Wraca kultowa Nokia 3310. Odświeżona wersja telefonu już w sklepach
Po prawie dwóch dekadach wraca na rynek kultowa Nokia 3310, która zasłynęła wytrzymałością, trwałością baterii i legendarną grą w węże. Nowa, odświeżona wersja telefonu jest bardziej smukła, lżejsza i w przeciwieństwie do poprzedniczki wyposażona w aparat fotograficzny. Ma trafić zwłaszcza do tych, którzy zmęczeni wszechobecną technologią i social mediami, szukają użytecznego i prostego sprzętu.
– To bardzo dobry jakościowo i wytrzymały produkt. Bateria w stanie spoczynku może wytrzymać nawet 30 dni. Nowa wersja została wyposażona w aparat fotograficzny, którego nie miał poprzednik. Jest też kultowa gra, która dla wielu była takim pierwszym, multimedialnym przeżyciem. Nowa Nokia 3310 na pewno jest bardzo podobna, chociaż trochę odświeżona, mniejsza i smuklejsza. Tak jak poprzednik ma również kalendarz, radio i odtwarzacz MP3. Występuje w czterech kolorach, więc każdy może znaleźć dla siebie odpowiedni – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Chróścik, kierownik działu zakupów Foto Telefon w sklepach Media Markt i Saturn.
Nokia 3310, zyskała już status ikony i cieszyła się wielką popularnością blisko 20 lat temu, we wczesnej fazie rozwoju telefonii komórkowej. Pierwsza wersja, doceniana za niezawodność i legendarną wytrwałość, nie miała aparatu fotograficznego ani żadnych udogodnień, w które są wyposażone współczesne smartfony. Jej funkcjonalność ograniczała się do kalendarza i kalkulatora, za to można było w niej skomponować własny dzwonek i zagrać w węże, czyli kultową grę Snake.
Równo po 17 latach od premiery Nokia 3310 wraca na rynek w nowej, odświeżonej wersji, wywołując zarówno zachwyt fanów technologii, jak i sentyment posiadaczy jej poprzedniczki. Nowy model jest smuklejszy i lżejszy, wyposażony w nieco bardziej zaokrąglony ekran o przekątnej 2,4 cala i kolorowy wyświetlacz (w pierwszej wersji był jednokolorowy).
Ekspert marki Dariusz Chruścik ocenia, że telefon będzie się cieszył popularnością wśród osób, które chcą odpocząć od zaawansowanych technologicznie sprzętów, odciąć się od social mediów albo po prostu mieć przy sobie sprzęt telefoniczny o dużej wytrzymałości i trwałej baterii, która nie wymaga codziennego ładowania.
Ponadto, rośnie grupa klientów, którzy chcą w prosty sposób korzystać z użytecznych produktów. Nie satysfakcjonuje ich zaawansowany technologicznie smartfon, ponieważ wolą łatwy w obsłudze, prostszy sprzęt.
– Nokia 3310 to oferta uzupełniająca. Oprócz smartfona, z którego na co dzień korzystamy, można używać jej, wyjeżdżając na urlop, kiedy chcemy mieć kontakt ze znajomymi, rodziną, z pracą, ale bez dostępu do poczty, Facebooka czy social mediów. Naładowany telefon można też nosić w torebce albo trzymać w samochodzie, co umożliwi kontakt nawet wtedy, kiedy padnie inne źródło zasilania – mówi Dariusz Chróścik.
Ograniczona liczba funkcji w odświeżonej Nokii 3310 paradoksalnie ma się okazać jej zaletą, zwłaszcza dla osób nieco zmęczonych technologią. W telefonie nie zabrakło jednak kultowego Snake, podstawowych narzędzi znanych z poprzedniego modelu oraz radia i odtwarzacza plików mp3.
– Naszym celem jest dostarczenie produktów dla wszystkich klientów. Obok zaawansowanych technologicznie produktów staramy się też uzupełniać naszą ofertę dla tych, którzy niekoniecznie chcą najnowszy smartfon – mówi Dariusz Chróścik.
(df) thefad.pl / Źródło: newseria.pl
Dieta bezglutenowa staje się coraz bardziej popularna. Czy słusznie? Sprawdzamy!
Moda na dietę bezglutenową nie słabnie. Co więcej, staje się ona popularna w coraz to nowych środowiskach. Po gwiazdach i celebrytach przyszedł czas na sportowców. Gluten był już uznawany za sprawcę wielu schorzeń i dolegliwości, ostatnio media kreują tezę, że wpływa także na osiągi sportowe. Czy rzeczywiście? Sprawdzamy!
Mimo braku badań, niektórzy trenerzy podnoszą, że dieta bezglutenowa pozytywnie wpływa na wyniki osób uprawiających sport. Skąd taka wrogość do glutenu, skoro na celiakię cierpi jedynie 1 proc. naszej populacji? Nie wiedzieć czemu dieta bezglutenowa staje się coraz bardziej popularna u osób zdrowych. Część osób, w tym również sportowców, zaczęło rezygnować z glutenu. Czy słusznie?
Co mówią badania?
Badania Sport Performance Optimization Research Team, przeprowadzone przez School of Health Science w Australii oraz Canadian Sport Institute, porównały wpływ eliminacji glutenu na wysiłki sportowe. 13 zawodowych kolarzy bez stwierdzonej celiakii oraz zespołu jelita drażliwego przestrzegało przez 7 dni jednej z diet. Różnica między jedną a drugą polegała na zawartości glutenu. Pierwsza z nich zakładała całkowitą jego eliminację, w drugiej sportowcy spożywali 16 g glutenu na dzień. Każdy z kolarzy wypróbował obie diety, z 10-dniowym odstępem pomiędzy każdą z nich. Wyniki badań nie wykazały żadnego wpływu diety bezglutenowej na osiągi sportowców. Co więcej, naukowcy badający temat przestrzegają przed wprowadzaniem diety „gluten free” w nieuzasadnionych klinicznie przypadkach. Może ona bowiem prowadzić do deficytów utrudniających właściwe funkcjonowanie organizmu, w szczególności przy dużym wysiłku sportowym. Nie chodzi tu o samo wyeliminowanie z diety glutenu, lecz o fakt, że przejście na dietę bezglutenową ogranicza spożywanie produktów pełnoziarnistych, które wpływają na pracę serca korzystnie.
Odstawienie glutenu najczęściej oznacza także, iż przyjmujemy zbyt mało niezbędnego błonnika pokarmowego, a w przypadku sportowców zbyt mało węglowodanów złożonych (por. badania naukowców z Centrum Medycznego Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku oraz szpitala miejskiego Massachusetts w Bostonie (jednego ze szpitali Szkoły Medycznej Uniwersytetu Harvarda). Wyniki ukazały się 2 maja 2017 roku w prestiżowym czasopiśmie medycznym British Medical Journal .
– Jeśli jesteś zdrowy, wyeliminowanie glutenu z diety w niczym ci nie pomoże, a wręcz przeciwnie. Może zaszkodzić – tłumaczy dietetyczka Anna Jelonek. W jaki sposób? – Jest wiele efektów ubocznych stosowania diety bezglutenowej bez konsultacji ze specjalistą. Najczęstsze z nich to niedobór witamin z grupy B., problemy z utrzymaniem prawidłowej masy ciała, problemy z koncentracją, insulinooporność, a nawet cukrzyca typu drugiego – wyjaśnia dietetyczka. Gluten występuje w produktach zawierających węglowodany złożone, szczególnie w pszenicy, jęczmieniu, życie, a więc pieczywie, kaszach, makaronie. – Węglowodany złożone to podstawa w diecie każdego człowieka, a sportowca tym bardziej. To właśnie one odpowiadają m.in. za odbudowę glikogenu zawartego w mięśniach – tłumaczy Anna Jelonek. Ekspertka podkreśla, że każda aktywność musi być zakończona odpowiednim i dobrze zbilansowanym posiłkiem zawierającym węglowodany, zwłaszcza złożone. A co za tym idzie produkty obfitujące w zawartość glutenu, który obecny jest m.in. w życie, pszenicy czy jęczmieniu. – Godzinę po treningu powinniśmy dostarczyć do organizmu ok. 50 gram węglowodanów, czyli np. gotowany makaron lub 2 kromki pieczywa – podpowiada dietetyczka.
Zła sława
Z modą na bezglutenową dietę wśród sportowców walczą eksperci nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. W Stanach Zjednoczonych jedną z bardziej zagorzałych edukatorek jest Felicia Stoler, dietetyczka i kierownik American College of Sports. Od dawna stoi ona na straży tezy, że gluten nie wpływa negatywnie na wyniki sportowe u osób zdrowych. W swoich artykułach i wywiadach podkreśla także, że nie istnieją żadne badania naukowe, które wiązałyby spożywanie glutenu u osób zdrowych z ich gorszymi wynikami lub mniejszą wydolnością organizmu. Dietetyczka zdecydowała się nawet na osobisty eksperyment. Jako osoba zdrowa wyeliminowała całkowicie gluten ze swojej diety, by sprawdzić, jak na tę modyfikację zareaguje jej organizm. – Nie zauważyłam absolutnie żadnej zmiany. Może poza faktem, że wyeliminowanie glutenu z codziennej diety jest bardzo niewygodne – podsumowała dietetyczka. Japońscy naukowcy poszli nawet o krok dalej. Udowodnili, że podawanie glutenu, a dokładnie hydrolizatu, biegaczom i piłkarzom po dużym wysiłku, obniża markery uszkodzenia mięśni .
Eksperci na całym świecie podkreślają, że samodzielne wyeliminowanie glutenu z diety może być niebezpieczne, a zdiagnozowanie nietolerancji na ten składnik lub celiakii jest możliwe tylko po kompleksowych badaniach.
Źródła glutenu
Źródła glutenu. Od góry według ruchu wskazówek zegara: mąka pszenna, pszenica orkisz, jęczmień i płatki żytnie.
(df) thefad.pl / Źródło: newsrm.tv
Oppenheimer Blue – najdroższy kamień na świecie, czyli brylanty biją rekordy
58 mln dolarów za jeden niebieski kamień, czyli Oppenheimer Blue, ponad 31 mln dolarów za różowy diament The Unic Pink – to jedne z wielu przykładów jak drogie potrafią być diamenty fantazyjne. Kolejne rekordy zapewne padną, gdyż jak szacują eksperci te kamienie zyskują w oczach inwestorów.
– Rok 2016 po raz kolejny pokazał, że diamenty zyskują w oczach inwestorów. Mieliśmy kilka na prawdę ciekawych aukcji. Niech wymienię chociażby sprzedaż kamienia Oppenheimer Blue za ponad 58 mln dolarów. Tym samym ustawiony został kolejny rekord, bo przebito transakcję z 2015 roku, kiedy najdroższym niebieskim diamentem okazał się tak zwany Blue Moon – mówi newsrm.tv Robert Śniegocki, ekspert Grupy Goldenmark.
Diamenty różowe
Rekordy padały także na rynku diamentów różowych. Diament Słodka Józefina przestał dzierżyć już palmę pierwszeństwa i najdroższym różowym diamentem stał się The Unic Pink. Kamień został sprzedany za ponad 31 mln dolarów.
– Oczywiście nie trzeba mieć wielu milionów dolarów żeby być już uczestnikiem rynku diamentów, czy diamentów fantazyjnych. Pragnę zwrócić uwagę, że chociażby kamienie w fantazyjnej barwie żółtej w ostatnich 10 latach przyniosły swoim inwestorom i posiadaczom prawie 170 proc. zwrotu zainwestowanego kapitału – wyjaśnia Robert Śniegocki.
Diamenty o barwie żółtej
Diamenty o barwie żółtej są najpopularniejszymi fantazyjnymi diamentami dostępnymi na rynku. Stanowią blisko 60 proc. wszystkich fantazyjnych kamieni dostarczanych na rynek. Ich wartość jest zbliżona do bardzo dobrej jakości diamentów bezbarwnych. Natomiast jak ocenia ekspert ich potencjał wzrostu ceny jest wielokrotnie wyższy.
Diamenty fantazyjne stanowią około 0,1% wszystkich diamentów wydobywanych na rynku w całym roku. Te najbardziej popularne, czyli diamenty w fantazyjnej barwie czerwonej, niebieskiej czy różowej stanowią niespełna 0,1% wszystkich fantazyjnych diamentów.
(df) thefad.pl / Źródło: newsrm.tv
Premier Wielkiej Brytanii Theresa May ma nowy program: imigranci niemile widziani
Premier Wielkiej Brytanii Theresa May przedstawiła program swojej konserwatywnej partii przed przedterminowymi wyborami parlamentarnymi 8 czerwca. Jednym z najważniejszych punktów jest wyraźne ograniczenie imigracji.
Jeszcze dobre dziesięć lat temu brytyjski rząd, na którego czele stał premier Tony Blair, był zdania, że imigracja jest generalnie pozytywnym zjawiskiem, bo przyczynia się do wzrostu PKB. Obywatele tzw. wówczas nowych państw unijnych, tacy jak Polacy, Czesi czy Węgrzy, od początku powinni mieć prawo do pracy w Wielkiej Brytanii, twierdzono w Londynie. Było to stanowisko diametralnie różne od tego, jakie reprezentowały Niemcy pod batutą kanclerza Gerharda Schrödera. Ten odsunął jeszcze na parę lat prawo do swobodnego wyboru miejsca zamieszkania i pracy. Blair opowiadał się też za członkowstwem Turcji w UE – Turcy mieliby tym samym prawo do osiedlania się w każdym z krajów unijnych, łącznie z Wielką Brytanią. Tony Blair był nawet za wprowadzeniem w swoim kraju euro.
Dzisiaj z Londynu docierają zupełnie inne głosy, nie tylko dlatego, że rządzi Partia Konserwatywna. Podczas gdy wówczas także wielu torysów opowiadało się za wspaniałomyślnymi zasadami imigracji i za ścisłą współpracą z UE, dziś nawet Partia Pracy ze swoim lewicowym szefem Jeremym Corbynem pożegnała się z wieloma ideami, które za Blaira uchodziły za konsensus. Wyraźnie zmieniła się atmosfera w całym kraju, co odzwierciedla też program wyborczy konserwatystów.
Zrównoważona imigracja
– Zbyt szybka i zbyt wysoka imigracja utrudnia tworzenie solidarnego społeczeństwa – powiedziała premier May przedstawiając program swojej partii w Halifax. Według urzędowych danych, między październikiem 2015 i wrześniem 2016 do Wielkiej Brytanii przybyło blisko 600 tys. imigrantów, w tym około 260 tys. z krajów pozaunijnych. O wiele za dużo, uważa rząd. Od objęcia władzy w 2010 roku Partia Konserwatywna obiecuje obniżenie imigracji netto – czyli po odjęciu osób, które opuściły Wyspy – do 100 tys. rocznie. Dziś liczba imigrantów wynosi 300 tys. rocznie. – Naszym celem jest utrzymanie imigracji na zrównoważonym poziomie – głosi program wyborczy. „Setki tysięcy w ostatnich dwóch dziesięcioleciach” mają zastąpić w przyszłości już tylko dziesiątki tysięcy, netto.
Dotychczas rząd w Londynie nie miał wpływu na wysokość unijnej imigracji, bo obywatele UE cieszą się pełną swobodą przepływu osób, czyli prawem przemieszczania się, osiedlania i pracy. Z tej swobody skorzystali zwłaszcza Polacy – w Wielkiej Brytanii żyją obecnie dobre trzy miliony cudzoziemców – obywateli UE. Większość z nich to Polacy. Napływ imigrantów z UE był jednym z argumentów Brytyjczyków, którzy opowiedzieli się za opuszczeniem Wspólnoty. Dlatego też rząd May, wychodząc z UE, zamierza położyć też kres tej swobodzie. Także w przyszłości ma co prawda napływać do Wielkiej Brytanii potrzebna jej siła robocza, ale już nie ma mieć do tego prawa automatycznie.

Multikulturowy Londyn: teraz imigracja ma być „zrównoważona”, domaga się premier May. Fot. Źródło: dw.de
Gospodarka potrzebuje fachowców
Według torysów ma się też zmniejszyć napływ imigrantów spoza UE. Już od kwietnia pracodawcy, którzy zatrudniają takie osoby, muszą uiszczać specjalną opłatę w wysokości tysiąca funtów rocznie. Torysi chcą ją podwoić. Imigranci zarobkowi mają też płacić więcej za korzystanie z finansowanego z podatków systemu opieki zdrowotnej. Rząd zręcznie łączy to obciążenie cudzoziemców z programem kształcenia przeznaczonym dla brytyjskich obywateli – ci pierwsi mają finansować tych drugich.
Brytyjska gospodarka jest mało zachwycona tymi planami ograniczenia imigracji. Gazeta „Evening Standard” nazwała wręcz propozycje May „gospodarczym analfabetyzmem” – redaktor naczelny dziennika sam jest konserwatystą, byłym ministrem finansów w rządzie Davida Camerona. A Paul Johnson z think tanku „Institute for Fiscal Studies” stwierdził, że mniejsza imigracja oznaczałaby „dodatkowe koszty dla pracodawców i gospodarki”. Program wyborczy Partii Konserwatywnej jest jednak tym razem wyraźnie mniej przyjazny dla przedsiębiorców niż kiedyś, wymaga natomiast od gospodarki przejęcia większej odpowiedzialności za społeczeństwo. Znakomicie wpisuje się w ten trend stanowisko szczególnie krytycznej wobec imigracji Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), która w znacznym stopniu przyczyniła się do decyzji o Brexicie i która zarzuca przedsiębiorstwom, że już o wiele za długo przyzwyczaiły się do taniej siły roboczej z zagranicy.
Partia Pracy odpada jako opozycja
Ograniczenie imigracji przekonuje także wyborców Partii Pracy (LP). Znalazło się też zresztą w programie tej partii ogłoszonym kilka dni temu. Krótko i węzłowato LP ogłasza w nim, że unijna swoboda przepływu osób skończy się z Brexitem. Laburzyści nie chcą wprawdzie naruszać praw obywateli UE żyjących już w Wielkiej Brytanii, ale chcą pertraktować z UE. Tak czy owak, Partia Pracy pod przywództwem Corbyna dawno nie jest już proeuropejska. Sam Corbyn w wywiadzie udzielonym krótko przed referendum przyznał BBC, że na skali od jeden do dziesięciu, jego entuzjazm dla pozostania Wielkiej Brytanii w UE plasuje się na poziomie „siedem albo siedmiu i pół”.
Dzięki temu May może się polecać w kampanii wyborczej jako reprezentantka wszystkich Brytyjczyków. – Czas, by zostawić za sobą dawną politykę podziałów i zespolić siły w narodowym interesie, zjednoczyć się w naszym wspólnym życzeniu, by Brexit był dla nas sukcesem – powiedziała May w Halifaxie.
Torysi postawili najwyraźniej na właściwego konia. W najnowszych sondażach cieszą się 45-49- procentowym poparciem. Opozycyjni laburzyści zaledwie 32-34-procentowym. May prorokuje się wręcz spektakularne zwycięstwo na miarę Margaret Thatcher w 1983 r., kiedy rok po wojnie o Falklandy z miażdżącą przewagą pokonała także mocno skłaniającą się wtedy na lewo Partię Pracy.
Christoph Hasselbach / Elżbieta Stasik / Redakcja polska ![]()
POLECAMY:
⇒ Niemcy szukają rąk do pracy. Rekordowo dużo wakatów
„Marionetka usamodzielnia się”
„Prezydent Duda przez długi czas uważany był za sługę potężnego szefa partii Kaczyńskiego. Teraz emancypuje się i blokuje centralne pomysły swojego pana” – pisze Frankfurter Allgemeine Zeitung (FAZ).
Zdaniem warszawskiego korespondenta FAZ Konrada Schullera pod koniec drugiego roku urzędowania Andrzeja Dudy „dzieje się z nim coś dziwnego”. „Nagle nie jest on już tylko miły. Nagle pojawia się – rzadko, ale jednak – na jego ustach słowo »nie« i czasem wygląda to prawie tak, jakby rzeczywiście robił to, co chce. Jakby sznurki, którymi Kaczyński steruje swoimi marionetkami, poplątały się” – pisze FAZ. Dziennik pisze w tym kontekście o starciu prezydenta z „Lordem-strażnikiem pieczęci konserwatywnych ultrasów, nieprzeniknionym, posępnie ekscentrycznym ministrem obrony Antonim Macierewiczem”.
Autor artykułu na poparcie swojej tezy przytacza też roszady personalne w prezydenckiej administracji, między innymi wybór Krzysztofa Łapińskiego na nowego rzecznika prezydenta – „a więc jednego z tych rzadkich posłów z szeregów partii Kaczyńskiego, którzy czasami odważają się wyrazić wątpliwości co do generalnej linii i którzy z tego powodu w politycznej Warszawie należą do gatunków zagrożonych wyginięciem”.
FAZ wspomina też wyrażone publicznie wątpliwości prezydenta co do zgodności z prawem wprowadzenia wstecz ograniczeń liczby kadencji dla burmistrzów i prezydentów miast. „Oświadczył, że to mu się nie podoba i kilka dni temu Kaczyński musiał pogrzebać ten plan” – pisze niemiecki dziennik dodając, że jeszcze bardziej znacząca jest „niesubordynacja Dudy w wielkiej batalii przeciwko wymiarowi sprawiedliwości”, który wedle Kaczyńskiego stanowić ma „ostatni bastion komunizmu w Polsce”.
Ostatnim akordem tego wybicia się na niepodległość jest jednak według autora zapowiedziana 3 maja inicjatywa przeprowadzenia referendum w sprawie konstytucji, która wywołać miała w szeregach PiS konsternację. „Kaczyński pogrążył się w groźnym milczeniu. Wtajemniczeni mówią, że pomimo jego oczu i uszu, które są wszędzie, został zaskoczony i siedzi teraz wściekły w swojej twierdzy”.
Zdaniem korespondenta FAZ wiele mówiący był też dobór słów prezydenta, który powiedział, że w 2015 roku wybrało go 9 mln Polaków, a więc ma silny mandat, by zapoczątkować taką debatę. „Duda nigdy jeszcze nie mówił z poczuciem własnej wartości o swoim wielomilionowym poparciu, a tym bardziej nie wobec prezesa, który po swojej porażce w wyborach prezydenckich w 2010 nie odważył się samemu kandydować” – konstatuje autor.
„Od tego momentu Duda przejął inicjatywę. Jego otoczenie tłumaczy, że nie ma on wprawdzie zamiaru zdetronizowania PiS ani jego prezesa, ale tym bardziej zdeterminowany jest, by współdecydować” – twierdzi Frankfurter Allgemiene Zeitung.
opr. Bartosz Dudek / Redakcja polska ![]()
POLECAMY:
⇒ Niemcy szukają rąk do pracy. Rekordowo dużo wakatów
Biskup Pieronek: Wkrótce w każdym miasteczku będzie pomnik Lecha Kaczyńskiego, jak w ZSRR pomnik Stalina
– Miesięcznice smoleńskie to czysta polityka. Nie chodzi o pamięć o zmarłych – powiedział biskup Tadeusz Pieronek, były sekretarz generalny Episkopatu Polski w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.
– Mieszkam przy krakowskiej katedrze i widzę miesięcznice, które nie odbywają się już co miesiąc, ale dwa razy w miesiącu, bo również w miesięcznice pochówku pary prezydenckiej na Wawelu. Dwutygodnice zastąpiły miesięcznice. Ludzie wychodzący z katedry robią tylko politykę. Te marsze i wypowiedzi przed Pałacem Prezydenckim nie mają charakteru religijnego. Miesięcznice smoleńskie to czysta polityka. Podczas przemówień nie ma słów o ofiarach katastrofy i samym Smoleńsku. Nie chodzi już o zmarłych. Chodzi o politykę. To, co się tam słyszy podczas wystąpień, to włosy dęba stają na głowie. – ocenił
Odnosząc się do wypowiedzi szefa MSWiA Mariusza Błaszczaka, który podczas obrad Sejmu stwierdził, że miesięcznice smoleńskie mają charakter modlitwy, biskup Pieronek podkreślił, że „wystąpienia prezesa PiS podczas miesięcznic smoleńskich nie mają charakteru religijnego.” – Te marsze to polityka, nie uroczystości religijne. Religia staje się łatwym instrumentem do manipulacji. – podkreślił.
Min. M.Błaszczak teraz w Sejmie: „Miesięcznice mają charakter MODLITWY, uroczystości mają charakter religijny” pic.twitter.com/BsUoId6oT0
— Krzysztof Brejza (@KrzysztofBrejza) 11 maja 2017
– Jak ktoś bardzo kochał, to żałoba może trwać i całe życie. – mówił Tadeusz Pieronek – Ale tu już nie ma mowy o żałobie, ale o wykorzystywaniu tragedii jako narzędzia politycznego, aż ktoś zwycięży. A że jeszcze całkowicie nie zwyciężył, to będą trwały długo. – zwrócił uwagę biskup.
– To tylko pretekst. Gdyby nie ten, byłby inny. – skomentował słowa Jarosława Kaczyńskiego, który powiedział, że miesięcznice będą trwały, dopóki pomnik Lecha Kaczyńskiego i ofiar katastrofy smoleńskiej nie stanie na Krakowskim Przedmieściu. – Wkrótce w każdym miasteczku będzie musiał być pomnik Lecha Kaczyńskiego, jak w ZSRR pomnik Stalina. Rosjanie, żeby podlizać się rządzącym, stawiali pomniki Stalina. Powstawały jak grzyby po deszczu od Moskwy po najmniejsze miasteczka. W każdym domu musiał wisieć portret Stalina. Można próbować wprowadzić taką religię, ale to będzie religia Kaczyńskiego, nie religia chrześcijańska.
– Jeszcze niech w każdym domu będzie portret Lecha Kaczyńskiego, przed którym trzeba będzie się kłaniać, jak w Korei Północnej. (…) Od początku mówiłem, że pochówek na Wawelu był błędem. – dodał biskup Tadeusz Pieronek.
(df) thefad.pl / Źródło: Rzeczpospolita
Barometr 2017: Niemcy są tym krajem, z którym Polacy chcą współpracować
Dwie trzecie Polaków uważa relacje z Niemcami za dobre, ale coraz więcej osób widzi w nich problemy, takie jak Nordstream, różnice w podejściu do uchodźców czy wzajemne uprzedzenia Niemców i Polaków.
Barometr Polska-Niemcy od lat pokazuje, że Niemcy są tym krajem, z którym Polacy chcą współpracować. W tym roku w sondażu przeprowadzonym na zlecenie Instytutu Spraw Publicznych i Fundacji Konrada Adenauera taką opinię wyraziło 41 proc. pytanych.
64 proc. uważa relacje polsko-niemieckie za dobre lub bardzo dobre. To o 3 proc. mniej niż w zeszłym roku, natomiast drastycznie mniej w porównaniu z rekordowym rokiem 2000 (77 proc.) i znacznie więcej niż w roku 2009 (53 proc.). Najwięcej entuzjastów jest w zachodnio-południowej Polsce, gdzie ich odsetek przewyższa średnią krajową aż o 10 punktów procentowych (74 proc.).
Rosnący sceptycyzm
Mimo ogólnej dobrej oceny naszych relacji, badani stają się bardziej sceptyczni, gdy dochodzi do pytań o konkrety. Coraz mniej z nas uważa, że Niemcy przyczyniają się do przezwyciężenia kryzysu w strefie euro – tu od 2015 roku nastąpił spadek z 66 do 54 procent.
Spada także liczba tych, którzy uważają, że Niemcy przyczyniają się do lepszej współpracy w Europie. Opinię tę podziela teraz 61 proc. (2015: 68 proc.). W sprawie kryzysu uchodźczego opinie rozkładają się dość równo. 41 proc. jest zdania, że Niemcy przyczyniają się do jego przezwyciężenia, zaś 39 proc. uważa, że go pogłębiają.
Silne Niemcy a dobro Polski
Badania pokazują, jak różnie Polacy oceniają rosnącą pozycję Niemiec w Europie. 31 proc. pytanych uważa, że wzrost siły sąsiada byłby dla naszego kraju dobry – to spadek w porównaniu z badaniami sprzed dwóch lat (2015: 39 proc.). Zdaniem 21 proc. respondentów byłby on dla nas niekorzystny (2015: 17 proc.), a 35 proc. sądzi, że to ani korzystne, ani niekorzystne.
36 proc. Polaków uważa, że na współpracy gospodarczej w równym stopniu korzystają oba kraje, natomiast zdaniem 32 proc. większe korzyści odnoszą Niemcy.
41 proc. badanych jest przekonanych o zagrożeniu gospodarczym ze strony sąsiada. Nie bardzo wierzymy też, że Niemcy traktują nas jako równoważnego partnera w Europie. Sądzi tak 39 proc., podczas gdy 47 proc. jest przeciwnego zdania.
Antyniemiecka retoryka
Wprawdzie ogólna ocena relacji z Niemcami nadal jest pozytywna, jednak wzrósł odsetek osób wybierających przy różnych pytaniach odpowiedź „nie wiem”, a – zdaniem autorki raportu Agnieszki Łady z Instytutu Spraw Publicznych w Warszawie – „wątpliwości te w sytuacji możliwego wzmożenia antyniemieckiej retoryki w Polsce mogą się przekształcić w opinie negatywne”.
Autorka uważa, że skutki tej retoryki częściowo już są widoczne, gdyż rośnie liczba osób podkreślających problemy w naszych relacjach. To tradycyjnie Nordstream (69 proc.), ale także różnice w podejściu do uchodźców (72 proc.) oraz płynąca z Niemiec krytyka stanu polskiej demokracji (68 proc.) i działania PiS dotyczące rządów prawa w Polsce (68 proc.) . Oceny te – jak podkreśla Łada – nie zawsze odzwierciedlają fakty i stan aktualnych polsko-niemieckich rozstrzygnięć politycznych. W Barometrze chodzi bowiem o pokazanie wzajemnego postrzegania i emocji, a te są skutkiem bieżącej polityki, jak i toczonych debat publicznych.
Współpraca pomimo uprzedzeń
W porównaniu z ubiegłym rokiem największy wzrost – z 50 do 61 procent – zaznaczył się w liczbie Polaków, którzy jako poważny problem oceniają uprzedzenia Polaków wobec Niemców. Coraz więcej osób za problematyczne uważa rosnące antyeuropejskie nastawienie obecnych władz w Warszawie – tu widać skok o 10 punktów procentowych (z 56 do 66 proc.).
Jednak w relacjach z Niemcami powinniśmy przede wszystkim dążyć do współpracy i kompromisów – to zdanie 58,5 proc., podczas gdy jedynie 31,5 proc. uważa, że trzeba stawiać w pierwszej kolejności na obronę własnych interesów.
Monika Sieradzka / Redakcja polska ![]()
POLECAMY:
⇒ Pierwsza wizyta. Prezydent Macron w Berlinie
⇒ „Francuzi gilotynują swoich królów, jeśli zajdzie taka potrzeba”
Więcej szacunku dla poseł Krystyny Pawłowicz „wyrobnicy niemieckich gazet”!
Grupa polskich posłanek poleciała do Tokio na konferencję Global Summit of Women.
Na tę samą konferencję poleciały również posłanki z PO, Nowoczesnej, PSL i Kukiz’15. Z tą tylko różnicą, że klasą ekonomiczną, natomiast posłanka PiS Krystyna Pawłowic klasą biznes. Różnica w cenie biletów to kilka tysięcy złotych – zwraca uwagę „Fakt”.
Pawłowicz natychmiast odniosła się do publikacji Faktu. Jak wyjaśnia na jednym z portali społecznościowych „NIE dałam się sterroryzować, leciałam w obie strony, łącznie 22 godziny w klasie biznes. Skorzystałam z PRZYSŁUGUJĄCEGO mi prawa do zdrowia.”
„Na konferencję w dniach 11 – 14 maja, do Tokio, na 11-godzinny lot, terroryzowane przez media PANIE poseł PO, Kukiz’15, .N i PSL lat 66, 52, 48 i 42, wystraszone „tym, co napiszą potem gazety”, zdecydowały lecieć klasą ekonomiczną premium. Mimo, że przy podróży lotniczej trwającej 8 lub więcej godzin mają prawo do zdrowszej dla wieku i płci klasy biznes refundowanej przez Sejm.”
Wystraszone leciały 11 godzin w jedną stronę skulone, a po przylocie czekały, aż zejdzie im z nóg opuchlizna. Nie czuły się dobrze.
Ale dziennikarze z jakichś FAKTÓW są zadowoleni, bo „upilnowali władzy”, siedząc wygodnie w chałupach i popijając piwo. W istocie upokorzyli kobiety posłów, ale niby „dopilnowali publicznych, naszych pieniędzy”.
Ja (65 l.) NIE dałam się sterroryzować, leciałam w obie strony, łącznie 22 godziny w klasie biznes. Skorzystałam z PRZYSŁUGUJĄCEGO mi prawa do zdrowia.
Starszym osobom, kobietom należy się szacunek
Dziennikarska młodzież może latać choćby w luku bagażowym, ale starszym osobom, kobietom należy się jednak szacunek. „Tropiciele afer” z FAKTU i podobnych niemieckich mediów dla polskich posłów go nie mają. Ciekawe, czy terroryzowaliby także swoje matki… I narzeczone…
Jutro FAKT ma mi „przyłożyć”, że śmiałam przez 22 godziny podróżować w klasie biznes. Taki skandal!Więcej szacunku dla Polek wyrobnicy niemieckich gazet. Jesteście w Polsce, tu się kobiety szanuje. – grzmi oburzona Pawłowicz.
(df) thefad.pl / Źródło: Fakt, Facebook
Wzrost gospodarek w państwach strefy euro wyższy niż USA
Gospodarka w państwach strefy euro znajduje się nadal w fazie stabilnego wzrostu – wynika z najnowszych liczb opublikowanych przez Eurostat.
Produkt krajowy brutto (PKB) całej strefy euro wzrósł w pierwszym kwartale 2017 w porównaniu do ostatniego kwartału 2016 o 0,5 proc. W USA wskaźnik ten wyniósł jedynie 0,2 proc.
Prymusem eurolandu jest Finlandia. Fińska gospodarka urosła w czasie tylko jednego kwartału aż o 1,6 proc. Z czterech największych państw strefy euro najlepiej wypadli Hiszpanie (0,8 proc.), przed Niemcami (0,6 proc.), Francją (0,3 proc.) i Włochami 0,2 proc. Jedynie w Grecji PKB skurczył się o 0,1 proc.
– Mamy do czynienia z przyśpieszeniem wzrostu – komentował odpowiedzialny za euroland wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Valdis Dombrovskis. Komisja Europejska podniosła w ubiegłym tygodniu swoją prognozę dla eurolandu i oczekuje w tym roku łącznego wzrostu PKB o 1,7 proc. Bruksela spodziewa się wzrostu eksportu, prywatnej konsumpcji oraz większych inwestycji.
Boom gospodarczy w eurolandzie jest odczuwalny także w Niemczech. Według najnowszych danych przedstawionych przez Instytut Badań nad Rynkiem Pracy (IAB) zatrudnienie w Niemczech osiągnęło najwyższy poziom od 25 lat. W ciągu ostatniego roku liczba zatrudnionych w Niemczech wzrosła o 1,5 proc. do 43,7 mln.
Odpowiednio rekordowo niskie jest także bezrobocie. Według najnowszych danych Federalnej Agencji Pracy stopa bezrobocia w RFN wynosi obecnie 5,8 proc.
Reuter / Bartosz Dudek / Redakcja polska ![]()
POLECAMY:
⇒ Prokuratura Europejska i Eurokorpus, ale bez Polski
⇒ 25 lat Traktatu z Maastricht. „Czarodziejska formuła”
„Ostra” dyskusji o Polsce w Radzie Unii Europejskiej. Unijni przywódcy wzywają Polskę do pełnej współpracy z KE
Zdecydowana większość krajów UE wsparła we wtorek Komisję Europejską w sporze z Polską o Trybunał Konstytucyjny i przestrzeganie praworządności. Takiej mobilizacji nie spodziewała się ani Warszawa ani Frans Timmermans.
Frans Timmermans, I wiceprzewodniczący KE, przedstawił we wtorek Radzie Unii Europejskiej ds. Ogólnych informację o – trwającym od ponad roku – postępowaniu na rzecz praworządności w Polsce.
W Radzie tej kraje Unii są zwykle reprezentowane przez ministrów ds. europejskich bądź szefów dyplomacji. Timmermans za zamkniętymi drzwiami krótko opowiedział im, że władze Polski w ogóle nie stosują się do zaleceń KE w sprawie Trybunału Konstytucyjnego (m.in. w sprawie publikacji niektórych wyroków i zaprzysiężenia sędziów wybranych przez poprzedni Sejm). A także nawiązał do „bardzo niepokojącego” projektu reformy Krajowej Rady Sądownictwa.
Rada Unii Europejskiej po raz pierwszy w swej historii oficjalnie zajęła się łamaniem praworządności w jednym z krajów Unii.
Polska dyplomacja bardzo zabiegała, by po informacji Timmermansa nie wywiązała się większa dyskusja. Nawet otoczenie samego wiceszefa KE spodziewało się, że w dyskusji głos zabiorą ministrowie pięciu-sześciu krajów i tym samym złamią tabu rady UE, by nie krytykować się nawzajem. Stało się inaczej.
– Komisja Europejska dostała bardzo szerokie poparcie w kwestii postępowania wobec Polski – powiedział Timmermans po obradach Rady UE.
Sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Konrad Szymański bronił linii rządu Beaty Szydło. Po Szymańskim głos zabrało – zdaniem świadków obrad – aż 22 innych ministrów. Milczenie w sprawie Polski zachowała tylko Malta i Estonia (obecna i przyszła prezydencja w Radzie UE strzegąca roli neutralnego pośrednika), Austria, Bułgaria oraz Chorwacja.
Większość za Timmermansem
Atmosfera podczas ponadgodzinnej dyskusji o Polsce była – jak relacjonują świadkowie – „ostra”. Siedemnastu spośród 22 przemawiających ministrów jednoznacznie poparła Timmermansa (najostrzej Francja, Włochy, Belgia, Szwecja) i wzywało Polskę do pełnej współpracy z KE. Czterech kolejnych ministrów (m.in. Czech i Brytyjczyk) była – jak relacjonują nasi rozmówcy – „bardziej neutralna”, ale też namawiająca Polskę do dialogu z KE. Tylko Węgier wyraził jednoznacznie sceptycyzm wobec postępowania KE na rzecz praworządności.
– To nie jest spór o wartości. Praworządność jest naszą wartością. Tu chodzi o interpretację polskiego prawa – przekonywał potem dziennikarzy minister Szymański.
Niemiecki minister Michael Roth powiedział – zdaniem naszych informatorów – że skoro „Unia jest wspólnotą wartości”, to wszystkie kraje UE muszą jej przestrzegać, choć „bywa to bolesne”. Natomiast ambasador Pierre Sellal, który w drodze wyjątku reprezentował Francję (jej nowy rząd dopiero się tworzy), zapowiedział, że jeśli dialog między Polską i KE nie będzie przynosił rezultatów, to trzeba będzie pomyśleć o „bardziej zdecydowanych działaniach”.
Jednak nikt otwarcie nie nawiązał do groźby unijnych sankcji, które teoretycznie można nałożyć na kraj UE za łamanie podstawowych zasad unijnych. Jednak do tego trzeba by jednomyślności wszystkich krajów Unii poza Polską (Węgry obiecały weto). Sporo krajów, w tym Niemcy, nie chce dyskusji o karach, by nie eskalować napięcia z Polską.
Bez obcinania funduszy
Podczas wtorkowych obrad Rady UE nie padły też pomysły obcinania unijnych funduszy dla Polski.
Komisarz UE ds. sprawiedliwości Vera Jourova od paru miesięcy publicznie podnosi pomysł uzależnienia wypłaty funduszy unijnych dla krajów UE od przestrzegania praworządności. Teoretycznie taką reformę (zatwierdzoną przez Parlament Europejski i Radę UE) można by powiązać dopiero z przyszłym wieloletnim budżetem UE po 2020 r. Ale pomysł Jourovej wzbudza spory sceptycyzm u wielu innych członków Komisji Europejskiej. Przynajmniej na razie Jourova nie ma poparcia – jak wynika z naszych nieoficjalnych rozmów w Brukseli – ani ze strony szefa KE Jean-Claude’a Junckera, ani Fransa Timmermansa.
– Ministrowie oczekują, że relacje Polski z Komisją Europejską zostaną odblokowane do lipca i wtedy Frans Timmermans zda nam kolejny raport – powiedział po obradach Didier Reynolds, szef belgijskiej dyplomacji.
Wcześniej za zamkniętymi drzwiami wielu ministrów deklarowało, że oczekuje od Timmermansa kolejnych sprawozdań z postępów w sprawie praworządności w Polsce. To porażka polskiej dyplomacji, której zdaniem Komisja Europejska przekracza swe uprawnienia zajmując się Trybunałem Konstytucyjnym.
Tomasz Bielecki, Bruksela / Redakcja polska ![]()
POLECAMY:
⇒ Pierwsza wizyta. Prezydent Macron w Berlinie
⇒ „Francuzi gilotynują swoich królów, jeśli zajdzie taka potrzeba”














