Krzysztof Skiba: Mogileński kontrakt stulecia. Jak kumpel od Czarnka zarabiał w godzinę więcej niż ty w pół roku

CHŁOPAKI Z MOGILNA

I mamy kolejną aferę w służbie zdrowia, przy której afera Szpitala Południowego blednie jak kasjer w trakcie napadu na bank.

Jak ujawniła Wirtualna Polska, szpital w Mogilnie podpisał za rządów PiS skrajnie niekorzystną umowę ze spółką neurochirurgów o nazwie Spine. Na mocy tej umowy szpital płacił absurdalnie wysokie stawki lekarzom.

Jeden z nich, członek komitetu poparcia Lecha Kaczyńskiego w wyborach, powiązany kumpelsko z wysokimi PiS-owcami od Morawieckiego po Czarnka, zarabiał tam 26 tysięcy złotych… za godzinę pracy. Jak szybko obliczono, to więcej niż Lewandowski za kopanie piłki w Barcelonie.

Ze spółką Spine rozwiązano już umowę, a dyrektorka szpitala, która ją podpisała, została wyrzucona z pracy, ale niesmak pozostał, a przede wszystkim pozostało nieodparte wrażenie, że służba zdrowia to jakieś absurdalne eldorado do nadużyć.

I naprawdę (chyba nie tylko ja) mam wrażenie, że nie jest istotne, że jeden aferzysta był radnym KO (Szpital Południowy), a drugi to protegowany polityków PiS (neurochirurg milioner z Mogilna), tylko jak to jest możliwe, że w państwowych instytucjach dochodzi do takich afer.

Kilka dni temu znajomy otrzymał poważne pismo od ZUS z informacją, że jego firma, którą prowadzi od trzydziestu lat, zalega DWA GROSZE z tytułu rozliczeń składek za pewien miesiąc. Według urzędników ZUS jego biuro rachunkowe pomyliło się w naliczeniu należnego podatku na niekorzyść ZUS-u i to o całe dwa grosze.

Zaległa kwota została natychmiast uregulowana, a sprawa wyjaśniona. Ponieważ kolega od lat płaci regularnie składki, więc łaskawie nie wezwano tym razem ani policji, ani ABW. Uff!

Wniosek: państwo polskie jednak potrafi upomnieć się o swoje zaległe dwa grosze i wydaje na to kilka złotych na znaczki i telefony. I słusznie! Żadnej kasy nie powinno się darować, a wszystko z powagą instytucji egzekwować i to co do grosza. Jestem za!

Jednocześnie w służbie zdrowia, czy to za rządów PiS, czy za PO, państwo polskie nie dostrzega milionów, które idą bokiem na takich cwaniaków jak chłopaki z Mogilna czy radny z Ursusa.

A potem wszyscy się dziwią, że jednooki pirat z gaśnicą czy Sławek Hulajnoga zyskują w sondażach. Ludzie nie mają bowiem świadomości, że Konfiarze są za całkowitą prywatyzacją służby zdrowia, w której liczy się tylko zysk.

Pacjentów za rządów Brauna i Mentzena będzie się zbiorowo usypiać, gdyż leczenie jest często nieopłacalne. Przy stawkach tego PiS-owca z Mogilna jest to nawet częściowo zrozumiałe.

Krzysztof Skiba


Krzysztof Skiba: Poglądy z gumy, władza z betonu: Jak PiS pokochał rosyjską narrację w imię sondaży

PiS to partia pozbawiona jakichkolwiek poglądów i wartości. Sitwa Jarosława udaje poglądy, ale jedynym sensem jej istnienia jest dorwanie się do władzy.

PiS ma inne poglądy, gdy jest u władzy, a inne, gdy jest w opozycji. Świetnym tego przykładem jest ostatnie zamieszanie wokół dozbrajania Ukrainy. Od pewnego czasu, dzięki płatnym pachołkom i trollom Putina, udało się w Polsce narzucić narrację antyukraińską. Na pluciu na Ukraińców zyskały partie ruskich onuc, takie jak ruch gaśnicowy Brauna czy Konfederacja Mentzena.

PiS, chcąc podłączyć się pod ten zwyżkowy nurt, dokleja się sprytnie pod ataki na Ukraińców, licząc na głosy ulepionego przez fake newsy Putina elektoratu. Wywołano więc burzę wokół pomocy militarnej dla Ukrainy, a tym samym rzekomego pozbawienia uzbrojenia dla naszego wojska.

W zdobyciu władzy PiS nie ma już żadnych oporów i może nawet żonglować dowolnie bezpieczeństwem Polski. Wobec pojawiających się bezczelnych zarzutów o nadmierne wspieranie Ukrainy i tym samym „rozbrojenie” naszej armii postanowiono odtajnić dane dotyczące tego, kto i ile dał na Ukrainę.

Nic tak dobrze nie zamyka PiS-owcom japy jak fakty. Szef MON podczas konferencji ujawnił szczegółowe dane i okazało się, że za rządów PiS pomoc militarna ze strony Polski dla Ukrainy wyniosła w sprzęcie wojskowym 15 miliardów złotych, a za rządów KO jedynie 1,5 miliarda złotych, czyli DZIESIĘĆ RAZY MNIEJ.

Swoją drogą mnie to trochę przeraża, że tak mało pomagamy militarnie Ukrainie, bo nikt tyle dobrego dla Polski nie zrobił ostatnio co właśnie Ukraińcy, atakujący w Moskwie rafinerie, składy paliw, magazyny broni czy mosty na Krymie. Im Rosja słabsza, tym mniejsze zagrożenie dla nas.

Wracając do zmiany poglądów PiS w zależności od tego, czy są u władzy, czy w opozycji. Jak PiS był u władzy, pomoc dla Ukrainy to była „polska racja stanu”, jak PiS jest w opozycji, to pomoc dla Ukrainy jest rozbrajaniem polskiej armii.

I tak jest u nich ze wszystkim. Tam nie ma żadnej idei, poglądów czy postaw. Wszystko jest zasłoną dymną, a jedyną ideą jest bycie u władzy i okradanie majątku narodowego.

Weźcie tego ich kandydata na premiera, czyli Przema Czarnka. Jest przeciwny fotowoltaice i głosi pogląd powrotu do węgla, a sam ma na swym dachu panele fotowoltaiczne, do których dostał dopłatę i dzięki którym płaci mniejsze rachunki za prąd. Publicznie deklarował, że je zdemontuje, ale tego nie zrobił, bo to tylko tak na pokaz było, a żona dałaby mu garnkiem w łeb.

I to jest taktyka obliczona na to, że wyborca ma krótką pamięć. Obecnie PiS jest masowo i zdecydowanie przeciwko wszystkiemu temu, za czym niedawno sam aktywnie głosował.

Krzysztof Skiba


Spór o donacje dla Ukrainy. Kosiniak-Kamysz: „Otoczenie Karola Nawrockiego kłamie”

Władysław Kosiniak-Kamysz zarzucił otoczeniu Karola Nawrockiego kłamstwo w sprawie wiedzy prezydenta o sprzęcie przekazywanym Ukrainie. Według szefa MON prezydent i jego zaplecze byli informowani o sprawie. Strona prezydencka odpowiada, że decyzja nie była konsultowana z prezydentem ani BBN.

To są dwie różne kwestie. Wiedza o planowanej lub przeprowadzonej pomocy wojskowej nie oznacza udziału w decyzji. Brak formalnych konsultacji nie oznacza braku informacji. Przekazywanie sprzętu wojskowego Ukrainie należy do kompetencji Rady Ministrów, więc prezydent nie podejmuje w tej sprawie decyzji.

Nie Patrioty, tylko pociski PAC-3

W sporze pojawił się drugi skrót, który zmienia sens całej sprawy. Opozycja mówi o „przekazaniu Patriotów”, jakby Polska oddała Ukrainie całe zestawy obrony powietrznej. Z informacji MON wynika jednak, że chodziło o pociski rakietowe PAC-3 do systemu Patriot, a nie o baterie Patriot, wyrzutnie czy radary.

Różnica jest zasadnicza. System Patriot to cały zestaw obrony powietrznej. Pociski PAC-3 są jego amunicją przechwytującą. Mówienie o „przekazaniu Patriotów” zaciera faktyczny zakres wsparcia i może sugerować znacznie większą decyzję niż ta, którą opisuje rząd.

Według MON od początku pełnoskalowej wojny Polska przekazała Ukrainie pomoc wojskową wartą około 16,45 mld zł. Z tej kwoty 1,55 mld zł przypada na lata 2024–2026, czyli 9,4 proc. całości. W tej części znalazły się także pociski PAC-3.

Donacje wojskowe dla Ukrainy w liczbach

thefad.pl · dane MON

Donacje wojskowe dla Ukrainy w liczbach

Według MON łączna wartość zrealizowanych donacji wynosi około 16,45 mld zł. W latach 2024–2026 było to 1,55 mld zł, czyli 9,4 proc. całości.

Łączna wartość zrealizowanej pomocy wojskowej od początku pełnoskalowej wojny.

Lata 2022–2023 14,9 mld zł

Około 90,6 proc. pomocy od początku pełnoskalowej wojny.

Lata 2024–2026 1,55 mld zł

9,4 proc. całości. W tej części znalazły się m.in. pociski PAC-3.

Nie systemy Patriot, tylko pociski PAC-3 Według MON Polska przekazała pociski do systemu Patriot, a nie całe baterie, wyrzutnie ani radary. Resort podaje, że decyzja zapadła na prośbę NATO i dowództwa USA w Europie.
Źródło danych: Ministerstwo Obrony Narodowej, komunikat z 6 lipca 2026 r. Wartości zaokrąglone zgodnie z komunikatem MON.

Rząd podkreśla, że decyzja w sprawie PAC-3 zapadła na prośbę sojuszników. Według MON chodziło o wniosek sekretarza generalnego NATO Marka Ruttego oraz dowództwa amerykańskiego w Europie. Resort obrony twierdzi też, że sprawę poprzedziły analizy Wojska Polskiego.

Kosiniak-Kamysz zapewnia, że przekazana liczba pocisków stanowiła margines polskich zdolności i nie wpływała na bezpieczeństwo obrony powietrznej kraju. Publicznie nie podano liczby przekazanych pocisków. Tego elementu nie da się więc niezależnie sprawdzić na podstawie jawnych danych.

Wiedza to nie konsultacja

Najostrzejszy spór dotyczy informacji, jakie miały trafić do strony prezydenckiej. Szef MON napisał, że twierdzenie o braku wiedzy prezydenta jest kłamstwem. Wskazał trzy posiedzenia Komitetu Bezpieczeństwa Rady Ministrów: 10 lutego, 17 lutego i 24 marca 2026 roku.

Według Kosiniaka-Kamysza w posiedzeniach uczestniczył przedstawiciel Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Informacje miał otrzymać także szef Kancelarii Prezydenta. Szef MON twierdzi też, że sam sekretarz generalny NATO rozmawiał o tej sprawie z Nawrockim.

Odpowiedź prezydenta dotyczyła przede wszystkim odpowiedzialności za decyzję. Nawrocki wskazał, że decyzję podjął Kosiniak-Kamysz i że to on powinien się z nią zmierzyć. Taka odpowiedź nie rozstrzyga jednak pytania, czy prezydent i jego otoczenie byli o sprawie informowani.

Właśnie na tym polega rozjazd w całej wymianie. Rząd mówi o wiedzy strony prezydenckiej. Strona prezydencka mówi o braku konsultacji i braku udziału w decyzji. Jedno nie wyklucza drugiego.

Przedstawiciel BBN brał udział w posiedzeniach, informację otrzymał szef Kancelarii Prezydenta, a temat pojawił się w rozmowie Nawrockiego z sekretarzem generalnym NATO – tak brzmi wersja przedstawiona przez szefa MON. Jeśli te informacje są zgodne z dokumentami i przebiegiem rozmów, przekaz o całkowitym braku wiedzy strony prezydenckiej nie zgadza się z wersją resortu obrony.

Co da się potwierdzić, a czego nie

W sprawie PAC-3 warto rozdzielić trzy kwestie, które łatwo się mieszają. Polska, jak twierdzi MON przekazała pociski, nie całe systemy Patriot. Decyzja zapadła, jak zapewnia rząd, na prośbę USA i sojuszników, po analizach wojskowych. A strona prezydencka, według szefa MON, była informowana, mimo że prezydent nie miał w tej sprawie głosu decyzyjnego.

Nie ma jawnych protokołów posiedzeń, na które powołuje się Kosiniak-Kamysz — podobnie jak nie ma publicznych danych o liczbie przekazanych pocisków. Można więc potwierdzić zakres sporu, stanowiska stron i dane podane przez MON, ale nie da się niezależnie odtworzyć pełnej ścieżki informacji między rządem, BBN i Pałacem Prezydenckim.

Źródło: Ministerstwo Obrony Narodowej, PAP, Rzeczpospolita, RMF24, Onet


Mundial na telefon. Jak Donald Trump został głównym sędzią VAR

Mundial w Ameryce zostanie zapamiętany jako klęska sportu i faktyczny koniec piłki nożnej. Po ostatnim wydarzeniu z udziałem Donalda Trumpa i karłów moralnych z FIFA rozgrywki nie mają już większego sensu, a regulamin i przepisy to tylko zbiór pustych zapisów dla naiwnych.

Dlaczego tak się dzieje? Jeden z trzech gospodarzy mundialu, czyli USA, korzysta z nadzwyczajnych przywilejów, niespotykanych do tej pory w sporcie. Podczas meczu z Bośnią i Hercegowiną czołowy snajper reprezentacji USA Folarin Balogun sfaulował zawodnika i otrzymał od sędziego czerwoną kartkę. Oznacza to, że w kolejnym meczu z Belgią nie może wziąć udziału. Nie ma możliwości zmiany decyzji sędziego, a przepisy precyzują to bardzo wyraźnie.

Bez Baloguna szanse Amerykanów na zwycięstwo z Belgią bardzo zmalały. Do akcji wkroczył więc Donald Trump, który swoim zwyczajem (takie ma hobby) zagroził, że zbombarduje siedzibę FIFA w Zurychu, jeśli decyzja o czerwonej kartce nie zostanie cofnięta. Istniała także groźba, że szef FIFA Gianni Infantino (sobowtór Stanisława Tyma, który w filmie „Miś” odtwarzał rolę kierownika klubu sportowego Tęcza) zostanie deportowany z USA jako nielegalny emigrant i facet pracujący na lewo.

Podjęto więc decyzję o cofnięciu decyzji sędziego i „zawieszeniu” kary dla Baloguna. Tym samym od dziś decyzje wszystkich sędziów piłkarskich świata nie są ostateczne i wzorem słynnej marszałek Witek można zrobić „reasumpcję głosowania, bo przegramy”.

Cofnięcie czerwonej kartki skomentował sam Trump, który wpisem na X z radością potwierdził, że naprawiono tym samym rażącą „niesprawiedliwość”. Emerytowany hotelarz miliarder, który pewnie nawet nie oglądał meczu, bo przecież interesuje się tylko golfem, zmienia decyzję sędziego, bo korzysta z prawa siły i faktu, że szmaciarze z FIFA to przekupni do bólu kombinatorzy.

Jaką mamy gwarancję, że kolejne telefony z Białego Domu nie zaczną zmieniać wyników bramkowych i innych decyzji sędziów? Sami sędziowie zostali decyzją FIFA potraktowani jak nieistotne barany, które są tylko od wykonywania poleceń polityków.

Istnieje też obawa, że ten zwyczaj wydzwaniania po meczach i domagania się zmian decyzji szybko się rozprzestrzeni także w innych krajach, szczególnie tych, które padają plackiem przed Ameryką.

Kto wie, być może Karol Nawrocki, nasz lokalny naśladowca Trumpa, zacznie wydzwaniać do PZPN po każdym meczu Lechii Gdańsk i domagać się zmiany decyzji sędziego czy wyników bramkowych?

Po co więc sport i mecze? Niech Trump od razu przez telefon ustali z tym Szwajcarem, kto ma wygrać mundial i po krzyku.

Krzysztof Skiba


Brzuch po 40. to nie lenistwo. Dlaczego z wiekiem rośnie?

Zespół z City of Hope i UCLA opisał mechanizm, który może tłumaczyć, dlaczego z wiekiem łatwiej odkładamy tłuszcz w okolicy brzucha. W pracy opublikowanej w „Science” wskazano komórki, które u młodych organizmów pozostają raczej uśpione, a w średnim wieku zaczynają intensywniej tworzyć nowe komórki tłuszczowe.

Brzuch to nie tylko kwestia wyglądu

Tkanka tłuszczowa nie odkłada się w ciele przypadkowo. Z wiekiem wiele osób traci część masy mięśniowej, a zyskuje więcej tłuszczu, szczególnie w okolicy brzucha. Czasem masa ciała rośnie niewiele, ale sylwetka zmienia proporcje: mniej mięśni, więcej tkanki tłuszczowej, szersza talia.

Tłuszcz gromadzący się głębiej w jamie brzusznej, wokół narządów, nazywa się trzewnym albo wisceralnym. Jego nadmiar wiąże się z większym ryzykiem zaburzeń metabolicznych, cukrzycy typu 2 i chorób sercowo-naczyniowych. Dlatego lekarze coraz częściej zwracają uwagę nie tylko na wagę, ale też na obwód talii.

Przez lata najprostsze wyjaśnienie brzmiało: metabolizm zwalnia, mniej się ruszamy, zmieniają się hormony, jemy trochę za dużo. Wszystko to ma znaczenie. Nowe badanie dodaje kolejny element: wraz z wiekiem w tkance tłuszczowej mogą aktywować się komórki, które ułatwiają organizmowi budowanie nowych magazynów tłuszczu.

Co zobaczyli naukowcy

Badanie dotyczyło białej tkanki tłuszczowej, czyli głównego magazynu energii w organizmie. Szczególną uwagę zwrócono na komórki, z których dopiero mogą powstać dojrzałe komórki tłuszczowe.

W eksperymentach na myszach porównano takie komórki pobrane od młodych i starszych zwierząt. Gdy młodym myszom przeszczepiono komórki od starszych osobników, zaczęły one tworzyć znacznie więcej nowych komórek tłuszczowych. Gdy starszym myszom podano komórki od młodych zwierząt, efekt był dużo słabszy.

Wniosek jest ważny: komórki pochodzące ze starszego organizmu same niosły w sobie większą skłonność do tworzenia tłuszczu. Nie chodzi więc wyłącznie o to, co jemy albo ile się ruszamy. Z wiekiem zmienia się także zachowanie samej tkanki tłuszczowej.

Komórki, które „budzą się” w średnim wieku

Aby lepiej zrozumieć ten proces, zespół wykorzystał sekwencjonowanie RNA pojedynczych komórek. Ta metoda pozwala sprawdzić, które geny są aktywne w konkretnych komórkach i co te komórki zaczynają robić.

U młodych myszy komórki zdolne do tworzenia tłuszczu pozostawały w dużej mierze spokojne. W średnim wieku zaczynały działać znacznie intensywniej. W pracy opisano nową populację komórek, nazwaną CP-A. Pojawiały się wraz ze starzeniem i szczególnie łatwo przekształcały się w komórki tłuszczowe.

Ważną rolę odgrywał receptor LIFR, uczestniczący w przekazywaniu sygnałów między komórkami. U starszych myszy ten szlak pomagał komórkom CP-A namnażać się i zamieniać w komórki tłuszczowe. Gdy mechanizm blokowano, przyrost tłuszczu w okolicy brzucha był mniejszy.

A co z ludźmi?

Autorzy sprawdzili także próbki ludzkiej tkanki tłuszczowej pobrane od osób w różnym wieku. Znaleźli w nich komórki przypominające mysie CP-A. U osób w średnim wieku było ich więcej niż u młodszych uczestników, a w laboratorium wykazywały dużą zdolność do tworzenia nowych komórek tłuszczowych.

To najważniejszy moment dla czytelnika, ale też miejsce, w którym warto zachować największą ostrożność: podobny mechanizm widać w próbkach ludzkich, lecz to nie znaczy, że znaleziono jedyną przyczynę rosnącego brzucha ani gotową terapię. Na obwód talii wpływają też sen, stres, dieta, alkohol, aktywność fizyczna, hormony, choroby, leki i spadek masy mięśniowej.

Ciało po 40. działa inaczej niż ciało dwudziestolatka. Styl życia nadal ma znaczenie, ale organizm łatwiej magazynuje nadwyżkę energii w miejscu, które najbardziej wiąże się z ryzykiem metabolicznym.

Jak nie dać brzuchowi rosnąć po 40.

Nie warto czekać, aż problem zrobi się duży. Tłuszcz trzewny narasta po cichu. Nie zawsze widać go od razu na wadze, bo równocześnie można tracić mięśnie. Lepszym sygnałem ostrzegawczym bywa obwód talii, ubrania, które zaczynają cisnąć, i zadyszka przy wysiłku, który dawniej nie robił wrażenia.

Nie trzeba zaczynać od siłowni pięć razy w tygodniu. Dla wielu osób skuteczniejszy będzie plan, który da się utrzymać: codzienny szybki marsz, schody zamiast windy, rower, pływanie, dłuższy spacer po kolacji, ćwiczenia z gumą oporową albo z ciężarem własnego ciała. Liczy się regularność, nie heroiczny zryw na dwa tygodnie.

WHO zaleca dorosłym 150–300 minut umiarkowanej aktywności tygodniowo albo 75–150 minut wysiłku intensywnego. Do tego dochodzą ćwiczenia wzmacniające główne grupy mięśni co najmniej dwa razy w tygodniu. W praktyce oznacza to około pół godziny ruchu przez pięć dni w tygodniu i dwa krótkie treningi siłowe, które można zrobić także w domu.

Mięśnie są tu kluczowe. Po czterdziestce organizm stopniowo je traci, jeśli nie dostaje bodźca do ich utrzymania. A mniej mięśni to słabsza gospodarka energetyczna i większa łatwość odkładania tłuszczu. Trening siłowy nie musi oznaczać sztangi, hałasu i lustra na całej ścianie. Mogą to być przysiady, pompki przy ścianie, wchodzenie na podwyższenie, ćwiczenia z gumami albo krótki zestaw dobrany przez fizjoterapeutę.

Jak zmniejszyć tłuszcz trzewny bez katowania się

Nie da się wybrać jednego miejsca, z którego organizm ma pobrać tłuszcz. Ćwiczenia na brzuch wzmacniają tułów, poprawiają postawę i stabilizację, ale same nie zdejmą tłuszczu z pasa. Tłuszcz trzewny zwykle maleje wtedy, gdy ciało traci nadmiar tkanki tłuszczowej jako całość.

Najkrótsza realistyczna droga to połączenie trzech rzeczy: regularnego ruchu, utrzymania mięśni i mniejszej nadwyżki kalorii. Harvard Health wskazuje, że w ograniczaniu tłuszczu trzewnego pomagają aktywność aerobowa, na przykład szybki marsz, oraz trening siłowy. Punktowe ćwiczenia brzucha nie załatwią sprawy.

Dieta nie musi oznaczać głodówki. Najczęściej więcej daje kilka prostych zmian: mniej alkoholu, mniej słodzonych napojów, mniej podjadania wieczorem, więcej białka w posiłkach, warzywa do większości dań, pełniejsze śniadanie zamiast nadrabiania kalorii wieczorem. Tłuszcz trzewny łatwiej narasta przy nadwyżce energii, alkoholu, stresie i bezsenności. Nie znika od jednego triku, ale często dobrze reaguje na regularność.

Sen jest częścią tej układanki. Niewyspany organizm gorzej reguluje apetyt, ma większą ochotę na szybkie kalorie i słabiej się regeneruje. Jeśli ktoś śpi po pięć godzin, żyje na kawie, je największy posiłek późnym wieczorem i siedzi przez większość dnia, sam trening w weekend zwykle nie wystarczy.

Lepszy plan brzmi mniej spektakularnie, ale łatwiej go utrzymać: codziennie trochę ruchu, dwa razy w tygodniu wzmocnienie mięśni, mniej płynnych kalorii, mniej alkoholu, więcej snu i kontrola talii raz na jakiś czas. To nie jest szybka sztuczka. To droga, która nie wymaga karania własnego ciała.

Dlaczego to odkrycie jest ważne

Największa wartość badania polega na tym, że przenosi rozmowę o „brzuchu z wiekiem” z moralizowania na biologię. Łatwo powiedzieć komuś: mniej jedz, więcej się ruszaj. Czasem to prawda, ale często nie cała prawda.

Jeśli w średnim wieku tkanka tłuszczowa łatwiej tworzy nowe komórki tłuszczowe, nawet niewielka nadwyżka kalorii, mniej ruchu albo gorszy sen mogą mocniej odbijać się na talii niż dwadzieścia lat wcześniej. To tłumaczy, dlaczego wielu ludzi po 40. mówi, że „kiedyś wystarczyło odpuścić kolację, a teraz nic nie działa tak prosto”.

Odkrycie może w przyszłości pomóc w szukaniu terapii przeciw otyłości brzusznej związanej z wiekiem. Jeśli naukowcy lepiej poznają komórki CP-A i szlak LIFR, być może uda się opracować metody ograniczające nadmierne tworzenie komórek tłuszczowych.

Rosnący brzuch nie zawsze oznacza brak silnej woli, ale nie jest też czymś, co warto ignorować. Ciało po czterdziestce nadal dobrze reaguje na ruch, sen, utrzymanie mięśni i rozsądniejsze jedzenie. Tyle że potrzebuje regularności bardziej niż krótkiego zrywu.

Źródło: „Science”, City of Hope, UCLA, Harvard Health, WHO


Dlaczego mężczyźni nie chcą już ratować związków?

W internecie krążą teksty, które opisują rozpad związku jako „przebudzenie” mężczyzny. Jedno z takich haseł brzmi: „świadomy mężczyzna nie odchodzi do kogoś, tylko od czegoś”. To nie dowodzi masowego trendu, ale pokazuje, jak realne napięcia w relacjach mieszają się z retoryką manosfery.

Ten sposób opowiadania trafia w doświadczenie wielu par po trzydziestce i czterdziestce: kredyt, dzieci, zmęczenie pracą, spadek bliskości, nierówny podział obowiązków i poczucie, że druga strona nie widzi codziennego wysiłku. Mężczyzna może czuć się sprowadzony do roli dostarczyciela bezpieczeństwa. Kobieta może czuć się obciążona domem, logistyką i emocjonalną obsługą relacji. Internet podsuwa obu stronom gotowe opowieści, ale najczęściej sprowadza konflikt do walki płci.

Polska manosfera nie jest jednym ruchem

Manosfera to luźna sieć forów, grup, kanałów i profili poświęconych męskości, randkowaniu, rodzinie, rozwodom i seksowi. W wersji anglosaskiej pojawiają się tam pojęcia red pill, black pill, MGTOW czy incel. W Polsce funkcjonują ich tłumaczenia, kopie i lokalne warianty: „mężczyzna jako bankomat”, „kobieta po trzydziestce”, „męska energia”, „odzyskanie sprawczości”, „toksyczna kobieta” albo „świadomy facet”.

Nie każda rozmowa o męskich problemach jest manosferą. Mężczyźni mierzą się z samotnością, presją zarabiania, wstydem przed proszeniem o pomoc i oczekiwaniem, że mają „dać radę”. Granica przebiega tam, gdzie opis własnej krzywdy zamienia się w teorię o kobietach jako grupie manipulacyjnej, pasożytniczej albo nastawionej na wykorzystywanie mężczyzn.

Agnieszka Włodarska z Uniwersytetu Warszawskiego w analizie polskiej manosfery na Facebooku opisuje tę przestrzeń jako środowisko skupiające mężczyzn, którzy czują się zagrożeni współczesnymi przemianami ról płciowych. Badanie dotyczyło mowy nienawiści, dyskryminacji i victim blamingu, czyli obarczania winą osób skrzywdzonych. Paweł Ścigaj z Uniwersytetu Jagiellońskiego, analizując ruchy manosfery, pokazuje z kolei, że obejmują one różne nurty: od argumentacji o prawach mężczyzn po radykalne treści wymierzone w kobiety.

Dlatego tekst o mężczyznach, którzy nie chcą ratować związku, nie musi być ani obroną mizoginii, ani oskarżeniem mężczyzn o niedojrzałość. Może opisywać mechanizm: realny ból dostaje w internecie gotową narrację, która wzmacnia poczucie krzywdy zamiast pomagać w zrozumieniu relacji.

Rozwód po latach wspólnego życia

Dane GUS pokazują, że w Polsce rozwód pozostaje doświadczeniem dziesiątek tysięcy rodzin rocznie. W 2024 r. rozwiodło się ponad 57 tys. par małżeńskich, a rozwiedzeni małżonkowie mieli za sobą średnio ponad 15 lat wspólnego życia. Statystyczny rozwodzący się mężczyzna miał prawie 44 lata, kobieta 41 lat. To często relacje po latach wspólnego domu, rodzicielstwa, pracy i finansowych zobowiązań.

W danych GUS najczęściej pojawia się niezgodność charakterów. W 2024 r. wskazano ją w 33 tys. spraw, czyli w prawie 60 proc. rozwodów. Kolejne powody miały mniejszą skalę: niedochowanie wierności w 9 tys. przypadków, alkoholizm w 7 tys., nieporozumienia finansowe w 3 tys. „Niezgodność charakterów” jest kategorią szeroką. Może obejmować brak komunikacji, różne oczekiwania, konflikt o pieniądze, rozbieżne wartości, narastający chłód albo wieloletni bilans wzajemnych pretensji.

W takiej przestrzeni pojawia się hasło: „nie chcę już ratować tego związku”. Czasem nazywa koniec relacji, w której jedna osoba latami doświadczała przemocy, upokorzeń, zdrady albo emocjonalnego szantażu. Czasem staje się skrótem, który zastępuje diagnozę: zamiast opisać konkretny konflikt, mówi się o „toksycznej kobiecie”, „kastracji męskiej energii”, „bankomacie” albo „przebudzeniu”. Taki słownik wyjaśnia wszystko z góry i nie zostawia miejsca na pytanie o własny udział w kryzysie.

Co widzą terapeuci par

Terapeuci par rzadko opisują rozpad związku jako jednorazowy wybuch. Częściej mówią o procesie, w którym utrwalają się przewidywalne wzorce: jedna osoba naciska, druga się wycofuje; jedna powtarza ten sam zarzut, druga zamyka się w milczeniu; jedna chce natychmiastowej rozmowy, druga traktuje ją jak atak. Z czasem partnerzy nie kłócą się już o konkretną sprawę, tylko o własne miejsce w relacji.

Kinga Bujak-Brodowicz, psycholog i certyfikowana psychoterapeutka Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, w rozmowie dla Centrum Dobrej Terapii podkreśla, że mitem jest oczekiwanie, iż terapeuta rozwiąże problem za parę albo zdecyduje, co jest dla niej lepsze. Psychoterapia par nie polega na wskazaniu winnego, lecz na zobaczeniu mechanizmów, w które obie strony wchodzą automatycznie.

Podobnie opisują to inni terapeuci pracujący z parami: psychoterapia nie jest poradnictwem ani zestawem instrukcji. Chodzi o przyjrzenie się temu, z jakich rodzin, środowisk i doświadczeń pochodzą partnerzy, jakie reguły wnieśli do związku i dlaczego tak trudno znaleźć wspólny mianownik. Gdy każde z nich sztywno trzyma się własnej wersji zasad, konflikt może zmienić się w wieloletnią „wojnę pozycyjną”.

To wyjaśnia nośność hasła „nie chcę już ratować”. Dla jednej osoby oznacza koniec walki o coś, co od dawna nie działało. Dla drugiej brzmi jak porzucenie odpowiedzialności. Bez konkretów nie da się rozstrzygnąć, która interpretacja jest bliższa prawdy.

Męskie zmęczenie i niewidzialna praca kobiet

Narracje manosferowe często mówią o mężczyźnie jako o bankomacie, tarczy i człowieku od rozwiązywania problemów. Ten opis bywa jednostronny, ale dotyka realnego napięcia. Wielu mężczyzn nadal słyszy, że ich wartość mierzy się stabilnością finansową, zaradnością i odpornością na stres. Gdy tracą pracę, wypalają się zawodowo albo chcą zmienić styl życia, mogą mieć poczucie, że w relacji nie ma miejsca na ich słabość.

Kobiety od lat opisują własne przeciążenie: planowanie życia domu, opiekę nad dziećmi, pamiętanie o terminach, organizowanie wizyt, pilnowanie szkoły, zdrowia i relacji rodzinnych. Nawet gdy obie strony pracują zawodowo, ciężar organizacyjny i emocjonalny często nie rozkłada się równo. Wtedy mężczyzna może czuć się niedoceniony jako dostarczyciel, a kobieta niewidzialna jako osoba podtrzymująca codzienne działanie rodziny.

Obie perspektywy mogą być prawdziwe jednocześnie. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedna strona uznaje swój koszt za jedyny realny, a koszt drugiej za przesadę, manipulację albo wymówkę. W takim układzie każdy konflikt staje się dowodem w sprawie przeciwko partnerowi.

Dlatego język internetowych manifestów słabo nadaje się do diagnozy. Daje ulgę, bo porządkuje chaos i wskazuje winnego. Nie odpowiada jednak na najważniejsze pytania: co konkretnie przestało działać, kto czego nie uniósł, które oczekiwania były wypowiedziane, a które istniały tylko w domyśle.

Granice nie wymagają pogardy

Samo odejście ze związku nie jest ani dowodem dojrzałości, ani dowodem egoizmu. Są relacje, z których trzeba odejść: przemocowe, upokarzające, oparte na kontroli, zdradzie, uzależnieniu albo wieloletnim lekceważeniu. Są też sytuacje, w których rozstanie staje się ucieczką od rozmowy, terapii, odpowiedzialności finansowej albo zobaczenia własnych zachowań.

Dlatego zdanie „mężczyzna nie chce już ratować związku” wymaga doprecyzowania. Czy nie chce ratować relacji, w której jest poniżany? Czy nie chce dalej pełnić roli jedynego dostarczyciela? Czy nie chce już być głównym źródłem bezpieczeństwa dla partnerki? A może nie chce usłyszeć, że sam latami był emocjonalnie nieobecny, unikał rozmów i zostawiał drugiej stronie organizację domu?

Te same pytania można postawić kobietom. Czy walczą o bliskość, czy o kontrolę? Czy chcą partnerstwa, czy przewidywalnej dostępności drugiej osoby? Czy mówią o potrzebach, czy komunikują je przez krytykę, karę ciszą i narastający rachunek krzywd?

Fakty są mniej efektowne niż internetowe manifesty. Polska manosfera jest opisana w badaniach jako środowisko, w którym część mężczyzn reaguje na zmiany ról płciowych poczuciem zagrożenia. Dane GUS pokazują, że rozwody często dotyczą ludzi po wielu latach wspólnego życia, a najczęściej wskazywana „niezgodność charakterów” mieści wiele różnych konfliktów. Terapeuci par opisują rozpad relacji jako proces utrwalonych wzorców, nie prostą historię jednej winnej strony.

Pytanie nie brzmi więc, czy „świadomi mężczyźni” mają rację, gdy odchodzą. Pytanie brzmi, kiedy stawianie granic jest zdrową decyzją, a kiedy staje się ideologiczną opowieścią o własnej wyższości. To rozróżnienie jest dziś ważniejsze niż kolejny wiralowy tekst o tym, kto kogo zniszczył.

Źródło: GUS, Centrum Dobrej Terapii, CBT

 


Nawrocki nie odebrał ślubowania od kolejnego sędziego TK. To już piąty przypadek

Karol Nawrocki nie odebrał ślubowania od prof. Sławomira Patyry, którego Sejm wybrał na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Bez tej czynności Patyra nie może rozpocząć pracy w TK.

To już piąta osoba wskazana przez parlament do Trybunału, która pozostaje poza orzekaniem z powodu decyzji prezydenta. Sprawa nie dotyczy więc jednej nominacji, lecz blokuje uzupełnienie składu instytucji odpowiedzialnej za kontrolę zgodności ustaw z konstytucją.

Sejm wybrał Sławomira Patyrę

Sławomir Patyra jest konstytucjonalistą z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Sejm wybrał go 11 czerwca 2026 r. Kandydaturę zgłosili posłowie Koalicji Obywatelskiej, PSL-TD, Lewicy i Centrum.

Patyra miał zająć miejsce po sędzim Andrzeju Zielonackim, którego kadencja kończyła się 28 czerwca 2026 r. Mimo zakończonego głosowania nie rozpoczął urzędowania. Procedura zatrzymała się w Pałacu Prezydenckim.

Ponieważ Nawrocki nie odebrał od niego ślubowania, nowy sędzia pozostaje poza składami orzekającymi. To uniemożliwia mu wykonywanie funkcji, do której został wybrany przez Sejm.

Nawrocki nie dopuścił do objęcia urzędu przez pięć osób

Sprawa Patyry jest kolejnym przypadkiem takiego działania prezydenta. W marcu Sejm wskazał sześć osób do TK. Karol Nawrocki odebrał ślubowanie tylko od dwóch: Magdaleny Bentkowskiej i Dariusza Szostka.

Czworo pozostałych nie zostało zaproszonych do Pałacu Prezydenckiego. Później złożyli ślubowanie w Sejmie, ale prezes TK Bogdan Święczkowski nie uznał tej formuły i nie dopuścił ich do pracy w Trybunale.

Po sprawie Patyry liczba osób wybranych przez Sejm, które nie wykonują funkcji sędziowskich, wzrosła do pięciu. To jedna trzecia konstytucyjnego składu TK.

Decyzja Nawrockiego zatrzymuje procedurę

Sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybiera Sejm. Po głosowaniu składają oni ślubowanie wobec prezydenta. Dopiero wtedy mogą objąć urząd i brać udział w rozpoznawaniu spraw. W przypadku Patyry parlament zakończył swoją część procedury. Kolejny etap zależał od prezydenta, ale Nawrocki go nie przeprowadził. Skutkiem jest zablokowanie wejścia nowo wybranego sędziego do TK.

Ten sam mechanizm dotyczy czworga osób wybranych wcześniej. Nie zostały zaprzysiężone w Pałacu Prezydenckim, a Trybunał nie dopuścił ich do orzekania. W efekcie część miejsc pozostaje obsadzona decyzją Sejmu, ale bez realnego udziału tych osób w pracy instytucji.

Spór dotyczy składu Trybunału

W marcu Sejm wskazał sześć osób do TK. Karol Nawrocki odebrał ślubowanie od Magdaleny Bentkowskiej i Dariusza Szostka. Czworo pozostałych nie zostało zaproszonych do Pałacu Prezydenckiego.

Sławomir Patyra został wybrany w osobnym głosowaniu 11 czerwca 2026 r. Także w jego przypadku prezydent nie odebrał ślubowania, przez co Patyra nie może rozpocząć pracy w Trybunale. W tej samej sytuacji pozostają cztery osoby wybrane wcześniej.

Co oznacza blokada w TK

Trybunał Konstytucyjny liczy 15 sędziów. Jeżeli pięć osób wybranych przez parlament nie bierze udziału w orzekaniu, poza realną pracą pozostaje jedna trzecia jego konstytucyjnego składu.

TK rozstrzyga sprawy dotyczące zgodności ustaw z konstytucją. Jego orzeczenia mogą odnosić się do podatków, emerytur, praw pracowniczych, działania sądów, kompetencji organów państwa i praw obywateli.

Decyzja prezydenta ma konkretny skutek instytucjonalny. Kolejni sędziowie nie wchodzą do Trybunału, a skład TK pozostaje przedmiotem sporu. Dopóki Nawrocki nie odbierze ślubowania od Patyry i pozostałych osób, nie będą one mogły normalnie wykonywać funkcji sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

Źródło: RMF FM, Onet, Sejm RP, Kancelaria Prezydenta RP

 


Stała baza USA w Polsce. Co wiadomo o planach rządu

To już nie są kuluarowe spekulacje, ale urzędowy fakt: Warszawa formalnie rusza po stałą bazę wojskową USA. Choć do wbicia pierwszej łopaty jeszcze daleka droga, decyzja rządu uruchamia dyplomatyczną i logistyczną machinę, która docelowo zmieni nie tylko geopolityczny układ sił w Europie Wschodniej, ale też realia życia w wybranym polskim regionie. Na szali leży trwałe zakotwiczenie amerykańskiej armii nad Wisłą oraz miliardy złotych z publicznej kasy, które podatnicy wyłożą na realizację tej historycznej inwestycji.

Obecnie w Polsce stacjonuje około 10 tysięcy amerykańskich żołnierzy, jednak ich obecność opiera się na formule rotacyjnej, jednostki cyklicznie wymieniają się wraz ze swoim sprzętem. Formalna uchwała rządu upoważniająca ministra obrony narodowej do działania diametralnie zmienia reguły gry. Zielone światło od rządu oznacza rozpoczęcie oficjalnych rozmów z Waszyngtonem, przygotowanie precyzyjnych propozycji lokalizacyjnych oraz oszacowanie gigantycznych kosztów. Z Brukseli płyną sygnały, że Pentagon i Biały Dom pozytywnie oceniają polski wniosek, jednak ostateczne słowo i tak padnie za Oceanem. Dla Polski, która po rosyjskiej inwazji na Ukrainę stała się logistycznym i strategicznym sercem wschodniej flanki NATO, trwała obecność Amerykanów byłaby najsilniejszym możliwym sygnałem odstraszania.

Poznań czy Wrocław? Gra o miliardy i lokalne rynki

Oficjalny kosztorys i harmonogramy wciąż powstają w gabinetach MON, ale zakulisowe ustalenia medialne pozwalają już nakreślić skalę tego przedsięwzięcia. Według informacji Wirtualnej Polski, na stole leżą obecnie dwie główne lokalizacje: Dolny Śląsk i Wielkopolska, a precyzyjniej okolice Wrocławia lub Poznania. Oba regiony dysponują kluczowymi atutami: strategicznymi lotniskami wojskowymi, rozwiniętą siecią transportową oraz gotową infrastrukturą cywilną. Stała baza to bowiem znacznie więcej niż ogrodzone drutem kolczastym koszary, poligony i hangary dla ciężkiego sprzętu. To potężne, samowystarczalne miasteczko, które według szacunków może przyjąć nawet 25 tysięcy ludzi: żołnierzy, personelu technicznego oraz ich rodzin, które przyjadą do Polski na wieloletnie kontrakty.

Dla regionu, który ostatecznie wygra ten wyścig, decyzja Waszyngtonu będzie gospodarczym tąpnięciem o potężnych konsekwencjach. Budowa bazy pochłonie z publicznych środków co najmniej 10–12 miliardów złotych, z czego większość sfinansuje polski podatnik w ramach rozbudowy infrastruktury towarzyszącej. Lokalne firmy budowlane, dostawcy usług i sektor gastronomiczny mogą liczyć na wieloletni, stabilny dopływ gotówki. Jednocześnie tak masowy napływ zamożnych lokatorów z dnia na dzień przemebluje lokalną codzienność. Dla mieszkańców wybranego powiatu oznacza to gwałtowny skok cen najmu mieszkań, presję na lokalny rynek nieruchomości, dodatkowe obciążenie sieci drogowej oraz konieczność błyskawicznej rozbudowy szkół, przedszkoli i przychodni zdrowia, które będą musiały obsłużyć anglojęzyczną społeczność.

Trwały sojusz z USA podniesie polskie bezpieczeństwo na najwyższy w historii poziom, stając się jasnym komunikatem dla Kremla. Eksperci wojskowi studzą jednak huraoptymizm i przypominają o kluczowej zasadzie: amerykańska flaga na polskiej ziemi nie zdejmuje z Warszawy odpowiedzialności za własne podwórko. Stała baza ma stanowić tarczę i logistyczne zaplecze, ale nie zastąpi modernizacji polskiej armii, rozbudowy obrony cywilnej, inwestycji w cyberbezpieczeństwo czy ochrony infrastruktury krytycznej. Projekt wchodzi właśnie w fazę twardych, dwustronnych negocjacji, a najbliższe miesiące pokażą, ile za obietnicę stałego bezpieczeństwa przyjdzie nam realnie zapłacić. 

Źródła: Ministerstwo Obrony Narodowej, Wirtualna Polska, Interia


Start kariery w czasach AI. Ukończone studia i mocne CV już nie wystarczą

Jeszcze kilka lat temu dyplom częściej działał jak przepustka do pierwszej pracy. Dziś otwiera rozmowę, nie zamyka rekrutacji. Pracodawca chce zobaczyć coś więcej: projekt, staż, portfolio, próbkę pracy. Coraz częściej pyta też, czy kandydat umie korzystać z AI i czy wie, kiedy jej nie ufać.

Pod koniec 2025 roku liczba bezrobotnych absolwentów zarejestrowanych w urzędach pracy przekroczyła 38,3 tys., podała „Rzeczpospolita”. To nie sygnał katastrofy. To informacja, że droga od uczelni do pierwszej pracy stała się mniej automatyczna, bardziej konkurencyjna i mniej cierpliwa wobec pustych CV.

Od czego zacząć, skoro AI robi najprostsze rzeczy?

Pracodawcy coraz rzadziej uznają sam wpis o ukończonym kierunku za wystarczający argument do zatrudnienia. W rozmowie o pierwszą pracę lepiej brzmi: „robiłem projekt dla koła naukowego”, „pomagałam małej firmie w analizie danych”, „prowadziłem profil wydarzenia”, niż samo: „skończyłem kierunek”.

AI dodatkowo podnosi poprzeczkę. Skoro potrafi przygotować szkic maila, streszczenie tekstu czy prostą tabelę, kandydat musi pokazać, że umie zrobić coś więcej: sprawdzić źródła, poprawić błędy i wyciągnąć własny wniosek. To właśnie z tym młodzi mają dziś największy kłopot. Żeby zdobyć doświadczenie, potrzebują pierwszego wejścia na rynek. AI nie zamyka im drzwi, ale sprawia, że to wejście coraz częściej wymaga czegoś więcej niż pustego CV.

CV bez efektów coraz trudniej obronić

CV oparte wyłącznie na edukacji coraz częściej wygląda jak puste miejsce tam, gdzie rekruter szuka dowodu pracy. Nie „uczestniczyłem w projekcie”, lecz „przygotowałem analizę ankiet i wnioski dla zespołu”. Nie „znam narzędzia AI”, lecz „używałem AI do porządkowania materiału, a potem samodzielnie weryfikowałem dane i poprawiałem błędne wnioski”. Nie „jestem komunikatywny”, lecz „prowadziłem kontakt z klientem, zebrałem informację zwrotną, przygotowałem prezentację”.

Dowodem może być niemal wszystko: koło naukowe, mały raport, aplikacja rozwiązująca realny problem, portfolio tekstów, analiza danych, organizacja wydarzenia. W technologii sprawdzi się profil na GitHubie albo projekt open source. W komunikacji i marketingu próbki tekstów, kampanii lub prezentacji. Liczy się ślad. Dowód myślenia.

Uczelnia nie może udawać, że AI nie istnieje

Problem zaczyna się tam, gdzie uczelnia zakazuje AI, a firma pyta o nią na rozmowie. Część szkół wyższych nadal widzi w sztucznej inteligencji głównie sposób na ściąganie albo pisanie prac za studenta. Firmy coraz częściej traktują ją jak zwykłe narzędzie pracy.

W efekcie wielu studentów uczy się AI samodzielnie. Bez zasad, bez rozmowy o błędach, źródłach i poufnych danych. A właśnie tego będą potrzebować w pracy: wiedzieć, kiedy AI pomaga, kiedy zmyśla i kiedy jej odpowiedź jest tylko szkicem, a nie gotowym rozwiązaniem.

Nie trzeba być programistą. Trzeba umieć pracować inaczej

Rynek coraz mniej nagradza przeświadczenie, że raz zdobyte kwalifikacje wystarczą na lata. AI przyspiesza zmianę tego, co przydatne, ale nie znaczy to, że wszyscy muszą zostać ekspertami od algorytmów.

Znaczenie ma co innego: gotowość do wejścia w nowe narzędzie, sprawdzenia jego ograniczeń i użycia go do konkretnego celu. Kto to potrafi, ma przewagę. Kto czeka, aż dyplom sam zacznie pracować, może się rozczarować.

Najbardziej odporne nie będą stanowiska „bez technologii”, lecz ludzie, którzy łączą kompetencje cyfrowe z komunikacją, oceną ryzyka i rozumieniem kontekstu. AI przygotuje szkic. Człowiek nadal musi wiedzieć, czy szkic ma sens i komu służy.

Bez praktyki trudniej przebić się przez rekrutację

Staż, projekt, wolontariat, portfolio. To dziś mocniejszy argument niż kolejna linijka w rubryce „wykształcenie”. Pierwsza praca coraz częściej zaczyna się przed pierwszą umową.

Dla rodziców i nauczycieli zmienia się podstawowe pytanie. Nie tylko: „jaki kierunek wybrać?”, ale też: „co młody człowiek będzie umiał po tych studiach pokazać?”. Rekruter patrzy na ścieżkę edukacji, ale coraz częściej pyta o efekt.

To nie jest rynek zamknięty dla młodych. Jest mniej cierpliwy wobec pustych deklaracji i coraz częściej pyta o konkrety. Nadal potrzebuje ludzi rzetelnych, ciekawych i komunikatywnych. AI nie kasuje wartości człowieka w pracy. Kasuje wygodne przekonanie, że sam dyplom wystarczy na start.

Źródło: rp.pl, Reuters, OECD, ILO, LinkedIn Economic Graph


Starmer ustępuje. Czy nowy premier zapowie powrót Wielkiej Brytanii do Unii Europejskiej?

Keir Starmer ogłosił rezygnację z funkcji premiera Wielkiej Brytanii i lidera brytyjskiej Partii Pracy (Labour). Decyzja oznacza rozpoczęcie procedury wyboru nowego przywódcy ugrupowania, który po objęciu kierownictwa partii ma przejąć także urząd premiera Wielkiej Brytanii.

Starmer poinformował, że zwrócił się do Krajowego Komitetu Wykonawczego Partii Pracy o ustalenie harmonogramu wyboru następcy. Zgłaszanie kandydatur ma rozpocząć się 9 lipca, a cały proces ma zakończyć się przed powrotem parlamentu po letniej przerwie. Do czasu przekazania władzy Starmer ma pozostać na stanowisku.

Keir Starmer objął urząd premiera 5 lipca 2024 roku po zwycięstwie Partii Pracy w wyborach parlamentarnych. Ugrupowanie pokonało wtedy konserwatystów kierowanych przez Rishiego Sunaka i wróciło do władzy po latach rządów Partii Konserwatywnej. Starmer był liderem Partii Pracy od kwietnia 2020 roku.

Presja w Partii Pracy

Decyzja Starmera zapadła po okresie narastającej presji politycznej wewnątrz Partii Pracy. Według brytyjskich mediów i agencji Reuters jego pozycję osłabiły słabe wyniki partii w wyborach lokalnych, spadek poparcia oraz obawy części posłów przed dalszym wzrostem znaczenia Reform UK Nigela Farage’a. W ostatnich dniach coraz więcej polityków Partii Pracy uznawało, że premier powinien określić termin odejścia.

Reuters podał, że Starmer wcześniej deklarował gotowość do walki o przywództwo, jeśli doszłoby do partyjnego wyzwania. Sytuacja zmieniła się po zwycięstwie Andy’ego Burnhama w wyborach uzupełniających w okręgu Makerfield. Burnham wrócił w ten sposób do Izby Gmin i uzyskał formalną możliwość ubiegania się o kierownictwo Partii Pracy.

Rezygnacja Starmera oznacza kolejną zmianę na szczycie brytyjskiego rządu od referendum brexitowego z 2016 roku. Po Davidzie Cameronie funkcję premiera pełnili Theresa May, Boris Johnson, Liz Truss, Rishi Sunak i Keir Starmer. Następca Starmera będzie kolejnym szefem rządu Wielkiej Brytanii w ciągu dekady po referendum w sprawie wyjścia kraju z Unii Europejskiej.

Andy Burnham faworytem do przejęcia władzy

Najczęściej wymienianym kandydatem do objęcia przywództwa w Partii Pracy jest Andy Burnham. Reuters opisuje go jako faworyta w możliwym wyścigu o sukcesję po Starmerze. W Partii Pracy brany jest pod uwagę także scenariusz, w którym Burnham byłby jedynym kandydatem i przejął kierownictwo partii bez pełnej rywalizacji wewnętrznej.

Burnham był posłem do Izby Gmin w latach 2001–2017, reprezentując okręg Leigh. Później przez dziewięć lat pełnił funkcję burmistrza Greater Manchester. Dwukrotnie ubiegał się o przywództwo w Partii Pracy, w 2010 i 2015 roku, ale w obu przypadkach przegrał.

Jego program polityczny jest opisywany w brytyjskich mediach jako próba przeniesienia doświadczeń z Greater Manchester na poziom całego państwa. Burnham akcentuje decentralizację, większą rolę regionów, transport publiczny, mieszkalnictwo oraz silniejszą kontrolę państwa nad podstawowymi usługami. Reuters określa ten kierunek jako „Manchesterism”, czyli model oparty na większej samodzielności lokalnych wspólnot i silniejszej roli usług publicznych.

W sprawie brexitu Burnham nie zapowiada szybkiej próby powrotu Wielkiej Brytanii do Unii Europejskiej. W maju mówił, że nie proponuje rozpoczęcia procesu ponownego wejścia do UE i że respektuje wynik referendum z 2016 roku. Jednocześnie brytyjskie media przypominały jego wcześniejsze wypowiedzi, w których wskazywał na długoterminowy argument za ponownym członkostwem.

Obecnie Burnham przedstawia sprawy krajowe jako priorytet. W wystąpieniach związanych z powrotem do parlamentu mówił przede wszystkim o usługach publicznych, gospodarce, mieszkalnictwie i funkcjonowaniu państwa. Taki kierunek oznacza, że ewentualny rząd Burnhama mógłby kontynuować poprawę relacji z Brukselą, ale bez deklaracji szybkiego odwrócenia brexitu.

Źródło: Reuters, The Guardian