Ogromne odprawy dla „odchodzących” ministrów rządu Szydło
Informacje, jakoby odchodzącym ministrom rządu Beaty Szydło przysługiwały odprawy podał na Twitterze m.in. poseł PO, Sławomir Neumann.
Niby nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że Andrzej Duda powołał w poniedziałek rząd Mateusza Morawieckiego w którego skład weszli.. ministrowie rządu Beaty Szydło, ci sami, którzy jakoby mają otrzymać odprawy..
Jako że weszliśmy w okres świąteczno -noworoczny PiS zafundował Polakom szopkę i żłóbek jednocześnie.
Szopka nazywana potocznie rekonstrukcją rządu.
Żłóbek, a właściwie żłób, bo odwołani/powołani ministrowie dostaną dodatkowo 3-miesięczne odprawy!— Sławek Neumann (@SlawekNeumann) December 11, 2017
Kancelaria premiera dementuje
Komunikat CIR: Powołani wczoraj Ministrowie nie otrzymają odpraw ani żadnych innych świadczeń pieniężnych z tytułu ich wcześniejszego odwołania. https://t.co/zqJAts8nGM
— Kancelaria Premiera (@PremierRP) December 12, 2017
Nowy/stary rząd
W miniony piątek prezydent przyjął dymisję rządu Beaty Szydło.
W poniedziałek Andrzej Duda powołał Mateusza Morawieckiego na urząd Prezesa Rady Ministrów. Powołał też członków Rady Ministrów. Prezydent odebrał również przysięgę od premiera i nowo powołanych członków rządu.
– Mogę obiecać, że będzie to rząd, który będzie czerpał najlepsze doświadczenia z dotychczasowych osiągnięć, a więc będzie to rząd kontynuacji. – powiedział Morawiecki podczas uroczystości zaprzysiężenia rządu.
– Jednocześnie będziemy starali się, żeby rząd Zjednoczonej Prawicy był rządem zjednoczonej Polski, wszystkich obywateli, żebyśmy byli doceni również przez tych, którzy na nas nie głosowali. Nasz rząd będzie też rządem nadziei i optymizmu – zadeklarował.
Skoro Pan Morawiecki już oficjalnie jest premierem i przysiągł respektować konstytucję, niech opublikuje wyroki TK- tak mu dopomóż Bóg.
— Tomasz Lis (@lis_tomasz) December 11, 2017
(df) thefad.pl
Studenci kontrolują sami siebie dzięki dostępności wielu systemów antyplagiatowych
W Polsce działa obecnie przynajmniej pięć różnych systemów antyplagiatowych, które potrafią poradzić sobie z zawiłościami naszego języka. Pomimo planów wprowadzenia centralnego systemu weryfikującego oryginalność treści tworzonych przez środowiska akademickie, wykorzystanie niezależnych rozwiązań zapewniających taką sumą funkcjonalność, nieustannie i znacząco rośnie.
Świadomość społeczeństwa w zakresie zagrożeń związanych z plagiatami jest coraz większa, a co za tym idzie zapobieganie tworzeniu i publikowaniu nieoryginalnych treści staje się coraz ważniejsze. Wyraźnie widać to po gwałtownie rosnącej popularności stron i systemów pozwalających na kontrolę tekstów pod kątem obecności w nich nieprawidłowych zapożyczeń – szczególnie wyraźnej w okresach tradycyjnie związanych z finalizowaniem prac szkolnych lub akademickich. Dla przykładu: system antyplagiatowy plag.pl w maju 2017 roku odwiedziło 35 000 osób, podczas gdy miesiąc później – już 120 000!
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, które obecnie prowadzi ogólnopolskie repozytorium pisemnych prac dyplomowych, planuje wdrożyć w roku akademickim 2018/2019 centralny, Jednolity System Antyplagiatowy.
Za stworzenie i administrowanie systemem odpowiadać ma nadzorowany przez ministerstwo Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy. Korzystanie z JSA, na mocy znowelizowanej ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, będzie nieodpłatne, a jednocześnie obowiązkowe dla wszystkich uczelni. Ciążyć na nich będzie obowiązek sprawdzenia przed egzaminem każdej pisemnej pracy dyplomowej.
Już teraz uczelnie zobowiązane są do kontrolowania prac studentów przed obroną, lecz obowiązujące przepisy nie precyzują do końca w jaki sposób ta kontrola ma być przeprowadzana. Z tego powodu instytucje akademickie chętnie korzystają z komercyjnych rozwiązań dostępnych na rynku, słusznie uznając, że w interesie operatorów tych systemów jest ich jak najwyższa skuteczność i aktualność.
– Z zaciekawieniem obserwujemy plany polskiego rządu dotyczące stworzenia i wdrożenia Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Intencje nowych uregulowań są szczytne, jednak biorąc od uwagę ciągły i bardzo dynamiczny postęp w dziedzinie maszynowej analizy tekstów, wymuszający na systemach antyplagiatowych nieustające inwestycje i uaktualnienia, jednorazowe wdrożenie centralnego systemu nie wystarczy, a utrzymywanie jego aktualności będzie bardzo kosztowne. Praktycznie nigdzie na świecie taki scentralizowany system nie funkcjonuje – mówią przedstawiciele plag.pl.
Dyskusje w Internecie utrzymane są w podobnym tonie: dobrze, że „coś” się dzieje, ale niedobrze, że w takiej formie.
Także senator Marek Rocki – były przewodniczący Polskiej Komisji Akredytacyjnej i obecny rektor Szkoły Głównej Handlowej – uważa, że „Istnienie kilku systemów konkurujących ze sobą na rynku powodowałoby naturalne dążenie do doskonalenia tych systemów antyplagiatowych, które zwalczałyby coraz nowsze patologie. Mam obawy, że jak będzie jeden system, to będzie on łatwiejszy do obejścia. Z tego powodu nie wydaje mi się, żeby istnienie jednego systemu było ideałem” (za PAP – Nauka w Polsce).
Centralne systemy informatyczne, ze względu na ograniczone finansowanie z budżetu państwa, ustawowy monopol, jak również polityczne uzależnienie, rzadko kiedy działają w optymalny sposób, dotrzymując kroku wolnorynkowym rozwiązaniom. Stąd też uzasadnione są wątpliwości, czy Jednolity System Antyplagiatowy spełni pokładane w nim nadzieje, podczas gdy na rynku dostępne są już sprawdzone rozwiązania alternatywne.
Prasa niemiecka: Zadaniem Morawieckiego, jest unowocześnienie staromodnego autorytarnego patriotyzmu Kaczyńskiego
Niemiecki Frankfurter Allgemeine Zeitung” kreśli sylwetkę Mateusza Morawieckiego jako „innego rodzaju eksponenta” w partii Jarosława Kaczyńskiego i „nowoczesnego patrioty”.
O 49-letnim nowym premierze polskiego rządu Konrad Schuller w FAZ pisze, że jest „starej daty patriotą z tego gatunku, który podoba się Jarosławowi Kaczyńskiemu”.
FAZ wyjaśnia, że Morawiecki był w czasie dyktatury w antykomunistycznym ruchu opozycyjnym, w jego katolickim, patriotycznym skrzydle, w „Solidarności Walczącej”, którą utworzył jego ojciec. Był też aresztowany i bity, pozostał jednak „wierny podziemiu” – zauważa dziennik.
Z drugiej strony Mateusz Morawiecki „jest zupełnie inny niż klasyczni eksponenci partii Kaczyńskiego” – czytamy w FAZ. Dziennik informuje, że poprzedniczka Morawieckiego – Beata Szydło – „pochodzi z małego miasteczka górniczego i zajmuje się troskami zwykłych ludzi”.
O Jarosławie Kaczyńskim czytamy, że „prawie w ogóle nie jeździł za granicę, nie zna języków obcych i patrzy na wszystko przez pryzmat spraw wewnętrznych, co go łączy z przeważnie biedniejszym elektoratem z terenów wiejskich”.
Tymczasem „Morawiecki jest inny” – zaznacza FAZ. Gazeta przypomina m.in., że studiował w USA i w Niemczech, był w zespole negocjującym akcesję Polski do Unii, zna angielski i niemiecki, a nawet trochę rosyjski. A zanim wstąpił w 2015 r. do PiS był dyrektorem trzeciego co do wielkości banku w Polsce BZ WBK.
Konrad Schuller wskazuje na zadania, jakie Mateusz Morawiecki ma po wyborze na premiera. Na pierwszym miejscu wymienia „unowocześnienie staromodnego autorytarnego patriotyzmu Kaczyńskiego, by promieniował aż do skrzydła obywatelsko-europejskiego”.
Swoją kompetencją ma on ponadto „kształtować narodową ekonomię, która ma być dynamiczna i patriotyczna”. Polska ma nie być atrakcyjna ze względu na tanią siłę roboczą, lecz stać się samodzielnym, innowacyjnym miejscem na inwestycje. Powstrzymany ma być też wpływ obcego kapitału i odpływ „neokolonialnych zysków” – wylicza FAZ.
Konrad Schuller wyjaśnia, że patriotyzm Morawieckiego „jest prawdziwy” i wyraża się tym, że był on skłonny zrezygnować ze swej wysokiej pensji dyrektora banku (czyli ponad 70 tys. euro) i przyjąć wynagrodzenie ministerialne w wysokości 3 tys. euro. „Teraz będzie musiał bronić stanowiska swego kraju w Europie” – pisze w FAZ i precyzuje: chodzi o „ekonomiczne zagrożenia”. UE grozi bowiem ograniczeniem środków z unijnego budżetu za reformy sądownictwa. „Argument brzmi, że do kraju, w którym unijne środki nie są kontrolowane przez wolne sądy, nie powinny wpływać żadne pieniądze” – czytamy w FAZ. „Morawiecki musi znaleźć argumenty, w przeciwnym razie jego dobrowolna rezygnacja z własnych wysokich dochodów może spotkać też cały jego kraj”.
Masz problemy ze snem? Zacznij spać ze swoim czworonogiem
Centrum Medycyny Snu w klinice Mayo w Arizonie, opublikowało na swoich stronach ciekawe wyniki badań. Okazało się, iż osoby mające u swego boku podczas snu, ulubionego zwierzaka śpią lepiej. W przeprowadzonym badaniu wzięło udział 150 osób. 49 % z nich było właścicielem zwierzątka domowego.

Z opublikowanych wyników badań możemy się dowiedzieć, że 41% badanych potwierdziło, iż śpiąc ze swoim pupilem śpi im się lepiej, ewentualnie nie odczuwają większej różnicy podczas snu. Potwierdzały również, że spanie ze zwierzakiem niesie korzyści takie jak wzmocnione poczucie bezpieczeństwa i większy relaks.
Tylko 20% badanych, twierdziło, iż czują dyskomfort śpiąc ze swoim zwierzęciem i że (najczęściej pies lub kot) przeszkadzają im w spaniu – są nadmiernie ruchliwe, chrapią lub piszczą przez sen.
Według autorów badań, większość właścicieli czworonogów uważa ich za członków rodziny i chce jak nawiększego ich uczestnictwa w życiu rodzinnym.
Najpopularniejszymi zwierzętami domowymi w USA są psy, które jak dowodzą badacze mogą poprawić jakość życia osób cierpiących na niedobory snu.
Dzieje się tak, ponieważ, psy mogą przyjąć stałą zależność snu, głównie ze względu na duże uzależnienie od ludzi, znacznie większe niż u innych zwierząt domowych. Są one dobrodziejstwem dla osób, które mają zaległości w spaniu.
Również obecność kota w pomieszczeniu, w którym śpimy niesie wiele dobrego. Uspokaja, koi nerwy a ich mruczenie może być wspaniałą kołysanką.
Magdalena Środa: „Kaczyński jest tchórzem” nie było oceną lecz banalnym stwierdzeniem faktów

Magdalena Środa
Czegokolwiek nie zrobi Kaczyński i cokolwiek zrobi będzie dla jego akolitów świętością. Niedługo spojrzenie w oczy bóstwu (o co nie będzie łatwo) czy nawet wymienianie jego imienia będzie surowo karane
Napis na koszulce Joanny Scheuring-Wielgus (w dzisiejszym poranku Radia Zet), że „Kaczyński jest tchórzem”, nie był żadną inwektywą, żadną oceną nawet, lecz banalnym stwierdzeniem faktów.
Ktoś, kto chowa się za innymi, porusza nimi jak marionetkami według swojego widzimisię (bo czy tam jest jakiś plan?) nie biorąc absolutnie za nic odpowiedzialności – jest po prostu tchórzem. Nic nadzwyczajnego. Ale pojęcia się dzisiaj dewaluują, przestają cokolwiek znaczyć, tracą swoją moc.
Jeśli adwersarz Joanny, pan Sellin się zdenerwował to nie dlatego, że ktoś w konkretny sposób obraża Kaczyńskiego, tylko dlatego, że ktoś go traktuje inaczej niż Boga, którym dla Sellina (i innych) jest. A przecież powiedziano: „nie wzywaj imienia Boga swego na daremno”.
Czegokolwiek nie zrobi Kaczyński i cokolwiek zrobi będzie dla jego akolitów świętością. Niedługo spojrzenie w oczy bóstwu (o co nie będzie łatwo) czy nawet wymienianie jego imienia będzie surowo karane.
Być może też, że wobec oczywistego faktu tchórzostwa Kaczyńskiego, słowo tchórz – ze względu na jego nosiciela stanie się pochwałą i zachętą?
Magdalena Środa
.@JoankaSW w koszulce z napisem „Jarosław Kaczyński jest tchórzem”: Jarosław Kaczyński nie bierze odpowiedzialności za demolkę, którą robi, boi się zostać premierem, wysługuje się innymi, żeby zniszczyć państwo prawa. pic.twitter.com/f3t0M57F3T
— Śniadanie w RadiuZET (@Sniadanie_ZET) December 10, 2017
Roman Giertych: Dziennikarz TVP nawołuje do zamordowania mnie

Roman Giertych
Nawoływanie do morderstw jest skrajnym przykładem mowy nienawiści
Ładnych to czasów się doczekaliśmy. W nawiązaniu do odmowy płatnego reklamowania mojej książki „Kronika Dobrej Zmiany” przez telewizję publiczną dziennikarz TVP Cezary Gmyz napisał na swoim tt: „Giertych do wora, a wór do jeziora”.
Było to hasło małolatów, którzy 10 lat temu protestowali przeciwko wprowadzeniu obowiązkowej matematyki na maturze.
Co jednak można darować małoletnim dzieciom, tego nie można darować dorosłemu dziennikarzowi (nawet jeżeli jest znany z niestandardowych zachowań).
Nawoływanie do morderstw jest skrajnym przykładem mowy nienawiści. Tym bardziej bulwersującym, że w sprawie prowadzonej przez prokuraturę odnośnie ujawniania nagranych taśm będę reprezentował w sądzie moich klientów m.in. przeciwko red. Gmyzowi i on o tym doskonale wie. Nadto w zeszłym tygodniu moja kancelaria reprezentowała osobę, która została pomówiona przez red. Gmyza i wytoczyła sprawę przed Sądem Okręgowym w Warszawie.
Jeszcze w tym tygodniu złożę w tej sprawie zawiadomienie, a w razie ochraniania red. Gmyza przez kolegów od taśm, sprawa trafi do sądu, gdzie Cezary Gmyz będzie oskarżonym.
Roman Giertych
PS. Swoją drogą to „Kronika Dobrej Zmiany” zabolała, co?
Manuela Gretkowska. Słowo na nie/dzielę: Ograni nie przegrani

Manuela Gretkowska
Jak bardzo nienawidzę cię takiej, moja jedyna, ukochana Polsko, która byłaś, jesteś i będziesz ze swojej głupoty dumna
Prawie 30 lat wolnej Polski politycy przesuwali nam na chlebku kiełbasę, wyborczą. Aż ktoś w końcu pozwolił ją zjeść, plasterek po plasterku 500+.
Za jakiś czas nie będzie ani kiełbasy, ani Wyborczej. Ograno nas w jarmarczne trzy kubki. Czy ktoś to zauważy, zwykłe oszustwo? Ludzie z trudem pojmują Trójcę Świętą, a co dopiero Trójwładzę. Narodowi usunięto mózg, wsadzono wacik, który przyjmie barwy narodowe i wmówi się, że to Polska właśnie.
Nie wyszliśmy na ulice bronić wolności sądów, łudząc się – wygramy za rok w wyborach samorządowych. PiS zamieni sejmiki wojewódzkie w sejm, z własną większością, nie do pokonania. Powiemy wtedy sobie: następny rok i wygramy w parlamencie. To po co zmienili sąd, który zatwierdza wybory?
Szydło przypięła się do władzy broszką. Nie odpięła jej, dodała w kieszonce chusteczkę na otarcie łez. Żałosny protest, żałosnej postaci. Reszta moralnych pokrak paradowała z autobusów do siedziby PiS-u głosować na Morawieckiego. W śród nich córka Andersa popierającą prezesa, w zastępstwie ojca bohatera. Jeszcze kuzyn Wojtyłły na potomku Kasztanki i byłby komplet figur narodowej szopki.
Zgodnie z wolą Kaczora, pisopaci przegłosowali nowego premiera podnosząc rękę, a mogliby obie poddając się dla przykładu.
Polska kraj synków i braci. Stary Giertych walczący w parlamencie UE z teorią ewolucji i jego synek Roman (pewnie po Dmowskim) reaktywujący bojówki ONR-u, zmuszający kobiety do rodzenia, nawet gdy zagraża to ich życiu. Bo Bóg tak chce, a my chcemy więcej Boga i martwych kobiet.
Morawiecki – tatuś/syn klepiący formułki rodem z III Rzeszy. Gombrowiczowski „Transatlantyk” synczyzny i ojczyzny, pełen zsarmaciałych ojców dumnych z tradycyjnie, durnowatych synów. Będziemy „rechrystianzować” Europę na wzór Polski, leżąc gospodarczo krzyżem u stóp Niemiec. Chyba tylko przy zakrapianym polską wódką stole wigilijnym tatuś z synkiem premierem mogli wybełkotać: „…a oni tam kolend nie śpiewają”, to my im „Odę do radości” przerobimy na „Przybieżeli do Brukseli pasterze: ojciec Rydzyk i Kaczyński…”
Jeszcze historia tego nie przerabiała, żeby polska głupota ratowała Europę, przed nią samą. Dzięki lekcjom religii i pełnym kościołom, w ciągu 2 lat zaczęliśmy chlać na potęgę , chrześcijaństwa, wysuwając się na europejską czołówkę rankingu alkoholizmu. W Unii to nasze dzieci najbardziej nienawidzą szkoły. Kraj małych męczenników. Z tym pójdziemy na sztandarach?
Jak bardzo nienawidzę cię takiej, moja jedyna, ukochana Polsko, która byłaś, jesteś i będziesz ze swojej głupoty dumna.
Adam Mazguła: Konstytucja i Bóg ogłupiałych

Adam Mazguła
Jeden mały, zakompleksiony, ubliżający ludziom 68-letni kawaler z kotem zastąpił Polakom konstytucję i Boga w jednym, stał się zwolennikiem faszystowskich idei i symbolem bezprawia
Konstytucja RP jako najwyższy dokument państwowej umowy społecznej powinna być respektowana przez wszystkich obywateli.
Dla zagwarantowania jej przestrzegania najwyżsi urzędnicy państwowi przysięgają na wierność jej zapisów. W zasadzie nie może zostać prezydentem, ministrem czy nawet posłem ktoś, kto odmówiłby ślubowania lub przysięgi, że będzie przestrzegać konstytucji. Dla podkreślenia ważności tego aktu, wzniosłości celu i szczerych intencji – wszyscy, którzy przysięgają lub ślubują mogą, chociaż nie muszą, potwierdzić ten akt stwierdzeniem: tak mi dopomóż Bóg.
Głośno do Boga wznosił swoje oczy npk Andrzej Duda, wszyscy ministrowie PiS-owskiego rządu; nie zauważyłem, aby ktokolwiek nie wzniósł wezwania do Boga z ław poselskich PiS-u i Kukiz 15 podczas ślubowania.
Ale swoje przysięgi na przestrzeganie Konstytucji RP mają również wszystkie służby państwowe. Podobnie jak prezydent, członkowie sejmu i senatu, każdy przyjęty do służby funkcjonariusz służb specjalnych, policji, wojska czy ważniejszych straży przysięga, że będzie przestrzegać lub stać na straży Konstytucji RP. Większość przysięgających odnosi się również do Boga, który ma dopomóc w dochowaniu wierności tej przysiędze.
Konstytucja RP przyjęta została przez Zgromadzenie Narodowe, po referendum konstytucyjnym wszystkich Polaków.
I co?
Przyszedł szeregowy poseł i powiedział, że konstytucja nie jest ważna, bo ważniejsze są obietnice wyborcze jednaj partii.
Skandal!
Program partii ważniejszy od ogólnonarodowej decyzji wszystkich partii i ogólnonarodowego referendum?
Wszyscy jego wyznawcy natychmiast poczuli się zwolnieni z przysięgi. Ależ ona musiała ich uwierać, jak musieli jej nienawidzić. Odetchnęli. Zrzucili z siebie obowiązek jej przestrzegania, bo i tak nie rozumieli konstytucyjnych zapisów. Taka partyjna mądrość zbiorowa. Po co przestrzegać, gdy uciska i ogranicza władzę.
Czyżby szeregowy poseł był tym, który odwołuje przysięgi prezydenta, posłów, ministrów, policjantów, żołnierzy, wszystkich? Czy szeregowy poseł przeciwstawił się woli, której miał pilnować sam Bóg?
Kim jest szeregowy poseł, jeśli jest ważniejszy od Boga w chrześcijańskim kraju?
Jeden mały, zakompleksiony, ubliżający ludziom 68-letni kawaler z kotem zastąpił Polakom konstytucję i Boga w jednym, stał się zwolennikiem faszystowskich idei i symbolem bezprawia.
Prezydent, strażnik konstytucji, natychmiast ogłosił, że opracuje nową ustawę zasadniczą i tak rozpoczął igrzyska konstytucyjne. Och, będzie zabawa. Dekalog, tylko 10 przykazań, obowiązuje od 2 tys. lat i na tym polega jego uniwersalna wartość. Ale kto władzy, która reprezentuje tę ważniejszą część społeczeństwa, będzie dyktował cokolwiek?
Zresztą sam szeregowy poseł kiedyś powiedział, że „Ja bym chciał być emerytowanym zbawcą narodu”.
Polacy, budujcie pomniki, zmieniajcie nazwy skwerów, ulic i placów, otwórzcie ołtarze świątyń, narodził się bowiem nowy zbawca Polski, a imię jego – Jarosław, Bóg zdrajców i ogłupiałych.
Adam Mazguła
Rosyjski prezydent ponownie startuje w wyborach prezydenckich i będzie wybrany, czyli Twierdza Putina
Rosyjski prezydent ponownie startuje w wyborach prezydenckich w 2018 r. i będzie wybrany. Putin ma jednak problem. Dlatego należy się spodziewać powrotu antyzachodniej retoryki – uważa Ingo Mannteufel.
To, że Władimir Putin jeszcze raz kandyduje w wyborach prezydenckich, nie zaskakuje. Nie zdziwi też, jeśli zostanie zwycięzcą tego przewidzianego na wiosnę 2018 r. spektaklu.
Kolejna kadencja, już czwarta z kolei, potrwa do 2024 r. Putin będzie miał 74 lata. Jeśli tak się stanie, to można będzie powiedzieć, że rządził Rosją przez całe ćwierć wieku. Czy na tym się skończy, tego nikt nie wie. Jedną z osobliwości systemu politycznego w Rosji jest bowiem też to, że kwestie, czy Putin weźmie udział w wyborach i czy będzie ich zwycięzcą naprawdę nie są ekscytujące.
Dozwoleni tylko pseudokonkurenci
Kreml stworzył w sieci skuteczny system manipulowania wyborami. Przeciwko Putinowi mogą kandydować tylko wybrani konkurenci, w gruncie rzeczy zupełnie bez szans na zwycięstwo. Wśród nich są tym razem prawdziwe polityczne dinozaury jak Gennadij Ziuganow czy spokojny liberał Grigorij Jawlinski. Wszystko bezbarwne i zużyte postacie, które rzeczywiście w Rosji już nikogo nie rzucają na kolana.
Ponieważ nawet Kremlowi zbyt powszednie wydawało się „zwycięstwo” Putina przeciwko tej starej gwardii z 1990 roku, więc wyczarował z kapelusza celebrytkę Ksenię Sobczak, rosyjską Paris Hilton.
Jest ona córką Anatolija Sobczaka, byłego burmistrza St. Petersburga i dawnego szefa Putina. Dlatego Putin zna ją jeszcze jako dziecko. Jeśli przesadzi ona ze swoją retoryką w kampanii wyborczej, Putin będzie wiedział, jak to przyjąć po ojcowsku. Kreml ma więc wszystko pod kontrolą.
Jedynego kandydata, z którym musiał się liczyć – Aleksieja Nawalnego – już dawno przed wyborami uziemiono przy pomocy błahych orzeczeń sądowych. Przy czym nie należy przeceniać sprawy. Nawet gdyby Nawalny przystąpił jako kandydat do wyborów, Kreml ma w mediach publicznych kontrolę nad wszystkim.
Ale to było Kremlowi zbyt ryzykowne. Już wybory burmistrzów w 2013 r. pokazały, że Nawalny ma ogromny potencjał polityczny i może przyćmić aurę zwycięskiego Putina.
Demobilizacja kontra aklamacja
Kreml ma teraz inny dylemat. Aby umocnić swoją pozycję, Kreml od lat prowadzi celową demobilizację polityczną i zapobiega w ten sposób tworzeniu struktur politycznej opozycji.

Prezydent Władimir Putin potwierdził w środę (6.12.17) na spotkaniu z załogą Gorkowskich Zakładów Samochodowych w Niżnym Nowogrodzie, że będzie startował w wyborach prezydenckich w 2018 r. Fot. Źródło: dw.de
Odbywa się to na wszystkie możliwe sposoby: poprzez pozyskiwanie osób, ich wykluczanie lub represje. W wyniku tego rosyjskie społeczeństwo tkwi w kompleksowej, politycznej apatii, a to zapewnia władzę Putinowi i jego elitom. Wybory sprzed roku do rosyjskiego parlamentu pokazały, dokąd to wszystko wiedzie. Ludzie – przeważnie w wielkich miastach – nie idą po prostu do wyborów. Ale to właśnie takiej reakcji obawia się Kreml. Odebrałaby ona prezydenturze Putina zasadność i niezbędną afirmację władzy przekazanej mu przez naród – nawet jeśliby otrzymał w pierwszej turze głosowania większość dwóch trzecich głosów.
Dlatego Kreml w najbliższych miesiącach chce na krótko politycznie zmobilizować apatyczne społeczeństwo Rosji, nie uruchamiając jednak trwale prawdziwej wewnątrzrosyjskiej rywalizacji. Wszystko wskazuje na to, że stratedzy Kremla znaleźli rozwiązanie dla swego dylematu w przekazie o „Rosji jako oblężonej twierdzy”. Według tego Rosja jest zagrożona przez „wrogów zewnętrznych” – przez liberalny Zachód w tym samym stopniu co przez islamskie południe i wschód, przez konspiratorski Międzynarodowy Komitet Olimpijski i przez zagraniczne media.
Dlatego nie wolno się dziwić, jeśli za chwilę zaostrzy się antyzachodnia retoryka Moskwy, a nawet rosyjska polityka stanie się bardziej agresywna wobec całego świata. Zachód powinien zachować spokój i roztropność. Nie powinien reagować na celowe prowokacje, które służą tylko doraźnemu celowi –zapewnieniu w wyborach wysokiej frekwencji, która będzie wyrazem aprobaty dla wyboru Putina na kolejną kadencję.
Po wyborach jest przed wyborami
Po wyborze Putina w 2018 r. na kolejną kadencję znów pojawi się w Rosji trend do politycznej demobilizacji rosyjskiego społeczeństwa. Najpóźniej do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej złagodnieje też antyzachodnia postawa Kremla. A potem polityczne elity będą sobie zadawały pytania: co będzie po 2024 roku? Czy Putin przygotuje swego prawdziwego następcę na wybory w 2024 r., czy też zechce znów samodzielnie trzymać stery w rękach? W tym celu musiałby jednak zmienić konstytucję. Ale wtedy nie byłoby żadną niespodzianką, jeśli Putin ogłosiłby się dożywotnim prezydentem-carem. Wtedy Kreml pozbyłby się dylematu mobilizacji na krótki czas rosyjskiego społeczeństwa na odbywające się co sześć lat wybory prezydenckie.
Najdroższe obrazy w historii
Wszelkie rekordy i wydarzenia będące „najlepszymi”, „najdroższymi”, „największymi”, czy „najszybszymi” zawsze budzą emocje wśród odbiorców. Ludzie chcą mieć do czynienia z tym, co jest tym „naj”. Nie inaczej jest w świecie sztuki.
Kolejne rekordy finansowe na aukcjach dzieł są zawsze czymś, o czym możemy usłyszeć nawet w masowych mediach, które na co dzień niewiele mają wspólnego z artystami, o których w takich wypadkach się mówi. Teraz więc trochę o tych najdroższych w dziedzinie malarstwa. Trudno mówić oczywiście o najdroższych dziełach, gdyż te najcenniejsze nie są wystawiane na sprzedaż, ponieważ są z reguły własnością państw i wystawia się je w muzeach. Nie jesteśmy więc w stanie oszacować, ile ktoś byłby w stanie za nie zapłacić. Tytuł artykułu powinien więc raczej brzmieć nie „najdroższe obrazy w historii”, lecz „najdrożej sprzedane obrazy w historii”. To jednak też nie ułatwia sprawy w uporządkowaniu takich danych, ponieważ różne źródła przedstawiają różne klasyfikacje. Postarajmy się jednak usystematyzować tę wiedzę i przedstawić kilka z dzieł malarskich, za jakie zapłacono najwięcej.
5. Pablo Picasso – Sen – 155 mln USD – 2013 rok
Obraz został namalowany w 1932 roku i przedstawia kochankę Picassa – Marie-Therese Walter. Była to jedna z wielu kobiet w życiu twórcy kubizmu, które zawsze były dla niego artystycznymi inspiracjami, muzami. Marie-Therese była jednak wyjątkowa dla Picassa, co można zobaczyć także w jego dziełach, gdzie przedstawiał ją inaczej niż inne kobiety – wyjątkowo czule, niekiedy w sposób wręcz erotyczny. Po wylicytowaniu za 155 mln USD Sen znalazł się w prywatnej kolekcji.
4. Pablo Picasso – Kobiety z Algieru – 180 mln USD – 2015 rok
Kolejne z dzieł mistrza kubizmu, które przebiło swoją poprzedniczkę na liście rekordów finansowych. Obraz nabyty został przez arabskiego szejka, milionera z Kataru i to właśnie tam obecnie się znajduje. Nie jest wystawiany publicznie, stanowi część prywatnych zbiorów. Ciekawy i warty odnotowania jest fakt, że pod koniec lat 90. poprzedni właściciel obrazu kupił go niemal 150 mln taniej niż obecny.
3. Mark Rothko – No. 6 (Violet, Green and Red) – 186 mln USD – 2014 rok
Mark Rothko to przedstawiciel abstrakcji w sztuce, a jego No.6 to najdroższy obraz współczesny, jaki sprzedano. Emocje ukazywał barwami, a także sposobem ekspozycji obrazów, które, w niektórych przypadkach, należało oglądać nawet w zupełnej ciemności. Historia artysty kończy się tragicznie, ponieważ podciął on sobie żyły, popełniając samobójstwo.
2. Paul Cezanne – Grający w Karty – 250 mln USD – 2012 rok
Ten obraz na kilka lat zajął fotel lidera wśród najdroższych. Cezanne był jedną z głównych inspiracji dla największych współczesnych twórców, w tym przytaczanego wcześniej Picassa. Grający w Karty to jedna z części całej serii obrazów o tej tematyce. Podobnie jak w przypadku innych dzieł, za które płacono w setkach milionów, nabywcą okazała się katarska rodzina królewska. Dokładna cena nie jest znana, ponieważ nie podano jej do informacji publicznej. Niektórzy szacują, że mogła ona wynieść w rzeczywistości nawet do 300 mln USD.
1. Paul Gauguin – Kiedy Mnie Poślubisz – 300 mln USD – 2015 rok
Obraz przedstawia dwie Tahitanki, także jego tytuł zapisywany jest w tamtejszym języku. Jest on rezultatem fascynacji autora egzotycznym kierunkiem, jakim jest Polinezja i jego wielokrotnych podróży w tamte strony. Postimpresjonistyczny kunszt Gauguina zachwycił katarskich kupujących na tyle, że byli w stanie zapłacić za niego około 300 mln USD, co jest bezapelacyjnym rekordem wszechczasów.
Łatwo zauważyć, że wszystkie najdroższe dzieła pochodzą z dwóch poprzednich wieków. Tych najcenniejszych, starszych po prostu się nie sprzedaje – jeśli by do tego doszło, zapewne bank zostałby ponownie rozbity. A rozbity zostanie mimo tego na pewno jeszcze nieraz. Nie można nawet bowiem na 100% stwierdzić, że w momencie publikacji tego artykułu lista jest wciąż aktualna.
Wszystkie te niebagatelne kwoty to najnowsza historia, która miała miejsce w ciągu kilku ostatnich lat. Ceny podbijane są przez, opanowujący rynek w wielu dziedzinach, kapitał arabski, pochodzący od rodzin królewskich i szejków.
Czy to dobrze, czy też nie, pozostawiam ocenie czytelnika, bo jest to temat znacznie bardziej skomplikowany i mający więcej wspólnego z gospodarką niż sztuką. Fakt jest taki, że możemy się spodziewać, iż nie jest to koniec cenowego szaleństwa i o nowych rekordach cen obrazów usłyszymy pewnie już niebawem.
Artykuł został przygotowany przez firmę Renesanspolska specjalizującą się w sprzedaży artykułów malarskich.







