Jakie formalności należy spełnić, aby móc starać się o kredyt bez zaświadczeń?
Wydatki – zarówno te duże, jak i małe – potrafią wielokrotnie zaskoczyć. Pojawiają się w najmniej oczekiwanym momencie: albo gdy brakuje na koncie środków, albo gdy zgromadzonych oszczędności nie można wypłacić. Będąc w sytuacji „pod ścianą”, warto rozważyć kredyt bez zaświadczeń do 18 000 zł. Ograniczona procedura oraz uproszczone formalności sprawiają, że szansę na tego rodzaju wsparcie finansowe ma niemal każdy.
Chociaż większość Polaków zaciąga kredyty mieszkaniowe, dużą popularnością cieszą się kredyty na mniejsze kwoty. Nie zawsze jednak kredyt na 2 000 zł czy 5 000 zł jest w stanie zaspokoić konsumpcyjne potrzeby. Stąd banki oferują kredyt bez zaświadczeń do 18 000 zł. Minimum formalności sprawia, że po takie wsparcie sięga coraz więcej Polaków.
Kredyt na uproszczonych zasadach
Kredyty gotówkowe na większe kwoty – nawet do 18 000 zł – również są dostępne w oparciu o uproszczone zasady. Dzięki temu formalności zostają ograniczone do niezbędnego minimum. Przekłada się to nie tylko na krótszy czas oczekiwania na decyzję kredytową, ale także większe szanse uzyskania wsparcia finansowego.
Aby ubiegać się o kredyt bez zaświadczeń, należy:
- mieć co najmniej 18 lat
- posiadać stałe źródło dochodów
- wykazać odpowiednio wysoką zdolność kredytową (zależy ona m.in. od wnioskowanej kwoty, okresu kredytowania i wysokości osiąganych dochodów)
- mieć dobrą historię kredytową.
Wraz z wnioskiem o kredyt gotówkowy, trzeba dołączyć następujące dokumenty:
- dowód osobisty
- oświadczenie o wysokości osiąganych dochodów.
Oznacza to, że kredytobiorca wpisuje orientacyjną kwotę osiąganych dochodów i wskazuje na jego źródło. Banki akceptują najczęściej dochody z umowy o pracę, z umowy o dzieło, z kontraktu, ze świadczenia emerytalnego / rentowego, z działalności gospodarczej. Na kredyt mają również szansę osoby, które wykonują wolny zawód.
Dlaczego warto zdecydować się na kredyt bez zaświadczeń?
Kredyt bez zaświadczeń to ciekawe rozwiązanie dla osób, które potrzebują szybkiego dostępu do środków – także w na większe wydatki. Dlaczego?
- Możliwość przeznaczenia pieniędzy na dowolny cel
Nie ma znaczenia czy chcesz kupić samochód, przeprowadzić remont w domu czy wyjechać na egzotyczne wakacje – pozyskane środki możesz wydać zgodnie z Twoimi potrzebami i oczekiwaniami.
- Uproszczone formalności
Do wniosku nie musisz dołączać dodatkowych dokumentów. Dzięki temu oszczędzasz mnóstwo czasu, a i nie wszyscy dowiadują się o Twoich zobowiązaniach (np. pracodawca).
- Szybka decyzja kredytowa
Bank analizuje wniosek kredytowy w bardzo krótkim czasie. Dzięki temu pieniądze można otrzymać nawet kolejnego dnia roboczego.
- Wysoka kwota kredytu
Wcale nie musisz zaciągać kilku pożyczek gotówkowych, by pokryć duży wydatek. Jeden wniosek wystarczy, by uzyskać nawet kilkanaście tysięcy złotych.
Jeżeli interesuje Cię kredyt bez zaświadczeń do 18 000 zł, sprawdź dostępność w bankach. Porównaj dostępne oferty i złóż wniosek tam, gdzie wsparcie finansowe udzielane jest na prostych i przejrzystych zasadach – bez zbędnych formalności.
Prawicowe media zakłamują prawdę. „Jeśli Niemcy zapłacą reparacje, każdy z nas otrzyma po 150 tys. zł”
Prawicowe media w Polsce uczestniczą w antyniemieckiej kampanii rządu domagając się reparacji wojennych. Nie trzymają się przy tym faktów – pisze Gabriele Lesser w niemieckim „Tageszeitung”.
Na wstępie artykułu „Fakty są drugorzędne” Gabrielle Lesser, warszawska korespondentka berlińskiego „Tageszeitung” (TAZ), opisuje scenę przed warszawskim kioskiem. Jego właścicielka instruuje pracownika, aby w sposób widoczny układał najnowszy numer dziennika „Sieci Prawdy”.
– Hitler i sześć bilionów muszą być na wierzchu. Dobrze się sprzedaje – cytuje autorka artykułu kioskarkę, która dodaje: – Jeśli Niemcy zapłacą reparacje, każdy z nas otrzyma po 150 tys. zł.
Lesser pisze, że od tygodni prawicowe media w Polsce prześcigają się w podawaniu liczb wziętych z księżyca.
„Rzekomo Niemcy są winni Polakom gigantyczne sumy za zniszczenia i mordy na ludności podczas II wojny światowej. Tak twierdzą z uporem od lipca br. polska telewizja publiczna oraz prawicowe, prorządowe tygodniki „Do Rzeczy”, „Gazeta Polska”, „Sieci Prawdy” oraz Gazeta Polska Codzienna” – czytamy w TAZ.
Korespondentka berlińskiej gazety przypomina, że antyniemiecką kampanię w sprawie reparacji wojennych rozpętał szef PiS Jarosław Kaczyński. W lipcu na konwencji PiS powiedział, że Niemcy nie zapłacili nawet grosza odszkodowań. – przypomina. „Nie jest to prawdą, ale jeśli chodzi o to, żeby nakręcać antyniemieckie nastroje w kraju, były premier Polski rzadko ma skrupuły”.
Prorządowe media nie trzymają się faktów
Temat zbrodni hitlerowskich w Polsce i rzekomo nieuregulowanej kwestii reparacji wojennych i odszkodowań podejmowała wtedy nieomal codziennie prorządowa telewizja publiczna – pisze korespondentka TAZ. Obserwuje ona, że prawicowa prasa powołuje się wyjątkowo chętnie na antyniemieckie wypowiedzi wiceministra obrony narodowej Bartosza Kownackiego.
„Ale podobnie jak Kaczyński, także wielu dziennikarzy nie trzyma się nazbyt dokładnie faktów” – stwierdza dziennikarka.
Gabriele Lesser pisze: „To, że Polska w okresie między 1945 i 1953 rokiem otrzymała od Niemiec reparacje – jak się szacuje wartości około 20 mld dolarów – najpierw nie było żadną kwestią”.
Gabriele Lesser przypomina, że na podstawie porozumienia w Poczdamie z 1945 r. Polska otrzymała w ramach roszczeń maszyny, wyposażenie zakładów przemysłowych, chemikalia z zachodnich terenów radzieckiej strefy okupacyjnej.
Jednak „w myśl porozumienia w Londynie z 1953 r. zachodni alianci, a potem Związek Radziecki oraz Polska odstąpiły od dalszych roszczeń reparacyjnych. A do końcowego uregulowania tej kwestii miano wrócić po podpisaniu traktatu pokojowego, do czego nigdy nie doszło – wyjaśnia autorka. Zamiast tego zawarto w 1990 r. tzw. traktat dwa plus cztery (RFN, NRD, USA, ZSRR, Wielka Brytania), który za cichym przyzwoleniem jego sygnatariuszy uznał kwestię reparacji za załatwioną.
Korespondentka TAZ zauważa, że informowały o tym też polskie media, „zbliżone – zgodnie z żargonem zwolenników PiS – do środowisk zdrajców, sprawców zamachu oraz Niemców” jak „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Newsweek Polska”, różne portale monitorujące polską rzeczywistość a także prywatny kanał telewizyjny TVN.
Dowolna interpretacja
„Kiedy prorządowe media już nie mogły przemilczać tematu reparacji, przynajmniej robiły to po swojemu” – pisze Gabriele Lesser. Na przykład przed dyskusją na temat reparacji emitowały film o Hitlerze z maszerującymi oddziałami SA i przypomnienie po niemiecku: Niemcy, wybraliście Hitlera i NSDAP w demokratycznych wyborach”.
Niemiecka dziennikarka informuje, że prawicowe media w Polsce przejęły też stosowane z upodobaniem przez Kaczyńskiego piętnowanie politycznych przeciwników jako «Niemców». Na potwierdzenie korespondentka przytacza przykład jednej z dyskusji telewizyjnych, w której uczestniczyła posłanka Parlamentu Europejskiego Róża Thun, pochodząca ze znanej krakowskiej rodziny. Za to, że oburzała się na plakaty w Warszawie przedstawiające bramę do obozu zagłady w Auschwitz ze zmanipulowanym napisem: „Entschädigungen machen frei” (Odszkodowania czynią wolnym), została nazwana Niemką. Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” zasugerował, że Thun „w sercu czuje się Niemką”, a że nie chciał jej za to przeprosić, opuściła studio.
Warszawska korespondentka TAZ informuje, że premier Beata Szydło zapowiedziała, że przy następnym spotkaniu z kanclerz Angelą Merkel zamierza poruszyć kwestię reparacji. Zaś Jarosław Kaczyńki oświadczył w wywiadzie dla magazynu „Sieci prawdy”, że roszczenia reparacyjne to „moralne prawo Polaków”. Temat ten musi być do tego stopnia obecny w mediach, by urósł do rangi problemu międzynarodowego – przypomina – wypowiedź prezesa PiS Gabriele Lesser.
„Już przed laty Kaczyński zapowiedział w jednym z wywiadów, że zamierza wykorzystać «wyrzuty sumienia Niemców z powodu zbrodni nazistowskich w Polsce»” – czytamy w „Tageszeitung”.
Adam Mazguła: Wszystko kosztuje i podobno wystarczy nie kraść

Adam Mazguła
Czy bezprawnie wprowadzone prawo to jeszcze prawo obowiązujące? Czy w takim razie - to jest jeszcze legalna władza? To dowód na mafijną władzę. Dowód na jawną kpinę władzy nie tylko z prawa, ale i zwykłej ludzkiej przyzwoitości
Pełniący obowiązki prezydenta stwierdził, że armia nie może być prywatna. Ja też uważam, że zachowanie A. Macierewicza wskazuje na sytuację, że to jego prywatna armia. Jeśli tak, to ja mam kilka pytań.
Kiedy A. Macierewicz zacznie płacić za dzierżawę polskich symboli narodowych w swojej prywatnej armii. Kiedy zapłaci za bezpłatne wykorzystanie sprzętu wojskowego i żołnierzy do swoich celów?
Kto płaci Macierewiczowi i tym, którzy utrzymują go na stanowisku Ministra Obrony Narodowej za systematyczne obniżanie zdolności bojowej polskiej armii? Za zamianę zawodowych, doświadczonych w wojnach poza granicami kraju, dobrze wyposażonych jednostek wojskowych na zaciąg polityczny młodzieży?
Ile i w jakiej formie płaci Kościół katolicki za umundurowanych żołnierzy służących do mszy, służbowe uczestniczenie żołnierzy w pielgrzymkach, przewozach pomników kościelnych, organizacji obozowisk pielgrzymkowych i wykorzystywanie różnego sprzętu wojskowego w celach kościelnych. Kto płaci za uczestnictwo umundurowanych żołnierzy i policjantów w uroczystościach kościelnych lub, jak to ostatnio ogłaszają władze świeckiego (dla przypomnienia) państwa, uroczystości kościelno – państwowych i odwrotnie?
Proszę ujawnić, ile Polska płaci armii amerykańskiej za swoje bezpieczeństwo? Szczególnie interesuje mnie polski koszt za stacjonowanie wojsk amerykańskich w Polsce?
Kto płaci za bezczynność służb, które odpowiedzialne są za pilnowanie i ujawnianie nieprawidłowości obecnej władzy?
Czy ktoś słyszał o wszczętych dochodzeniach w sprawach: przekrętów w MON, bezpodstawnych kolejnych wypłat hienom smoleńskim, dziwnych przetargów, zerwanych kontraktów, zagubionych dokumentów, prywatnych kontaktów urzędników MON z przedstawicielami obcych służb?
Kto płaci za bezczynność prokuratury?
Dlaczego nie ma dochodzeń w sprawach, od których aż huczy w prasie: SKOK-ów, bilbordów, bezprawnych działań policji, publicznych kłamstw telewizji publicznej, ubliżania narodowi przez liderów najwyższych organów państwa, a nawet przez pojedynczego posła?
Po co, podczas rządów PiS-u, Centralne Biuro Antykorupcyjne, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencja Wywiadu, Służby Kontrwywiadu i Wywiadu Wojskowego? Przecież, mimo że teoretycznie każda z tych służb ma swój zakres odpowiedzialności i zupełnie inne zadania – to wszystkie te służby zastępuje superbiuro PiS-u, Instytut Pamięci Narodowej!
Pytam więc, kto płaci IPN–owskim urzędnikom za ich kłamstwa i wybiórczą prawdę?
Kto zatrudnia tam pseudohistoryków i dyżurnych dyspozycyjnych władzy, a nie prawu, prokuratorów?
Postawiłem tylko kilka pytań, ale ich jest całe mnóstwo. Czy doczekamy się, że ktoś odpowie i poznamy te odpowiedzi? Wątpię!
Jednak najważniejsze pytania brzmią następująco:
Czy legalnie wybrana władza może zniszczyć system, ustrój i prawo?
Czy bezprawnie wprowadzone prawo to jeszcze prawo obowiązujące? Czy w takim razie – to jest jeszcze legalna władza?
To dowody na mafijną władzę. Dowody na jawną kpinę tej władzy nie tylko z prawa, ale i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Bo przecież pieniądze, kraj, życie i władze powinny być nasze.
Pytań coraz więcej, odpowiedzi coraz mniej. Jeśli nie ma odpowiedzi to dowód na zastąpienie demokracji dyktaturą, a potem tyranią. Pomału, konsekwentnie, tak niby dla reformy i dla dobra społecznego. W rzeczywistości jednak dla tych, którzy płacą naszymi pieniędzmi za bezprawne działania.
Wszystko kosztuje i podobno wystarczy nie kraść. A może trzeba nie tylko nie kraść, ale także racjonalnie, dla dobra społeczeństwa, a nie partyjnych cwaniaków, te koszty ponosić.
Adam Mazguła
Europejska wizja prezydenta Francji. Jeśli wejdzie w życie postawi rząd PiS na marginesie Unii
Emmanuel Macron stawia na szybkie zacieśnienie współpracy francusko-niemieckiej, która napędzałaby przyspieszenie integracyjne w UE. Zaprosił tylko chętne kraje UE do współpracy na rzecz unijnych reform.
Prezydent Francji wygłosił we wtorek na Sorbonie przemówienie o reformach Unii Europejskiej. Tłumaczył, że nie zamierza czekać na sformowanie nowego rządu w Berlinie, bo „po zawiązaniu koalicji w Berlinie usłyszelibyśmy od Niemiec, że jest już za późno na nowe projekty”. A to właśnie kanclerz Angela Merkel, choć nieobecna w Paryżu, była bodaj najważniejszą adresatką Macrona.
– Podpiszmy nowy traktat elizejski – apelował Francuz do Pani Kanclerz, nawiązując do Traktatu Przyjaźni zawartego przez Charlesa de Gaulle’a i Konrada Adenauera w 1963 r.
Wśród reform, które mają się zacząć od Paryża i Berlina, a dopiero potem rozszerzać się na resztę eurolandu, Macron wymienił harmonizację podatków od przedsiębiorstw (CIT) już w najbliższych kilku latach.
Prezydent Francji zaproponował powołanie – i to już w najbliższych tygodniach – „grupy na rzecz odbudowy Europy”, która składałaby się z przedstawicieli tych krajów Unii, które są gotowe – we współpracy z instytucjami UE – do nowych reform i rozwijania integracji UE. Jeśli ta inicjatywa Paryża wejdzie w życie, zmusi m.in. Polskę czy Węgry do jasnego opowiedzenia się w sprawie zacieśniania więzów unijnych.
– Jedność nie oznacza jednolitości – powiedział Macron. Ale zastrzegał, że nie określa z góry żadnych węższych grup krajów przeznaczonych do większej integracji, bo kryterium będzie poziom ich ambicji integracyjnych. Tyle, że mocno akcentował potrzebę reformowania strefy euro, co niejako automatycznie stawia Polskę z boku.
A jednak eurobudżet
Prezydent Macron powtórzył na Sorbonie postulat stworzenia odrębnego budżetu strefy euro (finansowanego m.in. z nowego podatku od transakcji finansowych), ale nie nakreślił jego wielkości w miliardach euro.
Eurobudżetowi mocno sprzeciwiają się niemieccy liberałowie z partii FDP, która szykuje się do wejścia do koalicji rządzącej. Ale Pałac Elizejski przekonuje, że ten opór można rozmiękczyć, jeśli kanclerz Angela Merkel uczyni ze współpracy z Francją priorytet w swych negocjacja koalicyjnych w Berlinie.
Eurobudżetu czy nawet osobnej szufladki dla eurolandu w budżecie UE (jak chciałby szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker) boi się Polska, bo to ryzyko uszczuplenia funduszy dla krajów spoza unii walutowej.
Unia obronna
– Czy wspólna polityka rolna UE skutecznie chroni konsumentów i producentów? Nie sądzę – powiedział Macron, choć dotychczas system dopłat rolnych był dla Paryża świętością i punktem solidarnej współpracy z Polską. Macron nie podał szczegółów ewentualnej reformy dopłat.
Opowiedział się za mocnym rozwojem unii obronnej – z powołaniem unijnych „grup interwencyjnych” i współpracą przemysłów obronnych. Takie unijne dopełnienie NATO zostało już kilka miesięcy temu zaproponowane przez Komisję Europejską.
Pomiędzy tematyką polityki cyfrowej, energetycznej, migracyjnej, ekologicznej Macron w swej – trwającej ponad półtorej godziny przemowie – napomknął też o edukacyjnym celu, by w 2024 r. każdy student w Unii znał dwa języki obce.
Upodobnić płacę minimalną
Bardzo „francuskim” postulatem Macrona jest uczynienie ze wspólnego rynku „obszaru konwergencji, a nie konkurencji”. To oznacza harmonizację zasad płacy minimalnej (np. zrównanie jej siły nabywczej) oraz niektórych podatków. Zwłaszcza w młodszej części Unii takie idee są odbierane jako zachodni protekcjonizm i próba osłabiania konkurencji ze strony Polski, Czech bądź Węgier, których siła zasadza się m.in. na elastycznym rynku pracy. Co jeszcze bardziej kontrowersyjne, Macron zapowiedział powiązanie swej socjalnej „konwergencji” z podziałem funduszów z przyszłego budżetu UE po 2020 r.
Prezydent Macron chciałby ograniczyć Komisję Europejską z obecnych 28 do 15 komisarzy (traktaty na to pozwalają), a w eurowyborach z 2019 r. na ponad 70 miejsc zwolnionych przez Brytyjczyków wybrać europosłów z list ponadnarodowych. Natomiast eurowybory z 2024 r. miałyby – taka federalistyczna reforma dziś wydaje się mało prawdopodobna – wyłonić Parlament Europejski złożony w aż połowie z deputowanych z list ponadnarodowych, a nie list partyjnych w swych krajach.
Adam Mazguła: Sądy są Ziobry, a symbole narodowe dla kiboli i rodzących się ruchów faszystowskich

Adam Mazguła
Polskie symbole narodowe są dla kiboli i rodzących się ruchów faszystowskich w Polsce oraz dla kłamców smoleńskich, ale nie dla obywateli spoza „dobrej zmiany”
Sąd utrzymał wyrok
Warszawski Sąd Okręgowy utrzymał wyrok, uznający mnie winnym noszenia beretu wojskowego bez specjalnego zezwolenia podczas zgromadzenia Stowarzyszenia Służb Mundurowych pod Sejmem RP w dniu 2.12.2016 r. , gdzie wystąpiłem w obronie bezprawnego zabierania mundurowym emerytur.

Pułkownik dyplomowany rezerwy Wojska Polskiego Adam Mazguła, harcmistrz, działacz społeczny. Fot. facebook.com/amazgula
Przypomnę, że sąd odstąpił jednocześnie od ukarania mnie. Wyrok taki zapadł wcześniej w Sądzie Rejonowym w Warszawie, z inicjatywy Antoniego Macierewicza, gdzie oskarżycielem była policja Mariusza Błaszczaka.
Sąd Odwoławczy argumentował, że nie można w mundurze, czy nawet w elementach umundurowania, jakim jest beret, występować przeciwko władzy. Mundurowi mają siedzieć cicho, bo od 1926 roku zawsze, kiedy wojsko się buntowało, to kończyło się źle dla narodu.
Czułem się jak na przemówieniu Mariusza Błaszczaka podczas manifestacji politycznej „dobrej zmiany”. Dominował pucz i totalna opozycja jako zagrożenie dla kraju. Przykro było słuchać tych pseudoargumentów sędziego. Ani słowa o tym, że to nie wojsko, tylko emeryci, ani słowa o tym, że to władza wystąpiła przeciwko byłym mundurowym, a nie mundurowi przeciwko władzy. Ani słowa o tym, że była to moja prelekcja historyczno-wojskowa, ocena sytuacji, dla sędziego – to element buntu politycznego.
Sędzia stwierdził, że Mazguła jest na tyle znany, że nie musiał wkładać munduru, żeby podkreślić, kto przemawia do zebranych, więc po co Mazguła wkładał beret? To prowokacja polityczna przeciwko władzy.
Na moje słowa, że każdy, kto składał przysięgę, powinien bez zastanowienia bronić konstytucji i honoru wojskowego, sędzia stwierdził, że to właśnie świadczy o politycznej akcji przeciwko władzy.
Nie miałem złudzeń, że, po ostatnich zmianach w obsadzie personalnej w warszawskim sądzie, kolejna odsłona sporu z A. Macierewiczem i M. Błaszczakiem o prawo do noszenia mojego wojskowego beretu nie ma szans na sprzyjający mi wyrok. Myślę, że to sukces, bo jeszcze nie siedzę w pudle.
Wniosków jest wiele
Emeryci policyjni i wojskowi nie mają prawa głosu w swoich sprawach, a weteran czy rezerwista nie może wygrać z ministrami „dobrej zmiany”.
Mundury narodowe są bardziej dla tych, którzy uciekli przed obowiązkową służbą wojskową i teraz udają patriotów, niż dla tych, którzy całe swoje zawodowe życie poświęcili służbie dla ojczyzny.
Polskie symbole narodowe są dla kiboli i rodzących się ruchów faszystowskich w Polsce oraz dla kłamców smoleńskich, ale nie dla obywateli spoza „dobrej zmiany”.
I najważniejszy wniosek…
Obywatele!- Sądy już są Ziobry!
Adam Mazguła
Grzegorz Schetyna: Prezydent smsem zaprosił, żeby zmieniać konstytucje. Nie przyjmujemy zaproszenia
– Nie przyszliśmy do prezydenta, dlatego, że nie przyjmujemy zaproszenia do zmiany konstytucji – ani od prezydenta, ani od kogokolwiek innego – mówił w RMF FM Grzegorz Schetyna, pytany dlaczego PO nie skorzystała z zaproszenia Andrzeja Dudy do konsultacji w sprawie prezydenckich projektów ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa.
Prezydent smsem zaprosił szefów klubów parlamentarnych, aby zmieniać konstytucje
– Konstytucja jest bardzo ważna (…) – byliśmy na spotkaniu z prezydentem w zeszłym tygodniu, żeby rozmawiać o zmianie ustaw dotyczących sądownictwa. Mówiłem prezydentowi, że zależy nam na tym, żeby zagwarantował – jako głowa państwa – trójpodział władz, i to że władza sądownicza jest niezależna od ustawodawczej, od władzy politycznej. – wyjaśniał – I nie położył pan prezydent żadnego projektu na stół, tylko położył na stół niekonstytucyjną ustawę i smsem zaprosił szefów klubów parlamentarnych, żeby w ten sposób zmieniać konstytucje,
– Bo jeżeli pisze się niekonstytucyjne ustawy – i głowa państwa wie, że one są niekonstytucyjne – a potem smsem zaprasza się szefów klubów parlamentarnych, żeby udawać, że wspólnie zmieniamy konstytucję, to jest niepoważne – podkreślił szef Platformy.
Andrzej Duda wywiesza białą flagę
Grzegorz Schetyna ocenił, że Andrzej Duda po spotkaniu z prezesem Kaczyńskim „wywiesza białą flagę” i chce wytłumaczyć swoje zachowanie, potrzebą napisania nowych ustaw „niezgodnych z konstytucją” – To jest to absurd! – podkreślił. Zaznaczył przy tym, że PO nie będzie bojkotować prezydenta, nie ma zamiaru jednak „żyrować” niekonstutycjnych projektów.
Platforma nie wybiera milczenia
Schetyna wyjaśniał, że Platforma nie wybiera milczenia. – Bardzo wyraźnie powiedzieliśmy, że nie będziemy łamać konstytucji, nie będziemy akceptować takich zachowań, nie będziemy się zgadzać na przyjmowanie ślubowania od sędziego dublera do TK. My jesteśmy tam, gdzie byliśmy w lipcu – z Polakami, którzy protestowali przeciwko łamaniu niezależności sądów – Przypomniał równocześnie, że Platrforma złożyła w Sejmie własny projekt ustaw stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia.
(df) thefad.pl / Źródło: RMF24
Nikt nie lubi płacić mandatów. Czy warto odmówić przyjęcia mandatu i iść do sądu?
Nikt nie lubi płacić mandatów, szczególnie tych, które uważamy za niesłuszne. Zawsze możemy odmówić przyjęcia mandatu, a wtedy sprawa zostanie rozpatrzona przez sąd. Niestety, koszty samego postępowania, szczególnie jeśli sprawa przejdzie kilka instancji, mogą dalece przekroczyć kwotę pierwotnie nałożonej kary. Dodatkowo, zawsze pozostaje ryzyko, że przegramy i poniesiemy koszty rozprawy. Kierowcy mogą mieć jednak i na to sposób.
Mandat karny możemy otrzymać w wyniku popełnienia wykroczenia. Maksymalna wysokość mandatu na terenie Polski to 500 lub 1000 zł w przypadku zbiegu wykroczeń. Mandaty dotyczą różnych wykroczeń, lecz najczęściej związane są z ruchem drogowym. Wówczas na kierowcę jest nakładana mandatem kara grzywny oraz otrzymuje on punkty karne. Zdarza się jednak, że decyzja policji jest niesłuszna. W takim przypadku możemy odmówić przyjęcia mandatu i spróbować udowodnić swoją rację przed sądem, który rozpatrzy nasze argumenty i dowody. Jeśli przyjmiemy mandat, nie będziemy już mogli się odwołać w kwestii wysokości lub zasadności nałożonej kary.
Mandaty – warto odmawiać?
Jeżeli uważamy, że zostaliśmy niesłusznie ukarani, to możemy odmówić przyjęcia mandatu, ale w praktyce nie każdy kierowca się na to decyduje.
– W sytuacji, gdy odmówimy mandatu policja skieruje do sądu wniosek o ukaranie kierowcy. Sąd nie musi jednak przyznać racji kierującemu, co wiąże się ze znacznie surowszą karą pieniężną. Dodatkowo, jeśli Sąd uzna kierowcę winnym popełnienia wykroczenia, wówczas policja obligatoryjnie nakłada punkty karne za wykroczenie wskazane w orzeczeniu. Sąd może też obciążyć kierowcę kosztami sądowymi – wylicza Piotr Kuźmiński, prawnik z D.A.S, Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej S.A. – Z kolei dla kierowców zawodowych mandat oznacza także konsekwencje zawodowe i ślad w aktach, dodaje ekspert.
W praktyce decyzja o odmowie przyjęcia mandatu nie jest więc prosta. Szanse na wygraną w sądzie są jednak wyższe, jeśli mamy wsparcie adwokata lub radcy prawnego. Jednakże honorarium profesjonalnego pełnomocnika procesowego może przewyższać koszty mandatu.
A zatem lepiej przyjąć niesłusznie nałożony lub zbyt wysoki mandat? Niekoniecznie.
Ciekawym sposobem na wysokie koszty usług prawnych może być ubezpieczenie ochrony prawnej, które gwarantuje dostęp do natychmiastowych telefonicznych porad prawnych w momencie, gdy zastanawiamy się czy podjąć decyzję o odmowie mandatu. Sfinansuje również koszty wsparcia oraz reprezentacji prawnika lub radcy prawnego w przypadku skierowania sprawy do rozpatrzenia przez sąd.
O tym, że o sprawiedliwość przed sądem warto walczyć dowodzą głośne przypadki wygranych kierowców, którzy ustanawiali precedensy, jak chociażby sprawa słynnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego o niekonstytucyjności mandatów z fotoradarów obsługiwanych przez Inspekcję Transportu Drogowego.
– Niesłuszne oskarżenia mogą być też szczególnie dotkliwe dla profesjonalnych kierowców, którzy ponoszą nie tylko koszt przyznanego mandatu, ale i mierzą się z konsekwencjami zawodowymi. Często zdarza nam się wspierać ich w sprawach, w których zostali niesłusznie oskarżeni, np. o nieodpowiednie zabezpieczenie ładunku i uszkodzenie innego samochodu przez spadające z pojazdu przedmioty. Wiele sytuacji dotyczy też po prostu formalności, np. błędów w naliczeniu opłat za przejazd płatnymi odcinkami dróg. Niektóre z tych przypadków są oczywiste, niektóre bardziej skomplikowane do udowodnienia, jednak każda sprawa wymaga dochodzenia swoich praw przed sądem, co zawsze wymaga czasu i zaangażowania, a niekiedy też wsparcia prawnego – mówi Piotr Kuźmiński
Z ubezpieczeniem ochrony prawnej decyzja o nieprzyjęciu niesłusznie nałożonego lub zbyt wysokiego mandatu jest dużo prostsza. Polisa pokryje w całości honorarium adwokata lub radcy prawnego, a także ewentualne koszty sądowe. W razie przegranej zapłacimy wyłącznie grzywnę nałożoną przez sąd. Jeżeli wygramy – nie płacimy nic. Takie ubezpieczenie działa nie tylko w Polsce, bardzo często obejmuje też inne kraje. Polisa ochrony prawnej rozciąga się także na pasażerów podróżujących ubezpieczonym autem. Możemy też ubezpieczyć nie tylko prywatny samochód i pojazd firmowy, a także całą flotę.
Newsrm
Bronisław Komorowski: Domaganie się reparacji to błąd polityczny. Nie ma szans na ich uzyskanie po 70 latach
Deutsche Welle: Panie Prezydencie, do Bundestagu weszła właśnie partia uważana za skrajnie prawicową, partia której lider, Alexander Gauland, powiedział, że Niemcy mają prawo być dumni z dokonań żołnierzy Wehrmachtu. Nie niepokoi Pana taka sytuacja?
Bronisław Komorowski: Wybory w Niemczech i ich wynik są ważne nie tylko dla Niemiec, ale i całej Europy. W tym także i dla Polski. A może szczególnie dla Polski, ze względu na sąsiedztwo polsko-niemieckie. Oczywiście wynik tych wyborów musimy oceniać z punktu widzenia takiego, co budzi nasze nadzieje w Polsce, a co obawy.
Niewątpliwie to, że zwyciężyła i będzie kontynuowała swoją politykę pani kanclerz Merkel, to dobra wiadomość dla Europy, to dobra wiadomość także dla Polski. Bo oznacza to zaangażowanie i dużą znajomość problemów Europy wschodniej, także i Polski. Oznacza to także w moim przekonaniu kontynuowanie dobrej współpracy polsko-niemieckiej, zarówno na gruncie europejskim, jak i relacji sąsiedzkich. A nam bardzo zależy na tym, by polityka niemiecka stawiała na pogłębienie integracji europejskiej z udziałem Polski, jak i na tym, by w sytuacji istniejącej pani Merkel trzymała nogę w drzwiach tak, aby inne kraje naszej środkowo-wschodniej Europy mogły nadążyć za procesem integracji.
Natomiast oczywiście obawy budzi wejście do parlamentu Alternatywy dla Niemiec, populistycznej partii o nieustabilizowanym do końca programie, jednak w swoich wypowiedziach antyeuropejskiej, a przede wszystkim antyimigranckiej.
Wszystkie sukcesy w różnych krajach europejskich partii radykalnych budzą obawy. Niedawno baliśmy się o los Francji, każdy sukces partii radykalnej, każde wejście partii radykalnej do parlamentu w Niemczech, ze względu na kontekst historyczny, musi budzić wątpliwości i obawy. Mam jednak nadzieję, że możliwość kontynuacji polityki kanclerz Merkel poprzez zwycięstwo CDU jest gwarancją, że proces, który można dostrzec w całej Europie, radykalizacji sceny politycznej, zostanie w Niemczech zatrzymany.
DW: Myśli Pan, że kanclerz Angela Merkel pomogła w jakiś sposób Alternatywie dla Niemiec poprzez swoją politykę imigracyjną, politykę otwartych drzwi, i która wiele osób w Niemczech i w innych krajach europejskich trochę przestraszyła?
Bronisław Komorowski: Myślę że całość polityki niemieckiej na przestrzeni kilkudziesięciu lat złożyła się na zaistniałą dzisiaj sytuację. Warto pamiętać o tym, że odbudowa Niemiec i budowa potęgi ekonomicznej Niemiec odbywała się w znacznej mierze z udziałem tzw. gastarbeiterów z krajów arabskich, Turcji czy z terenów Bałkanów. Gdzieś popełniono na tej drodze pewne błędy, które dzisiaj się skumulowały.
Także i niewątpliwie naruszenie stabilności Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej z udziałem krajów Unii Europejskiej dzisiaj daje także niedobre efekty w postaci zwiększonej migracji. Natomiast to oznacza konieczność szukania nowych rozwiązań starych problemów. To oznacza, że trzeba według mnie, bardziej uważnie i odróżniać i realizować politykę opartą o obowiązek moralny w stosunku do uciekinierów, uchodźców z krajów objętych wojną, a inaczej w stosunku do migrantów ekonomicznych. To już bardziej kwestia decyzji gospodarczej i politycznej. Tak też traktuję wypowiedź pani kanclerz Merkel, która sugeruje pewną korektę w tym obszarze.
DW: Wspominał Pan o relacjach polsko-niemieckich. Kilka lat temu, kiedy był pan prezydentem, przemawiał pan w Bundestagu. To były takie czasy, kiedy mówiło się że relacje polsko-niemieckie były na najlepszym poziomie czy też najbardziej przyjazne w historii. Teraz sytuacja jest nieco inna. Mówi się że Polska „była wtedy na kolanach”, była „wasalem Niemiec”. Jak teraz mogą się rozwinąć dalej te stosunki, kiedy wziąć pod uwagę choćby wypowiedzi polityków partii rządzącej na temat reparacji czy też wyczuwalną w Polsce antyniemiecką retorykę?
Bronisław Komorowski: Trzeba pamiętać, że zgodnie z porzekadłem polskim „dłużej klasztora niźli przeora.” Te wypowiedzi, o których Pan mówi, są wypowiedziami polityków obecnego obozu władzy. Ale relacje polsko-niemieckie były budowane i będą budowane niezależnie od koniunktur partyjnych w Polsce czy w Niemczech.
I mieli rację i dokonali wielkich rzeczy ludzie, którzy kiedyś mieli odwagę przekroczyć przekleństwa historii i mieli odwagę wejść na drogę pojednania. To byli polscy i niemieccy biskupi, to byli ludzie tej miary w Polsce jak Władysław Bartoszewski czy Tadeusz Mazowiecki i ich odpowiednicy po stronie niemieckiej. A ten proces będzie kontynuowany, bo leży w interesie obu narodów, obu państw, leży w interesie całego naszego regionu i leży w interesie całej Europy.
Współpraca polsko-niemiecka jest w moim przekonaniu nieodzowna i bliskość polsko-niemiecka, także w sensie emocji, jest niezbędna dla budowania i pogłębiania procesu integracji europejskiej w naszym regionie. A i tak się będzie działo w przyszłości. I liczę tutaj na pewną korektę w momencie poznania wyników wyborów w Niemczech także ze strony rządu polskiego.
DW: Myśli Pan, że Polska powinna domagać się reparacji od Niemiec, że podnoszenie tej sprawy jest teraz wskazane czy nie powinno się o tym mówić?
Bronisław Komorowski: Polska poniosła gigantyczne straty w czasie II wojny światowej, materialne i w dziedzinie kultury. Straciliśmy też połowę terytorium na rzecz Związku Sowieckiego, więc jakby kwestia reparacji mogłaby być uważana za rzecz naturalną. Gdyby nie jedno, że minęło już 70 lat od zakończenia wojny i że dzisiaj w zasadzie świat idzie w stronę nie oczekiwania rekompensat z tytułu trudnej historii, ale w stronę szukania szans na wspólny rozwój.
Ja jestem zwolennikiem pamiętania o tym, kto wywołał wojnę i jakie były tego skutki, ale jestem zwolennikiem pójścia w stronę przyszłości, a nie ciągłego oglądania się wstecz.
Natomiast jeśli chodzi o aspekt polityczny, to wydaje mi się, że trzeba na to patrzeć w kategoriach błędu politycznego. Bo szanse z punktu widzenia prawa międzynarodowego na uzyskanie jakichś reparacji są w moim przekonaniu bliskie zeru, albo zerowe, natomiast skutki polityczne mogą być bardzo dotkliwe i niekorzystne dla relacji polsko-niemieckich.
Jeśli mam więc wybierać czy dobre relacje i pogłębiona współpraca polsko-niemiecka, czy też dochodzenie racji finansowych po 70 w latach ze skutkiem trudnym do przewidzenia, wydaje mi się, że zawsze warto wybrać współpracę.
DW: Dziękuję za rozmowę.
Komisja Europejska z coraz większym poparciem krajów UE w postępowaniu na rzecz praworządności w Polsce
Komisja Europejska ma coraz większe poparcie krajów UE w postępowaniu na rzecz praworządności w Polsce. Frans Timmermans apeluje do prezydenta Dudy, by poddał projekty reform sądownictwa ocenie Komisji Weneckiej.
Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans przedstawił w poniedziałek (25.09.2017) informację o zagrożonej praworządności w Polsce na posiedzeniu Rady UE ds. Ogólnych w Brukseli.
As we agreed in May, the Commission has updated Ministers today on the rule of law dialogue with Poland.
— Frans Timmermans (@TimmermansEU) September 25, 2017
Pierwsza dyskusja ministrów ds. europejskich (bądź szefów dyplomacji) o Polsce odbyła się już w maju – wówczas wbrew nadziejom polskiej dyplomacji, że sprawozdanie Timmermansa zostanie zbyte milczeniem, głos zabrali ministrowie z 22 krajów, a 17 z nich stanowczo wsparło Komisję Europejską w sporze z Polską o przestrzeganie praworządności (czterech kolejnych było bardziej neutralnych, ale też namawiali Polskę do dialogu z KE). Natomiast w ten poniedziałek głos podczas obrad za zamkniętymi drzwiami zabrali ministrowie z wszystkich 28 krajów UE. To kolejne potwierdzenie porażki rządu Polski w taktyce przedstawiania Timmermansa (bądź całej Komisji) jako unijnego polityka osamotnionego w „nękaniu” Polski.
I was encouraged by the broad support in the Council to find a solution and by the openness of the Polish Government to a renewed dialogue.
— Frans Timmermans (@TimmermansEU) September 25, 2017
Tylko Węgier za PiS-em, ale słabo
Po prezentacji Timmermansa i ministra ds. europejskich Konrada Szymańskiego jako pierwszy głos zabrał Włoch. Estończyk jako przedstawiciel obecnej prezydencji w Radzie UE był niejako z urzędu neutralny, ale wyłącznie Węgier – podobnie jak w maju – przekonywał, że Rada UE nie jest odpowiednim forum na dyskusję o Polsce.
– Krytykował Komisję, ale nawet on nie podważał jej uprawnień do prowadzenia dialogu z Polską – opowiada nam świadek obrad.
Natomiast reszta ministrów deklarowała, że Komisja ma prawo do postępowania co do zagrożonej praworządności. Niemiec podkreślał, że instytucje UE mają wręcz obowiązek przyglądania się tematowi państwa prawa w Polsce. A Francuzka stwierdziła, że „mamy prawo i musimy dyskutować tak długo, aż przyniesie to skutek”.
Nawet Brytyjczyk, który mówił o suwerennym prawie krajów UE do reformowania swego wymiaru sprawiedliwości, jednocześnie – i zgodnie z linią Timmermansa – powiedział, że to także wspólna odpowiedzialność Unii. Najostrzej władze Polski krytykowała Szwedka i Holender.
– Kwestia państwa prawa w Polsce niepokoi nas wszystkich. Dialog Polski z Komisją musi być kontynuowany, choć teraz przypomina rozmowę głuchych – komentował Bert Koenders, szef dyplomacji Holandii.
Na razie bez artykułu 7
– Ani w sprawozdaniu Timmermansa, ani podczas dyskusji nie pojawił się temat artykułu 7 z Traktatu UE – relacjonują nasi rozmówcy w Brukseli. Procedura z tego artykułu może prowadzić do stwierdzenia przez Radę UE poważnego ryzyka naruszenia wartości podstawowych UE (większością 22 z 28 krajów) bądź nawet do sankcji, lecz tylko przy jednomyślności, którą obiecuje złamać węgierski premier Viktor Orban.
– Nie rozmawialiśmy dzisiaj o sankcjach – potwierdził po obradach minister Bert Koenders. Podczas posiedzenia ministrów Timmermans nawiązał też do wycinki Białowieży wbrew decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu o jej wstrzymaniu do wydania werdyktu w sporze KE z Polską o Białowieżę.
– Najmocniej wybrzmiało to, że wszystkie kraje z Polską na czele są przywiązane do zasad praworządności. Dzieli nas z Komisją kwestia interpretacji – tak poniedziałkowe posiedzenie Rady UE komentował Konrad Szymański. Podczas obrad zapewniał, że Polska respektuje i będzie respektować decyzje Trybunału, lecz obecny spór o wycinkę dotyczy tylko interpretacji – tym razem klauzuli dopuszczającej wycinkę w przypadku zagrożonego bezpieczeństwa publicznego. To zmiana tonu w stosunku do sierpnia, kiedy z rządu Beaty Szydło dochodziły głosy, że Polska nie słucha Trybunału, bo ten nie ma racji. Ponadto Szymański, wbrew wielu wcześniejszym wypowiedziom ministra Witolda Waszczykowskiego, przekonywał, że rząd Polski nigdy nie podważał prawa Komisji do procedury na rzecz praworządności.
Po obradach Timmermans – zapewne na podstawie deklaracji Szymańskiego – chwalił polską gotowość do dialogu z Komisją.
Projekty Dudy
– Pilnie przestudiujemy nowe projekty praw, które przedstawił prezydent Andrzeja Duda [w poniedziałek 25 września – red.]. Chodzi o ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Jednocześnie Timmermans zaapelował o poddanie ich ocenie Komisji Weneckiej (agendy Rady Europy zajmującej się prawem konstytucyjnym).
Komisja Europejska w lipcu ostrzegała, że uruchomi procedurę z artykułu 7 Traktatu o UE, jeśli dojdzie do wygaszania kadencji obecnych sędziów Sądu Najwyższego. Projekt Dudy przekracza czerwoną linię – kadencje mają być przerwane wraz z osiągnięciem wieku emerytalnego (65 lat), a to prezydent ma uznaniowo decydować o ich ewentualnym przedłużeniu.
Timmermans podczas poniedziałkowej konferencji prasowej nadmienił, że Komisja nadal dysponuje wszystkimi narzędziami (chodziło też o artykuł 7), po które może sięgnąć później w tym roku.
Z kolei rząd Beaty Szydło wyraźnie już pogodził się z faktem, że Komisja Europejska w najbliższych tygodniach skieruje do Trybunału w Luksemburgu skargę na Polskę w związku z ustawą o ustroju sądów powszechnych, którą Duda podpisał w lipcu.
Tomasz Bielecki, Bruksela
Redakcja polska
Pjongjang opublikował wideo, na którym północnokoreańskie pociski niszczą amerykańskie bombowce i lotniskowiec
Propagandowe wideo rozpoczyna fragment wystąpienia Donalda Trumpa przed żołnierzami z bazy Andrews w Maryland. Następnie pojawiają się zdjęcia bombowców B-1B i myśliwców F-15C, które zostają „zniszczone” przez północnokoreańskie pociski. Chwilę późnie zniszczony zostaje amerykański lotniskowiec.
Rocket Man
Przemawiając we wtorek na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ prezydent Trump ostrzegł przywódcę Korei Północnej Kim Dzong Una, że kontynuowanie przez niego programu nuklearnego jest „samobójczą misją”. Nazywał go „Rocket Man” – od tytułu piosenki Eltona Johna – i zagroził, że Stany Zjednoczone w przypadku ataku KRLD będą zmuszone „całkowicie zniszczyć” ten kraj.
„Wizyta naszych rakiet w USA jest nieunikniona”
W odpowiedzi, w sobotę ministra spraw zagranicznych KRLD Ri Jong Ho również na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ oświadczył, że Trump sprawił, iż „wizyta naszych rakiet w całych USA jest nieunikniona”. Powiedział również, że ostatecznym celem Pjongjangu jest ustanowienie „równowagi sił” z USA i zaznaczył, że to Trump wykonuje „samobójczą misję”. Ostrzegł, że Pjongjang jest gotów się bronić, gdyby pojawiły się jakiekolwiek oznaki amerykańskiego ataku, a jego kraj jest już „tylko o kilka kroków” od stworzenia swoich sił nuklearnych.
Amerykańskie bombowce nad wodami na wschód od Korei Północnej
Kilka godzin wcześniej amerykańskie bombowce B-1B Lancer eskortowane przez myśliwce przeleciały w międzynarodowej przestrzeni powietrznej nad wodami na wschód od Korei Północnej. Pentagon poinformował o tym, podkreślając, że była to demonstracja opcji militarnych dostępnych dla USA.
Północnokoreańska propaganda
Zaraz po tym, jak amerykańskie bombowce przeleciały na wschód od Korei Północnej, Pjongjang opublikował propagandowe wideo, na którym północnokoreańskie pociski niszczą amerykańskie bombowce i lotniskowiec.
(df) thefad.pl / Źródło:TVN24











