchodzą za wzorowe.

Za to Jugosławia została poćwiartowana w krwawej wojnie, która oznaczała setki tysięcy ofiar, miliony wypędzonych i wielkie zniszczenia. Ponad 20 lat po wojnie Bośnia-Hercegowina jest biednym, rozbitym wewnętrznie krajem. Biblioteka Narodowa w Sarajewie została już odbudowana, ale cenne książki i historyczne dokumenty spłonęły tego tragicznego letniego dnia 1992 roku.

 

<em>Redakcja polska</em>

<em>Redakcja polska</em>