Akta Wałęsy zostały przygotowane w 1996 r. Jednak nigdy nie zostały wysłane i przeleżały w domu Kiszczaka

16 lutego 2016 r. wdowa po Czesławie Kiszczaku zaoferowała IPN sprzedaż dokumentów przechowywanych przez jej męża. Przedstawiła zapisaną obustronnie odręcznie kartkę papieru zatytułowaną „Informacja opracowania ze słów T.W. »Bolek« z odbytego spotkania w dniu 16 XI 74 r.” datowaną: Gdańsk, dn. 16.11.74, opatrzoną w lewym górnym rogu nagłówkiem „źrodł. T.W. »Bolek«, przyj. rez. »Madziar«, wpłyn. 16 XI 74 r., odeb. kpt. Z. Ratkiewicz”. Jednocześnie poinformowała, że posiada więcej dokumentów tego rodzaju.

Tego samego dnia, w godzinach popołudniowych prokurator IPN w asyście funkcjonariuszy Policji podjął w miejscu zamieszkania wdowy po Czesławie Kiszczaku czynności zabezpieczające dokumenty podlegające przekazaniu do Instytutu Pamięci Narodowej

Sprawa tajnych akt, zabezpieczonych w domu generała Czesława Kiszczaka stała się tematem numer jeden w Polsce.

Komplet dokumentów dotyczących Lecha Wałęsy został przez Czesława Kiszczaka zapakowany wraz z dołączonym listem do Archiwów Państwowych w kwietniu 1996. Paczka z dokumentami jednak nigdy nie została wysłana i przeleżała w domu Kiszczaka aż do obecnego tygodnia, kiedy dokumenty przejął IPN. Dlaczego akurat w kwietniu 1996 roku Kiszczak postanowił zająć się sprawą TW “Bolek” i zebrać w jedną paczkę zestaw dokumentów dotyczących Lecha Wałęsy? Pracowałem wówczas, jako dziennikarz i byłem blisko tamtych wydarzeń, więc poczułem się zobowiązany do napisania tych kilku słów, które mogą pokazać kontekst całej sytuacji. A wydaje mi się on z perspektywy 20 lat fundamentalny. – napisał na swoim profilu na Facebooku Rafał Kasprów, były dziennikarz śledczy, „Życia” i „Rzeczpospolitej”.

W grudniu 1995 premier Józef Oleksy (SLD) został oskarżony o szpiegostwo przez ministra Andrzeja Milczanowskiego za zgodą i z poparciem Lecha Wałęsy. Rozpracowywano wówczas trzech agentów o pseudonimach “Kat”, “Minim” i “Olin”, ale jedynie w jednym wypadku zostały publicznie postawione zarzuty współpracy i dotyczyło to Józefa Oleksego – “Olina”.

Natychmiast zaczęła się kontrakcja ekipy SLD (rządziła wówczas koalicja SLD-PSL). W ciągu kilku tygodni przeprowadzono całkowitą czystkę w służbach. Zniknęli ludzie, którzy prowadzili sprawę “Olina” i pozostałych polityków. Dla wszystkich było oczywiste, ze na Oleksym sprawa się nie skończy, zresztą mówił to sam były premier sugerując, że “sam na dno nie pójdzie”. Rozpoczęła się twarda obrona Oleksego przez układ postkomunistyczny i ostry atak na Wałęsę, Milczanowskiego i ich ludzi.

Od grudnia 1995 trwało na lewicy poszukiwanie sposobu żeby odwrócić aferę Oleksego i znaleźć coś na Wałęsę. 26 stycznia 1996 roku z powodu oskarżeń i w świetle ujawnionych okoliczności relacji z Władimirem Ałganowem, agentem rosyjskiego wywiadu, z funkcji premiera ustąpił Józef Oleksy. Postkomunistyczny układ się chwiał i jeśli kiedykolwiek w III RP został poważnie trafiony to właśnie wówczas. Akta w domu Kiszczaka dotyczące Lecha Wałęsy zostały, więc zgromadzone, kiedy czołówka polityków postkomunistycznych z premierem rządu Józefem Oleksym na czele musiała zmagać się z absolutnie śmiertelnymi zarzutami o szpiegostwo, dużo poważniejszymi niż współpraca kogokolwiek z SB w latach 70. Była to być może jedna z najpoważniejszych afer III RP i rzecz o dużo większym kalibrze niż sprawa TW “Bolek” (w gruncie rzeczy dość oczywista, od co najmniej początku lat, 90 choć profesjonalnie opisana dopiero przez doskonałych historyków w 2008 roku). Dokumenty w kwietniu 1996 roku mogły posłużyć jedynie do ataku na Lecha Wałęsę.

Dlaczego więc Kiszczak nigdy nie wysłał paczki i listu datowanego na kwiecień 1996? Bo już nie musiał. O ile jeszcze w styczniu – marcu 1996 mogło się wydawać, że nie wiadomo, w jaką stronę pójdzie sprawa “Olina” to już w kwietniu było jasne, że sprawa zostanie “wyciszona”. W maju prok Gorzkiewicz grzecznie umorzył sprawę, wcześniej udostępnił Józefowi Oleksemu akta śledztwa (sic!). Jest bardzo prawdopodobne, że Kiszczak już w kwietniu 1996 wiedział, że sprawa będzie wkrótce zamknięta. Na wszelki wypadek miał przygotowany zestaw papierów ostatecznie niszczących Wałęsę. Warto zwrócić uwagę, że jeśli Kiszczak przygotował zestaw papierów na Wałęsę w kwietniu 1996 roku to dlatego, że zarówno Oleksy jak i kilku ważnych polityków w ówczesnej Polsce oraz ich relacje ze służbami Rosji były poważnie zagrożone.

Warto przypomnieć, że sprawa została skierowana do prokuratora wojskowego Sławomira Gorzkiewicza, który po zaledwie 5 miesiącach śledztwa, w maju 1996 roku postanowił ją umorzyć bez skierowania sprawy na drogę sądową (zamykając tym samym de facto na zawsze możliwość jej wyjaśnienia w instancyjnym postępowaniu sądowym). Sprawę zaginięcia akt TW “Bolek” została zgłoszona do prokuratury przez UOP kierowany przez Zbigniewa Siemiątkowskiego dopiero 28 października 1996 i trudno było jej nie traktować, jako kontynuacji czystki ekipy Wałęsy, która zagroziła układowi polityków SLD. Myślę, że w wypadku sprawy zaginięcia dokumentów TW “Bolek” słowo “zemsta” na Wałęsie za sprawę Oleksego i innych ze strony ekipy postkomunistów (w tym Kiszczaka) jest uzasadnione w odniesieniu do działań podejmowanych przeciwko Wałęsie w 1996 roku.

Czy to coś zmienia w sprawie odnalezionych dokumentów TW “Bolek”? Raczej nie, choć tym bardziej trzeba uważnie przyjrzeć się dokumentom z szafy Kiszczaka.

Kiszczak nie wysyłałby do Archiwum Państwowego w kwietniu 1996 roku fałszywych dokumentów dotyczących Lecha Wałęsy. Jeśli te dokumenty miały posłużyć do zatrzymania sprawy “Olina” to musiały być prawdziwe. Zniknięcie dokumentów TW “Bolek” za czasów prezydentury Lecha Wałęsy, uwikłanie we współpracę w latach 70 i brak umiejętności (i woli) wyjaśnienia tej sprawy przez Wałęsę są raczej oczywiste. Papiery spod boazerii pani Kiszczakowej prawdopodobnie zamkną ten temat w sensie historycznym. Moim prywatnym zdaniem nie determinuje to całości postaci Lecha Wałęsy i jego historycznych dokonań, choć powoduje potrzebę reinterpretacji wielu historycznych wydarzeń.

Wydaje mi się równie ważne, w jakim charakterze i dlaczego Czesław Kiszczak zgromadził papiery na Lecha Wałęsę, które zostały przejęte przez IPN. Kontekst jest taki, że Lech Wałęsa, ujawnił wówczas niezwykle ważną sprawę dotyczącą relacji elity III RP z rosyjskim wywiadem (zarówno Ałganowem jak i Jakimiszynem) co świadczyło o jego niezależności od postkomunistycznego układu. Sorry, ale ostrzejszej gry z postkomunistami niż tej, jaka miała miejsce za sprawą Wałęsy na przełomie 1995/1996 w III RP nie było.

Poczułem się zobowiązany do napisania powyższego tekstu, ponieważ w 1996 roku byłem blisko tych wydarzeń, jako dziennikarz i osobiście przeprowadziłem wielokrotnie rozmowy z Lechem Wałęsą, Czesławem Kiszczakiem, Stanisławem Iwanickim, Andrzejem Milczanowskim i innymi osobami, jakie brały udział w tej sprawie. Sprawą zaginięcia akt “TW “Bolek” zajmowałem się raczej przypadkowo, z redakcyjnego “rozdzielnika”, opublikowałem o niej 3-4 artykuły i nigdy potem się nią już nie zajmowałem.

Z perspektywy 20 lat wydaje mi się jednak ważne i chciałbym to podkreślić, że w kwietniu 1996 stosunek Kiszczaka do Wałęsy mógł być bardzo negatywny a zebranie jego akt w jedną teczkę mogło posłużyć raczej do ataku na Wałęsę i do “wyciszenia” sprawy “Olina”. W ogniu walki, jaka odbyła się w gronie elit III RP w związku z aferą “Olina”, wiosną 1996 roku, taka paczka nie była przygotowana dla celów historycznych z przeznaczeniem do Archiwów Państwowych, ale brutalnej politycznej walki, jaka wówczas miała miejsce i jaka toczy się do dziś o interpretacje tamtych wydarzeń. Warto zwrócić uwagę jak zmienił się stosunek samego Lecha Wałęsy do sprawy “Olina”, który przeszedł od jej ujawnienia do de facto jej zaprzeczenia, co dodatkowo może pokazywać znaczenie zgromadzonego w domu Kiszczaka zestawu dokumentów. Przecież paczki nie trzeba było nigdzie wysyłać, wystarczyło, że była. Kontekst tamtych wydarzeń nie zmienia sprawy z lat, 70 ale mówi wiele o tym jak wyglądała rzeczywistość walki politycznej lat 90 w III RP a za razem skomplikowana sytuacja samego Lecha Wałęsy, który nie unikał konfrontacji z układem posiadającym „paczkę” z dokumentami dotyczącymi jego współpracy.

 

Komplet dokumentów dotyczących Lecha Wałęsy został przez Czesława Kiszczaka zapakowany wraz z dołączonym listem do…

Posted by Rafał Kasprów on Thursday, 18 February 2016

 

Rafał Kasprów, były dziennikarz śledczy, „Życia” i „Rzeczpospolitej”. Znany głównie, jako m.in. autor, wraz z Jackiem Łęskim, cyklu artykułów „Wakacje z agentem”, opisującego domniemane kontakty Aleksandra Kwaśniewskiego (piastującego w momencie publikacji tekstu urząd Prezydenta RP) z agentem wywiadu rosyjskiego Władimirem Ałganowem, oraz serii artykułów „W sieci Gawriłowa” nt. Banku Powierniczo-Gwarancyjnego Siergieja Gawriłowa. Obecnie jest współwłaścicielem firmy PR MDI.


UK – niechlubny rekord Polaków

Zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, już zacierają ręce. Właśnie opublikowano raport, z którego wynika, że tylko w 2015 roku brytyjskie sądy skazały ponad 10 tys. imigrantów z Polski. To rekord wśród obcokrajowców. Rumuni, drudzy w kolejności, mają na koncie 6,2 tys. wyroków.

Każdego tygodnia brytyjskie sądy wydają 713 wyroków skazujących imigrantów z Unii Europejskiej, czyli 101 dziennie. To 40-proc. wzrost w ciągu pięciu ostatnich lat – wynika ze statystyk opublikowanych przez National Police Chiefs’ Council. Imigranci z UE popełnili w UK od 2012 roku aż 146,1 tys. przestępstw, włączając morderstwa i gwałty. Jednocześnie w ciągu ostatnich czterech lat deportowano jedynie 19,227 przestępców-obcokrajowców, przy czym większość z nich pochodziła spoza Europy.

W czołówce przestępców znaleźli się Polacy – w 2015 roku brytyjskie sądy skazały 10,300 imigrantów znad Wisły. Drudzy w kolejności byli Rumuni – 6249, następnie Irlandczycy – 5164, Litwini – 4557 i Łotysze – 2330. Łącznie w 2015 roku w UK skazano ponad 37 tys. przestępców z 27 krajów Unii Europejskiej.

Te dane od razu wykorzystali zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W debacie publicznej zabrał głos m.in. Jack Montrgomery, rzecznik eurosceptycznego ugrupowania Leave.UK. – Zwolennicy pozostania w Unii podkreślają, że zapewnia ona państwom członkowskim bezpieczeństwo. Tymczasem swobodny przepływ w ramach Wspólnoty umożliwia setkom tysięcy przestępców przemieszczanie się z jednego kraju do drugiego. Jak widać, sytuacja się pogarsza – podkreśla Montgomery.


Polacy z Wielkiej Brytanii wracają do Polski?

Jak informuje Office for National Statistics, brytyjski urząd statystyczny ( odpowiednik polskiego  GUS), w 2014 r. z Polski do Wielkiej Brytanii na okres ponad roku wyemigrowały 32 tys. osób. W drugą stronę w ciągu w tym czasie wyleciało 18 tys. Tak mała różnica – 14 tys. – to jeden z najniższych wyników w dziejach naszej emigracji na Wyspy. Nie jesteśmy już także najliczniejszą grupą przyjezdnych z Unii Europejskiej. Z liczbą 34 tys. gastarbeiterów wyprzedziła nas Rumunia.

Zdaniem ekspertów boom emigracyjny do Anglii definitywnie wyhamował i w najbliższych latach możemy się spodziewać nie tylko stabilizacji liczby wyjeżdżających, ale nawet odwrócenia obecnego trendu. Czyli tego, że więcej ludzi zacznie wracać niż wyjeżdżać.  Klimat polityczny, który mamy w Polsce, może pewne grupy osób mocno nastawionych na swobodę, demokrację i liberalizm wypychać za granicę. Z drugiej strony może być i tak, że nowe świadczenie na drugie dziecko w wysokości 500 zł część Polaków rozważających wcześniej wyjazd zatrzyma w kraju. To może być dla nich sygnał, że państwo będzie się lepiej troszczyć o rodzinę – mówi prof. Romuald Jończy, demograf z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu

Według najnowszych danych Brytyjskiego Urzędu Statystycznego (ONS) w latach 2008-2014 z Polski do Wielkiej Brytanii łącznie wyjechało o 88 tys. więcej rezydentów niż w odwrotnym kierunku. Dla porównania tylko w 2007 r. różnica wyniosła aż 70 tys. W wyliczeniach mówimy o rezydentach, a nie obywatelach, statystyka ONS uwzględnia bowiem stałe miejsce poprzedniego pobytu, a nie narodowość wyjeżdżających emigrantów.

Teraz jednak te statystyki wyraźnie się spłaszczają. W 2014 r. różnica wyniosła tylko 14 tys. Jakie są przyczyny stabilizacji wyjazdów na Wyspy? – Podstawową jest zakończenie tzw. garbu migracyjnego. W okresie dwóch-trzech lat po wejściu do Unii na Wyspy wyjechała największa grupa obywateli, składająca się z wielu roczników. Obecnie grono potencjalnych wyjeżdżających jest coraz mniejsze, a jeśli dołożymy do tego fakt, że na rynek pracy wchodzą osoby z niżu demograficznego, trudno spodziewać się dalszego wzrostu liczby wyjeżdżających – wyjaśnia dr Maciej Duszczyk, ekspert ds. migracji z Uniwersytetu Warszawskiego.

Według Głównego Urzędu Statystycznego w 2014 r. na stały wyjazd z Polski do Wielkiej Brytanii (wymeldowanie z Polski i zameldowanie na Wyspach) zdecydowało się 7,4 tys. Polaków. Rok wcześniej było to 7,8 tys., a w rekordowym 2006 r. aż 18 tys. naszych rodaków. Liczba wyjeżdżających na stałe jest przy tym wyraźnie niższa niż grono Polaków decydujących się na pobyt czasowy – przez GUS interpretowany jako dłuższy niż trzy miesiące, a przez ONS jako wyjazd trwający od 3 do 12 miesięcy. Obydwa zestawienia wskazują, że liczba Polaków przebywających w Wielkiej Brytanii wynosi ok. 700 tys. (GUS) lub ok. 800 tys. (ONS) i wciąż rośnie, choć dynamika wzrostu jest znacznie mniejsza niż dekadę temu.

O tym, że na Wyspy wciąż często wyjeżdżamy za chlebem, świadczą także dane statystyczne National Insurance Number. To rejestr, który musi wypełnić każdy legalnie zatrudniony pracownik w Wielkiej Brytanii. Od czerwca 2013 r. do czerwca 2014 r. w statystykach znalazło się 91 tys. naszych rodaków. Rok później już 128 tys. W tej kategorii wyprzedziła nas tylko Rumunia (170 tys.).

– Nie przywiązywałbym wielkiej wagi do tych danych, w obliczu planów zaostrzenia polityki imigracyjnej na Wyspach bowiem, część Polaków pracujących dotychczas w szarej strefie mogła zapobiegawczo wpisać się do rejestru. Z tego tytułu możemy spodziewać się także większej liczby wniosków o brytyjski paszport – twierdzi dr Maciej Duszczyk.

Co zatem ma sprawić, że liczba wyjeżdżających w kolejnych latach zacznie spadać? – Polacy nie oczekują cudów, ale przede wszystkim stabilizacji. Jeśli polski wzrost gospodarczy, wynoszący kilka procent, będzie utrzymywał się przez kilka lat, a wsparcie dla rodzin, szczególnie młodych, stanie się efektywniejsze, na pewno część osób zawiesi albo przynajmniej odłoży swoje plany dotyczące wyjazdu – przekonuje dr Paweł Kaczmarczyk z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW. Dodaje jednak, że w jego opinii rządowy projekt 500+ nie jest wystarczającym argumentem za zmianą decyzji o emigracji. – Projekt zamiesza raczej na rynku pracy niż w planach potencjalnych wyjeżdżających. To zbyt mało, tym bardziej że angielski socjal, choć nie jest tak rozbudowany jak w Skandynawii, i tak przerasta polską propozycję o kilka długości – wskazuje.

Jak to wygląda w praktyce? Przeciętna angielska rodzina składająca się z dwóch dorosłych osób i dwójki dzieci może w Wielkiej Brytanii liczyć na dodatkowe wsparcie na dzieci w wysokości ogółem ok. 775 zł miesięcznie. Słabiej sytuowani dostaną także dodatki: mieszkaniowy, socjalny oraz ewentualnie dla bezrobotnych. W sumie najbiedniejsi mogą liczyć na wsparcie przekraczające 10 tys. zł. Między innymi z tego powodu Polki mieszkające w Wielkiej Brytanii zdecydowanie chętniej od pozostających w Polsce decydują się na potomstwo. Na Wyspach współczynnik dzietności wśród Polek wynosi 2,1 (więcej niż u Pakistanek i Hindusek). W kraju to już tylko 1,3.

Damian Furmańczyk
Współpr. Janusz Kowalski
 


Wdowa po Kiszczaku zażądała od IPN 90 tys. zł za akta SB

90 tysięcy złotych proponowała IPN-owi wdowa po Czesławie Kiszczaku za akta SB. IPN ujawniło kulisy spotkań w tej sprawie z prezesem Instytutu Pamięci Narodowej. We wtorek zabezpieczono teczki Służby Bezpieczeństwa, a wśród nich między innymi dokumenty dotyczące TW Bolka.

Rzecznik IPN-u Agnieszka Sopińska-Jaremczak poinformowała, że na przełomie stycznia i lutego Maria Kiszczak zwróciła się do IPN-u z prośbą o spotkanie z prezesem.

– Maria Kiszczak mówiła, że jej mąż powiedział przed śmiercią, że jak będzie miała problemy finansowe, ma zgłosić się do prezesa IPN z ofertą sprzedaży dokumentów – powiedziała Agnieszka Sopińska-Jaremczak, rzecznik IPN. Dodała, że wdowa po gen. Kiszczaku zażądała za dokumenty 90 tys. złotych.

– Wdowa przedstawiła zapisaną obustronnie odręcznie kartkę papieru zatytułowaną „Informacja opracowania ze słów TW Bolek z odbytego spotkania w dniu 16 XI 74 r.” i poinformowała, że ma więcej tego typu dokumentów – Agnieszka Sopińska-Jaremczak .

Prezes Instytutu nie zgodził się na kupno tych dokumentów, bo to niezgodne z prawem. Dlatego 8 godzin później do domu Kiszczaków weszli prokuratorzy w asyście policji. IPN nie ujawnia, co funkcjonariusze znaleźli na miejscu. Zapowiada jednak, że wkrótce przekaże więcej informacji w tej sprawy.

O bycie TW „Bolkiem” oskarżany był b. prezydent Lech Wałęsa, który wiele razy temu zaprzeczał. W 2000 r. Sąd Lustracyjny orzekł, że Wałęsa złożył prawdziwe oświadczenie lustracyjne, iż nie był agentem służb PRL. Sąd uznał wówczas, że SB fałszowała akta dotyczące Wałęsy i nie ma – oprócz wypisu z rejestru SB – jakiegokolwiek dowodu, który potwierdzałby fakt współpracy Wałęsy, jako TW „Bolek”.

W 2010 r. pion lustracyjny IPN uznał, że nie wystąpi o wznowienie procesu lustracyjnego Wałęsy, bo ocenił, że wydana przez Instytut słynna książka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” autorstwa Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „nie przynosi nowych faktów”. Książka stawiała tezę, że Wałęsa był agentem SB w początkach lat 70., a jego proces lustracyjny był nierzetelny.

 

Źródło: Radio ZET/TVN Info

 


Reżyser Andrzej Żuławski nie żyje

Chorujący od kilku lat na nowotwór złośliwy, wybitny reżyser Andrzej Żuławski, zmarł dzisiaj w wieku 75 lat.

Żuławski był artystą oryginalnym, a jego kontrowersyjna twórczość nigdy nie była przez krytykę oceniana jednoznacznie. Pochodził z rodziny o tradycjach literackich: syn pisarza Mirosława Żuławskiego i stryjeczny wnuk Jerzego Żuławskiego.

We Francji ukończył studia reżyserskie i filozoficzne. W latach 60-tych był asystentem Andrzeja Wajdy. Zrealizowany przez niego samodzielnie w 1971 roku film „Trzecia część nocy” był adaptacją jednego z opowiadań jego ojca. Kiedy w Polsce zakazano rozpowszechniania jego kolejnego filmu, „Diabła”, reżyser postanowił wyjechać do Francji.

Po kilku latach powrócił, by zrealizować „Na srebrnym globie”. Niestety, praca nad filmem została przerwana, a wyniku splotu okoliczności artysta zdecydował ponownie osiąść we Francji – gdzie jego twórczość nie budziła tak wielu kontrowersji. Andrzej Żuławski stał się sławny dzięki swym artystycznym i jednocześnie brutalnym filmom. Wiele popularnych aktorek, takich jak Isabelle Adjani czy Sophie Marceau, zagrało w jego obrazach swoje najlepsze role. Żuławski jest również autorem utworów poetyckich i kilkunastu powieści, m.in. „Lity bór”, „Był sad”, „Ogród miłosny”

O krytycznym stanie reżysera poinformował wczoraj jego syn Xawery Żuławski:

 

 


Od lipca minimum 12 zł za godzinę

Od lipca ma obowiązywać minimalna stawka godzinowa, która wyniesie 12 zł dla umów zleceń oraz umów o świadczenie usług.

Projekt nowelizacji ustawy wprowadza dwie zmiany.

– Pierwsza dotyczy minimalnego wynagrodzenia za pracę, która obejmie osoby zatrudnione na umowach o pracę. Najważniejszym aspektem jest usunięcie przepisu, który stanowił, że osoba, która po raz pierwszy zostaje zatrudniona na umowę o pracę może otrzymać minimalne wynagrodzenie w wysokości 80% minimalnego wynagrodzenia ustalonego rozporządzeniem wydawanym na podstawie tej ustawy. Co oznacza, że młodzi ludzie wchodzący na rynek pracy będą mieli znacznie lepsze warunki – mówi newsrm.tv Alicja Lidzińska, radca prawny, kancelaria Robert Jędrzejczyk i Wspólnicy.

Minimalna stawka będzie także dotyczyła umowy zlecenia oraz umowy o świadczenie usług, do których stosuje się przepisy o zleceniu. Zgodnie z projektem przepisy mają być stosowane do wszystkich umów, bez względu na sposób ustalania wynagrodzenia (wg stawki godzinowej, miesięcznej, tygodniowej itp.).

– Kwota 12 zł ma na celu ujednolicenie sytuacji osób zatrudnionych na umowę o pracę, które otrzymują minimalne wynagrodzenie i osób zatrudnionych na umowę zlecenie. W efekcie, jeżeli wypracują tę samą liczbę godzin, co osoby zatrudnione na pełnym etacie to wynagrodzenie otrzymają na podobnym poziomie, czyli niecałe 2000zł brutto – dodaje Alicja Lidzińska.

Nowe przepisy nakładają także więcej obowiązków na pracodawcę. Czas pracy osób zatrudnionych na umowy zlecenia oraz umowy o świadczenie usług będzie musiał być ewidencjonowany.

W ślad za zmianami w ustawie o minimalnym wynagrodzeniu za pracę pójdą również zmiany w ustawie o Państwowej Inspekcji Pracy. To Inspekcja będzie miała uprawnienie do kontrolowania wysokości wynagrodzenia wypłacanego przez przedsiębiorców osobom zatrudnionym na umowę zlecenie i umowach o świadczenie usług. W przypadku, jeżeli przedsiębiorca będzie naruszał przepisy będzie mógł zostać obciążony grzywną do 30 000 złotych.

 

 


CBŚP w redakcji „Faktów i Mitów”. Zatrzymano redaktora naczelnego Romana Kotlińskiego

Wczoraj przed południem do redakcji tygodnika „Fakty i Mity”wkroczyli policjanci Centralnego Biura Śledczego Policji. Na zlecenie Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi przeszukiwali biuro, zabezpieczając dokumenty i kopie dysków. Zatrzymany został redaktor naczelny pisma Roman Kotliński – informują Wirtualnemedia.pl.

CBŚP zatrzymał Romana Kotlińskiego, redaktora naczelnego tygodnika, który w poprzedniej kadencji Sejmu był również posłem Ruchu Palikota (później Twojego Ruchu). Czterech pracowników redakcji zostało przesłuchanych.

Materiały zabezpieczone przez CBŚP w czasie wczorajszej akcji redakcja „Faktów i Mitów” objęła tajemnicą dziennikarską.

Roman Kotliński nie wrócił jeszcze do redakcji, nie wiadomo, czy postawiono mu jakieś zarzuty. Wydawca „Faktów i mitów” informuje, że w sprawie tygodnika nie toczy się żadne śledztwo, a prokuratura nie wzywała wcześniej redakcji do wydania dokumentów i dysków.

– Jestem wstrząśnięty tym, co wydarzyło się wczoraj w redakcji „FiM”. To chyba bezprecedensowe wydarzenie w dziejach mediów w III RP – tak co do skali przeszukań, jak i faktu, że najście służb na redakcję nie miało związku z żadną naszą publikacją – wyjaśnia Adam Cioch, członek zarządu spółki Błaja News, wydającej „Fakty i Mity”.

– Według naszych ustaleń prowadzone śledztwo nie ma żadnego związku z działalnością redakcji i wydawnictwa, także w wymiarze finansowym. – czytamy w komunikacie redakcji „FiM” – Dotyczy ono podobno spraw prywatnych. Prokuratura nie zwracała się wcześniej do nas o wydanie jakichkolwiek materiałów.

W związku z powyższym nasza redakcja traktuje działania władz jako nadużycie i próbę sparaliżowania pracy jednego z nielicznych w Polsce pism niezależnych, niepowiązanego ani z głównymi aktorami sporu politycznego w kraju, ani z wielkimi korporacjami wydawniczymi, za to konsekwentnie tropiącego nadużycia władzy. Traktujemy to jako atak na naszą redakcję, tym bardziej że w ostatnich wydaniach ostro krytykowaliśmy obecny rząd i sam PiS.

Mimo zamieszania oraz przeszkód natury technicznej zespół redakcyjny próbuje wydać kolejny numer naszego tygodnika. O rozwoju wydarzeń będziemy na bieżąco informować na naszej stronie internetowej oraz napiszemy o tym szerzej w najbliższym numerze tygodnika. O ile oczywiście nasza praca nie zostanie zupełnie sparaliżowana przez władze..

 


Plan Morawieckieg: Ponad bilion złotych na inwestycje w najbliższych latach

Ponad bilion złotych na inwestycje w najbliższych latach przewiduje plan Morawieckiego. Jego źródłem będą fundusze unijne, środki na lokatach polskich firm oraz spółki Skarbu Państwa. Prawie połowa środków, bo 480 mld zł wraz z wkładem własnym będzie pochodzić z funduszy unijnych.

Plan Morawieckiego to uchwała ws. „Planu na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. Jest to rządowa strategia rozwoju gospodarczego kraju na kolejne 25 lat. Celem jest wzmocnienie polskiego kapitału oraz wzrost innowacyjności polskich firm, by były konkurencyjne na rynkach zagranicznych.

Inwestycje w planie Morawieckiego mają sięgać biliona złotych. Według szacunków prawie połowa środków, bo 480 mld zł wraz z wkładem własnym będzie pochodzić z funduszy unijnych.

Na 75-150 mld zł oceniono potencjał inwestycyjny spółek Skarbu Państwa, a do 230 mld zł potencjał inwestycyjny polskich firm w postaci środków na lokatach do częściowego wykorzystania przez przedsiębiorców.

Rząd chce już w tym półroczu utworzyć Polski Fundusz Rozwoju, integrując szereg państwowych agencji i instytucji finansowych. Są to: Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (KUKE), Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK), Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP), Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ), Agencja Rozwoju Przemysłu (ARP) i spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe (PIR).

Zabieg ten ma na celu stworzenie polskiego banku rozwoju o dużym potencjale inwestycyjnym. Ma to być narzędzie realizacji polityki gospodarczej państwa, nad którym ma być sprawowany profesjonalny nadzór właścicielski.

Z Polskim Funduszem Rozwoju mogłyby współpracować spółki z udziałem Skarbu Państwa takie jak PZU czy PKO BP.

Ponadto od 50 do 80 mld zł powinny dać programy realizowane wraz z instytucjami międzynarodowymi: Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju, Europejskim Bankiem Inwestycyjnym, Europejskim Funduszem Inwestycji Strategicznych, Bankiem Światowym oraz Azjatyckim Bankiem Inwestycji Infrastrukturalnych.

Potencjał inwestycyjny Polskiego Funduszu Rozwoju oszacowano na 75-120 mld zł, a programów rozwojowych BGK, (m.in. Krajowego Funduszu Kapitałowego, Polskiego Funduszu Funduszy Wzrostu, Funduszu Ekspansji Zagranicznej) na 65 do 100 mld zł.

W sektorze bankowym w związku z nadpłynnością banków drzemie – według planu – 90 mld zł.

Pięć filarów rozwoju gospodarczego Polski

Jak nieoficjalnie informuje PAP w oparciu źródła rządowe pięć filarów rozwoju gospodarczego Polski zawartych w planie Morawieckiego to Reindustrializacja, rozwój innowacyjnych firm, kapitał dla rozwoju, ekspansja zagraniczna oraz rozwój społeczny i terytorialny.

Jak zrealizować plan?

Realizacja zawartego w planie postulatu reindustrializacji ma przebiegać w oparciu o: partnerstwo dla strategicznych działów gospodarki; Krajowe Inteligentne Specjalizacje; klastry i doliny przemysłowe oraz inwestycje zagraniczne.

Rozwój innowacyjnych firm ma z kolei nastąpić dzięki: nowej „Konstytucji Biznesu”; przyjaznemu otoczeniu prawnemu; reformie instytutów naukowo-badawczych oraz programowi „Start in Poland”.

Kapitał dla rozwoju ma być natomiast pozyskany poprzez: budowanie oszczędności Polaków; środki europejskie; Polski Fundusz Rozwoju oraz środki z planu Junckera, Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, Europejskiego Banku Inwestycyjnego oraz Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych.

Przewidziana w planie ekspansja zagraniczna ma się dokonać m.in. za sprawą: utworzenia Pionu Wspierania Eksportu w Polskim Funduszu Rozwoju; reformy dyplomacji ekonomicznej; budowy silnej marki Polska.

Zaś rozwój społeczny i terytorialny mają zagwarantować: pakt dla obszarów wiejskich, skuteczna polityka regionalna oraz edukacja.

W planie wymieniono też fundamenty silnego państwa; są to: e-administracja, „inteligentne zamówienia publiczne”, przełamanie zjawiska „Polski resortowej” oraz bezpieczeństwo energetyczne uwzględniające dostępność i cenę energii.

 

Źródło: kurier.pap.pl


”Trzeba wyrzucić rząd z gospodarki, zlikwidować podatek dochodowy i ZUS”

Odgórnie sterowana redystrybucja pieniędzy, podatki nakładane na banki czy licencjonowanie działalności gospodarczej w niektórych dziedzinach to zdaniem Janusza Korwin-Mikkego, lidera partii KORWiN, ingerowanie rządu w gospodarkę, które należałoby wyeliminować. Receptą na rozkwit gospodarczy jest według niego zniesienie podatków dochodowych i składek na ZUS, zaniechanie kontroli państwa nad inwestycjami prywatnych firm i obywateli oraz uwolnienie rynku bankowego.

– Rząd nie powinien się w ogóle wtrącać w to, ile ludzie inwestują – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Korwin-Mikke, lider partii KORWiN. – Ludzie inwestują tyle, ile trzeba. Trzeba pozwolić ludziom decydować, bo to są ich pieniądze. Jeżeli człowiek inwestuje własne pieniądze, to o nie dba. To tak jak w rodzinie, która sobie założyła, że ich syn będzie miał 1,87 m wzrostu i robi wszystko, by tak było. Jest w tym dokładnie tyle samo sensu, ile w założeniu, że inwestycji ma być 25 proc. PKB.

We wtorek rząd ma się zająć przygotowanym przez ministra rozwoju Mateusza Morawieckiego planem rozwoju kraju. Z wypowiedzi ministra wynika, że zakłada on także pobudzenie inwestycji polskich firm, które na kontach trzymają ok. 250 mld zł. Minister ma nadzieję na uruchomienie choćby jednej czwartej tej kwoty. Zgodnie z zapowiedziami rząd chce zwiększyć udział inwestycji w PKB z 19 do 25 proc.

– To jest mieszanie się do gospodarki – komentuje Korwin-Mikke. – Inwestycji jest tyle, ile ludzie chcą zainwestować. Jeden inwestuje więcej, drugi mniej. Z tego się robi 10, 20, czy ileś tam procent. I nie ma wspólnej recepty.

Lider partii KORWiN ma także własny pomysł na rozwiązanie kwestii dominacji banków w polskiej gospodarce. Jest on jednak odległy od wprowadzonej już rządowej propozycji podatku bankowego od aktywów (5,5 mld zł) czy prezydenckiego pomysłu obciążenia banków kosztem przewalutowania kredytów frankowych.

– Rząd PiS-u toczy walkę z bankami, które są, jak wiadomo, elementem kapitalizmu, który trzeba zniszczyć. Natomiast właściwym sposobem walki z bankami, bo one rzeczywiście zbezczelniały w Polsce, jest pozwolenie na to, by każdy mógł założyć bank, tak jak Kramer w filmie „Vabank” – mówi Korwin-Mikke.  

Jego zdaniem zapewniłoby to bankom korporacyjnym zdrową polską konkurencję, która zmusiłaby je do obniżania cen usług w celu przyciągnięcia pieniędzy konsumentów i walki o klientów.

– Obecnie banki robią, co chcą, bo rząd daje im monopol. Obowiązuje zasada, że każda operacja musi być wykonywana przez banki, co daje im ogromne pieniądze z niczego – oburza się Korwin-Mikke. – Musimy wrócić do sytuacji, w której ja mogę wyjąć z kieszeni i dać prywatne pieniądze, tak żeby to nie przechodziło przez banki.

Kolejnym, dość rewolucyjnym pomysłem, które Janusz Korwin-Mikke głosi od lat, jest zlikwidowanie podatków dochodowych.

– Podatki dochodowe są zmorą gospodarki. To kara za to, że pracuję i zarabiam. Przychodowy, dochodowy, nie ma to żadnego znaczenia, muszę się tłumaczyć, gdzie kupiłem, za ile sprzedałem i ile zarobiłem,co jest bez sensu – podkreśla polityk.

Tak samo proponuje zlikwidowanie składek na ZUS, które obciążają przedsiębiorców.

Według lidera partii KORWiN zadaniem rządu powinno być zajmowanie się policją, wojskiem i szeroko pojętym bezpieczeństwem, a nie gospodarką. Choć zgadza się on, że nie da się ze sfery gospodarczej wyeliminować Sejmu, to proponuje zdecydowane wydłużenie okresu między uchwaleniem ustawy a jej wejściem w życie.

– Jak już zmienimy system prawny na normalny, to trzeba wprowadzić zasadę, że nowe prawo wchodzi w życie w 6 lat od chwili uchwalenia. Chodzi o to, żeby ludzie się mogli do niego dopasować, muszą wiedzieć, co ich czeka – tłumaczy Korwin-Mikke. – Dlaczego 6 lat? Bo to jest okres zwrotu inwestycji. Jeśli zainwestuję, ale pojawi się jakieś niekorzystne prawo, to przynajmniej odbiję sobie to, co włożyłem. Stabilność jest najważniejsza.

Newseria.pl
 


Kaczyński trafił do szpitala

Jarosław Kaczyński trafił w poniedziałek do szpitala pod opiekę lekarzy z Wojskowego Instytutu Medycznego przy ul. Szaserów w Warszawie poinformowała „Fakt„.

Tabloid spekuluje, iż może to być spowodowane nawrotem alergii, z którymi prezes PiS zmaga się od wielu lat.

Przedstawiciele PiS milczą w tej sprawie. – Nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Nie jestem upoważniony do udzielania informacji w tej sprawie. – przekazał w rozmowie z „Fakt” rzecznik szpitala.