Waszczykowski wyliczył kwotę odszkodowań za II wojnę: Może i jeszcze więcej niż 1 bilion dolarów

Powinniśmy usiąść do poważnej rozmowy z Niemcami i wspólnie zastanowić się, jak wybrnąć z faktu, że na relacje polsko-niemieckie, cieniem kładzie się agresja niemiecka z 1939 r. i nierozwiązane kwestie po wojnie – powiedział szef MSZ Witold Waszczykowski, pytany o kwestię reparacji.

reparacje

Witold Waszczykowski. Fot. flickr.com

Waszczykowski pytany w poniedziałek w RMF FM, czy rząd będzie się domagał od Niemiec odszkodowań za II wojnę światową, powiedział:

– Ja nie jestem całym polskim rządem, ja jestem tylko ministrem, który sprawuje funkcję w rządzie – Jak dodał, może „pewne elementy naświetlić, przedstawić, np. kwestie prawne, historię prawną, natomiast decyzja wykracza poza prerogatywy tylko jednego ministra”. Podkreślił jednocześnie, że „przez siedemdziesiąt kilka lat, sprawa była zaniedbana”.

Bilion dolarów

Pytany, o jaką kwotę możemy się ubiegać od Niemiec, i czy może to być bilion dolarów, o czym mówił minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Błaszczak na sobotnim spotkaniu środowisk Radia Maryja i TV Trwam, powiedział:

– Może i jeszcze więcej (niż bilion dolarów). (…) Takich dokładnych wyliczeń nie zrobiono przez siedemdziesiąt kilka lat – zauważył.

– Wiemy, że wiele lat temu, za czasów prezydentury warszawskiej Lecha Kaczyńskiego, dokonywano takich obliczeń strat poniesionych za czasów II wojny światowej w Warszawie – przypomniał.

Przekonywał również, że „pod względem moralnym chyba nie ma dyskusji”, że Niemcy powinni zapłacić reparacje.

– Pod względem prawnym, kwestia jest niejednoznaczna, z różnych powodów, bo nie było zakończenia przez konferencję pokojową z Niemcami, nie było traktatu pokojowego – przyznał.

– Fakt jest jednak taki, że Polska uległa zniszczeniu, dokonano tutaj straszliwych zbrodni i rekompensaty za to nie otrzymaliśmy – zaznaczył.

Usiąść do poważnej rozmowy

– Powinniśmy usiąść do poważnej rozmowy z Niemcami i wspólnie zastanowić się, jak ze sprawy wybrnąć, jak wybrnąć z faktu, że na relacje polsko-niemieckie cieniem kładzie się agresja niemiecka z 1939 r. i nierozwiązane kwestie po wojnie – powiedział Waszczykowski. Przyznał, że „wymaga to szerszej decyzji, niż tylko ministra spraw zagranicznych”.

Waszczykowski oświadczył, że rząd przygotowuje stanowisko w sprawie reparacji. Nie mówił jednak, kiedy zostanie ona podjęta decyzja.

– Czekaliśmy siedemdziesiąt kilka lat na to, żeby wyjaśnić sprawę reparacji, wiele rządów poprzednich umywało ręce, albo pomińmy, co robiono. W związku z tym te kilka tygodni, czy nawet kilka miesięcy nas nie zbawi – zaznaczył.

 

(df) thefad.pl / Kurier PAP


Książę William i księżna Kate spodziewają się 3 dziecka

Książę William i księżna Kate zostaną rodzicami po raz trzeci.

 

Plotki o tym, jakoby księżna Kate była ciąży, wracają regularnie co kilka miesięcy. Po raz kolejny pojawiły się kilka tygodni temu, dziś jednak o tym, że Księżna Kate spodziewa się trzeciego dziecka oficjalnie poinformował na Twitterze Pałac Kensington.

W komunikacie podkreślono, że królowa Elżbieta II i pozostali członkowie rodziny królewskiej są „zachwyceni” informacją o trzecim dziecku Williama i Kate.

 

Para królewska ma już dwójkę dzieci: syna, księcia George’a oraz córkę, księżniczkę Charlotte. Trzecie dziecko Williama i Kate będzie piąte w linii do brytyjskiego tronu, po księciu Walii Karolu, księciu Williamie i parze rodzeństwa.

Mały książę George urodził się w 2013 roku i jest pierwszym prawnukiem panującego brytyjskiego monarchy od czasów królowej Wiktorii.

Książę George, w czwartek pójdzie po raz pierwszy do szkoły, do prywatnej Thomas’s Battersea w południowym Londynie, gdzie czesne wynosi ponad 17 tys. funtów rocznie.

 

(df) thefad.pl


Dlaczego Korea Północna w dalszym ciągu testuje rakiety i broń?

Dlaczego Korea Płn. w dalszym ciągu testuje rakiety i broń pomimo gotowości Zachodu do dialogu? Za tym kryje się podwójna logika – twierdzi Eric J. Ballbach ekspert, kierownik grupą badawczą „Korea Płn. i międzynarodowe bezpieczeństwo” w Instytucie Studiów Koreańskich na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie, w rozmowie z DW.

Fot. Źródło: dw.de

DW: Korea Płn. znów przeprowadza testy detonując ładunki i odpalając rakiety balistyczne pomimo wszelkich ostrzeżeń międzynarodowej społeczności. Jaka logika i kalkulacja kryją się za tym?

Eric J. Ballbach: Za zbrojeniami atomowymi Korei Płn. kryje się coś w rodzaju podwójnej logiki. Z jednej strony jest to znana logika odstraszania. Pjongjang czuje zagrożenie militarne szczególnie ze strony USA, a zatem broń nuklearna jest dla niego swego rodzaju najwyższą gwarancją państwowej suwerenności w tym kontekście. Ta logika funkcjonuje naturalnie tylko wtedy, kiedy zagranica wierzy, że Północni Koreańczycy rozwinęli swoją nuklearną infrastrukturę do pewnego stadium. Bynajmniej nie jest to irracjonalne – wręcz przeciwnie, nieodłącznym elementem logiki odstraszania są regularne testy systemów broni udowadniające, co się ma do dyspozycji.

W przypadku Korei Płn. w ostatnich miesiącach widoczne jest także staranie o połączenie obydwu wielkich technologii – broni nuklearnej i technologii rakietowej. Od strony technologicznej ten krok uważany jest za bardzo skomplikowany i z tego względu potrzebne są regularne testy.

Eric J. Ballbach: Istnieje szansa, że znów otwarte zostaną kanały dialogu, które od kilku lat były martwe. Fot. dw.de

DW: na czym polega druga logika północnokoreańskiego programu atomowego?

EJB: Druga logika dostarcza wyjaśnienia, dlaczego Korea Płn. wciąż podejmuje kroki w kierunku dalszej eskalacji, pomimo że nie są one aż tak korzystne dla własnych interesów bezpieczeństwa. Tutaj chodzi jednak o kwestie tożsamości i legitymacji. Podczas gdy logika odstraszania dyktowana jest przede wszystkim względami polityki zagranicznej, logika eskalacji skierowana jest raczej do wewnątrz. Reżim potrzebuje szerokiego i egzystencjalnego dyskursu na temat zagrożeń, by realizować swoje cele.

Można sobie bowiem wyobrazić, że także w totalitarnym państwie jak Korea Płn. projekt tak intensywny pod względem zasobów i kosztów jak program nuklearny, niemożliwy jest do utrzymania bez takiego zewnętrznego zagrożenia. Oznacza to, że poprzez te regularne testy reżim posyła do wewnątrz znak militarnej siły i sygnał, że decyzje zapadają nie w Waszyngtonie, tylko w Pjoengjang.

Prezydent Moon Jae-in był zawsze za dialogiem z Koreą Płn. Fot.Źródło: dw.de

DW: Z pozoru obecne warunki powinny sprzyjać zbliżeniu z Koreą Płn. Nowy prezydent Korei Płd. Moon Jae-in stwierdził, że pod pewnymi warunkami byłby nawet gotów do spotkania. Także ze Stanów Zjednoczonych nadchodziły sygnały, że rozmowy byłyby przynajmniej niewykluczone. Czyli jest właściwie to, czego Korea Płn.by sobie życzyła. Dlaczego więc te ciągłe prowokacje?

EJB: Z koreańskiej perspektywy kwestie testów rakietowych i dialog nie wykluczają się nawzajem. Pjongjang wie, że międzynarodowa społeczność stoi wobec problemu braku innych alternatyw. Same sankcje nie przyniosły pożądanego celu, akcje militarne nie są naprawdę realistyczne, ani pod względem politycznym, ani militarnym, ponieważ gros nuklearnej infrastruktury Korei Płn. znajduje się pod ziemią i w przeważającej części w ogóle nie wiadomo, gdzie się on znajduje. Oznacza to, że uderzenie militarne nie miałoby większego sensu. W rezultacie pozostaje więc bezczynność, co obserwowaliśmy w czasie rządów Baracka Obamy: czekano wtedy na załamanie się systemu i sprzedawano to jako strategię. Teraz widać, że nie da się uniknąć dialogu, o czym wie także Korea Płn. To znaczy w jej logice dalsze testy rakiet nie wykluczają dialogu. Przeżyliśmy to już w przeszłości po pierwszym teście atomowym w roku 2006, kiedy nie minął nawet miesiąc od podjęcia rozmów sześciu stron (ws. programu nuklearnego – przyp. red.). To znaczy prowokacje, także w przeszłości zawsze działały jak swego rodzaju dyplomatyczny katalizator, po którym ruszały znów dyplomatyczne inicjatywy. Pjongjang obstaje jednak przy tym, że w obecnych warunkach jego program nuklearny nie podlega w ogóle negocjacji.

DW: Co musiałoby się stać, żeby narodziły się realne szanse dla nowego dialogu?

EJB: Potrzebna byłaby wielka polityczna wola ze strony międzynarodowej społeczności, by poprzez dialog osiągnąć postęp w kwestii północnokoreańskiego programu atomowego. Bowiem w tym względzie w minionych 10 latach bardzo zmieniły się podstawowe przesłanki. Korea Płn. postrzega siebie samą jako mocarstwo atomowe i tak po prostu nie odda tego statusu, chyba że dostatecznie wysoka będzie cena polityczna. Byłyby to np. gwarancje nieagresji czy bezpieczeństwa, ale to przy obecnej obsadzie Białego Domu jest raczej nierealne. Widzę szansę w prezydencie Korei Płd., który jako współtwórca słonecznej polityki wie, że na średnią metę dialog z Koreą Płn. tylko wtedy będzie owocny, kiedy nie wszystkie zakresy wewnątrzkoreańskich relacji będą determinowane przez kwestie jądrowe, tzn. kiedy uda mu się odseparować debatę o kwestiach atomowych od kooperacji socjokulturalnej i ekonomicznej. Wtedy krok po kroku można by budować zaufanie, co jest absolutną podstawą pomyślnego dialogu z Koreą Płn.

Bardzo ciekawa jest sytuacja, że dynamika trzech konserwatywnych rządów: w Stanach Zjednoczonych, Korei Płd. i Japonii teraz została przerwana. Z liberalnym południowokoreańskim prezydentem, który zawsze podkreślał, jak ważny jest dialog z Koreą Płn., istnieje szansa, że znów otwarte zostaną kanały dialogu, które od kilku lat były martwe.

Eric J. Ballbach kieruje grupą badawczą „Korea Płn. i międzynarodowe bezpieczeństwo” w Instytucie Studiów Koreańskich na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie.

 

Rozmawiała Esther Felden / Redakcja polska 

 


Katarzyna Lubnauer: Rozpoczęcie roku szkolnego w polskiej szkole. Mam złe wieści

Rozpoczyna się rok szkolny w polskiej szkole. Mam złe wieści: Lepszej szkoły nie będzie.

„Polska szkoła wymaga reformy z prawdziwego zdarzenia, powinna zmieniać się na bardziej demokratyczną, przyjazną dziecku, uczącą interdyscyplinarnie, praktycznie i twórczo, ciekawą i rozwijająca chęć nauki i pogłębiania wiedzy przez całe życie. Taką, która uczy pracować w grupie, rozwija odpowiedzialność, tolerancję i empatię. Szkołę kształcącą człowieka, który myśli samodzielnie i krytycznie podchodzi do informacji, odróżnia prawdę od propagandy.”

Czyli dokładnie taką, jakiej nie wprowadza deforma PIS.

Bo celem deformy PIS nie jest kształtowanie kreatywnego, ciekawego obywatela świata, ale zideologizowanego, ograniczonego, posłusznego obywatela zaścianka.

Beata Szydło na inauguracji roku szkolnego w Pcimiu. Fot. flickr.com

4 września polskie dzieci nie idą do lepszej szkoły. Należy spodziewać się, że deforma minister Zalewskiej przyniesie edukacji straty na wszystkich polach: finansowym, jakościowym i osobowym. Jest to dobry przykład na to, jak PiS marnotrawi w każdym obszarze życia zasoby, które użyte z głową mogłyby podnieść jakość życia obywateli i potencjał Polski.

W jednym z programów radiowych poproszono polityka PIS o wymienienie 3 zalet reformy. Z trudem wydukał jeden argument: PIS obiecywał likwidacje gimnazjów w kampanii wyborczej, to było w programie partii.

Czy można taki argument uznać za sensowny? Czy my, jako społeczeństwo, mamy być ofiarą każdej, nawet durnej obietnicy rządzących? Szkoda, że zamiast niszczyć edukację, nie postawili na inne obietnice, jak wyższa kwota wolna dla wszystkich, powrót do 22% stawki podstawowej VAT, czy poprawa w ochronie zdrowia.

W sytuacji, w której politykowi PIS nie udało się przytoczyć nawet 3 argumentów za reformą, spisałam ponad 10 argumentów pokazujących jak chorym i anachronicznym pomysłem jest dzieło minister Zalewskiej.

Najważniejsze z nich to:

  • Wysokie koszty finansowe ponoszone przez samorządy wynikające z konieczności przystosowania szkół do nowej struktury.
  • 2 roczniki szturmujące szkoły średnie w 2019 roku – zabrane marzenia, ścisk w najlepszych liceach.
  • Zwolnienia nauczycieli i niepedagogicznych pracowników szkół.
  • „Latający” nauczyciele, czyli tacy, którzy w jednej szkole będą mieli tylko od 2 do 5 godzin tygodniowo. Nie będą oni w pełni uczestniczyć w procesie wychowawczym dzieci, co dla rodziców jest niezwykle istotne, ani nie zwiążą się mocno z żadną ze szkół. Ich los wynika z nowej siatki godzin.
  • Ograniczenie szans młodzieży wiejskiej, bo właśnie gimnazja wyrównywały poziom edukacji dzieci ze wsi i miast.
  • Brak pracowni przedmiotowych w małych wiejskich szkołach, które teraz będą uczyć biologii, chemii, fizyki i geografii. Brak sal gimnastycznych. Teraz w tych warunkach dzieci pozostaną 2 lata dłużej.
  • Słabe, archaiczne, ideologiczne programy nauczania, sztywny, ideologiczny kanon lektur szkolnych zniechęcający do czytania.
  • Podręczniki pisane na kolanie, w szybkim tempie, bez szans na nową jakość.
  • Obniżenie bezpieczeństwa w szkołach wynikające z umieszczenia w jednej szkole dzieci od 6 do 15 roku życia. Wszystkie problemy dorastania przenieśliśmy do podstawówki.
  • Luki w edukacji obecnych uczniów starszych klas szkoły podstawowej wynikające ze zmiany podstawy programowej w trakcie edukacji. W tym roku odczują to siódmoklasiści.
  • Uciekający nauczyciele i dyrektorzy z gimnazjów, szukający miejsc w innych placówkach, zanim ich szkoła przestanie istnieć.
  • Sztywne siatki godzin utrudniające dyrektorom szkół realizowanie autorskich pomysłów.
  • Edukacja ogólna, wspólna dla wszystkich dzieci, skróci się z 9 do 8 lat.
  • Odejście od nauczania interdyscyplinarnego, powrót do przedmiotowego, przeciwnie do światowych trendów.

Nie będę dalej pastwić się nad deformą, ale najbardziej zastanawia mnie jak można było przeprowadzić zmianę, która nie tylko nie ma zalet, ale której nie wspierają żadne autorytety naukowe, kwestionują nauczyciele i rodzice.

Polska szkoła wymaga reformy z prawdziwego zdarzenia, powinna zmieniać się na bardziej demokratyczną, przyjazną dziecku, uczącą interdyscyplinarnie, praktycznie i twórczo, ciekawą i rozwijająca chęć nauki i pogłębiania wiedzy przez całe życie. Taką, która uczy pracować w grupie, rozwija odpowiedzialność, tolerancję i empatię. Szkołę kształcącą człowieka, który myśli samodzielnie i krytycznie podchodzi do informacji, odróżnia prawdę od propagandy.

Czyli dokładnie taką, jakiej nie wprowadza deforma PIS.

Bo celem deformy PIS nie jest kształtowanie kreatywnego, ciekawego obywatela świata, ale zideologizowanego, ograniczonego, posłusznego obywatela zaścianka.

Takiego obywatela, który jak Minister Jan Szyszko nie ceni przyrody i ekologię uważa za lewacką lub takiego, jak Premier Beata Szydło, która jako premier swoją twarzą firmują to wszystko, co wyprawia PiS, a nie uważała za istotną znajomość daty wejścia Polski do UE. Czy człowieka, który nienawidzi „innych” jak minister Mariusz Błaszczak i chce tortur jak Patryk Jaki. A może jak Minister Antoni Macierewicz, który wszędzie widzi spiski. Ostatecznie posłusznego jak Prezydent Andrzej Duda, który potrzebował dwóch lat, żeby podjąć pierwszą samodzielną decyzję, czy jak Wicepremier Mateusz Morawiecki opowiadający bajki o milionie samochodów elektrycznych, zamiast realnie patrzeć na ekonomię. A w najgorszym przypadku, takiego jak Minister Anna Zalewska, promującego wzór obywatela koniunkturalisty, która najpierw tłumaczyła nam, że prawdziwa reforma edukacji wymaga kilku lat prac, a potem z politycznych powodów bezrefleksyjnie przepchnęła ją w rok.

Cenę, i to wysoką zapłaci społeczeństwo. A będzie to cena – za to, że PIS wbrew rozsądkowi i nawet wbrew Polakom (nastroje wokół gimnazjów znacząco zmieniły się przez te 2 lata) postanowił przeforsować swoją wolę. Po co? Może jak dziecko, co na złość mamie odmraża sobie uszy – bo wierzę, że za chaos PIS zapłaci przy wyborach 2019 roku. Zrobili, bo mają władze i mogą zrobić wszystko.

Szkoda, że mogło być lepiej, a będzie tylko gorzej.

Tylko dlaczego my wszyscy, nasze dzieci i wnuki, mamy płacić za upór i rewolucyjną politykę PIS?

 

Katarzyna Lubnauer


Adam Mazguła: Dzieci są przyszłością narodu

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Wbrew pozorom - władza wie, co robi. Cała doktryna PiS-u odpowiada na pytanie: czego chce Polak - niewykształcony, zaślepiony nauką proboszcza, skrzywdzony przez historię i los

 

Jak podczas zaborów, okupacji czy PRL – będziemy mieli dwie szkoły. Nauczyciele będą przekazywać to, co oficjalne i co „prawdziwe”, a rodzice – usuwać skutki partyjno-kościelnej indoktrynacji.

Pani minister, Anna Zalewska, dumna ze swoich pomysłów, podobno zreformowała dzieciom szkołę. Jednak już wiadomo, że nie ma programów, książek, że zwolniono nauczycieli, zmieniono układ przedmiotów, że zamknięto nawet szkoły dla niepełnosprawnych.

Rodzice protestują, samorządowcy się buntują, nauczyciele są pełni obaw, a rządzący zmielili prawie milion podpisów obywateli, protestujących przeciwko, jak ją nazywają, „deformie”.

Wbrew pozorom – władza wie, co robi. Cała doktryna PiS-u odpowiada na pytanie: czego chce Polak – niewykształcony, zaślepiony nauką proboszcza, skrzywdzony przez historię i los. Dlatego nie nauka jest tu najważniejsza. PiS wprowadza młodzież w świat bezkrytycznej wiary w dobrą władzę, zatroskaną o los porzuconego narodu, skrzywdzonego przez innych, okradzionego i poniżonego, pozbawionego godności.

Wrogowie, którzy są wszędzie, zabrali im pod Smoleńskiem uwielbianego prezydenta, Unii Europejskiej sprzedali interesy narodowe, nie chcą odszkodowań od Niemców za II Wojnę Światową i, na dodatek, występują przeciw wierze ojców, która każe klęczeć, bać się i wstydzić.

Tak buduje się historię i jej ocenę dla współczesnego ucznia. Dzieci będą się uczyć języka polskiego z wierszy o Smoleńsku. Religia stanie się królową nauk. Istotna będzie również atmosfera w szkole, w której pierwsze skrzypce gra ksiądz, jako osoba celebrująca wszystkie uroczystości państwowe i kościelne, sugerująca, jakie modlitwy są właściwe i mogąca interweniować u dyrektora, w razie gdy jakiemuś katolickiemu dziecku powinie się noga z przedmiotów ścisłych. Uczyć się będzie dzieci, że ksiądz i wiara w przyszłość są ważniejsze od naukowej znajomości zagadnień. Dzieci mają być przede wszystkim bezmyślne, posłuszne, mają czołem bić pokłony przed władzą.

Do tych samych głupot odwołują się wytyczne, nakazujące wieszanie krzyży a także portretów przywódców partyjnych w klasach szkolnych – to znana i śmieszna historia indoktrynacji. To dowód na złe intencje władz.

Zastanawiam się, jak brzmi podstawowe pytanie w edukacji. Myślę, że brzmi mniej więcej tak: jaka wiedza jest dzisiaj potrzebna do życia i rozwoju współczesnemu człowiekowi?

Podstawę do tych rozważań daje, moim zdaniem, Konstytucja RP, która mówi, jakie prawa i powinności spoczywają na dorosłym obywatelu naszej ojczyzny. Kluczem do sukcesów wychowawczych jest szacunek do historii kraju, do rodziców, prawa, społeczeństwa, do innych narodów i różnorodności religijnej.

Wyzwania dla szkoły stawia także rozwój cywilizacji. Musimy uczyć informatyki, języków, rozumienia współczesnego świata – to oczywiste. Ale ważne jest również nauczanie o tym jak należy poruszać się pojazdami po drogach, obliczania podatków, korzystania z kont bankowych i podstaw administracji – przynajmniej w zakresie potrzebnym do swobodnego poruszania się młodego obywatela w urzędach czy bankach.

Musimy uczyć przyjaźni i szacunku do wszystkich narodów, podstaw prawa obowiązującego w kraju i UE, korzystania z aktów świadomej demokracji oraz zaangażowanych postaw społecznych. Ważne, aby wrócić również do nauki podstaw naszego bezpieczeństwa narodowego.

Dzieci są przyszłością, a edukacja – to inwestycja w przyszłość, nie tylko narodu, ale także rodzin.

Dlatego rodzice nigdy nie zdecydują się na wychowanie swoich dzieci w kłamstwie.

Kaczyści!

I tak, ostateczne, będziecie przedmiotem kpin następnych pokoleń.

 

Adam Mazguła

 


Zapraszam na Kongres Kobiet. Będą z nami p. Wałęsowa, Komarowska, Kwaśniewska. Pani Duda będzie na kongresie PiS

Magdalena Środa

Polityczki, dziennikarki, naukowczynie, licealistki, aktorki, artystki… Cała Polska mądra tam będzie!

 

9 i 10 września odbędzie się wielki Kongres Kobiet: wolne kobiety, wolne dyskusje w wolnym mieście Poznań! Rejestrujcie się!

Ostatnia szansa! Wstęp wolny (www.kongreskobiet.pl).

Będą z nami wszystkie dziewczyny z Czarnego Protestu, z organizacji kobiecych i feministycznych z całej Polski, będą z nami Olga Tokarczuk, Ewa Woydyłło, Basia Nowacka, Danuta Wałęsowa, Renata Dancewicz, Anna Komarowska, Jolanta Kwaśniewska.

Pani prezydentowa Duda będzie w tym czasie na „konkurencyjnym” kongresie PiS w Licheniu.

Będą z nami wszyscy, którzy wspierają prawa kobiet (m.in) Jacek Jaśkowiak, Robert Biedroń i Jerzy Buzek.

Polityczki, dziennikarki, naukowczynie, licealistki, aktorki, artystki… Cała Polska mądra tam będzie!

Zapraszam!!!

 

Magdalena Środa


Rabunek polskich dzieci. Historia uprowadzonej i germanizowanej przez nazistów dziewczynki

W latach 40-tych tysiące polskich dzieci zostało porwanych przez nazistów w celu „zniemczenia”. Wywózka do Niemiec, a następnie oderwanie od kochającej rodziny w Austrii to podwójna trauma dla 83-letniej Zyty.

W 30-metrowym mieszkaniu na warszawskiej Pradze są dwie klatki z papużkami, akwarium, duża stojąca suszarka do włosów z zakładu fryzjerskiego z lat 80-tych, dwupoziomowe łóżko i liczne doniczki z kwiatami.

Kuchenka gazowa jest w przedpokoju, a na kuchennym blacie, który służy jednocześnie za stół jadalny, piętrzy się stos surowych ćwiartek kurczaka, które 83-letnia właścicielka tego królestwa Zyta Suś po kolei wrzuca do garnków. Właśnie przyrządza obiad na parę dni dla dwunastu kotów, które z całej okolicy zejdą się na podwórko specjalnie dla niej.

Dziewczynka numer 129

Znad łóżka spogląda na to wszystko rezolutna ośmiolatka. Gdyby nie numer, którym opatrzono zdjęcie, mogłaby to być zwykła fotografia dumnej uczennicy. To mała Zyta Suś. W 1942 roku staje się dzieckiem o numerze 129, wraz z tysiącami dzieci w Polsce i innych krajach okupowanych przez III Rzeszę przeznaczonymi do germanizacji. Nazwisko Suś zmieniono na Suse. Smutna dziewczynka na zdjęciu z warkoczykami i w sukience w groszki na swoim koncie ma już kilkuletnie piekło tułaczki, bicia, głodu i samotności.

Przyszła na świat w czerwcu 1934 roku jako córka robotnicy fabryki włókienniczej. Matka zmarła 2 miesiące po porodzie, a znajoma matki Zyta Suś oddała ją do sierocińca. Dziecku nadano identyczne imię i nazwisko. 83-letnia dziś Zyta do dziś nie wie, kim była jej biologiczna matka.

Maleńka Zyta Suś z mamą (po lewej stronie) i kobietą, która adoptowała ją po wojnie

Małe Auschwitz

Mała Zyta ma pecha, że trafia do domu dziecka. To właśnie z sierocińców w krajach okupowanych przez nazistowskie Niemcy w pierwszej kolejności selekcjonuje się dzieci „przydatne do zniemczenia”, które mają zasilić aryjską rasę.

W lipcu 1941 roku Zyta trafia do obozu koncentracyjnego dla dzieci we wcielonej do Rzeszy Łodzi, nazwanej przez Niemców Litzmannstadt.

– Niemcy wkroczyli do sierocińca. Głośne rozkazy wypełniły korytarz. Jeden z umundurowanych Niemców ze swastyką na ramieniu i pejczem w ręku rozkazał, by następnego dnia wszystkie dzieci ogolono i dostarczono do jakiegoś miejsca pod Łodzią. Więc nazajutrz maszerowałyśmy z naszymi opiekunkami przez miasto, weszłyśmy na jakieś wielkie podwórze, gdzie musiałyśmy nago stawać przed komisją lekarzy, a potem w drelichowych bluzach i drewniakach przekroczyłyśmy kolejną bramę z napisem „Jugendverwahrlager Litzmannstadt”. W obozie było nam bardzo źle – wspomina Zyta, opowiadając o biciu i głodzie.

Zachowane w archiwach dokumenty mówią o racjach żywnościowych w łódzkim dziecięcym obozie koncentracyjnym: na obiad przypadało na dziecko 35 gram mięsa, 107 gram ziemniaków i 60 gram kaszy – to wszystko w formie zupy.

Pierwsze spotkanie ze śmiercią

W łódzkim „małym Auschwitz” dzieciom, często zupełnie nie znającym niemieckiego, zabrania się mówić po polsku.

Zyta wspomina Genię, która „trzy razy zmoczyła w nocy materac i trzy razy była za to bita pejczem przez nadzorczynię Eugenię Pohl.”

– Musiała przy tym po niemiecku liczyć głośno każde uderzenie. Za trzecim razem wyniosłyśmy ją półżywą. Czuwałyśmy przy niej całą noc. Rano Genia powiedziała, że umrze. Prosiłyśmy, by tego nie robiła. Parę minut później już nie żyła. To było moje pierwsze spotkanie ze śmiercią. Odczułam wielki strach”. – opowiada pani Zyta.

Nadzorczyni Eugenia Pohl aż do lat 70-tych pracowała w Łodzi jako przedszkolanka pod zmienionym nazwiskiem Poll. W 1974 została przez sąd skazana na 25 lat więzienia za spowodowanie śmierci jednej z dziewczynek w „małym Auschwitz”. Wyszła przed końcem wyroku za dobre sprawowanie.

Szokujące odkrycie

Z obozu w Łodzi Zyta trafia do Bruczkowa pod Kaliszem – punktu zbiorczego dla dzieci z okupowanej Polski „zdolnych do zniemczenia”, a stamtąd do zakładu opiekuńczo-wychowawczego w Achern w Bawarii prowadzonego przez Lebensborn – organizację prowadzącą zniemczanie porwanych dzieci. W Achern za zdarcie plakatu Hitlera z drzwi Zyta karana jest wielodniową głodówką w piwnicy.

W kolejnym ośrodku Lebensbornu – tym razem jest to Steinhöring koło Monachium – Zyta jest prezentowana potencjalnym niemieckim opiekunom. Trafia do zamożnego młodego małżeństwa.

– W ogródku były róże, takie piękne, że po dziś dzień staram się mieć podobne na balkonie. Za domem był sad. Na ganku – wiklinowy stół, a na nim kosz z pomarańczami. Nie wiedziałam wtedy, co to są pomarańcze – wspomina.

A jednak Zyta nie może tam zostać, bo dokonuje szokującego odkrycia.

– Jeden pokój był przygotowany dla mnie – buciki, sukienki równo powieszone w szafie, zabawki. I wtedy zobaczyłam tę lalkę. Potem nie chciałam już tam zostać. Dokładnie taką samą lalkę miała dziewczynka, która musiała oddać swoje zabawki, gdy wtedy w Łodzi stawałyśmy nago przed komisją lekarską. Może to była ta sama lalka? – zastanawia się Zyta.

Szczęśliwy dom

– Skoro nie podoba ci się u bogatych, trafisz do biednych – słyszy po powrocie do ośrodka Lebensbornu. Trafia do rodziny Bliem w Salzburgu i zaczyna się jedyny szczęśliwy okres w jej życiu. Zaczyna chodzić do szkoły, a w domu pomaga pani Bliem zszywać z kawałków dzianiny swetry dla Wehrmachtu. Teraz nazywa się Zita. Uwielbia buszować w ogrodzie z gruszą i wielkim orzechem. Z zapałem uczestniczy w spotkaniach hitlerowskiego Związku Niemieckich Dziewcząt, mówi płynnie po niemiecku, zapomina o polskim i Polsce.

Kiedyś spotyka jednak przebywającego w sąsiedztwie starszego o parę lat Janka, którego zna z obozu w Litzmannstadt. Janek mówi jej: „Pamiętaj, że jesteś Polką”. Zita zapamiętuje te słowa.

Drugie porwanie

W sierpniu 1945 roku pod dom Bliemów podjeżdża elegancka czarna limuzyna. Wysiadają z niej kobieta i mężczyzna i pytają, czy w tym domu jest jakieś dziecko z Polski.

Zita wyrywa się z odpowiedzią po niemiecku: „Tak, jestem Polką”. Przecież Janek kazał jej tak mówić. Gdy zostaje zaproszona do auta, wsiada z ciekawością, mając nadzieję na przejażdżkę. Auto odjeżdża, a ona nie rozumie, dlaczego przyszywani rodzice płaczą na ganku. Pojmuje sytuację wiele godzin później, gdy siedzi w bydlęcym wagonie z dziesiątkami innych „Ostkinder”, które polskie państwo postanowiło odzyskać po wojnie z niemieckich i austriackich domów i ośrodków wychowawczych. Teraz Zita oddałaby wszystko, by znów znaleźć się u „mamy Bliem” w Salzburgu.

Kolejne piekło

W Łodzi znów ląduje w sierocińcu. Tęskni za austriackim domem – jedynym, jaki kiedykolwiek miała. Tu jest wyśmiewaną obcą „Niemką”, mówiącą łamaną polszczyzną z akcentem.

Radość Zyty jest wielka, gdy zgłasza się po nią para, którą kierowniczka ośrodka przedstawia jako jej rodziców. To Zyta Suś – ta sama znajoma jej biologicznej matki, która w 1934 roku dwumiesięczną dziewczynkę oddała do domu dziecka i nadała jej swe imię i nazwisko. Jednak Zyta o tym nie wie. Wierzy, że to jej prawdziwa matka. Jej mąż Antoni to gorliwy członek PPR, a później PZPR, który wraz z nową rodziną jedzie umacniać władzę ludową na „ziemiach odzyskanych”.

W poniemieckim domu w podolsztyńskiej wsi Łogdowo zaczyna się kolejne piekło małej Zyty. Teraz jest karana za swój niemiecki. Żyje w izolacji od otoczenia. Nikt nie ma prawa usłyszeć jej twardego akcentu. Do domu przychodzi nauczyciel polskiego, który uczy ją zapomnianego prawie języka. Za każde niemieckie słowo „matka” wymierza bicze.

Szukanie śladów

W wieku 26 lat Zyta wyprowadza się od opiekunów. Kończy w Warszawie szkołę fryzjerską. Wychodzi za mąż. Małżeństwo trwa krótko, mąż umiera po roku. Nigdy nie dowiedział się o przeszłości swej żony. Podobnie jak znajomi i klientki warszawskich zakładów fryzjerskich, gdzie spędza ponad 30 lat swego zawodowego życia. Zyta chce zapomnieć. Każe nazywać się Żenią.

Po śmierci ludzi, których uważała za swoich rodziców, dowiaduje się od ich krewnych, że była adoptowana. W dodatku najprawdopodobniej miała brata bliźniaka – Andrzeja. Udaje się w wędrówkę po łódzkich urzędach w poszukiwaniu śladów swojej prawdziwej rodziny. Bez rezultatu.

– Moje największe marzenie to dowiedzieć się, kim była moja mama. Przed śmiercią chciałabym jeszcze znaleźć jej grób – mówi.

Samotni wśród żyjących

Po wielogodzinnych opowieściach, które Zyta snuje w swoim warszawskim mieszkaniu, wszelkie dokumenty i fotografie są pieczołowicie zamykane w szafkach i szufladach. Nic nie może zostać na wierzchu, nikt nie może się o niczym dowiedzieć. Ani sąsiedzi albo wpadające jeszcze czasem byłe klientki. Nie zgadza się też na publikację aktualnego zdjęcia ani na filmowanie. Boi się po raz kolejny zostać przedmiotem kpin.

O dzieciach zrabowanych przez niemieckich okupantów, a następnie siłą zabranych nowym rodzicom, mówi: „Skradziono nam nasze dzieciństwo. Po dziś dzień mam chroniczną neurozę. To my. Nieufni, samotni pośród żyjących. Nie trzeba być zabitym, by umrzeć.”

 

Redakcja polska 

 



Nawyk jedzenia odchodów, czyli koprofagia u psów – skąd się bierze i jak jej zapobiegać?

Psy robią czasem rzeczy, które dla właścicieli są ciężkie do zrozumienia, a nawet przerażające. Jedną z takich skłonności jest niewątpliwie koprofagia, czyli nawyk jedzenia odchodów. Z ludzkiej perspektywy jest to obrzydliwe, ale najwyraźniej psy z jakiegoś powodu czasami ciągnie w tę stronę… Nie ma co załamywać rąk, lecz należy zastanowić się dokładnie, skąd u psa mogło pojawić się takie zachowanie. Okazuje się bowiem, że bywa ono rezultatem poważnych problemów zdrowotnych, z którymi trzeba sobie poradzić.

Nawyk jedzenia odchodów, czyli koprofagia u psów – skąd się bierze i jak jej zapobiegać?

Dlaczego psa ciągnie do odchodów?

Bardzo często zdarza się, że psy jedzą odchody, by uzupełnić swoją dietę o składniki, których nie dostarczamy mu w podawanym mu jedzeniu. Niektórzy na pewno zadadzą teraz pytanie: „Ale jak to? Co takiego może być w odchodach, co ja powinienem podawać psu?”.

Odpowiedź jest bardziej prosta i logiczna, niż mogłoby się wydawać. Otóż odchody bywają dla psów źródłem bakterii, które są niezbędne dla prawidłowej pracy jelit. Psy są bowiem mięsożercami i w przeciwieństwie do roślinożerców ich układy pokarmowe nie wytwarzają dużej ilości pożytecznych bakterii, które byłyby w stanie wyprzeć patogeny z układu pokarmowego. Kiedyś psy mogły rozwiązać ten problem jedząc żołądki upolowanych roślinożerców, ale teraz żywią się karmami, które nie mogą pod tym względem ich zastąpić. Nic dziwnego więc, że zwracają się do jedynego źródła korzystnych dla pracy ich układu pokarmowego bakterii, jakie jest im znane…

Co zrobić z koprofagią u psa?

Owe niedobory są szczególnie powszechne u udomowionych psów ze względu na mało urozmaiconą dietę oraz nieodpowiednie stosowanie antybiotyków, które niestety oprócz chorób eliminują też niezbędne elementy flory bakteryjnej jelit. Na szczęście właściciele psów nie muszą być bezradni w tej kwestii. Sposobów jest kilka:

powrót do naturalnej diety – dieta BARF, która zakłada karmienie psa wyłącznie surowym jedzeniem jest bogata w bakterie, ponieważ pies otrzymuje dzięki niej mięso roślinożernych zwierząt pełne niezbędnych bakterii zakup odpowiednich suplementów diety – na rynku dostępnych jest wiele suplementów diety bogatych w probiotyki takie jak np. drożdże piwne

Niezależnie od wybranego sposobu radzenia sobie z tym problemem, na pewno trzeba traktować go bardzo poważnie. Pamiętajmy bowiem, że zdrowy układ pokarmowy psa to również zdrowy układ immunologiczny – ten drugi potrzebuje bowiem do działania dużo energii, którą może uzyskać tylko wtedy, gdy pokarm zjadany przez psa jest odpowiednio przyswojony.

Z drugiej jednak strony zjadania przez psa odchodów nie zawsze jest wynikiem niedoboru określonych składników w organizmie. Czasami pies po prostu przyzwyczaja się do tego „smakołyku” – jest to tym bardziej możliwe, że psy w wieku szczenięcym mają tendencję do wkładania sobie do ust wszystkiego, na co najdzie je ochota i jeżeli przyzwyczają się do odchodów, trudno może być je od tego odzwyczaić.. Wtedy konieczne będzie wytresowanie psa w sposób, który da mu wyraźnie do zrozumienia, że nie powinien jeść takich rzeczy!

Objaw poważnego problemu

Koprofagia u psów jest nie tylko problemem samym w sobie, ale i w większości przypadków objawem poważnych komplikacji zdrowotnych. Jeżeli więc pies zaczyna traktować leżące na trawniku odchody jako przysmak, należy nie tyle go strofować, co zastanowić się nad sposobem, w jaki go karmimy.

Dziękujemy portalowi rumen-tabs-dla-psow.pl za współpracę merytoryczną.


Adam Mazguła: Dlaczego Macierewicz walczy z mądrymi, a otacza się kompletnymi matołami?

Adam Mazguła

Adam Mazguła

Dlaczego Macierewicz niszczy wojsko, kompromituje prawdę, a gloryfikuje wiarę? Dlaczego jego wrogami są harcerze?


A. Macierewicz jako minister od wojny, toczy ją stale i zgodnie z oczekiwaniami swoich wyznawców. Dlaczego jednak jego wrogami są harcerze?

Dlaczego walczy z mądrymi, a otacza się kompletnymi matołami?

Dlaczego walczy z redaktorem Tomaszem Piątkiem, a nie wyjaśnia podstawowych wiadomości wskazujących, że jest narodowym zdrajcą?

Dlaczego dzisiaj generał to nie wykształcony i zaangażowany w sprawy obrony Konstytucji RP dowódca, a oficer to sługus polityczny?

Dlaczego niszczy wojsko, kompromituje prawdę, a gloryfikuje wiarę?

Widać, ważniejsza jest wiara w silną armię i przyszłe zwycięstwa niż prawda o upadku morale wojska i marazm kompetencji, co gwarantuje klęskę.

 

Adam Mazguła


Magdalena Środa: Nie mamy już rocznicy wybuchu II wojny światowej tylko apel „poległych” w Smoleńsku

     Magdalena Środa
Nie mamy już rocznicy wybuchu II wojny światowej tylko apel „poległych” w Smoleńsku, nie ma już rocznicy Westerplatte tylko 8 rocznica „słynnego wystąpienia Lecha Kaczyńskiego

 

Chyba należę do ostatniego pokolenia dla którego 31 sierpnia i 1 września znaczą co innego niż dla obecnej władzy (a ta utrwala się lepiej niż beton) i przyszłych pokoleń.

Bo – jak się okazuje- nie mamy już rocznicy wybuchu II wojny światowej tylko apel „poległych” w Smoleńsku, nie ma już rocznicy Westerplatte tylko 8 rocznica „słynnego wystąpienia Lecha Kaczyńskiego” (o czym przypomniała natchniona jak zwykle Fotyga).

Porozumienia sierpniowe zostały podpisane przez Kaczyńskich i ich ludzi (Gwiazda, Walentynowicz, Wyszkowski), Wałęsa stał tam gdzie ZOMO, a „solidarność” to nie więź ponad podziałami ale korporacyjna organizacja współpracująca z monopartyjnym systemem…. białe jest dziś czarne, czarne jest dziś białe…

Czy ktoś jeszcze pamięta Orwella?

Bo może jego dystopia nie była utworem literackim tylko proroczym reportażem z państwa PiS?

 

Magdalena Środa