Robert Lewandowski: Piłka nożna to czysty kapitalizm. Każdy chce w tej branży zarobić i nie ma w tym nic złego

W wywiadzie dla tygodnika „Der Spiegel”, który ukazał się w sobotę 9 września Robert Lewandowski mówi o swoim nastawieniu do zbliżających się rozgrywek Ligii Mistrzów i znaczeniu, jakie ma dla niego zdobycie w końcu upragnionego tytułu.

Robert Lewandowski: Piłka nożna to czysty kapitalizm. Każdy chce w tej branży zarobić i nie ma w tym nic złego

Robert Lewandowski. Fot. Źródło: dw.de

Na pytanie, czy będąc pięciokrotnym mistrzem niemieckiej Bundesligi nie czuje się nią nieco znużony, Lewandowski odparł, że „zawodnik zawodowy zawsze chce być najlepszy” i stara się udowodnić, że osiągane wyniki nie są sprawą przypadku.

Napastnik Bayerna Monachium stwierdził, że klub określił już swój plan na aktualny sezon piłkarski. – Jeszcze żaden niemiecki klub nie był sześciokrotnym mistrzem Niemiec pod rząd. My możemy dalej pisać historię i jest to dla nas ogromna zachęta – powiedział piłkarz.

Zmęczony przed nowym sezonem

Robert Lewandowski odniósł się do zarzutów, że u progu nowego sezonu robi wrażenie niedostatecznie zmotywowanego czy wręcz sfrustrowanego. Tłumaczył to intensywnym okresem przygotowawczym w Azji i zbyt dużą liczbą rozegranych tam meczów towarzyskich.

Jak tłumaczył, podczas takich spotkań każdy zawodowiec stoi przed wielkim dylematem, czy dać w nich z siebie wszystko, czy grać tak, by starczyło dobrej formy także w rundzie wiosennej, kiedy toczy się walka o najważniejsze tytuły.

Dla niego, jak zaznaczył, ważniejsze są treningi, gdyż liczne mecze towarzyskie w fazie przygotowawczej niewiele mu dają.

Piłkarz w wywiadzie dla hamburskiego magazynu podkreślił, że sporo wysiłku wymaga od niego zmotywowanie się do meczów z klubami Bundesligi, które „zasadniczo nie zaliczają się do grupy kandydatów na mistrza”.

Bundesliga potrzebuje więcej liderów

Na pytanie, czy niektóre mecze Bundesligi traktuje zatem bardziej, jako trening niż rozgrywki, Lewandowski stwierdził, że „Bundesliga potrzebuje więcej takich drużyn jak RB Lipsk”. Jego zdaniem silne drużyny zmuszają do jeszcze większych inwestycji w siebie.

Poza tym Bundesliga nie powinna być zdominowana tylko przez jedną drużynę, bo jeden pojedynek na szczycie to za mało.

– Potrzebujemy czterech do pięciu drużyn, które stale grają na najwyższym poziomie – wskazał Robert Lewandowski. Jest również przekonany, że silne współzawodnictwo pomogłoby FC Bayern utrzymać koncentrację na najwyższym poziomie do samego końca sezonu. Poza tym silna liga nakręca też odpowiednio jej zyski.

Spektakularne transfery, ale nie w Niemczech

Piłkarz ustosunkował się także do kwestii wynagrodzeń dla czołowych piłkarzy oraz problemu nieokiełznanego rynku transferowego, a konkretnie do przypadku Brazylijczyka Neymara, którego klub Paris Saint-Germain odkupił od FC Barça za 222 mln euro.

– Jedno z pierwszych słów, jakiego nauczyłem się w Niemczech to „Ordnung” – „porządek”. Wszystko musi mieć ustalony porządek, a przede wszystkim w księgowości i w kwestiach finansowych – stwierdził Robert Lewandowski. Dlatego, jest przekonany, że w Niemczech do takiego transferu nigdy by nie doszło.

Zawodnik relatywizuje jednocześnie aktualny rozwój w światowej piłce nożnej, wskazując, że „jest ona kapitalizmem w najczystszym wydaniu i każdy w tej branży chce zarobić”. Mimo, że nie widzi w tym nic złego, jest zdania, że „federacje piłkarskie powinny wypracować reguły, które nie pozwoliłyby rynkowi piłkarskiemu wymknąć się spod kontroli”.

– Jeśli wciąż te same cztery czy pięć drużyn wygrywa wszystkie tytuły, ponieważ grają w nich wszyscy najlepsi zawodnicy, doprowadzi to z czasem do spadku zainteresowania futbolem przeciętnego kibica – ostrzega Lewandowski, co, jak ocenia mogłoby wyrządzić temu sportowi największą z możliwych szkód.

Lojalny zawodnik przeżytkiem

Poruszoną przez magazyn „Der Spiegel” kwestię braku lojalności piłkarzy wobec klubów na przykładzie spektakularnego transferu napastnika Ousmane Dembele z Borussii Dortmund do FC Barcelona, Robert Lewandowski skwitował stwierdzeniem, że „należy skończyć z emocjonalnym traktowaniem profesjonalnego futbolu”. Zdaniem piłkarza lojalność to wspaniałe pojęcie, mające dużą wartość w życiu prywatnym.

– W sporcie wyczynowym liczą się inne atrybuty: sukces i pieniądze, i właśnie one, nic innego, decydują o transferze – przekonuje polski piłkarz.

W opinii Lewandowskiego inwestycje w piłkę nożną w przyszłości będą jeszcze większe, bo piłkę nożną ogląda się na całym świecie. I właśnie te namiętności i emocje kibiców prowadzą do tego, że na rynku piłkarskim przybywa coraz więcej inwestorów.

– Szanse na zyski w piłce nożnej są tak duże, jak nigdzie indziej – przekonuje piłkarz.

Następstwa globalizacji

Odnosząc się do ostatnich demonstracji kibiców wymierzonych przeciwko komercjalizacji piłki nożnej, Lewandowski podkreśla zagrożenie, jakie niesie ze sobą proces globalizacji. W jego opinii zaciera się coraz bardziej granica między tym, co regionalne, a tym, co globalne.

– Rodzi się pytanie, kto jest właściwie kibicem danego klubu? Ten, kto mieszka w Monachium, w Azji czy Ameryce? Rozwiązanie tego problemu staje się aktualnie dla klubów piłkarskich największym wyzwaniem – tłumaczy napastnik Bayerna Monachium. Sytuacja ta wywołuje bowiem u wiernych od lat kibiców uczucie frustracji.

Piłkarz przekonuje też, że niepotrzebna jest ogromna komercyjna oprawa wokół meczów pucharowych, np. o mistrzostwo Niemiec. Niepotrzebny jest, np. koncert w przerwie spotkania finałowego.

Na pytanie „Spiegla” czy piłka nożna zamieni się kiedyś w wielki show, w wielki event, Robert Lewandowski odpowiedział z przekonaniem, że „mecz będzie zawsze najważniejszy”, ale 90 minut wokół meczu będzie coraz bardziej przypominało hollywoodzki film i „procesu tego nie da się już powstrzymać”.

 


Wielka Brytania: Kilkadziesiąt tysięcy osób protestowało w Londynie przeciw Brexitowi

Brexit – Dziesiątki tysięcy osób przeszło w sobotę ulicami Londynu w proteście przeciw planowanemu wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

Demonstracja miała miejsce przed poniedziałkowym głosowniem Protest odbył się przed poniedziałkowym głosowaniem w parlamencie w sprawie projektu ustawy o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE, która przenosi zapisy unijnego prawa do prawa brytyjskiego, zapewniając tym samym ciągłość prawną po Brexicie.

Organizatorzy szacują, że w marszu uczestniczyło nawet 50 tyś demonstrantów.

 

 

(df) thefad.pl 


Prasa niemiecka o liście polskich biskupów do biskupów niemieckich: „Czołowy atak na antyniemiecką kampanię PiS”

„Słowa duszpasterzy” – pod tym tytułem „Frankfurter Allgemeine Zeitung” publikuje artykuł Reinharda Vesera o liście polskich biskupów do biskupów niemieckich.

List polskich biskupów do biskupów niemieckich

Abp Wiktor Skworc, jeden z sygnatariuszy listu, wśród gości na wystawie we Wrocławiu poświęconej pojednaniu. Fot. dw.de

Reinhard Veser na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” zaznacza, że słowa, które obecnie najczęściej padają z ust polityków PiS na temat Niemiec: reparacje, zadośćuczynienie, rekompensata, w ogóle nie pojawiły się w tekście listu polskich biskupów, odpowiedzialnych za relacje z niemieckim episkopatem. „Apel biskupów zaczyna się za to słowem, którego politycy PiS właściwie nigdy nie wypowiadają i stwierdzeniem, które zaprzecza wszystkiemu, co słyszy się na temat polsko-niemieckich relacji.

Polscy biskupi napisali: „Pojednanie jest słowem determinującym od ponad ćwierćwiecza stosunki polsko-niemieckie. To wielka wartość, którą udało się osiągnąć, i którą podtrzymujemy dzięki wysiłkowi licznych ludzi dobrej woli po obu stronach granicy”.

List biskupów jak w roku 1965

Autor artykułu stwierdza, że list podpisany przez pięciu polskich biskupów jest „czołowym atakiem na antyniemiecką kampanię narodowo-konserwatywnej, rządzącej partii PiS, która jeszcze do niedawna mogła być pewna poparcia przeważającej części Kościoła katolickiego w Polsce. Biskupi upominają, że nie wolno zaprzepaścić zebranego w minionych latach kapitału dobra we wzajemnych relacjach między społeczeństwami, narodami i państwami. Dlatego wyrażają nadzieję, że „osoby, które odpowiedzialne są za nasze państwo i międzynarodowe relacje, będą uwzględniać procesy pojednania które już się dokonały i będą budować je na tym kapitale”.

Jak pisze autor FAZ, biskupi nawiązują wyraźnie do historycznego tekstu z roku 1965, który był kamieniem milowym na drodze polsko-niemieckiego pojednania po II wojnie światowej – listu polskich biskupów do niemieckich hierarchów z historycznym sformułowaniem „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”. Przypomina, że komunistyczne władze zareagowały na ten list w latach 60-tych kampanią nienawiści i kłamstw przeciwko Kościołowi katolickiemu, zarzucając mu zdradę narodu i fałszowanie historii.

„List ten stał się jednak impulsem do inicjatyw pojednawczych w Polsce i w Niemczech, które z biegiem lat doprowadziły do coraz intensywniejszych i szerszych kontaktów między obydwoma państwami – stwierdza Reinhard Veser.

Jak pisze dalej w apelu biskupów opublikowanym w ubiegy piątek przypomina się także o tym, że Niemcy w minionych dziesięcioleciach przyczynili się do przezwyciężenia historycznej tragedii wojny. „Takich gestów czy słów nie wolno zmarnować ani roztrwonić, ponieważ to one właśnie utorowały nam drogę do narodów zjednoczonej Europy i są zobowiązaniem”.

Pomijanie faktów – napisano

Jak przypuszcza Reinahrd Veser, te niemieckie starania oczywiście będą natychmiast zanegowane przez kierownictwo PiS.

„Prezes Jarosław Kaczyński w wywiadzie udzielonym na początku sierpnia, który zapoczątkował kampanię w sprawie reparacji, mówił o tym, że Niemcy odsuwają od siebie odpowiedzialność za II wojnę światową.

Od tego czasu twierdzenie to powtarzane jest prawie codziennie przez polityków PiS każdej rangi np. przez marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który twierdził, że debata ws. reperacji wynikła dlatego, ponieważ ‘różne środowiska’ w Niemczech zaczęły ponoć ‘dość ekstrawagancko’ wypowiadać się o przeszłości Polski i nią manipulować’”.

Autor artykułu na łamach „FAZ” zaznacza że „ślepota wobec faktów w polsko-niemieckich relacjach nie jest niczym nowym”. Kiedy Jarosław Kaczyński, będąc jeszcze przewodniczącym małej chrześcijańsko-demokratycznej partii we wrześniu 1991 w Bonn spotkał się z kanclerzem Helmutem Kohlem, domagał się od niego deklaracji uznania granicy na Odrze i Nysie. Działo się to w rok po tym, jak Niemcy formalnie uznały tę granicę w traktacie i trzy miesiące po podpisaniu polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie.

Na komunistyczną modłę

Dziennikarz FAZ przypomina, że polski dziennikarz Michał Krzymowski cytuje w wydanej przed dwoma laty biografii Kaczyńskiego jego ówczesnego doradcę w sprawach polityki zagranicznej, który twierdził, że dzisiejszy prezes PiS zawsze obserwował niemiecką politykę z nieufnością, przypominającą zachowanie komunistycznej kadry lat 60-tych, czyli ludzi, którzy wtedy organizowali nagonkę na polskich biskupów.

„Dla głównego nurtu polskiej opozycji przeciwko komunistycznej dyktaturze postawa taka nie była jednak typowa.

Po pierwsze, niektórzy z jej liderów, jak pierwszy niekomunistyczny premier Polski Tadeusz Mazowiecki należeli do kręgów zbliżonych do Kościoła, które od poczatku lat 70-tych utrzymywały intensywne kontakty z Republiką Federalną.

Po drugie, czołowi działacze tego ruchu już wcześnie zorientowali się, że podtrzymywanie strachu przed Niemcami jest jedynym narzędziem komunistycznej propagandy, który faktycznie ma skuteczne działanie na dużą część narodu. Tylko Związek Radziecki mógł zagwarantować bezpieczeństwo Polski przed Niemcami, twierdziło wtedy kierownictwo partii. Twierdzeniu temu próbowali zaprzeczać krytycy reżimu w latach 80-tych, wskazując np. na europejskie powiązania Republiki Federalnej i zmiany, jakie zaszły w zachodnioniemieckim społeczeństwie. To zaowocowało, ponieważ po ogłoszeniu stanu wojennego w 1981 r. akcje pomocowe z Niemiec ulżyły w codziennym życiu biedujących wtedy Polaków. – Także o tym przypominają biskupi w swoim nowym apelu – pisze Reinhard Veser.

 

 


Jaka kara może grozić Polsce za odmowę przyjęcia uchodźców? Nieoficjalnie mówi się nawet o kwocie 1,5 mld euro!

Czy wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE odniesie oczekiwany skutek, a Polska i inne kraje zapłacą karę za odmowę przyjęcia uchodźców?

Jaka kara może grozić Polsce za odmowę przyjęcia uchodźców?

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej stoi na straży europejskiej prawożądności. Polsce grozi za naruszanie traktatów UE wysoka kara. Fot. Źródło: dw.de

Orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE potwierdza, że państwa członkowskie muszą wykonać decyzję o relokacji uchodźców. Dziennik „Die Welt” (8.09.2017) wyliczył, że Polsce za odmowę przyjęcia 6 tys. uchodźców i nieokazywanie solidarności grozi kara w wysokości 1,5 mld euro, Węgrom 325 mln, Słowacji 225 mln. Jednocześnie dziennik przypomina, że na przykład Niemcy, którym przydzielono z unijnego rozdzielnika 27 tys. uchodźców przyjęły dotychczas tylko 7 tys. i „teoretycznie” musiałyby zapłacić za niewypełnienie zobowiązań 5 mld euro.

Jednakże Komisja Europejska wszczęła postępowanie tylko przeciwko tym państwom, które kategorycznie odmówiły przyjęcia uchodźców – czytamy w „Die Welt”. Opiniotwórczy dziennik twierdzi, że wątpliwe jest, czy wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE odniesie oczekiwany skutek.

„Rzeczywiste zmniejszenie obciążenia Włoch, gdzie tylko w tym roku przybyło blisko 100 tys. ludzi, jest po prostu niemożliwe” – czytamy w berlińskim dzienniku. Kluczową kwestią jest, w jaki sposób UE chce zmusić niechętne do przyjmowania uchodźców kraje do zatroszczenia się o ludzi szukających ochrony, do zapewnienia im zakwaterowania i wyżywienia oraz perspektywy na przyszłość? Trudne zadanie, gdyż – jak zauważa dziennik – wschodnioeuropejskie państwa UE nie paliły się do tego po ogłoszeniu wyroku.

Czas na obronę europejskiej praworządności

„Frankfurter Allgemeine Zeitung” stwierdza na wstępie: „Są grzechy, grzechy śmiertelne, wykroczenia i zbrodnie. Reakcja Viktora Orbana na wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE jest zbrodnią na europejskim prawodawstwie”.

„Węgry Orbana odmówiły szacunku, akceptacji i uznania najwyższej instancji sądowej w Unii Europejskiej” – pisze Heribert Prantl w FAZ.

„To nie jest po prostu tylko obraza, bluźnierstwo i prawna zniewaga, nie jest to też tylko złe zachowanie; to jest atak na substancję podstawową Unii Europejskiej. Węgry sabotują europejskie status quo” – podkreśla dziennik.

Trybunał Sprawiedliwości UE jest powołany po to, aby wymierzać sprawiedliwość. Kto lekceważy sądownictwo stawia się ponad prawo – pisze Heribert Prantl. Uległość UE wobec tego byłaby nie tyle głupotą co samorezygnacją. „Gra przeciwko demokracji i praworządności rozpoczęła się na poważnie. UE musi na to poważnie zareagować“ – pisze FAZ. Herbert Prantl postuluje uruchomienie artykułu 7 Traktatu o UE przeciwko Węgrom za naruszenie prawa unijnego. Potrzebna jest jednak jednomyślność, której nie da się uzyskać, ponieważ Polska i Węgry będą się nawzajem wspierać.

Rozwiązaniem może być jednoczesne uruchomienie artykułu 7 Traktatu UE przeciwko Węgrom i Polsce, „gdzie o wiele mocniej naruszany jest podział władzy”.

 

 


Adam Mazguła: Czas na „rzeź niewiniątek”! PiS przygotowuje 700 procesów karnych o charakterze politycznym

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Oj, A. Macierewicz, wykosztuj się szybciej na te śmigłowce, bo świeżo zakupione samoloty dla VIP-ów mogą nie zdołać zabrać na pokład po zmianie władzy, wszystkich przestępców z waszej partii

PiS przygotowuje 700 procesów karnych o charakterze politycznym.

Dwa lata rządów PiS-u sprawiły, że skala zamachu tej partii na wolność i demokrację w Polsce osiągnęła niewyobrażalny poziom. Ataki płynące z ust liderów partii rządzącej, publiczne oskarżania i ubliżanie, nawet z trybuny sejmowej, to już norma w naszej podłej polityce „dobrej zmiany”.

Interwencje policji w stosunku do pokojowo protestujących ludzi, w czasie gdy wędrują hordy nawołujące do śmierci i wieszania wrogów faszyzmu, są jakimś chichotem z rozumu człowieka.

Pytam więc:

Kiedy ten, kto publiczne ubliża społeczeństwu, będzie pociągnięty do odpowiedzialności karnej.

Kiedy Brudziński, Błaszczak, Ziobro, Macierewicz i wielu innych zasiądą wreszcie na ławie oskarżonych?

Ciekawe, że opozycja nie obrzuca nikogo obelgami bez powodu, a gdy ma odmienne poglądy niż oponent – stara się uzasadnić swoje zdanie.

Tymczasem prokuratura i sądy, już coraz bardziej partyjno-faszystowskie, zaczynają wzywać ludzi – tych, których pod byle pozorem spisała policja, a nacjonalistyczny działacz, były już ksiądz, Jacek Mędlar czy Piotr Rybak, który spalił kukłę Żyda, są bezkarni? Media podały, że szef NIK jest oskarżony o naruszanie procedur konkursowych przy przyjęciach na stanowiska. HA, HA, HA!!!

PiS nie stosuje żadnych procedur, chyba że za takie uznamy poszukiwanie, na wysokie i dobrze płatne ciepłe posadki, kandydatów spośród rodzin działaczy tej partii, przysłowiowych Misiewiczów.

Nie ma procedur, to i nie ma łamania prawa… Tymczasem skala prawnego nękania opozycji przekroczyła już normy, nieosiągane od czasu stanu wojennego w Polsce. Jak dowiedziałem się ze strony internetowej Obywateli RP, przygotowuje się na razie 700 procesów karnych o charakterze politycznym. Procesy mogą się zacząć, skoro Z. Ziobro wprowadza niezawetowaną ustawę, która, wbrew pozorom, była kluczowa i najważniejsza z punktu widzenia bezprawia PiS-u w stosunku do obywatela. Potem już tylko obozy koncentracyjne i konfiskata mienia. To wszystko przecież historia zna…

I tu mam złą wiadomość dla PiS-u. Nawet, jak zamkniecie w więzieniach i obozach tysiące czy miliony ludzi, to i tak ta zmiana, prędzej czy później, upadnie!

Oj, A. Macierewicz, wykosztuj się szybciej na te śmigłowce, bo świeżo zakupione samoloty dla VIP-ów mogą nie zdołać zabrać na pokład po zmianie władzy, wszystkich przestępców z waszej partii.

 

Adam Mazguła 

 

 


Roman Giertych: Złodzieje

Roman Giertych

Roman Giertych

Nie spodziewałem się, że po niecałych dwóch latach będzie można zupełnie bezpiecznie o osobach, które rządzą publicznymi pieniędzmi za rządu PiS powiedzieć: złodzieje.

 

PiS postanowił wypromować, swoje partyjne pomysły na reformę sądów, z pieniędzy na promocję Polski poza granicami kraju.

Czy partie polityczne mogą na bilbordach przekonywać obywateli i Prezydenta do swoich programów lub pomysłów ustaw? Oczywiście. Od tego partie mają ogromne dotacje budżetowe.

Promocja własnego programu przez jedną partię z publicznych pieniędzy jest próbą zaoszczędzenia pieniędzy partyjnych.

Czasami rząd może podjąć decyzję o promowaniu programów rządowych, które już stały się obowiązującym prawem. W tym przypadku nie ma żadnego programu społecznego (takiego np. 500+), o którym należałoby poinformować społeczeństwo, a nadto program PiS w tym zakresie nie stał się prawem, gdyż w wyniku ogromnych protestów społecznych i wet Prezydenta, nie został uchwalony.

Decyzja PiS ma trzy wymiary.

Po pierwsze narusza fundament demokracji w Polsce. Jeżeli jedna partia, korzystając z tego, że jest przy władzy, pobiera wbrew ustawie o partiach politycznych pieniądze na promocję swoich programów, to znaczy, że mamy podważoną równość partii ( a więc i obywateli) w państwie. To początek również zamachu na równość w wyborach, która musi oznaczać równy dostęp do pieniędzy publicznych.

Po drugie: działanie to oznacza przestępstwo popełnione przez osoby odpowiedzialne za te środki publiczne i ich mocodawców. Przestępstwo przywłaszczenia środków publicznych o ogromnych rozmiarach na rzecz podmiotu prywatnego – partii politycznej Prawo i Sprawiedliwość.

Za przestępstwo to, osoby odpowiedzialne, prędzej lub później pójdą siedzieć.

Po trzecie: pieniądze te na podstawie ustawy o odpowiedzialności karnej podmiotów zbiorowych oraz ustawy o partiach politycznych będą musiały być zwrócone do budżetu państwa przez PiS.

Nie spodziewałem się, że po niecałych dwóch latach będzie można zupełnie bezpiecznie o osobach, które rządzą publicznymi pieniędzmi za rządu PiS powiedzieć: złodzieje.

 

Roman Giertych

 


Opowieść o 9 cudownych miesiącach

Wieść, że zostaniesz mamą to najczęściej szok. Nawet jeżeli staraliście się o nowego członka rodziny to taka informacja zawsze zwala z nóg Ciebie i ojca dziecka. Pozytywne odczucia, które z czasem przysłaniają jednak początkowy strach, dostarczają mnóstwa endorfin i wierzcie mi, będziecie wracać wspomnieniami do czasu ciąży. Jak najlepiej zachować te piękne momenty? Swoją historię opowie Justyna.

Opowieść o 9 cudownych miesiącach

Będę mamą! Będziesz tatą!

O tym, że zostanę mamą dowiedziałam się w marcu. W tajemnicy przed mężem zrobiłam sobie test, aby mieć pewność, bo symptomy ciąży zauważyłam już wcześniej.

Wynik? Pozytywny, bo za taki uznałam fakt przyszłego, przepraszam, obecnego macierzyństwa. Opowieść o 9 cudownych miesiącachMój mąż również zareagował dobrze. Zwykle to on dawał mi prezenty na dzień kobiet, ale tym razem, 8 marca coś podarowałam mu ja. Para małych bucików wprawiła męża w osłupienie, ale gdy dotarło do niego co oznacza takie symboliczne obuwie, przytulił mnie z radością.

Natychmiast zaczął wszystko planować. Układał listę rzeczy niezbędnych dla dziecka i dla mnie.

Przez jakiś czas czułam się lekko tym przytłoczona, choć oczywiście cieszyłam się z zaangażowania męża. Niedawno skończyliśmy 30 lat, wielokrotnie rozmawialiśmy o dziecku, udało się i to było teraz najważniejsze, ale… musiałam sobie znaleźć zajęcie, bo mąż chciał wyręczać mnie we wszystkim.

W wirze zajęć i radości

Podczas, gdy mój mąż skupiał się na zakupie fotelika, wózka, łóżeczka, zabawek i malowaniu pokoju, ja mogłam zająć się czytaniem poradników dla przyszłych mam, lecz i to wkrótce przestało mi wystarczyć. Chciałam pomagać mężowi, ale ten wpadł w wir pracy nad najlepszymi warunkami dla dziecka.

Opowieść o 9 cudownych miesiącachZaczęłam zastanawiać się co chciałabym kiedyś pokazać nowemu członkowi rodziny. Właściwie członkini, bo okazało się, że będziemy mieli dziewczynkę.

Chciałam jej kiedyś opowiedzieć jak tata przygotowywał dla niej miejsce, ile pracy w to wkładał, musiałam pokazać ten wyjątkowy czas oczekiwania. Dlatego zaczęłam po prostu fotografować. Męża, siebie i różne rzeczy. Tak się w to zaangażowałam, że powstało kilkaset zdjęć, które powoli przestały mieścić się mi na karcie i telefonie.

Odpowiedni czas, odpowiednie miejsce

Zaczęłam szukać miejsca na te fotografie. Zaczęłam tworzyć fotokalendarz, a pierwszą fotografią, którą w nim umieściłam była uśmiechnięta twarz męża z małymi bucikami w dłoni – dokładnie z 8 marca, gdy dowiedział się o dziecku.

Całe 12 kartek kalendarza wypełniłam zdjęciami rodziny i najbliższych przyjaciół. Zawsze robiłam im zdjęcie, gdy mówiłam o dziecku – każdy otrzymywał te symboliczne, małe buciki. Z zebranych tak fotografii stworzyłam fotokalendarz, na którym widniały zdziwione, ale szczęśliwe twarze bliskich. Zawiesiłam to na ścianie w pokoju małej, aby po narodzinach mogła oswajać się z nowymi twarzami na tym nowym dla niej świecie. Najpierw tata, bo mnie mała miała na co dzień, a on dużo pracował. Później dziadkowie, wujkowie i przyjaciele. Może mała ich kojarzyła, może nie, ale chciałam, aby czuła, że najbliżsi są przy niej… czuwają. Co ciekawe, kalendarz nie musiał rozpoczynać się w styczniu. Początek ustanowiłam na listopad, czyli miesiąc, w którym miała urodzić się nasza córka.

Hobby złożone ze wspomnień

Opowieść o 9 cudownych miesiącach

Swój drugi fotokalendarz, który opowiadał o pracy męża nad miejscem dla naszego dziecka, uzupełniłam zdjęciami, na których pozuję z coraz większym brzuchem.

Tym razem fotografował mąż. Było z czego wybierać więc żałowałam, że rok ma tylko 12 miesięcy… Może następnym razem zrobię książkę ze zdjęć? Póki co zostałam przy kalendarzach i robiłam je nawet po narodzinach córki, gdy spała.

Jeden fotokalendarz zrobiłam dla męża, na biurko, aby w pracy było mu milej na myśl o córeczce i żonie, które czekają na niego w domu.

Drugi dałam rodzicom i teściom, powiesili na ścianie i z radością wpatrywali się w swoją wnuczkę, gdy nie mogli do nas przyjechać.

Trzeci fotokalendarz przygotowałam dla… siebie. Prócz zdjęć zawierał miejsce na notatki, które wpisywałam, gdy mała spała. Lista zakupów, szczepienie, wizyta dziadków i coś co zauważałam u małej w odstępach tygodniowych, jej postępy, które powiem streszczałam mężowi.

Ani się obejrzałam, a nasza Kasia skończyła roczek i mój kalendarz…. nie, nie stracił ważności. Zachowałam go w szufladzie i kiedyś pokażę córce, gdy dorośnie.

Póki co, mąż tworzy nowy fotokalendarz i nie chce zdradzić szczegółów, ale mówi, że uśmiechnę się na widok efektu końcowego niczym on w dniu, w którym dowiedział się, że zostanie tatą.

Opowieść o 9 cudownych miesiącach

Gdy Kasia miała 2 latka zebrałam ilustracje postaci z bajek, które bawiły mnie w dzieciństwie. Umieściłam je w kalendarzu, powiesiłam na ścianie i widzę, że cieszą moje dziecko jak niegdyś mnie. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, szczególnie jeśli to owoc miłości rodziców.

 

Artykuł powstał we współpracy z CEWE – producentem kreatywnych fotokalendarzy, fotoobrazów, fotoprezentów i najchętniej kupowanej fotoksiążki w Europie.

 

 


Rozmiar się nie liczy? – zestawienie wielkości męskiego członka z różnych krajów świata

Mężczyzna często słyszy dziś, że rozmiar się nie liczy, gdyż to podobno technika jest najważniejszym elementem w staraniach wywołania rozkoszy u swojej partnerki. Choć w wielu przypadkach takie zapewnienie w rzeczywistości może mieć uzasadnienie, to często zapomina się, iż ta wielkość i jej przecenianie odnoszą się w szczególności do długości penisa, a nie jego grubości, która jest szczególnie stymulująca dla kobiety.

Rozmiar penisa

Oczywiście doświadczenie, zapał i umiejętność wsłuchania się w potrzeby partnerki są niemniej ważne, ale kiedy w ogóle można mówić, że penis jest mały? Jak Polacy, którzy według statystyk w ok. 65% są niezadowoleni z długości swojego przyrodzenia, wypadają w klasyfikacji światowej? A może kompleksy to kwestia kultury, w której żyjemy, a więc standardów w danym kraju, za które niesłusznie uznaje się wymiary panów najbardziej hojnie obdarzonych przez naturę? Sprawdźmy to!

Zabiegi powiększania penisa na świecie

Wiecie, jakie kraje zajmują pierwsze trzy miejsca na świecie w ilości zabiegów chirurgicznego powiększania członka?

Aż 20% wszystkich tego typu operacji wykonuje się w Niemczech. Na dwóch kolejnych miejscach plasują się Wenezuela i… Hiszpania. Co jednak najciekawsze patrząc na średnią długość przyrodzenia w tych państwach nie można powiedzieć, by była ona mała – zalicza się ją wręcz do średniej.

Wysoko w tym zestawieniu plasują się również panowie z Argentyny, Brazylii, Włoch, Meksyku czy Kolumbii, co oznacza, że w tych miejscach na świecie kompleks małego penisa jest najbardziej powszechny.

Polacy na tle innych krajów świata

Oczywiście powstało wiele infografik mówiących o tym, jakie „standardy” uśrednionej długości penisa obowiązują w różnych państwach świata. Niektóre z nich są prześmiewcze, inne natomiast oparte na wątpliwym materiale źródłowym. Czas więc aby przyjrzeć się twardym danym i na tej podstawie stworzyć zestawienie – na koniec porównamy sobie wyniki do polskiej fizjonomii.

Zacznijmy może od najbardziej hojnie obdarzonych przez naturę krajów, a są to Kongo (ok. 17,9 cm), Sudan (ok. 16,5 cm), Brazylia (ok. 16,1 cm), Francja (ok 16 cm), Włochy i Egipt (oba ostatnie kraje posiadają uśrednioną wartość na poziomie 15,7 cm).

W teorii najwięcej powodów do narzekania maja kobiety mieszkające w krajach, gdzie standardowa długość męskiego przyrodzenia jest najniższa. Jest tak tylko w teorii, gdyż jak można zauważyć nawet znalezienie się w na jednej z pierwszych pozycji w rankingu światowym nie jest w stanie zapobiec powstawaniu kompleksów i operacjom powiększania członka. Gdyby tak było, to największy odsetek takich ingerencji chirurgicznych notowano by w Korei Południowej (ok. 9,6 cm), Indiach (ok. 10,2 cm), Chinach (ok. 10,9 cm), Japonii (ok. 10,9 cm) i… USA (ok. 12,9 cm).

Penis w sam raz

Jak widać Polska nie pojawiła się jeszcze w zestawieniu, więc można się domyślić, że choć brakuje nam kilka centymetrów do panów z Konga, to i tak zalicza się nasze przyrodzenie do rozmiarów średniej długości.

Przywiązywanie nadmiernej wagi do tego, ile centymetrów jest w stanie osiągnąć penis we wzwodzie dużo częściej jest przyczyną strapienia mężczyzn niż kobiet.

Statystyczny obywatel naszego kraju osiąga ok. 14,3 cm długości, co jest wynikiem zadowalającym i porównywalnym między innymi do Wielkiej Brytanii (14 cm), Rosji (13,2 cm), Australii (13,3 cm), Niemiec (14,5 cm), Hiszpanii (13,9), Norwegii (14,3 cm), Iranu (14,5 cm) i Argentyny (14,9 cm).

Konsultacje merytoryczne zawdzięczamy portalowi PenisSizer


Potężne trzęsienie ziemi wstrząsnęło południowym wybrzeżem Meksyku

Potężne trzęsienie ziemi o magnitudzie 8.2 nawiedziło w czwartek w nocy czasu lokalnego południowe wybrzeże Meksyku – poinformowała Służba Geologiczna USA (USGS).

Epicentrum wstrząsów znajdowało się pod dnem Oceanu Spokojnego, około 120 kilometrów od miasta Tres Picos w stanie Chiapas, na głębokości 33 kilometrów.

Co najmniej 61 osób zginęło, a około 200 zostało rannych na skutek potężnego trzęsienia ziemi, które w czwartek o godz. 23.50 (czasu lokalnego) nawiedziło południowy Meksyk. Wstrząsy były odczuwalne również w środkowym Meksyku, w tym w stolicy.

Meksykańska agencja obrony cywilnej poinformowała, że było to najsilniejsze trzęsienie ziemi od 1985 roku, kiedy to południowe wybrzeże kraju nawiedził niszczycielski żywioł o magnitudzie 8,1 i pochłoną 9,5 tys. ofiar śmiertelnych.

Tsunami

Pacyficzne Centrum Ostrzegania przed Tsunami (PTWC) poinformowało, że pojawiły się rozległe, niebezpieczne fale tsunami na wybrzeżach Oceanu Spokojnego kilku państw Ameryki Środkowej. Poziom wody w niektórych miejscach podniósł się aż o metr.
W ciągu trzech godzin tsunami mogą wystąpić w Meksyku, Gwatemali, Salwadorze, Kostaryce, Nikaragui, Panamie, Hondurasie i Ekwadorze. Nie ma zagrożenia tsunami na Zachodnim Wybrzeżu USA.

 

(df) thefad.pl


Lech Wałęsa i Leszek Balcerowicz: Co jest najważniejsze w obecnej sytuacji Polski?

Były prezydent Lecha Wałęsa oraz Leszek Balcerowicz były wicepremier i lider Unii Wolności, wystosowali wspólne oświadczenie. W swoim piśmie zwracają uwagę na to co jest najważniejsze i co należy zrobić w obecnej sytuacji Polski.

Lech Wałęsa i_Leszek Balcerowicz

Lech Wałęsa i_Leszek Balcerowicz. Fot. Facebook / Lech Wałęsa

We wspólnym oświadczeniu Lech Wałęsa i Leszek Balcerowicz nawołują społeczeństwo obywatelskie, aby przybierało coraz bardziej zorganizowaną formę, „by móc skutecznie bronić wolności i państwa prawa w Polsce.”

Opozycja obywatelska i partie polityczne muszą ze sobą współpracować

Obydwaj politycy apelują aby opozycja obywatelska i partie polityczne współpracowały ze sobą. „Byłoby szkodliwą utopią wierzyć, że opozycja obywatelska może zastąpić opozycję polityczną. Sukces w powstrzymywaniu ustrojowej destrukcji Polski zależy ostatecznie od tego, jakie będą wyniki wyborów.” – podkreślili

Sprawcy nie mogą być anonimowi

W ocenie byłego prezydenta oraz byłego wicepremiera, należy „wzmocnić struktury, które będą rejestrować i podawać do opinii publicznej wszystkie przypadki łamania i nadużywania państwa przez funkcjonariusz państwa i działaczy partyjnych.” Sprawcy takich czynów nie mogą być anonimowi – zaznaczają obydwaj politycy.

Pomoc dla ofiarą nadużyć funkcjonariusz i działaczy partyjnych

Lech Wałęsa i Leszek Balcerowicz podkreślają również, że należy rozwinąć i wzmocnić struktury ochrony i pomocy dla osób, które są ofiarami nadużyć funkcjonariusz państwa i działaczy partyjnych.

 

(df) thefad.pl / Źródło: Lech Wałęsa, Leszek Balcerowicz