Zniknięcie potwora z Loch Ness.

Zwolennicy najczęściej widzą w niej plezjozaura. Według bardziej racjonalnych wyjaśnień mogła być dużym jesiotrem, węgorzem, foką, słoniem, delfinem, może orką. Mowa oczywiście o Nessie, mitycznym potworze z Loch Ness – bohaterce wielu opowieści, obiekcie niezliczonych mistyfikacji i całkiem poważnych poszukiwań. Od 18 miesięcy nikt jej „nie widział”. Czy to koniec legendy?

 

Choć może brzmieć to wszystko jak żart, część mieszkańców okolic Loch Ness jest bardzo poważnie zaniepokojona „zniknięciem” Nessie.

 

 

I nie ma się czemu dziwić. Wszak Nessie to jeden z najbardziej znanych symboli Szkocji, ogromna atrakcja turystyczna. Międzynarodowa sława potwora z Loch Ness narodziła się na początku lat 30. XX wieku i do dzisiaj przyciąga do Szkocji rzesze turystów z całego świata.

Nessie stała się bohaterką wielu filmów i książek. Jej legenda była przez ostatnie kilkadziesiąt lat bardzo silnie eksponowana. Niejeden mieszkaniec Wysp Brytyjskich podchodził do niej nad wyraz poważnie, organizując ekspedycje naukowe czy prowadząc – jak Gary Campbell – szczegółowe rejestry obserwacji.

Według brytyjskich mediów w sprawie Nessie mamy obecnie sytuację wyjątkową, która nie miała miejsca od blisko 90 lat. Otóż przez ostatnie 18 miesięcy nikt nie zaobserwował potwora i nie zgłosił tego Campbellowi. Mężczyzna 17 lat temu sam zobaczył „coś” w jeziorze. Od tego czasu postanowił osobiście nadzorować wszystkie doniesienia na temat Nessie. Mało tego, sporządził również listę obserwacji, która sięga blisko piętnastu wieków wstecz.

Rejestr Campbella liczy dokładnie 1036 obserwacji. Od początku XXI wieku liczba osób zgłaszających informacje o Nessie regularnie zmniejszała się, ale jeszcze w 2012 r. kilku świadków utrzymywało, że widziało potwora.

Oczywiście zgłoszenia są selekcjonowane i oceniane pod kątem wiarygodności. Dlatego dwie potencjalne obserwacje z zeszłego roku zostały odrzucone, bo – jak się okazało – ich przedmiotem była kaczka i łódź. Podobna sytuacja nie miała miejsca od 1925 roku. O zniknięciu Nessie Campbell mówił kilka dni temu w rozmowie z BBC: „To bardzo niepokojąca informacja, nie wiemy dokąd odeszła”.

Czy zatem potwora z Loch Ness dotknął po prostu spadek zainteresowania ze strony turystów? W zeszłym roku Nessie znalazła się na trzecim miejscu listy „Top18 zagadek podróżniczych” do rozwiązania w 2014 roku, przygotowanej przez brytyjski magazyn podróżniczy „Wanderlust”. Dla porównania, Yeti znalazł się na 12 miejscu, piramidy w Gizie na 6, a cuda we francuskim Lourdes na 17. Pierwsze miejsce zajęły posągi Moai z Wyspy Wielkanocnej. Nessie magazyn nazwał „najbardziej rozreklamowanym stworzeniem współczesnych czasów”.

Być może „zniknięcie Nessie” to nowa odsłona kampanii reklamowej, której początki sięgają średniowiecza.

Co kryło się w wodach Loch Ness?

Loch Ness to polodowcowe jezioro w Szkocji o powierzchni 56,4 km kw. Jest długie na około 37 km i szerokie na 1,6 km. Jego głębokość sięga 230 metrów. Loch Ness jest częścią Kanału Kaledońskiego, który łączy Morze Północne z Oceanem Atlantyckim. Jezioro usytuowane jest na wysokości 16 m n.p.m., wpływa do niego sporo górskich strumyków. Te „suche” dane nie są tutaj bez znaczenia. Wyjaśniają wiele teorii na temat wizerunku Nessie.

Pierwsza wzmianka o potworze sięga końca VII w. To wówczas Adamnan z Hy – benedyktyn i święty Kościoła katolickiego – w „Żywocie świętego Kolumbana” opisał historię swojego krewnego, świętego Kolumbana Starszego, który rozprawił się z bestią za pomocą modlitwy.

Kolumban zajmował się nawracaniem Piktów, czyli plemion żyjących w tym czasie na terenie Szkocji. Około 565 r. misjonarz miał napotkać grupkę lokalnych Piktów, którzy grzebali ciało mężczyzny rozszarpanego przez wodnego potwora. Kiedy stwór wyłonił się z jeziora, aby zaatakować kolejnego mężczyznę, Kolumban nakazał mu wrócić pod wodę. Co zresztą potwór skwapliwie uczynił.

Kolejne przekazy, opisujące dziwne zjawiska w Loch Ness, pochodzą z XVII i XVIII wieku. Podróżnik Richard Frank wspominał pływającą na wodach jeziora wyspę, a Daniel Defoe pisał o starotestamentowych lewiatanach, które w 1716 roku nękały żołnierzy budujących przybrzeżną drogę.

„Wodny koń”

Pod koniec XVIII wieku potwór przybrał nieco inną postać. W 1771 roku niejaki Patrick Rose opisywał go jako skrzyżowanie konia z wielbłądem. Ten wizerunek stwora był popularny również w XIX wieku. W ówczesnych relacjach przewijał się motyw czegoś na kształt „wodnego konia”. Podobnie potwora opisywała w 1907 roku grupka dzieci. Zaobserwowały one, o czym pisze Reuben Stone w książce „Potwory i tajemnicze zjawiska”: „»jasnobrązowego czworonoga, podobnego wyglądem do wielbłąda« wślizgującego się w mroczne odmęty jeziora”.

Na początku XX wieku krążyło wiele mitów na temat tego, co może kryć się w wodach Loch Ness. Powtarzające się elementy opisów to dwa garby, skóra węża, ogon i litera „V”, której kształt pozostawiał za sobą zwierz. Jezioro budziło ogromny lęk, a okolicznym dzieciom zabraniano kąpać się w akwenie.

 

Wieloryb, plezjozaur i „zdjęcie chirurga”

W historii tajemniczego żywota potwora z Loch Ness przełomem okazał się być rok 1933. To wówczas Nessie trafiła na pierwsze strony gazet i zyskała międzynarodową sławę. Wszystko zaczęło się od państwa Mackay, których relacja z 14 kwietnia znalazła się w prasie. Mieli oni widzieć potwora aż przez minutę. Według ich spostrzeżeń, Nessie była podobna do wieloryba.

Niecały miesiąc później, 11 maja, Nessie była widziana także przez mieszkającego nieopodal jeziora Aleksandra Shaw i jego syna. Zobaczyli oni wzburzenie na wodzie jeziora i grzbiet potwora. W pamiętnym 1933 roku jeszcze wiele okolicznych rodzin zgłosiło swoje obserwacje. Według różnych relacji, zwierzę miało m. in. 10 metrów długości, płetwy, sierść, rybi ogon i grzbiet z charakterystycznymi garbami.

22 lipca Nessie wybrała się nawet na spacer. Podobno przebiegła drogę małżeństwu Spicerów, które wracało samochodem z wakacji. Para w ostatniej chwili uniknęła zderzenia z ogromną czarną istotą o odrażającej sylwetce i długiej szyi. Do końca 1933 roku wpłynęło ponad 50 doniesień na temat potwora. 12 listopada tego samego roku Nessie doczekała się również swojej pierwszej fotografii autorstwa Hugh Graya. Choć sam Gray długość zwierzęcia oszacował na 12 metrów i twierdził, że jego skóra jest ciemnoszara i połyskliwa, to na jego fotografii tajemnicze zwierzę przypominało raczej labradora płynącego z kijem w pysku.

Nietrudno się domyślić, że kolejny rok przyniósł dalszy rozkwit doniesień na temat Nessie. Jednym z nich było sensacyjne „zdjęcie chirurga”. Fotografię wykonał 19 kwietnia 1934 roku pułkownik Robert Wilson, londyński lekarz. Przedstawia ona najbardziej charakterystyczną postać Nessie jako plezjozaura. Na fotografii wdać głowę i typową szyję potwora. Przez wiele lat zdjęcie uchodziło za autentyczne. Opinia to została ostatecznie obalona w 1975 roku.

Garb Nessie

Do początku lat 40. kolejne zdjęcia, filmy i relacje pojawiały się jak grzyby po deszczu. Zwierzę najczęściej opisywano jako potwora z małą głową i bardzo długim ogonem. Do Nessie przylgnęła sława plezjozaura, ale mówiono także, że jest skrzyżowaniem plezjozaura i foki. Świadkowie twierdzili również, że potwór ma żyrafią szyję i ogromne ciało, zupełnie nieproporcjonalne do wyjątkowo małej głowy. Czasami Nessie „wyposażano” także w płetwy. W przekazach istniała duża zgodność co do jej ciemnoszarego koloru.

Liczne doniesienia na temat Nessie oczywiście pojawiały się także w latach 40. i 50. Jednak ich kolejny nadzwyczajny rozkwit nastąpił w latach 60. Zaczęło się już w 1960, kiedy Tim Dinsdale, inżynier żeglugi powietrznej, który porzucił swoją pracę, całkowicie oddając się sprawie potwora z Loch Ness, nakręcił film. Na filmie Dinsdale’a widoczny był poruszający się z dużą prędkością garb. Film, rzecz jasna, wywołał lawinę dyskusji. Ostatecznie – za sprawą zoologa, doktora Maurice’a Burtona, film został uznany za kolejną mistyfikację. Garbem Nessie okazała się być łódź.

Sceptycy i fanatycy

Burton w kwestii istnienia potwora z Loch Ness był sceptykiem. Przez kilkadziesiąt lat demistyfikował wszystkie oszustwa, skupiając się na naukowych faktach i racjonalnym wyjaśnieniu sprawy potwora z Loch Ness.

Było co wyjaśniać. Obfite relacje na temat potwora pojawiały się do końca XX wieku. W nowym tysiącleciu ich żywotność nieco zmalała, ale szerokim echem odbiło się kilka filmów i fotografii. W 2007 roku Gordon Holmes, 55-letni technik laboratoryjny, sfilmował obiekt płynący pod wodą z duża prędkością. Jednak jakakolwiek wiarygodność jego filmu została zakwestionowana. Między innymi przez wzgląd na postać Holmes’a, który okazał się być także specjalistą od… „filmowania wróżek”.

W 2011 roku Marcus Atkinson, szyper jednego z lochnessowskich kutrów, twierdził, że wykonał obraz sonarowy obiektu o długości 1,5 m. Jednak specjaliści z brytyjskiego Narodowego Centrum Oceanografii stwierdzili, że zdjęcie przedstawia glony i zooplankton. Autentyczność innych materiałów z ostatnich lat również została zakwestionowana.

Szukając śladów Nessie

Na spotkanie z Nessie wyruszało wiele ekspedycji organizowanych przez fanatyków i poszukiwaczy sensacji. Na wody Loch Ness wypływały również poważne instytucje naukowe, które nie zawsze dążyły do znalezienia tajemniczego potwora. Często chodziło po prostu o badanie fauny szkockiego jeziora.

Pierwszą ekspedycję mającą na celu wyjaśnienie tego, co kryje się w jeziorze, zorganizował sir Edward Mountain. Od 13 lipca 1934 przez kilka tygodni zbierano informacje, robiono fotografie i szaleńczo poszukiwano potwora. Jednym z rezultatów tej wyprawy było nagranie przedstawiające fokę, nie zaś tajemniczego zwierza, jak twierdzili uczestnicy ekspedycji.

W latach 60. miało miejsce kilka wartych uwagi wypraw. Badania z zastosowaniem sonaru prowadziły uniwersytety Cambridge i Birmingham. Ekipy nie natrafiły na żadne ślady nadzwyczajnego zwierzęcia, ale obie ekspedycje znacznie przyczyniły się do rozwoju stanu badań nad planktonem i dnem jeziora Loch Ness.

W 1962 roku utworzyła się frapująca inicjatywa: Biuro Badania Fenomenu Loch Ness, w skrócie LNPIB (Loch Ness Phenomena Investigation Bureau). Po 10 latach organizacja zakończyła działalność, ale wcześniej dokonała kilku ekspedycji. Zrzeszając specjalistów, ochotników i fascynatów potwora z Loch Ness, prowadzono eksperymenty z sonarem. W 1968 roku LNPIB wydało oświadczenie, w którym donosiło, że w wyniku badań odnotowano kontakty z dużymi, poruszającymi się obiektami, które na pewno nie są zwykłymi rybami.

Badania sonarowe prowadził także w 1969 roku Andrew Carroll z New York Aquarium, który także odnotował kontakt sonarowy z dużym, ruchomym obiektem w jeziorze. Ekspertyza echa tego obiektu wykazała, że powinien on mierzyć około 7 metrów.

Ekspedycje z rozmachem

W 1970 roku zorganizowano „wielką ekspedycję”. Przewodził jej biolog Roy Mackal z Uniwersytetu w Chicago. Głównym narzędziem w czasie badań były hydrofony, czyli mikrofony odbierające podwodne dźwięki. Analiza odgłosów wykazała, że jezioro zamieszkuje zwierzę stosujące echolokację. Prawdopodobnie dużych rozmiarów. Według Mackala dźwięki te nie należały ani do zwierzęcia morskiego, ani do żadnego znanego gatunku.

Od końca lat 80. do początku XXI wieku przeprowadzono szereg profesjonalnych badań. „Operacja Deepscan” z 1987 roku finalnie nie odkryła niczego zaskakującego. W ramach prowadzonego w latach 1992-93 „Projektu Urquhart” znaleziono taczkę, zdementowano pogłoski o podwodnych jaskiniach, które rzekomo zamieszkuje potwór, ale i wykazano kilka niewyjaśnionych odczytów sonarowych.

Największe dotychczas poszukiwania Nessie zorganizowało w 2003 roku BBC. Jednak zastosowanie zaawansowanych urządzeń wykorzystujących technikę nawigacji satelitarnej oraz 600 wiązek sonarowych ani odrobinę nie przybliżyło poszukiwaczy do potwora.

Co zatem sądzić o potworze z Loch Ness? Czy jest on tylko wytworem zbiorowej wyobraźni, a może chodzi o inne zwierzęta, lub zjawiska występujące w jeziorze? Przez ostatnie 80 lat naukowcy próbowali na rożne sposoby rozwiązać tę zagadkę. Według różnych teorii Nessie mogła być foką o długiej szyi, słoniem, dużą rybą, a może nawet orką lub delfinem. „Efekt potwora” mogły również wywoływać różne zjawiska geologiczne.

Czy informacje o zniknięciu Nessie są kolejną próbą ożywienia zainteresowania wokół Loch Ness? Tak to wygląda. Ale nie dla wszystkich. Mimo nadziei na powrót potwora, część wiernych fanów Nessie martwi się, że mogła ona po prostu umrzeć.

Autor:Emilia Padoł
Źródło: Onet


Unia Europejska chce lepszej ochrony dla klientów firm ubezpieczeniowych

Klienci kupujący ubezpieczenia będą musieli być lepiej informowani o produktach, które wybierają, a także o charakterze, w jakim występuje sprzedawca polisy i jego wynagrodzeniu. Nowe szersze obowiązki na dystrybutorów ubezpieczeń nakłada unijna dyrektywa IDD, która powinna zostać wdrożona w krajach członkowskich najpóźniej za dwa lata. Z założenia ma to zabezpieczać interesy klientów, ale jak podkreślają eksperci, to, że klient otrzyma więcej informacji, wcale nie oznacza, że będzie lepiej poinformowany.

Fot. Matthew Henry / Unsplash

– Nowa dyrektywa nakłada na wszystkich dystrybutorów ubezpieczeń bardziej rozbudowane obowiązki informacyjne – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Zoń, prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych. – Dotyczy ona wszystkich sprzedawców, a więc nie tylko pośredników, lecz także zakładów ubezpieczeń oraz ich pracowników, a także osób zajmujących się sprzedażą ubezpieczeń jako działalnością dodatkową.

Chodzi o przyjętą w listopadzie ubiegłego roku przez Parlament Europejski dyrektywę IDD (z ang. Insurance Distribution Directive, czyli dotyczącą dystrybucji ubezpieczeń). Zgodnie z jej postanowieniami przed zawarciem umowy obowiązkiem sprzedawcy będzie przedstawienie tzw. informacji o produkcie, specjalnego dokumentu, niebędącego częścią umowy ubezpieczenia, ale informującego o tym, jaka dokładnie polisa jest oferowana.

Co więcej, obligatoryjne będą informacje o charakterze działań sprzedawcy (broker czy agent), sposobie jego wynagradzania, a nawet procedurze składania skarg i reklamacji. Wszystkie te informacje będą musiały być jasne, rzetelne, niewprowadzające w błąd, a materiały marketingowe – jednoznacznie określone.

– Coraz szersze obowiązki informacyjne nakładane na dystrybutorów ubezpieczeń wynikają z faktu, że w większości krajów Unii Europejskiej pośrednicy ubezpieczeniowi mogą występować w dwóch rolach – mogą być albo agentami, albo brokerami ubezpieczeniowymi. Polski system prawny przyjmuje ścisły podział pomiędzy nimi, czyli klient dobrze wie, czy dana osoba to przedstawiciel zakładu ubezpieczeń czy tylko pośrednik, który powinien dbać przede wszystkim o interes klienta – wyjaśnia Łukasz Zoń.

Pod znakiem zapytania pozostaje to, w jakiej formie do polskiego prawa zostaną wdrożone unijne przepisy. Niewykluczony jest scenariusz, że ustawodawca przyjmie model zachodnioeuropejski.

– Dodatkowo dystrybutor ubezpieczeń zobowiązany będzie przed zawarciem umowy ubezpieczenia rozpoznać potrzeby klienta. Na podstawie informacji, które klient przekaże, dystrybutor zbada jego potrzeby ubezpieczeniowe oraz dobierze właściwy produkt. Mówi o tym wprost mówi przepis dyrektywy – wyjaśnia Zoń.

Innym elementem wprowadzonym dyrektywą jest spoczywający na dystrybutorach obowiązek ciągłego doskonalenia zawodowego, który dotychczas dotyczył jedynie pośredników. Wszyscy sprzedawcy będą zobowiązani do udokumentowania czynności związanych ze szkoleniami oraz innymi tego rodzaju działaniami.

Jak podkreśla Zoń, polski rynek pośrednictwa ubezpieczeniowego nie powinien mieć problemów z dostosowaniem do nowych przepisów. Tym bardziej że już dziś obowiązki informacyjne są dość szerokie.

– Ważne jest, aby przy wdrażaniu i konstruowaniu nowych zobowiązań ciążących na dystrybutorach nie stracić z oczu tego, co najważniejsze, czyli tego, by informacja była dla klienta faktycznie użyteczna. Bo nadmiar informacji, często przekazywanych na wyrost, nie służy dobru klienta, który nie jest w stanie tych informacji przeczytać, nie mówiąc już o rozumieniu – podkreśla prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.

Dyrektywa wchodzi w życie 23 lutego 2016 roku, a kraje członkowskie mają czas na jej wdrożenie do 23 lutego 2018 roku.

Newseria.pl


Z karty zbliżeniowej w tłumie znika 50 zł. Jak bronić się przed złodziejami?

„Karty zbliżeniowe są bezpiecznym środkiem płatności, a kradzieże, które miałyby polegać na przechwytywaniu danych z kart w środkach komunikacji można uznać za miejską legendę” – uspokaja Łukasz Dajnowicz z Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego.

Edyta (25 l.): Jestem użytkowniczką karty zbliżeniowej i często jeżdżę komunikacją miejską. Ostatnio w mediach przeraziła mnie informacja o nowej metodzie oszustów, którzy stosują przerobione czytniki do płacenia kartami zbliżeniowymi, wchodzą do zatłoczonych autobusów, a następnie przysuwają czytnik najbliżej torebki lub kieszeni, gdzie chowamy portfel. W ten sposób najczęściej okradają ludzi na kwotę 50 zł. Jak się chronić przed takimi metodami, czy można złożyć reklamację w banku, jak udowodnić przed naszym bankiem, że zostaliśmy okradzeni w ten sposób?

Łukasz Dajnowicz z Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego podkreśla, że „karty zbliżeniowe są bezpiecznym środkiem płatności, bezpieczniejszym niż gotówka”.

„Kradzieże, które miałyby polegać na przechwytywaniu danych z kart w środkach komunikacji można uznać za miejską legendę, takie przypadki nie pojawiają się w skargach klientów zgłaszanych do KNF” – odpowiada Dajnowicz. Dodaje jednak, że podstawową zasadą w przypadku utraty karty lub podejrzenia nieautoryzowanych transakcji jest najszybsze zastrzeżenie karty w banku.

W raporcie Komisji Nadzoru Finansowego pn. „Analiza poziomu bezpieczeństwa kart zbliżeniowych z punktu widzenia ich posiadaczy” opisany jest co prawda scenariusz ataku typu przekaźnikowego. Dwóch przestępców może wykorzystać urządzenia umożliwiające odbieranie i przesyłanie danych przy użyciu technologii NFC (komunikacja bliskiego zasięgu, ang. Near-Field Communication) – takich jak niektóre telefony komórkowe – w celu obciążenia karty płatniczej ofiary.

W jaki sposób? Wtedy, kiedy „jedno urządzenie pośredniczące znajduje się blisko karty ofiary i komunikuje się z nią, a drugie urządzenie pośredniczące przykładane jest do terminala płatniczego. Komunikacja pomiędzy urządzeniami pośredniczącymi odbywa się poprzez internet”.

„W takim przypadku terminal płatniczy i karta działają w taki sposób, jakby faktycznie komunikowały się bezpośrednio ze sobą” – czytamy w raporcie.

Jednak – zdaniem KNF – taki atak choć jest prawdopodobny, to trudny logistycznie do wykonania: przestępca przy terminalu płatniczym musiałby podjąć próbę dokonania płatności – tj. przyłożyć swoje urządzenie pośredniczące do terminala – w chwili, w której drugie urządzenie pośredniczące znajdowałoby się akurat w odpowiednio bliskiej odległości karty ofiary.

Dodatkowo, w związku z opóźnieniami w komunikacji i koniecznością przesyłania danych przez internet potencjalnie możliwe jest wprowadzenie tzw. time-out (czyli maksymalnego czasu opóźnienia komunikacji, po którym transakcja płatnicza ulega zerwaniu) – czytamy w raporcie.

 

Więcej na ten temat w raporcie: KNF dot. kart płatniczych: knf.gov.pl

 

Źródło: kurier.pap.pl


BRAIN TEST – sprawdź która półkula mózgu dominuje u ciebie

Ludzki mózg to około 1,5 kg galaretowatej tkanki, ukrytej pod trzema płaszczami ochronnych błon. Składa się głównie z tłuszczu, białka, wody i soli mineralnych. W zasadzie nic nadzwyczajnego, prawda?

Natura wyposażyła mózg w dwie półkule:

Lewą, odpowiedzialną za język mówiony i pisany, logikę, zdolności matematyczne, analityczne i naukowe, oraz

Prawą, odpowiedzialna za rozpoznawanie kolorów, rytmów, wzorów, prawidłowości, kształtów i ich wzajemnych zależności. W niej swoje źródło ma intuicja, wyobraźnia, poczucie humoru. Odpowiada za obrazowe i przestrzenne rozumowanie i zdolność postrzegania wielowymiarowości problemów. To cechy, którymi obdarzony jest genialny umysł.

Czasem zdarza się, że genetycznie uwarunkowana nad reaktywność prawej półkuli idzie w parze z ubytkami w pewnych obszarach lewej półkuli. Skutkiem takiego stanu rzeczy mogą być trudności osób genialnych z komunikowaniem się, jak u Alberta Einstaina.

 

 

Zapraszamy do zabawy, krótkiego quizu, który określi dominującą półkulę mózgu 

Co mierzy Brain Test, wiedzę czy jego rozwój?

BRAIN TEST, to prosty quiz, który zbiera kilka informacji o nas samych. Nie mierzy naszej wiedzy, nie przyczyni się też do rozwoju mózgu. Bada jedynie równowagę pomiędzy lewą i prawą półkulą a jego wynik pokaże, którą część mózgu używamy.

BRAIN TEST udostępnił serwis sommer-sommer.com. Aby przejść do testu (wyłącznie w językach English,  العربية , Español, Français,  日本語,  Português,  Italiano,  中文,  Deutsch,  Schwäbisch) KLIKNIJ TUTAJ >>>

Miłej zabawy

Darek Frach / thefad.pl

 


26 mln zł odszkodowania dla fundacji Rydzyka

W 1998 r. dwóch zakonników ze Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela – Tadeusz Rydzyk i Jan Król założył Fundację Lux Veritatis (łac. Światło Prawdy). Fundacja zajmuje się, m.in. prowadzeniem geologicznych prac poszukiwawczych.

W 2006 r. ówczesny, a zarazem i ponownie obecny minister środowiska Jan Szyszko udzielił Fundacji koncesję na poszukiwanie wód termalnych.

Początkowo koszt projektu szacowana na 13 114 200 zł. W czerwcu 2007 r. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, podlegający Ministrowi Środowiska, zawarł z Fundacją umowę o dofinansowaniu projektu w kwocie 12 224 200 zł, co stanowiło 93,21% wartości.

Jednak prace geologiczne nie rozpoczęły się w ustalonym terminie. Fundacja o. Rydzyka na nowo oszacowała wartość projektu; tym razem na kwotę 29 349 280 zł. i zwróciła się do Funduszu Ochrony Środowiska z kolejnym wnioskiem o dofinansowanie 93,21% wartości, co stanowiło 27 356 460 zł.

W 2007 r. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska zawarł z Fundacją Lux Veritatis umowę o dofinansowaniu prac geologicznych w kwocie 27 356 460 zł.

W 2008 r. okazało się też, że Fundacja Lux Veritatis nie jest właścicielem budynków Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, ani nieruchomości, na której zostały wzniesione. Wobec powyższego Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska wypowiedział umowę o dofinansowaniu projektu.

W listopadzie 2009 r. Fundacja Lux Veritatis złożyła w sądzie pozew o odszkodowanie za wypowiedzenie umowy przez Fundusz.

W grudniu ub. roku obie strony rozpoczęły rozmowy w sprawie ugody celem, której miało być przyznanie odszkodowania. W związku z zawarciem ugody, sąd umorzył w poniedziałek postępowanie w tej sprawie i przyznał Fundacja Lux Veritatis o. Tadeusza Rydzyka ponad 26 mln złotych odszkodowania wraz z odsetkami za cofnięcie dofinansowania dla projektu geotermii toruńskiej.

 

 


Podniebne slumsy w Hongkongu. [Video]

Chodząc ulicami Hongkongu mało kto domyśla się, że na szczytach apartamentowców istnieje całkiem inny świat. Slumsów z ulicy  nie widać, można je zobaczyć tylko z okien drapaczy chmur i dachów innych wieżowców.

Hongkong to miasto, które cierpi nie tylko na brak przestrzeni, ale przede wszystkim uporządkowanej polityki zagospodarowania przestrzennego, musi się zmagać z jeszcze jednym problemem – podniebnymi slumsami.

 

Rząd nie ma pojęcia, ile tak naprawdę istnieje domów na dachach apartamentowców i ile zamieszkuje je osób. Szacuje się, że w podniebnych slumsach żyje od kilku do kilkudziesięciu tysięcy ludzi, zarówno rodowitych mieszkańców Hongkongu, jak i emigrantów z Pakistanu, Nepalu czy Chin kontynentalnych.

W slumsach, które ze swoją plątaniną wąskich przejść przypominają typowe chińskie wioski, żaden materiał się nie marnuje, a plastik, blacha czy karton czasem są wzbogacane nawet cegłami. Największym problemem jest tu cieknąca woda, karaluchy, szczury i moskity. Jeśli dodamy do tego brak klimatyzacji, co powoduje upiorny wręcz upał, mamy pełen obraz tego piekła w środku miasta.

Komu miejscówkę na dachu?

Nielegalne mieszkania na dachach, których powierzchnia waha się od 9 d 28 m kw. są przedmiotem handlu, a na czarnym rynku osiągają wartość ok. 20 tys. złotych. Zważywszy, że mieszkanie „legalne”, o tym samym metrażu kosztuje w Hongkongu ok. 400 tys. zł, to decyzja o pozostaniu na dachu wydaje się w wielu przypadkach oczywista.

Nikt nie prowadzi rejestru osób zajmujących te nietypowe slumsy. Według słów Sze Lai-shan, pracownika socjalnego, rząd nie ma pojęcia o całej sytuacji i nie ma zamiaru tego zmienić. Powód jest jeden – brak pomysłu na zakwaterowanie mieszkańców slumsów. „Nie chcą mieć na ulicach więcej bezdomnych, więc pozwalają im mieszkać na dachach” – powiedział Lai-shan, który pracuje w środowisku lokatorów slumsów.

 

Prywatni inwestorzy nie mają już takich sentymentów – jedna z wiosek na szczycie 10-piętrowego budynku Hoi On w dzielnicy Tai Kok Tsui już obecnie nie istnieje. W 2010 roku deweloper wyeksmitował ponad 100 nielegalnych lokatorów płacąc im od 10 do 100 tys. miejscowych dolarów (4 – 40 tys. złotych), by przenieśli się do mieszkań komunalnych. Wielu mieszkańców odmówiło wyprowadzki, zatem dwa pożary, które wkrótce wybuchły, nie mogły być przypadkowe. Ostatni pożar, który miał miejsce w 2011 roku, nawet przez strażaków został uznany za podejrzany.

Trzy dekady w slumsach

Jednym z mieszkańców Hoi On był 57-letni Yu Wing-hong, który na dachu mieszkał przez 30 lat. Na apartamentowcu zbudował sobie piętrowy dom z kuchnią i stylową łazienką. Jak twierdzi, mieszkał w slumsach z wyboru. Proponowano mu kiedyś zamieszkanie w komunalnym bloku na wyspach, ale za nic nie wyprowadziłby się z Hongkongu. „Wolałbym umrzeć niż zamieszkać na wyspach. Musiałbym się nauczyć od nowa układu miasta, a koszty komunikacji miejskiej zjadłyby mi całą pensję” – powiedział Yu. Taki sam stosunek do przeprowadzki mieli pozostali mieszkańcy.

 

W całym Hongkongu ponad 300 tys. ludzi oczekuje na mieszkania komunalne, a każdego roku jedynie 15 tys. lokali jest oddawanych do użytku. W tej sytuacji niewiele osób ma szansę na legalne zakwaterowanie, a ci, którym się oferuje budowane tu betonowe klitki, wolą pozostać na dachu zasilając tę dość specyficzną szarą strefę.

 

 

Źródło: Wp.pl


Skąd w Wiekiej Brytanii wzięli się Hindusi?

Dziś w Wielkiej Brytanii żyje mniej więcej 4 mln ludzi pochodzących z subkontynentu indyjskiego i jest to najliczniejsza mniejszość etniczna. Skąd miliony Azjatów wzięły się na Wyspach? Mówiąc najprościej – z kolonii. Przyjechali do Europy za swoimi pieniędzmi, które przyjechały do niej przed nimi.
 

 

 

 

 

Kompanię Wschodnioindyjską powołano w Londynie w 1600 r. Miała budować relacje handlowe z Azją i czerpać z nich korzyści.

 

 

W 12 lat później Kompania zbudowała pierwsze stanowisko handlowe w Suracie. 200 lat później objęła władzę nad całym subkontynentem, a Indie stały się „perłą” w imperialnej koronie. Przy czym korona korzystała na tym bardziej niż Indie. Kolonią zarządzała niezwykle efektywna brytyjska administracja, która doskonale radziła sobie nie tylko w Indiach, ale na terenie całego „Imperium, w którym nigdy nie zachodziło słońce”. Dość powiedzieć, że był taki moment, w którym łączna powierzchnia terytoriów poddanych koronie brytyjskiej wynosiła 12,7 mln mil kwadratowych. 100 razy więcej niż same Wyspy.

 

DZIEL, RZĄDŹ I ROZGRYWAJ

Londynowi udawało się utrzymać władzę na tak olbrzymim terytorium dzięki umiejętnemu stosowaniu zasady „dziel i rządź”. Brytyjczycy nauczyli się tego w Irlandii oraz na błędach popełnionych w Stanach Zjednoczonych. Te bowiem stłamsili zbyt mocno i sprowokowali do skutecznej rebelii. Skorzystali z tego doświadczenia i później unikali strategii, która czyniła z nich stronę konfliktu. Zamiast stawać się nią samemu, woleli umiejętnie wygrywać lokalne interesy oraz animozje.

Wykorzystywali też jedne narody do zarządzania innymi. Na przykład w afrykańskich koloniach można było naliczyć nawet 250 tys. pochodzących z Indii członków kolonialnej administracji. Z czasem doszli do  mistrzostwa w stosowaniu takich metod, czego najlepszym przykładem są Indie. „W roku 1911, kiedy przeniesiono stolicę do Delhi, liczba Brytyjczyków zarządzających subkontynentem liczącym ponad 200 mln dusz była mniejsza niż liczba austriackich urzędników w Pradze” – pisał Davies.

Wszystko dzięki sieci zależności i interesów, którą budowano przez 300 lat. Początkowo za pośrednictem dyrektorów Kompanii Wschodnioindyjskiej, którzy sprawowali bezpośrednią władzę na części subkontynentu, gdzie indziej korzystając z zależności usłużnych maharadżów. A po stłumionym powstaniu sipajów i utworzeniu w 1858 r. tzw. Brytyjskiego Raju przestano udawać i na jego czele stanęła królowa Wiktoria, która w 1876 r. przyjęła tytuł cesarzowej Indii.

Sama metoda zarządzania się jednak nie zmieniła. Brytyjczycy kierowali kolonią, dzieląc i rządząc, a także niejednokrotnie podburzając przedstawicieli różnych nacji i religii przeciwko sobie, co miało przynieść opłakane skutki w XX wieku, gdy Indie, Pakistan i Bangladesz zyskiwały niepodległość.
 

PIERWSZY MECZET W LONDYNIE

Do wszystkiego dorabiano odpowiednią ideologię. Mówiono, że Brytyjczycy niosą „brzemię białego człowieka” i cywilizują Azję oraz Afrykę. Bo choć Imperium szczyciło się wielością ras zamieszkujących jego terytoria, to nie było tam mowy o jakiejkolwiek równości. Rządzili dumni Brytowie. Resztę zaliczano do gatunków pośledniejszych.

„Jesteśmy pierwszą rasą świata i im większe obszary świata zajmiemy, tym lepiej dla rasy ludzkiej” – pisał Cecil Rhodes. W rzeczywistości lepiej było jednak przede wszystkim dla nich samych, bo wszystko stanowiło użyteczne wytłumaczenie. Kolonializm – oczywiście – nie opiera się na pomocy innym, tylko na pomocy sobie. Nie inaczej było też tutaj. A chodziło przede wszystkim o pieniądze.

Kolonie – w tym Indie – były doskonałym źródłem półproduktów i surowców potrzebnych dla przeżywającego rewolucję przemysłu. Kolonie utrzymywano w stanie niskiego rozwoju, bo pieniądze miała na nich zarabiać Brytania. Zadaniem ich mieszkańców było służyć. „Czarni są stworzeni w celu służenia białym, dokładnie tak jak czarne mrówki są stworzone, by służyć czerwonym” – pisał „Spectator” w 1865 r.

SŁUŻĄCE I MARYNARZE

Ludzie należący do podbijanych ludów byli jedynie narzędziem i tak ich traktowano. Doskonale pokazuje to pierwsza znacząca, choć jeszcze wtedy nie tak liczna imigracja z Azji na Wyspy, która odbyła się w wieku XIX. Składały się na nią dwie grupy ludzi. Jedną były… służące. Rodziny należące do administracji kolonialnej zatrudniały zwykle miejscowe opiekunki i gosposie. Kiedy kończył się ich okres pobytu poza krajem i decydowały się na powrót do domu, zabierały je ze sobą.

Na ogół jednak nie po to, żeby dać im pracę w Londynie, Leeds lub innym Birmingham. Potrzebowano ich jedynie w czasie morskiej podróży i zwalniano zaraz po przypłynięciu do Wielkiej Brytanii. Te szukały innej pracy, ale to nie zawsze się udawało. Pierwszy przytułek dla porzuconych gospoś musiano stworzyć już w 1857 r. przy West India Dock Road. Kobiety czekały tam na kogoś, kto będzie potrzebował pomocy w drodze na Wschód. Bywało, że się doczekały.

Drugą grupę – ta przybierała na liczebności zwłaszcza po przekopaniu Kanału Sueskiego – stanowili marynarze. Armatorzy woleli korzystać z tzw. lascars, ponieważ byli oni tańsi i pracowali ciężej niż ich biali koledzy. Sam system był zresztą półniewolniczy, ponieważ do pracy dostarczali ich pośrednicy – tzw. serangs – którzy zabierali im sporą część wynagrodzenia. Po przypłynięciu do Brytanii wielu z nich zostawało na lądzie i oczekiwało na nowy rejs, ale wielu czekanie zmieniało na „pobyt stały”.

Okolice londyńskich doków stały się pod koniec XIX wieku ich dzielnicą.

Liczono ich w tysiącach, ale nijak miało się to do fali imigracji, która miała się pojawić, kiedy imperium zaczęło się zwijać. Choć – i to trzeba podkreślić – wraz z innymi przybyszami (a do Anglii garnęła się też część arystokracji) było tych ludzi wystarczająco wielu, by w 1889 r. zbudować pierwszy meczet na Wyspach. Nazwano go na cześć budowniczego „Taj Mahal”.

IMPERIUM WRACA DO DOMU

Stosunek Anglików do kolonii widać jednak nie tylko w tym, jak traktowali służące. Doskonale oddają to statystyki gospodarcze. Subkontynent indyjski, który przyciągnął Europejczyków swoim bogactwem, ogromnie zbiedniał pod ich zarządem. Między 1880 a 1920 r. PKB rosło tam o 1 proc. rocznie. Ale tylko globalne, bo to per capita utrzymywało się na niezmienionym poziomie. W czasie rządów kolonialnych udział Indii w światowym PKB spadł z 20 do 5 proc. Gdzie indziej było podobnie.

„W rzeczywistości jednym z powodów, dla których Brytania porzucała swoje dominia, było to, że wydoiła je już tak dokładnie, iż nadchodząca walka o ich utrzymanie nie opłacała się z ekonomicznego punktu widzenia” – pisał Robert Winder w „Bloody Foreigners”. Dlatego kiedy Imperium zaczęło się zwijać, wielu jego mieszkańców podążyło za nim. Na Wyspach widziało szansę na lepsze życie, a też wielu nie miało lepszych opcji. Subkontynent indyjski pogrążał się w problemach, które po części wynikały ze stosowanej przez Brytyjczyków strategii wyjścia, którą w skrócie nazywano „dziel i uciekaj”.

Administracja kolonialna zostawiała za sobą konflikty etniczne i religijne. W ich wyniku ludzie tracili domy i musieli się przesiedlać. Wielu myślało, że skoro i tak mają się przenosić, to równie dobrze mogą spróbować dostać się do Wielkiej Brytanii. W 1949 r. w Birmingham mieszkało 100 Azjatów. W połowie lat 50. liczono ich w tysiącach. W sumie do 1955 r. przybyło ich na Wyspy 55 tys. Kolejną falą byli przesiedleńcy, których z Pakistanu wygnała budowa Mangla Dam. Oni bilety kupowali za uzyskane odszkodowania. „Część z nich znajdowała pracę w fabrykach razem z Polakami i Jamajczykami” – pisał Winder i dodawał: „inni starali się zakładać własne firmy”.

Co było – i jest nadal – doskonale widać na ulicach. Zwarte i pomagające sobie społeczności – bo ci „Azjaci” to grupa mniej więcej tak zróżnicowana pod względem etnicznym, językowym i religijnym jak Europejczycy, więc trudno mówić o nich jako o jednej całości – szybko zaczęły osiągać małe i większe sukcesy. Zmonopolizowali np. rynek off-licence i dostaw do nich. Na początku lat 70. w Dewsbury było ich 37 i każdy prowadziła pakistańska rodzina. Rozwinęli własne systemy pożyczek, bo nie lubili banków. Wspierali się nawzajem i stworzyli państwa w państwie.

Wielu z tych, którzy przybyli do Londynu, znalazło dom w Southall i nie stało się to przez to, że – jak żartują londyńczycy – wysiadali na Heathrow i prosili o kurs na Picadilly lub Oxford, a taksówkarz wiózł ich na przedmieście, wysadzał i mówił, że Oxford Circus jest zaraz za rogiem. Stało się tak dlatego, że była tam fabryka Woolf Rubber, która chętnie zatrudniała Azjatów. Pierwsi ściągali następnych, a wszyscy chcieli mieszkać blisko pracy. Tak się zaczęło, a dziś stanowią tam oni 97 proc. mieszkańców. Zaraz za nimi podążyli pracownicy kolonialnej administracji – najpierw z Kenii, a później też 30 tys. hindusów wypędzonych z Ugandy przez Idi Amina. Inną historią są sikhowie, którzy jeszcze przed wojną zaczęli przybywać do Leeds, gdzie najpierw przyjechał jeden – Darshan Singh, a później zaczął ściągać kolejnych.

Ta postimperialna imigracja nabrała takiego tempa, że o ile w połowie lat 50. na całych Wyspach było kilkadziesiąt tysięcy ludzi pochodzących z subkontynentu indyjskiego, to w 1971 r. w samym Bradford 10 proc. populacji stanowili Pakistańczycy, a w 1985 tylko w tym jednym mieście było ich 50 tys. Spis powszechny z 1991 r. – do którego jeszcze wrócimy – pokazał nieco ponad 3 mln ludzi o takich korzeniach, a ostatni (z 2011 r.) już 4 mln. Nie ma tu zresztą co wymieniać. Wystarczy wspomnieć, że w 1970 r. naliczono w Wielkiej Brytanii… 2 tys. indyjskich restauracji prowadzonych przez Bengalczyków.

Wszystko to stało się w zaledwie 50 lat i nie bez problemów.

PAKI-BASHING

Niekiedy nieprzyjemnych, ale anegdotycznych. Tak było na przykład w jednej z fabryk w Midlands, w której pracowało sporo sikhów, a na przełomie lat 50. i 60. załoga zbuntowała się przeciwko wspólnym sanitariatom. Biali pracownicy uznali bowiem, że ich azjatyccy koledzy są powodem brudu, który w nich panował. Rzecz skończyła się tak, że zarząd zdecydował o zrobieniu odrębnych przyszniców oraz toalet dla sikhów. Jakież musiało być zdziwienie brytyjskich czyściochów, gdy okazało się, że u „brudasów” wszystko jest, jak należy, a u nich był taki sam syf jak wcześniej.

Czasami – zwłaszcza w okresach, kiedy gospodarka miała się gorzej – bywało jednak znacznie nieprzyjemniej. W latach 70. i 80. na porządku dziennym był tzw. paki-bashing. Dochodziło do pobić i morderstw. Popularność zyskiwały ruchy rasistowskie, a ich liderzy nie przebierali w środkach. W słowach zresztą też nie. Po jednym z takich morderstw John Kingsley Read komentował: „Jeden mniej. Milion do załatwienia”. Nie pomagała też policja, której postawę Winder podsumowuje, pisząc: „Kierowano się przekonaniem, że to wina ofiar, bo jakby ich nie było, to by ich nie bili”.

Mimo to liczebność tej grupy etnicznej stale się powiększała. Z jednej strony do już osiadłych w Wielkiej Brytanii przybywali i nadal przybywają kolejni. Z drugiej coraz więcej jest też ludzi należących do tej grupy etnicznej, ale urodzonych w Wielkiej Brytanii. Statystyki pokazują zresztą, że dzieje się to dość szybko, bo – tu wrócę do spisu powszechnego z 1991 r. – przeciętna rodzina z Bengalu miała wtedy 5,3 dziecka, z Pakistanu 4,8, a hinduska 3,8.

Ale ten spis pokazał też coś innego i bardzo interesującego. Wiele stereotypów można chyba schować do szafy i się do nich więcej nie przyznawać. Co czwarty z „azjatyckich” studentów powtarzał na studiach egzaminy tylko po to, żeby otrzymać lepszą ocenę. Jednocześnie – co jest anegdotyczne – okazało się, że na liście milionerów jest siedem razy więcej Patelów niż Smithów. Choć w ogóle Smithów jest 10 razy tyle co Patelów. 10 proc. osób należących do tej grupy etnicznej pracowało w zawodach zaliczanych do tzw. professionals. W przypadku białych brytyjczyków było to o połowę mniej.

Powodem być może jest to, że w społeczności azjatyckiej jest wiele osób, które diablo ciężko pracują.

Tomasz Borejza, Cooltura

 


Figurski o ”Roastach Wojewódzkiego”: chciałbym aby organy ścigania zajęły się osobami które życzą mi abym pozostał na wózku

We wtorkowy wieczór 16 lutego TVN zaprezentowało „Roast” Kuby Wojewódzkiego.

„Roast” – jak czytamy na stronie TVN, to popularna na całym świecie kabaretowa formuła oparta na zabawnych skeczach z dozą uszczypliwości. Uczestnicy tego typu show z pewnością muszą mieć do siebie sporo dystansu, ponieważ główną ideą „roastów” jest wywlekanie i wyśmiewanie wszelkich wad, plotek oraz sekretów. Tutaj wszystkie chwyty są dozwolone! Nie brakuje ostrych słów, kąśliwych żartów i dosadnych złośliwości! Na udział w tego typu zabawie zdecydował się również… Kuba Wojewódzki!

Już na samym początku gospodarz „Roastu” Michał Kempa zapowiedział, że „nie ma cenzury, możemy dzisiaj wszystko”, a TVN zabronił jedynie używania w jednym zdaniu nazwy stacji i słowa „Żydzi”.

Podczas roastu szydzono nie tylko z obecnych podczas programu gości, ale również z choroby Michała Figurskiego, który kilka miesięcy temu przeszedł wylew. Dziennikarz był w śpiączce, teraz wraca do zdrowia i odzyskuje siły.

Do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wpłynęła skarga na program „Roast Kuby Wojewódzkiego, głos w sprawie zabrał też Michał Figurski, któremu jak widać wyśmiewanie się z jego choroby, zupełnie nie przeszkadza i postanowił stanąć w obronie programu.

Michał Figurski  napisał na swoim profilu na Facebooku (pisownia oryginalna):

Poniewaz ja akurat uwazam ze za kolegMi nalezy sie wstawiac, w zwiazku z informacjami o tym ze prokuratura ma sie zajmowac roastem w tvn i rzekomymi drwinami z mojej choroby o,ktorych zreszta bylem uprzedzony, chcialbym poprosic organy scigania aby najpierw zajely sie osobami ktore w sposob bezposredni zycza mi abym pozostal na wozku dozywotnio i aby podobny los spotkal cala moja rodzine co znacznie bardziej uwlacza mojej godnosci niz kilku rozesmianych panow oraz Pani. Z wyrazami WYLEWNEGO szacunku dla wszystkich swiadomych dystansu do rzeczywistosci

Z powazaniem Michal Figurski 

 

 

(df) thefad.pl / Źródło: TVN

 

Lech Wałęsa: To jest wojna. Chcą osadzić jakiegoś innego bohatera, który był tchórzem

Lech Wałęsa po raz pierwszy skomentował sprawę dokumentów z domu Czesława Kiszczaka. W rozmowie z Katarzyną Kolendą Zaleską w „Faktach” TVN, były prezydent przekonywał, że nie był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. – Wiem, co zrobiłem. Byłem stuprocentowo oddany walce, poświęciłem wszystko, swoją rodzinę, żonę, wszystko. A oni mi zarzucają, że brałem pieniądze? – mówił oburzony. – Nigdy nie zgodziłem się na współpracę – zapewniał. Dodał jednak, że ciężko komentować dokumenty, których nie widział. W sobotę w jego obronie staną też Bronisław Komorowski.

– Chciałbym widzieć ten dokument i inne dokumenty, i wtedy będzie można powiedzieć – mówił Lech Wałęsa. – Jeszcze raz powtórzę: nigdy nie zgodziłem się na współpracę. Nigdy nie napisałem żadnego tekstu, ani żadnej mojej wypowiedzi nie można zaliczyć, jako donos. Nie brałem żadnych pieniędzy. I to są fakty. Natomiast udowodniłem, że na mnie podrabiano dokumenty – bronił się Lech Wałęsa. W jego ocenie, moment ujawnienia teczek z domu gen. Kiszczaka może nie być przypadkiem.

– To jest wojna. Chcą osadzić jakiegoś innego bohatera, który był tchórzem. Chcą zająć miejsce w historii – powiedział, nie ujawnił jednak, kogo ma na myśli, jako „innego bohatera”.

Były prezydent skomentował też słowa szefa MSZ Witolda Waszczykowskiego, który stwierdził, że „pan prezydent Wałęsa mógł być sterowaną marionetką”, co należy dziś wyjaśniać.

– Gdzieś ty był? Mogłeś to zrobić lepiej od Wałęsy. Ja zrobiłem, jak umiałem. Każdy mógł zrobić lepiej od Wałęsy – mówił Lech Wałęsa – Ja zrobiłem tak, jak potrafiłem. Ile mi siły i mądrości starczyło. Każdy mógł zrobić to lepiej (…) Czy ja im broniłem? – skomentował oskarżenia Waszczykowakiego, że mógł być marionetką w rękach służb bezpieczeństwa. – Jest wolność, a nie ma prawa, i to powoduje jakieś zdziczenia – dodał.

 

Źródło: TVN24


Jak zaimponować kobiecie?

Jak informuje na łamach Askmen.com. – Scarlett Russell, z męskiego punktu widzenia jednym z najbardziej atrakcyjnych obiektów zainteresowania jest dziewczyna typowo kobieca. To znaczy taka, która jest zawsze elegancka, często ma różowe dodatki (różowe, ale nie cukierkowe), ma modną fryzurę i jest delikatna.

Niestety nie porozmawiasz z nią o piłce nożnej, jednak każdy kolega będzie ci zazdrościł takiej partnerki. Aby zaimponować kobiecej dziewczynie musisz być miłym dla jej znajomych. Zadawaj im dużo pytań i stawiaj drinki.

Kolejnym i coraz częściej spotykanym typem jest karierowiczka. Wysoko rozwinięta ambicja, niezależność i umiejętność ciężkiej pracy sprawiają, że numerem jeden w jej życiu staje się kariera zawodowa. Chcesz być z taką dziewczyną? Zatem zrozum, że nigdy nie wygrasz z sukcesem w pracy i zawsze będziesz drugi. Co więcej, wysokie wymagania sprawiają, że niełatwo będzie ci zrobić wrażenie. Jedynym sposobem jest rozmowa o pracy. Mów o swoim stanowisku i obowiązkach z pasją i zaangażowaniem.

W pewnym wieku niektóre kobiety zaczynają myśleć o przyszłości. Oczami wyobraźni widzą idealny dom, dzidziusia i męża u boku. Do tego wizerunku pasuje wyłącznie facet łagodny oraz lubiący dzieci i psy. Aby udowodnić, że taki właśnie jesteś, zabierz wybrankę na randkę do cichego i kameralnego miejsca.

Pacyfikuj jej zachowania, a wygrasz

Jednym z najtrudniejszych typów kobiet jest królowa dramatu. Z nią nigdy nie może być zbyt miło, bo wtedy zacznie szukać emocji. W tym celu rozpęta awanturę o nic lub będzie krytykować wszystko i wszystkich. Twoim zadaniem jest okiełznanie trudnego charakteru. Musisz zatem zwracać jej uwagę za każdym razem, gdy przesadzi.

Chłopczyca zadaje się wyłącznie z facetami, uwielbia sport i nie jest lubiana przez inne kobiety. Poza tym potrafi ostro żartować i do perfekcji opanowała ciętą ripostę. Jeżeli chcesz jej zaimponować, musisz być samcem alfa. Powinieneś zatem rzucać rubasznymi żartami, opowiadać śmieszne historyjki i wprowadzać do wypowiedzi właściwą dawkę bezczelności.

menstream.pl