Zarzuty poświadczenia nieprawdy i przywłaszczenia 121 tys. zł dla byłego lidera KOD Mateusza Kijowskiego
Prokuratura Okręgowa w Świdnicy przedstawiła dziś (28 czerwca 2017 roku) zarzuty byłemu przewodniczącemu Komitetu Obrony Demokracji Mateuszowi K. i byłemu skarbnikowi stowarzyszenia KOD Piotrowi C. dotyczące poświadczenia nieprawdy w fakturach, przywłaszczenia 121 000 złotych i próby przywłaszczenia kolejnych 15 000 złotych.
Śledztwo w tej sprawie prokuratura wszczęła 15 lutego 2017 roku na podstawie doniesień złożonych m.in. przez ówczesnego skarbnika KOD Piotra C.
Jak poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Świdnicy Tomasz Orepuk, w świdnickiej prokuraturze rozpoczęło się przesłuchanie w charakterze podejrzanych Mateusza K. oraz Piotra C.
– Podejrzanie sami stawili się do prokuratury. Prokurator postawił im zarzut poświadczenia nieprawdy w fakturach, przywłaszczenia 121 tys. zł i próby przywłaszczenia 15 tys. zł – powiedział Orepuk.
Zarzuty poświadczenia nieprawdy
Prokuratura zarzuca podejrzanym, że działając wspólnie i w porozumieniu, od 10 marca do 15 listopada 2016 roku poświadczyli nieprawdę w 9 fakturach wystawionych przez firmę Mateusza K. MKM Studio sp. z o.o. na rzecz Komitetu Społecznego KOD (6 faktur) i Stowarzyszenia KOD (3 faktury). Faktury obejmowały koszty usług informatycznych, które w rzeczywistości nie zostały wykonane.
Obaj podejrzani przywłaszczyli z tego tytułu 121 000 złotych. Usiłowali także przywłaszczyć na szkodę Stowarzyszenia KOD pieniądze w kwocie 15 000 złotych za rzekome wykonanie podobnych usług, jednak wypłaty zostały zablokowane przez członków zarządu KOD.
Jak wynika z ustaleń śledczych, wypłat na rzecz firmy Mateusza K. dokonywał ówczesny skarbnik KOD Piotr C. ze środków zebranych podczas publicznej zbiórki pieniędzy pod nazwą „Dla demokracji”. W przypadku faktur wystawionych na rzecz Komitetu Społecznego KOD odbywało się to niezgodnie z celami zbiórki wskazanymi przez Komitet w zgłoszeniu zbiórki publicznej.
Wypłaty były ponadto sprzeczne ze Statutem Stowarzyszenia KOD, zgodnie z którym do zaciągania zobowiązań na kwotę powyżej 10 000 zł jest konieczna uchwała Zarządu, a taka nie została podjęta.
W myśl Statutu zabroniony jest też zakup towarów lub usług od podmiotów, w których uczestniczą członkowie bądź pracownicy Stowarzyszenia i jego organów oraz bliskie im osoby, na zasadach innych niż w stosunku do osób trzecich lub po cenach wyższych niż rynkowe.
Przestępstwo zarzucane obu podejrzanym jest określone w przepisach art. 271 § 1 i 3 k.k. i art. 284 § 2 k.k. Grozi za nie kara do 8 lat pozbawienia wolności.
(df) thefad.pl / Prokuratura Okręgowa w Świdnicy
Merkel zapowiada możliwość zalegalizowania w Niemczech małżeństw osób homoseksualnych
Kanclerz Merkel wycofała się ze sprzeciwu w sprawie zrównania małżeństw jednopłciowych z małżeństwami heteroseksualnymi i zapowiedziała, że zezwoli, by posłowie CDU głosowali w Bundestagu zgodnie ze swym sumieniem.
CDU zmienia stanowisko wobec spornej kwestii małżeństw tej samej płci. Podczas dyskusji zorganizowanej wczoraj w Berlinie (26.06.2017) przez redakcję kobiecego magazynu „Brigitte”, Angela Merkel powiedziała, że życzy sobie, aby decyzę zrównującą w prawach związki homoseksualne z małżeństwami heteroseksualnymi „podjęto raczej zgodnie z sumieniem posłów CDU niż w oparciu o dyscyplinę partyjną”.

Angela Merkel w rozmowie z redaktor naczelną tygodnika „Brigitte” Brigitte Huber (25.06.2017). Fot. Źródło: dw.de
Unia CDU/CSU o równości małżeństw
W niedzielę (25.06.2017) wieczorem na forum prezydium CDU i w poniedziałek (26.06.2017) w zarządzie partii przez dłuższy czas dyskutowano, jak należałoby najlepiej włączyć kwestię równości małżeństw w program wyborczy unii CDU/CSU. Z bawarską CSU uzgodniono, że podczas głosowania nad ustawą w tej sprawie w Bundestagu nie będzie obowiązywać dyscyplina partyjna. Chadeccy posłowie będą zatem mogli opowiedzieć się za lub przeciw małżeństwom dla wszystkich na podstawie swych osobistych przekonań i światopoglądu.
W praktyce oznacza to wprowadzenie także w Niemczech przepisów zrównujących małżeństwa osób tej samej płci z małżeństwami mieszanymi, ponieważ zwolnienie posłów chadeckich z obowiązku przestrzegania dyscypliny partyjnej daje większość zwolennikom takiego rozwiązania. Za wprowadzeniem równości małżeństw opowiadają się od dawna SPD, Zieloni, FDP i partia Lewica. Unia CDU/CSU była do tej pory jedynym ugrupowaniem politycznym w Niemczech sprzeciwiającym się przyznaniu pełni praw małżeństwom jednopłciowym.
Łatwiejsza droga do zawiązania koalicji
Do głosowania w Bundestagu w tej sprawie powinno dojść jeszcze przed letnią przerwą w obradach parlamentu. Poseł Zielonych Volker Beck zaapelował do kanclerz Merkel aby nastąpiło to już w tym tygodniu. Jego zdaniem niemieckie społeczeństwo sobie tego życzy, a ponadto szybkie uchwalenie ustawy zrównującej małżeństwa homoseksualne z heteroseksualnymi pozwoliłoby wyłączyć ten temat z walki wyborczej.
Część niemieckich komentatorów politycznych sugeruje, że nagła zmiana stanowiska kanclerz Merkel podyktowana jest względami politycznymi. Na zjeździe SPD w Dortmundzie w niedzielę 25 czerwca jej przewodniczący i kandydat na kanclerza Martin Schulz oświadczył, że nie podpisze żadnej umowy koalicyjnej jeśli nie będzie ona obejmować zagadnienia równości małśeństw. Takie samo stanowisko zajmują partie Zielonych i FDP.
Kanclerz Merkel powiedziała, że zdaje sobie sprawę ze stanowiska innych partii w tej kwestii i jest „zatroskana”, że ta bardzo osobista sprawa stała się przedmiotem „uchwał podejmowanych na zjazdach partii i ich linii propagandowej i dziwi się, że SPD jako młodszy partner CDU/CSU w koalicji rządowej w ciągu czterech minionych lat jej nie poruszyła w rzeczowej dyskusji, a teraz nagle sobie o niej przypomniała i chce ją załatwić na łapu-capu”.
Ta dyskusja wymaga powagi i szacunku
Jak podkreśliła dalej Angela Merkel, wraz z partiami CDU i CSU „chce do niej podejść w inny spoób”, ponieważ tak ona sama, jak i wielu członków unii CDU/CSU „intensywnie się nią zajmuje”. Chciałaby przy tym, żeby „mimo walki wyborczej dyskusję (o małżeństwach osób tej samej płci, red.) prowadzono z powagą i szacunkiem”, na jaki zasługuje.
W kampanii wyborczej do Bundestagu przed czterema laty Merkel sprzeciwiała się adoptowaniu dzieci przez małżeństwa jednopłciowe zasłaniając się dobrem dziecka. Na zmianę jej stanowiska wpłynęła wizyta w jej okręgu wyborczym u pary lesbijek wychowujących wspólnie ośmioro adoptowanych dzieci. Jak powiedziała, „skoro tamtejszy urząd ds. dzieci i młodzieży powierza parze lesbijek ośmioro dzieci, to państwo nie może sprzeciwiać się takim adopcjom argumentując, że są one niezgodne z dobrem dzieci”.
Od 2001 pary roku homoseksualne w Niemczech mogły zarejestrować swój związek, co dawało im przywileje dotyczące prawa spadkowego i podatkowego, nie mogły jednak adoptować dzieci. W 2015 roku Parlament Europejski przyjął rezolucję uznającą prawo osób homoseksualnych do małżeństwa jako prawo obywatelskie i prawo człowieka.
Andrzej Pawlak / Redakcja polska ![]()
The long path toward same-sex marriage in Germany
Angela Merkel’s ruling conservatives have long denied gays and lesbians the right to marry. That has left Germany lagging behind internationally in terms of equal rights. So why the U-turn from Chancellor Merkel now?
„Yes to marriage! A modern Union with us.” Those were the words printed on the invitation for Thursday’s annual congregation of Lesbians and Gays in the Union (LSU). The LSU, an association within the CDU and CSU parties, has for years been calling for marriage equality for gay and lesbian people. The LSU is not an official party organization, but rather an interest group founded in 1999.
Discussions on gay marriage have been going on for decades in the Union. So far, the LSU’s biggest success was getting the topic of tax equality for homosexual partners onto the agenda for the Christian Democratic Union’s annual convention in 2012. The proposal, however, was rejected.
Germany’s current CDU and Social Democratic Party (SPD) ruling coalition has also done little to improve the situation, despite pledges to fight discrimination and consider marriage equality for all. A few instances of administrative discrimination have been done away with, but no fundamental changes have ever been made. In adhering to party discipline, requests submitted by individual German states, which have at times even made it as far as the parliamentary judicial committee, were left to die in committee. Requests by federal opposition parties were overridden. Union politicians evaded such issues by pointing to the registered civil partnership, often referred to as „marriage lite,” that was put in place for gays and lesbians. That institution was established by Germany’s SPD-Green government, under Chancellor Gerhard Schröder, back in 2001. Although the law failed to guarantee the right of gay couples to adopt, nor secure them tax equality, it was progressive enough that Germany, along with the Netherlands, led the world on the topic at the time.
Merkel rides the brakes
In the wake of CDU chairwoman and federal Chancellor Angela Merkel’s abrupt change of course in labeling gay marriage as a „question of conscience,” many people working in parliamentary offices – especially those of openly gay CDU parliamentarians – are scratching their heads. Way back in 2012, a group of such parliamentarians formed the „wild thirteen” to fight for similar rights. And although Merkel knows the issue well, she has always been thought of as an obstruction to progress. Many remember a 2013 town hall meeting in which she said: „I’ll be honest, I have a hard time with total equality (…) I am uncertain about children’s well-being for instance.” She felt the need to express her opinion without wanting to discriminate against anyone.
So why is Merkel for marriage equality now? The most widely used explanation among political pundits and professionals in Berlin is that she wants to keep the topic out of the election campaign. The liberal Free Democratic Party (FDP), the Green and Left parties and the SPD have all been stumping on marriage equality and have, in part, made it a prerequisite for any possible ruling coalition after September’s election. The Greens were for the concept in 2005, the Left and SPD in 2011, and the FDP in 2012. It seems that the CDU and CSU can no longer avoid the issue.
Now Merkel has declared the issue a question of conscience. That means that a simple majority within the Union’s parliamentary group will not determine the vote, but rather members’ votes will be tallied individually. Regardless of whether a vote is taken this week or during the next legislative session: Other parties will no longer be able to score points with the issue of gay marriage. Some call that stealing issues/issue hijacking, but for Merkel it is, as always, simply a question of pragmatism.
We discuss topics 'much more exhaustively’
The decision also came as a surprise to the CDU’s smaller Bavarian sister party, the CSU. Gerda Hasselfeldt, who chairs the party’s national committee, has been a liaison between the CDU and CSU for the last six-and-a-half years. When asked to give concrete reasons for the party’s opposition to marriage equality, she gave two.
First, she said, was the fact that Germany’s constitution defines marriage as a union between a man and a woman. A fact that Germany’s Supreme Court has upheld. Secondly, she said that the issue has carried less weight for parliamentarians in the past. Explaining that it was not until recently that the topic had become socially and politically relevant.
But why has it taken so long for this topic to be purposefully discussed in Germany? Why is Germany lagging so far behind compared to other countries around Europe and across the globe? Hasselfeldt told DW: „Because we discuss topics much more exhaustively here, rather than simply orienting ourselves on the topic of the day.” She says that German politicians are much more oriented towards their bases, adding, „that is especially true of the Union parties.” That is why the Union invests much more time and effort into fundamentally discussing the topic, making sure that all sides of the argument get the feeling that their concerns are being taken seriously. She says it is a tedious process, but one that has been productive.
With that, Hasselfeldt is alluding to the fact that most of the CDU/CSU base is made up of rural voters. Noting that many of them see issues through a much more conservative lens than urban voters, who tend to be more liberal. As party chair, Merkel has consistently attempted to strengthen the CDU’s appeal to urban voters, but that has been extremely difficult thus far.
A matter of time
But in the past Merkel has often shown little regard for conservative voters’ sensitivities when it came to issues like scrapping compulsory military service or shutting down nuclear power plants. The result has been that an increasing number of conservative voters cast their lot with the right-wing party Alternative for Germany (AfD).
It remains to be seen how conservative voters will react to the chancellor’s U-turn on gay marriage. AfD chairwoman Frauke Petry reacted to Merkel’s announcement immediately, sending out a press statement with the headline: „Merkel open to 'gay marriage’ – AfD open to conservative voters.”
Hasselfeldt denies that the Bavarian CSU, which is even more rural than the CSU, has been an impediment to gay marriage. She sees no „major differences” between the two parties on the issue. Adding that discussions in both parties have been passionate but respectful. Now it seems that the time has come for the CDU and the CSU to make up their minds.
Meanwhile, homosexuality in politics has also become much more commonplace. Many homosexuals occupy important government posts and live openly in same-sex relationships. That is a far cry from 2004, when Guido Westerwelle became the first top-tier German politician to come out as gay. Then again, Westerwelle, who passed away last year, was not a member of either of the Union parties, but rather a member of the liberal FDP.
Sondaż: większość Europejczyków, w tym nawet Węgrzy za solidarnym rozdziałem uchodźców. Tylko trzy kraje przeciw
Większość Europejczyków popiera plan proporcjonalnego rozdziału uchodźców docierających na Europy – wynika z badania, którego wyniki publikuje we wtorek dziennik Frankfurter Allgemeine Zeitung. Wyjątek stanowią mieszkańcy Polski, Czech i Wielkiej Brytanii, którzy w większości są przeciw.
Z sondażu wynika jednocześnie, że we wszystkich przebadanych krajach (13 państw UE oraz Norwegia i Szwajcaria) zdecydowana większość pytanych jest przeciwna przyjmowaniu uchodźców tylko w ich kraju. Nigdzie, poza Hiszpanią, poparcie dla takiego systemu nie przekroczyło 25 procent.
– Badanie pokazuje, że większość ludzi gotowa jest robić więcej, gdy także inni robią więcej – powiedział jeden z autorów Dominik Hangartner ze Stanford-Zurich Immigration Policy Lab.
Jak przyznał, on, a także jego współpracownicy, byli zaskoczeni wynikami sondażu. Spodziewano się szerszego oporu wobec pomysłu proporcjonalnego rozdziału. Tylko w Polsce, Czechach i w Wielkiej Brytanii większość pytanych była przeciw. W Wielkiej Brytanii i Czechach plan taki poparło 30 procent pytanych, w Polsce 34 procent.
We wrześniu 2015 roku ministrowie spraw wewnętrznych Unii Europejskiej przyjęli plan proporcjonalnego rozdziału 120 tysięcy uchodźców. Polska, Czechy i Węgry jak dotąd nie stosują się jednak do zapisów umowy.
Na Węgrzech poparcie dla zasady proporcjonalnego rozdziału uchodźców jest bardzo wysokie
W czerwcu Komisja Europejska wdrożyła przeciwko tym krajom procedurę w sprawie łamania traktatów. Frankfurter Allgemeine Zeitung ocenia, że zachowanie Polski i Czech nie jest niespodzianką, biorąc pod uwagę wyniki sondażu. Okazuje się jednak, że na Węgrzech poparcie dla zasady proporcjonalnego rozdziału uchodźców jest wysokie i sięga 75 procent. To więcej niż w Niemczech, gdzie poparcie wynosi 69 procent.
Hangartner dodał, że także unijni politycy, którym w ubiegłym tygodniu przedstawiono wyniki badania, byli zaskoczeni.
Autorzy mają nadzieje, że sondaż może stać się empirycznym fundamentem dla wspólnej europejskiej polityki azylowej. „Wyniki pokazują bowiem, że sprawiedliwość mechanizmu rozdziału uchodźców jest dla Europejczków ważna” – konstatuje Frankfurter Allgemeine Zeitung.
(df) thefad.pl / Wojciech Szymański / Redakcja polska ![]()
Narodowcy pobili sympatyka KOD. Udostępniono nagranie na którym uchwycono moment rozpoczęcia bójki
Na Twitterze udostępniono kolejne nagranie z bójki, do której doszło w Radomiu w sobotę pomiędzy narodowcami i działaczami Komitetu Obrony Demokracji. Na krótkim filmie uchwycono moment w którym indydent się rozpoczął.
„Lepszego dowodu na to, kto jest sprawcą a kto ofiarą, już nie będzie” – napisał Dariusz Pocztowski (@DarioPocztowski), który opublikował film na swoim profilu na Twitterze.
Lepszego dowodu na to, kto jest sprawcą a kto ofiarą, już nie będzie.#Radom #KOD vs.#MłodzieżWszechpolska #ONR
–
cc:https://t.co/GaPV871fYP pic.twitter.com/XyIw9WZyTl— Dariusz Pocztowski (@DarioPocztowski) 26 czerwca 2017
Narodowcy pobili sympatyka KOD
W Radomiu w sobotę doszło do starcia między narodowcami i działaczami Komitetu Obrony Demokracji. Na zdjęciach, które obiegły media, widać jak leżącego mężczyznę kopią między innymi osoby w koszulkach Młodzieży Wszechpolskiej.
Do zdarzenia doszło w sobotę 26 czerwca. Członkowie i sympatycy KODu spotkali się, by oddać hołd bohaterom wydarzeń radomskich czerwca 1976r.
Jesteśmy dziś świadkami tego,że obchody miesięcznic smoleńskich są zabezpieczane przez tysiące funkcjonariuszy policji, a na uroczystościach organizowanych przez Komitet Obrony Demokracji nie jest zapewnione nawet w najmniejszym stopniu bezpieczeństwo uczestników zgromadzenia. – czytamy na stronie KOD. – skomentowali incydent działacze KOD w oficjlnym komunikacie.
Młodzież Wszechpolska: udzielaliśmy pomocy działaczowi
Tymczasem na oficjanej stronie Młodzieży Wszechpolskiej pojawił sie komunikat wyjaśniający przebieg zdarzenia w Radomiu.
(…) nasi działacze zauważyli jednak, że za ich plecami pozostał jeden z kontrmanifestantów, który był przetrzymywany przez działaczy KOD. Wówczas udzielili mu pomocy w wyniku której doszło do szarpaniny i wymiany ciosów obu grup – zwolenników i przeciwników KOD. Dzięki tej interwencji wspomniany kolega wraz z pozostałymi narodowcami wrócił tego dnia do domu.
W tym miejscu pragniemy wyrazić swoje zażenowanie postawą części dziennikarzy, którym przemoc wobec środowiska narodowego nigdy nie przeszkadza, natomiast zawsze dokonują próby przyklejenia nam łatki agresorów. (…)
(df) thefad.pl
Narodowcy pobili sympatyka KOD. „Straż Miejska dała dyla, a Policja nie dała, bo nie było jej wcale”
W Radomiu w sobotę doszło do starcia między narodowcami i działaczami Komitetu Obrony Demokracji. Na zdjęciach, które obiegły media, widać jak leżącego mężczyznę kopią między innymi osoby w koszulkach Młodzieży Wszechpolskiej.
Do zdarzenia doszło w sobotę 26 czerwca. Członkowie i sympatycy Kodu spotkali się, by oddać hołd bohaterom wydarzeń radomskich czerwca 1976r.
[WIDEO] Agresor i prowodyr.#Radom #KOD vs. #MłodzieżWszechpolska
–
Zdjęcia na końcu filmu – Filip Błażejowski:https://t.co/i53Ka9BBbY pic.twitter.com/MntXo3H15h— Dariusz Pocztowski (@DarioPocztowski) 25 czerwca 2017
„Na oficjalnie zgłoszonym z tej okazji zgromadzeniu doszło do zakłócenia uroczystości. Kilkudziesięciu narodowców, najprawdopodobniej z Młodzieży Wszechpolskiej i Obozu Narodowo – Radykalnego, bez trudu wtargnęło pod scenę z okrzykami “raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”. Mimo pokojowej reakcji protestujących doszło do przepychanek, kradzieży sprzętu oraz innych przejawów agresji. Podczas tych zajść nie było na miejscu ani jednego funkcjonariusza policji.
Jesteśmy dziś świadkami tego,że obchody miesięcznic smoleńskich są zabezpieczane przez tysiące funkcjonariuszy policji, a na uroczystościach organizowanych przez Komitet Obrony Demokracji nie jest zapewnione nawet w najmniejszym stopniu bezpieczeństwo uczestników zgromadzenia. – czytamy na stronie KOD.
– Potrafią wysłać setki, wręcz tysiące policjantów na ochronę miesięcznic smoleńskich i prezesa Kaczyńskiego, a nie potrafią ochronić demonstracji pokojowej w Radomiu. To są nieprawdopodobne rzeczy. To nie dzieje się w państwie normalnym – mówił na specjalnej konferencji w Radomiu Sławomir Neumann z PO.
Wczoraj w #Radom na demonstracji KOD zabrakło nawet jednego policjanta? PiSowską manifestację w Warszawie 6 maja zabezpieczano w ten sposób: pic.twitter.com/ofG7Xrh9hQ
— Jan Grabiec (@JanGrabiec) 25 czerwca 2017
Młodzież Wszechpolska: udzielaliśmy pomocy działaczowi
Tymczasem na oficjanej stronie Młodzieży Wszechpolskiej pojawił sie komunikat wyjaśniający przebieg zdarzenia w Radomiu.
W oświadczeniu organizacji czytamy, że jak co roku ” radomskie środowisko narodowe postanowiło uczcić ofiary brutalnej pacyfikacji protestów robotniczych w Radomiu w czerwcu ’76.”
„Po czasie otrzymaliśmy informację od mieszkańców, że swoje zgromadzenie tego dnia organizuje Komitet Obrony Demokracji. Tragedię w Radomiu do własnych celów politycznych próbowała wykorzystać organizacja, w której szeregach nie brakuje ludzi poprzedniego systemu, w tym bandytów z SB oraz ZOMO” – dodano.
KOD czynnie broni przywilejów tych, którzy w ’76 r. tłumili robotniczy zryw. Na manifestacjach KODu, z ust przemawiających byłych funkcjonariuszy można było usłyszeć, że w czasach PRLu „naród był z wojskiem i policją”, a służby traktowały sprzeciwiających się komunistom łagodnie i z godnością.
Uznając to zgromadzenie za naplucie w twarz radomskim robotnikom, nasi działacze udali się na miejsce pikiety organizowanej przez KOD, aby wyrazić swoje krytyczne stanowisko wobec tego typu działań. Wszechpolacy spotkali się z obelgami ze strony KODowców, ale pozostali jeszcze na miejscu by przypomnieć, jakich ludzi „obrońcy demokracji” popierają i honorują. Podczas powrotu nasi działacze zauważyli jednak, że za ich plecami pozostał jeden z kontrmanifestantów, który był przetrzymywany przez działaczy KOD. Wówczas udzielili mu pomocy w wyniku której doszło do szarpaniny i wymiany ciosów obu grup – zwolenników i przeciwników KOD. Dzięki tej interwencji wspomniany kolega wraz z pozostałymi narodowcami wrócił tego dnia do domu.
W tym miejscu pragniemy wyrazić swoje zażenowanie postawą części dziennikarzy, którym przemoc wobec środowiska narodowego nigdy nie przeszkadza, natomiast zawsze dokonują próby przyklejenia nam łatki agresorów. Niejednokrotnie spotykaliśmy się też z ich strony z otwartym nawoływaniem do fizycznej konfrontacji z naszymi zwolennikami. Przypomnijmy też próby blokowania Sejmu przez Komitet Obrony Demokracji na przełomie roku i sceny temu towarzyszące. Wówczas Ci sami dziennikarze za godną pochwały „postawę obywatelską” i „obronę demokracji” uznawali opluwanie, wyzwiska i fizyczną agresję. Ta sama agresja wobec dziennikarzy i przeciwników wylewa się zresztą z każdej manifestacji KODu. Wszystko to obnaża hipokryzję lewicowo-liberalnych dziennikarzy i manipulacje, które stały się ich znakiem rozpoznawczym.
Krytycznie przyglądamy się niektórym posunięciom rządzącej partii, wbrew propagandzie „Gazety Wyborczej” i innych pism z gatunku fantastyki, nie wspieramy ani nie oczekujemy wsparcia rządu. Równocześnie jednak KOD i jemu podobne organizacje uznajemy za kontynuację tradycji targowickiej i jako wrogom Polski, mimo jazgotu mediów głównego nurtu, nie zamierzamy ustępować pola.
(df) thefad.pl
Katarzyna Lubnauer: Co po deformie edukacji?
Wakacje 2017 właśnie się rozpoczęły, ale dwa miesiące laby szybko miną. A pewnie duża część uczniów, rodziców i nauczycieli już teraz zastanawia się, co zastaną w szkołach we wrześniu. Bo nie ulega wątpliwości, że szkoły, do których wrócą polskie dzieci i nauczyciele nie będą takie same. Deforma edukacji wprowadzana wbrew woli środowiska przez minister Annę Zalewską i rząd PiS ruszyła. Żadnym cudem nie da się jej już zatrzymać. A skutki, złe skutki, przyjdą szybciej niż się wszystkim wydaje. Trzeba je będzie kiedyś naprawić. Nowoczesna wie jak to zrobić.
Z deformy, którą ktoś mylnie nazywa reformą, nie wyniknie nic dobrego. Nie może wyniknąć, bo cała ta konstrukcja została wzniesiona na kłamstwie. Resort edukacji kłamał w kwestii zwolnień nauczycieli i innych pracowników oświaty. Wielokrotnie przekonywano nas, że ich nie będzie, a już teraz mamy informacje o 9 tysiącach pracownikach oświaty, którzy stracą pracę. Niektóre szacunki mówią, że może ich być nawet docelowo 30 tysięcy! MEN kłamało ws. ekspertów, którzy mieli zadbać o programy nauczania i logiczne wprowadzanie zmian. Wywołani do tablicy eksperci odcięli się od Ministerstwa i jego pomysłów, a przygotowane przez Ministerstwo podstawy programowe są powszechnie krytykowane. PiS kłamało w temacie „szerokich” konsultacji, bo tak naprawdę z nikim nie uzgadniali wymyślonej naprędce deformy. Lekceważyli głos nauczycieli, lekceważyli głos rodziców i samorządowców. Kłamali, że po reformie będzie bezpieczniej, a w jednej szkole chcą zamknąć dzieci 6-letnie z 15-latkami. Kłamali, że w 2019 roku nie będzie problemu z dostaniem się do najlepszych szkół średnich, a już wiadomo, że do najlepszych dostać się będą mogli tylko laureaci konkursów. Bo w 2019 roku dwa roczniki będą szturmować drzwi liceów i techników.
Skłamali nawet wtedy, gdy obiecywali, że będzie szanować głos Polaków i pytać ich o zdanie na temat wprowadzanych zmian. Bo, używając cwaniackiego fortelu, lekceważą ponad 910 tysięcy podpisów Polaków pod wnioskiem o referendum szkolne. Zamrożą je w Komisji Ustawodawczej do czasu aż będzie za późno.
Reforma zostawi po sobie chaos i szkołę a’la PRL, dlatego już trzeba patrzeć, co dalej. Nowoczesna ma plan na polską szkołę po PiS. Na zgliszczach, które zostawi po sobie minister Zalewska trzeba budować oświatę od nowa. W edukacji najważniejsza jest stabilizacja i spokój, dlatego nie będzie można odkręcić za dwa lata deformy Zalewskiej i przywrócić gimnazjów. Dzieciom i nauczycielom należy się rozwaga i rozsądek polityków. Mam nadzieję, że za dwa lata uda się odsunąć PiS od władzy i skierować Polskę i polską edukację ku przyszłości. Mamy wiedzę i determinację, żeby dokonać w systemie oświaty prawdziwej, jakościowej zmiany bez fundowania szkole kolejnego wstrząsu. Rozumiemy, że trzeba robić to w porozumieniu ze środowiskiem edukacji, światem nauki i rodzicami.
Program naprawczy oprzemy na 4 filarach. To elastyczność struktury, indywidualnym w podejściu do ucznia, praktyczna edukacja i podniesienie prestiżu zawodu nauczyciela.
Elastyczność struktury to danie samorządom możliwości dowolnego dzielenia ośmioletniego czasu edukacji w szkole podstawowej. Pozwólmy samorządom tworzyć szkoły z klasami 1-3 lub 1-4 w mniejszych ośrodkach czy na wsi. Dzięki temu młodsze dzieci będą mieć szkołę bardzo blisko domu. Pozwoli to też wykorzystać już stojące budynki, a także nauczycieli, którzy utrzymają pracę. A w większych miastach, gminy będą mogły stworzyć szkoły ze starszymi klasami np. 4-8 czy 5-8. W zależności od potrzeb i możliwości. Nowoczesna jest też za tym, by upowszechnić tworzenie przy liceach szkoły podstawowej z klasami 7-8. Na przykład z klasami dwujęzycznymi czy sportowymi. Władza centralne musi wierzyć w mądrość samorządów!
Nasze dzieci są równie mądre jak ich rówieśnicy w innych krajach, tylko trzeba dać im szansę rozwoju, dlatego wprowadzimy obowiązkową edukacja przedszkolna dla pięciolatków.
Bardzo ważnym elementem naszego podejścia do edukacji jest indywidualizm w podejściu do ucznia. Chodzi o rozwijanie indywidualnych talentów dzieci i młodzieży. Nie tylko tych akademickich, ale też muzycznych, sportowych czy plastycznych. Nowoczesna chce, by szkoła była bardziej demokratyczna, by uczeń miał większy wpływ na swoją edukację. Postulujemy też przynajmniej częściowe odejście od sztywnego kanonu lektur. Każdy uczeń musi mieć też szansę na prawdziwe, indywidualne doradztwo zawodowe, bazujące na jego predyspozycjach i zainteresowaniach.
Niezwykle ważna jest też praktyczna edukacja. Praktyczna w treści i w formie. Wiedza dla życia, nie tylko do egzaminu. Kluczowa jest nauka języków i programowania , nauka przedmiotów przyrodniczych przez doświadczenie oraz interdyscyplinarność w nauczaniu. Upowszechnimy też edukację seksualna.
Ważne jest też podniesienie prestiżu zawodu nauczyciela, który musi być samodzielny i dobrze wykształcony. Szkoła i nauczyciel powinny mieć więcej autonomii. Chcemy też zmian w Karcie Nauczyciela. Najlepsi muszą zarabiać najlepiej, a słabi odchodzić z zawodu. Trzeba zreformować system przygotowania nauczycieli do zawodu, nie może być to eliminacja negatywna, a studia muszą postawić na praktykę.
Celem polskiej edukacji ma być wykształcenie młodego człowieka, który jest kreatywny, ciekawy świata, posiada umiejętność wyszukiwania wiedzy i jej weryfikacji. Absolwenta, który jest komunikatywny i potrafi pracować w grupie, ale być też samodzielny. Polska szkoła musi wychować obywatela, który chce się uczyć całe życie, bo nigdy świat tak szybko się nie zmieniał jak obecnie. Tolerancyjnego i otwartego na Świat, odważnie patrzącego w przyszłość. W polskiej szkole jest już wiele dobrych wzorców, warto je uczynić powszechnymi.
Musimy przetrzymać deformę, musimy kiedyś w wyborach rozliczyć winnych zniszczenia polskiej edukacji, a potem dokonać realnych zmian, dla jakości, dla postępu i dla radości z nauki. Od tego zależy nasza przyszłość.
Prezes czeskiego Sądu Konstytucyjnego: Sytuacja w Polsce jest o wiele gorsza, niż wiemy o tym z mediów
– To, co dzieje się z polskim Trybunałem Konstytucyjnym, jest alarmujące i wstrząsające – mówił w rozmowie z Deutsche Welle 9 kwietnia podczas 26. czesko-niemieckim sympozjum „Dialog pośrodku Europy” Pavel Rychetský, prawnik, od 2003 roku prezes Sądu Konstytucyjnego Republiki Czeskiej.
Pavel Rychetský, w 1966 wstąpił do Komunistycznej Partii Czechosłowacji – wystąpił z niej na początku 1969 roku, krótko po agresji wojsk Układu Warszawskiego. Później stał się dysydentem, podpisał Kartę 77, w 1989 roku był współzałożycielem Forum Obywatelskiego.
Po upadku komunizmu, w styczniu 1990, został czeskim prokuratorem generalnym, a w lipcu wicepremierem w rządzie federalnym (do 1992). W latach 1996-2003 był członkiem Czeskiej Partii Socjaldemokratycznej i jej senatorem, od 1998 do 2002 roku był wicepremierem i ministrem sprawiedliwości w rządzie ówczesnego premiera, a dziś prezydenta, Milosza Zemana.

Pavel Rychetský jest prezesem Sądu Konstytucyjnego Republiki Czeskiego od 2003 roku. Fot. Źródło: dw.de
Deutsche Welle: Czy dla Pana jest interesujące to, co się dzieje z Trybunałem Konstytucyjnym w sąsiedniej Polsce?
Pavel Rychetský: Nie używałbym słowa „interesujące”. To jest alarmujące i wstrząsające. Wskazuje na kryzys naszej cywilizacji i brak umiejętności bronienia się przed realnymi zagrożeniami państwa prawa i demokracji.
Chodzi o geograficznie nam bliskie Węgry i Polskę, ale także o Turcję i Stany Zjednoczone. O ile jednak USA mają prawdopodobnie dostatecznie sprawne instytucje, żeby utrzymać fundamenty demokratycznego państwa prawa, o tyle nie da się tego powiedzieć o trzech wcześniej wymienionych krajach. A sytuacja w Polsce jest o wiele gorsza, niż wiemy o tym z mediów. Wydaje się bowiem, że nie tylko politycy, ale i dziennikarze nie mają odwagi opisać ją wystarczająco dokładnie.
DW: Skąd taka ocena?
PR: Z osobistego doświadczenia. Dwa miesiące temu prezes węgierskiego Sądu Konstytucyjnego zwołał spotkanie prezesów Sądów Konstytucyjnych Grupy Wyszehradzkiej. W jej historii nic takiego jeszcze się nie wydarzyło. Spotykają się prezydenci, premierzy, ministrowie, by przed rozmowami na forum Unii Europejskiej wymienić się doświadczeniami, czy udzielić sobie wsparcia.
DW: A co jest złego w spotkaniach prezesów sądów konstytucyjnych?
PR: Zanim przybyłem do Budapesztu, miałem wrażenie, że chcą wykorzystać mój udział w tym spotkaniu, aby te zmiany w Polsce i na Węgrzech uzyskały swego rodzaju puncę legalności. Ale to, co usłyszałem od przedstawiciela Polski…
DW: To była prezes Julia Przyłębska?
PR: Nie, profesor Lech Morawski. Zakładałem, że albo będzie całkiem neutralny, albo będzie starał się nas przekonać, że sytuacja w Polsce nie jest wcale aż tak alarmująca, właściwie wszystko jest w porządku i nie tylko zachowywane są zasady demokracji, ale i państwa prawa. Było dokładnie na odwrót.
DW: To znaczy?
PR: Najpierw scharakteryzował sytuację w Polsce słowami, że w Polsce jest wojna. Już to mną wstrząsnęło. Potem wyjaśnił, że to wojna między patriotami po jednej stronie, a zdrajcami i kolaborantami z drugiej. Właściwie było to nienawistne wystąpienie.
Usłyszałem od niego także, że Trybunałowi Konstytucyjnemu nie wolno przedstawiać interpretacji konstytucji. Że konstytucja nie należy do Trybunału, lecz do całego narodu. To mi przypomniało czasy Josifa Wisarionowicza Stalina.
Krótko mówiąc: jest ewidentne, że kiedy w państwach nazywanych liberalnymi demokracjami zaczynają się pojawiać rysy autorytaryzmu, wówczas autokraci w pierwszym rzędzie starają się ograniczyć w jakiś sposób tę trzecią władzę w państwie, która ma bronić praw i swobód obywateli.
DW: Władzę sądowniczą?
PR: Władzę sądowniczą. Bo ona jest największą przeszkodą w dążeniach do ograniczenia demokracji, a przede wszystkim usunięcia zasady państwa prawa. Bo wychodzi z zasady, że prawo jest ponad polityką i że ustawy, a w pierwszym rzędzie konstytucja, w oczywisty sposób ograniczają polityków.
W naszej konstytucji mamy taki zapis: „Zmiany ingerujące w istotę demokratycznego państwa prawnego są niedopuszczalne”. Co to znaczy? To jest jasna instrukcja, że nawet parlament nie ma prawa tknąć zasad demokracji i państwa prawa – nawet jeśli byłaby to decyzja jednomyślna.
DW: Przecież parlament ma prawo zmieniać konstytucję. A w tym punkcie nie?
PR: Według naszej nauki i orzecznictwa naszego Sądu Konstytucyjnego, takiego prawa nie ma nawet parlament. Czeski Sąd Konstytucyjny już raz unieważnił ustawę konstytucyjną przyjętą przez obie izby parlamentu, powołując się właśnie na ten artykuł 9, ustęp (2), stanowiący, że istnieją pewne pryncypia, których nie ma prawa tknąć nawet demokratycznie wybrany parlament. Nie jest bowiem tak, że w demokracji większość ma rację. Większość ma jedynie tymczasowe upoważnienie. A ta tymczasowość oznacza, że nie wolno odejść od podstawowych zasad, które konstytucja dała temu państwu.
DW: Ale to parlament je przecież uchwalił!
PR: Tak, ale nie ten. To był ten pierwszy parlament, konstytucyjny, który włożył nam do konstytucji tę nadrzędną, ponadkonstytucyjną ochronę podstawowych wartości, jak na przykład prawa do życia. Żaden parlament nie ma już prawa przywrócić kary śmierci, ponieważ nasze państwo zakazało jej stosowania.
DW: Wyraził Pan poważne obawy wobec tego, co się dzieje w Polsce. Czy może Pan powiedzieć, co budzi Pański niepokój?
PR: Przede wszystkim los wartości demokratycznych i zasady państwa prawa, ale też niezależnego sądownictwa i niezależnych mediów. W Polsce ten zmasowany atak jest prowadzony właśnie na niezależne sądownictwo i niezależne media. To im usiłuje się nałożyć kaganiec i pozbawić ich tej niezależności.
Ta próba zaczęła się od Trybunału Konstytucyjnego i jest kontynuowana wobec Krajowej Rady Sądownictwa, która na mocy ustawy ma być rozwiązana, a w nowej Radzie sędziowie mają stracić większość.
DW: Mają być wybierani przez parlament.
PR: I już przez to ta podstawowa zasada trójpodziału władzy zostałaby naruszona w taki sposób, który byłby nie do przyjęcia.
DW: Przedstawiciele rządu i PiS argumentują, że w niektórych krajach Unii to właśnie parlamenty wybierają podobne instytucje.
PR: Takie porównania są bezprzedmiotowe, dlatego że te kraje nie miały takiej samej historii, takich samych doświadczeń, a przede wszystkim tak samo dojrzałej demokracji.
W naszym kraju nie ma najwyższej rady sędziowskiej. Uważam to za deficyt naszego systemu. Z drugiej strony niezależność władzy sądowniczej jest na tyle wystarczająco gwarantowana, że jak na razie nie wydaje się, żeby mogły nam zagrażać próby ograniczenia niezależności i odsunięcia władzy sądowniczej z tej równoprawnej pozycji w ramach trójpodziału władzy w państwie. Choć zawsze znajdą się siły polityczne, które by tego chciały.
DW: Czy uważa Pan za możliwą interwencję Unii Europejskiej wobec państwa, w którym władza sądownicza jest ograniczana?
PR: Myślę, że to oczywisty obowiązek Unii Europejskiej. Z drugiej strony jednak Unia w obecnej sytuacji pociąga, jak mówimy w Czechach, za krótszy sznur. Mamy przed sobą Brexit i jesteśmy w sytuacji, kiedy nierozważne kroki mogłyby doprowadzić do kolejnego exitu. Czyli głównej odpowiedzialności należy szukać na poziomie narodowym. To naród polski musi starać się o zachowanie tych wartości, na których zbudował swoje państwo.
DW: Co by to znaczyło dla Republiki Czeskiej, gdyby sytuacja w Polsce rozwinęła się tak, jak mówiliśmy, w tym najgorszym możliwym kierunku?
PR: Dla Republiki Czeskiej byłaby to tragedia, dlatego że historycznie, zwłaszcza w tych naszych dziejach najnowszych, los nas połączył. Polskę uważam za sojusznika, za naród, który jest nam bardzo bliski. Powiem to metaforycznie: za ludzi z tą samą grupą krwi.
(df) thefad.pl / rozmawiał Aureliusz M. Pędziwol / Redakcja polska ![]()
POLECAMY:
⇒ Trump zostanie wkrótce usunięty z urzędu? Możliwe, ale mało realistyczne
⇒ Czarne chmury nad Białym Domem. Będzie śledztwo ws. Trumpa
Obcokrajowcy coraz chętniej kupują mieszkania w Polsce. Największą grupę stanowią Ukraińcy
W 2016 roku sprzedaż mieszkań obcokrajowcom sięgnęła 6,4 tys. Nad Bałtykiem nawet 40 proc. apartamentów kupują zagraniczni turyści. Ze względu na imigrację, coraz więcej mieszkań kupują Ukraińcy. Szacuje się, że już wkrótce 20 proc. mieszkań dostępnych na rynku trafi właśnie do nich.
Większość obcokrajowców celuje w droższe mieszkania. Eksperci oceniają, że rynek będzie rosnąć. Spodziewają się dużych zakupów ze strony Niemców, Austriaków, Szwajcarów oraz Francuzów.
– Coraz więcej nieruchomości jest kupowanych przez obcokrajowców. Wedle oficjalnych danych za 2016 rok ponad 6,4 tys. mieszkań i lokali użytkowych zostało sprzedanych obcokrajowcom. Największą grupę stanowią Ukraińcy, następnie Niemcy i Brytyjczycy. Trend jest rosnący i w kategorii mieszkań na stały pobyt, do zamieszkania w związku z miejscem pracy w dużych miastach, Ukraińcy będą niedługo kupowali co piąte mieszkanie dostępne na rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Puchała, prezes zarządu firmy Prestige.
Według danych GUS deweloperzy w Polsce oddali w 2016 roku do użytkowania ponad 79 tys. mieszkań. Już blisko 7 proc. kupują obcokrajowcy. Dane firmy Prestige wskazują, że cudzoziemcy kupili w ubiegłym roku w Polsce blisko 6,4 tys. mieszkań i apartamentów. Dane MSWiA wskazują, że to o 24 proc. więcej niż rok wcześniej. Najwięcej, ze względu na coraz większą emigrację, kupują Ukraińcy, przede wszystkim w większych miastach (łącznie blisko 64 tys. mkw. powierzchni).
– Dużym powodzeniem cieszą się obecnie mieszkania wakacyjne nad morzem kupowane głównie przez Niemców, Skandynawów i obywateli Wielkiej Brytanii. Jest to związane z korzystną relacją kosztów do uzyskiwanych przychodów, a także niedrogim pobytem wakacyjnym w Polsce. Wynika to również z sytuacji geopolitycznej – przyjazd do Polski jest rekomendowany jako bezpieczny przez większość ministerstw spraw zagranicznych krajów UE – ocenia ekspert.
Niemcy i Brytyjczycy kupili łącznie ok. 70 tys. mkw. powierzchni (odpowiednio 43 i 18 tys. mkw.). W przypadku Ukraińców większy zakup mieszkań to efekt wzrostu migracji do naszego kraju (przede wszystkim zarobkowej). Przedstawiciele pozostałych krajów należą zaś do tych najchętniej odwiedzających polskie wybrzeże. W Międzyzdrojach nawet 40 proc. osób kupujących apartamenty to cudzoziemcy, choć część z nich ma polskie korzenie lub powiązania z naszym krajem. Obcokrajowców do polskich kurortów przyciąga bezpieczeństwo, niskie ceny oraz dynamicznie rozwijająca się infrastruktura wypoczynkowa.
– Obcokrajowcy celują w zakup stosunkowo drogich mieszkań, gdzie kwoty za metr kwadratowy zaczynają się od 10 tys. zł w przypadku powierzchni wykończonej do wynajmu, ale też są to ceny nawet do 30 tys. zł za specjalnie wykończone apartamenty. Gros z nich trafia później na rynek poprzez lokalnych pośredników lub firmy zawodowo zajmujące się zarządzaniem tymi nieruchomościami, a dochody z tego trafiają na konto inwestorów – tłumaczy prezes firmy Prestige.
Z danych MSWiA wynika, że najwięcej lokali mieszkalnych i użytkowych cudzoziemcy nabyli na terenie województw: mazowieckiego (blisko 294 tys. mkw.), małopolskiego (99,2 tys. mkw.) oraz dolnośląskiego (57,2 tys. mkw.). Największy popyt jest na mieszkania w największych aglomeracjach, prym wiedzie Warszawa i Kraków.
Zdaniem Piotra Puchały coraz popularniejszy trend zakupu mieszkań w Polsce przez obcokrajowców będzie się utrzymywał.
– Obecnie mieszkańcami 82 proc. mieszkań w Polsce są właściciele tych mieszkań. Dla porównania w Szwajcarii tylko 37 proc, w Niemczech – 50 proc. Wynika to z zamożności pewnej grupy społecznej, która kupuje apartament specjalnie pod wynajem. Ten trend będzie się upowszechniał w Polsce. W 2007 roku mieliśmy bardzo duże zakupy obywateli Wielkiej Brytanii, Irlandii, teraz spodziewam się dużych zakupów ze strony Niemców, Austriaków, Szwajcarów oraz Francuzów – prognozuje Piotr Puchała.
Newseria
Donald Tusk: Deklaracja Theresy May w sprawie praw obywateli UE po Brexicie jest poniżej naszych oczekiwań
Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk z rozczarowaniem zareagował na deklarację w sprawie zagwarantowania praw obywateli UE przebywających w Wielkiej Brytanii, przedstawioną przez premier Theresę May, oceniając, że jest poniżej oczekiwań. Podobnie uważa między innymi Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.
– Moje pierwsze wrażenie jest takie, że oferta Zjednoczonego Królestwa jest poniżej naszych oczekiwań – powiedział Tusk w piątek 23 czerwca na szczycie Unii Europejskiej w Brukseli. Dodał, że dostrzega ryzyko, że sytuacja ponad 3 mln obywateli UE mieszkających w Wielkiej Brytanii może się pogorszyć.
Także premier Malty Joseph Muscat, którego kraj sprawuje obecnie półroczną prezydencję UE, skrytykował pomysł Londynu, by prawa pobytowe unijnych obywateli uzależnić od długości pobytu liczonego od określonej daty.
Premier Theresa May zadeklarowała w czasie obrad brukselskiego szczytu, że żaden legalnie przebywający w Wielkiej Brytanii obywatel UE nie będzie musiał opuścić tego kraju po jego wystąpieniu z Unii. Wszyscy, którzy osiedlili się w Wielkiej Brytanii przed Brexitem będą mieli po 5 latach prawo wnioskowania o stały pobyt i korzystania ze świadczeń społecznych. Nie jest jasne, od którego momentu liczony byłby wymagany pięcioletni pobyt.
– Dalej utrzymuję, że jest to poważna i uczciwa propozycja – powiedziała May po zakończeniu obrad. Zastrzegła jednak, że także państwa UE muszą zagwarantować podobne prawa mieszkającym w ich krajach Brytyjczykom.
Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker powiedział, że propozycja May to wprawdzie pierwszy, ale niedostateczny krok.
Premier Belgii Charles Michel skrytykował, że oferta May jest zbyt mglista, a „Unia nie może kupować kota w worku”.
Szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel skomentował, że brytyjska oferta to absolutne minimum. – Tylko to, że nie zostanie się wyrzuconym, to jednak zbyt mało, żeby mówić o zdecydowanym przełomie – dodał.
Szef Rady Europejskiej Donald Tusk podkreślił, że prawa obywateli mają najwyższy priorytet dla 27 pozostałych członków UE. Zapowiedział, że zespół negocjacyjny przeanalizuje wnikliwie propozycję Brytyjczyków po przedstawieniu jej na piśmie.
(df) thefad.pl / Reuter, AFP, DPA / Bartosz Dudek / Redakcja polska ![]()







