Naukowcy znaleźli sposób na spowolnienie starzenia. Na razie tylko w laboratorium
Jedna iniekcja, starsze myszy i wynik, który natychmiast rozpala wyobraźnię: oczekiwana długość życia leczonych zwierząt wzrosła o ponad 20 proc. Brzmi jak początek ery „zastrzyku młodości”, ale nie chodzi jeszcze o gotową terapię dla ludzi, lecz o badanie pokazujące, że niektóre procesy związane ze starzeniem można próbować modyfikować biologicznie.
Za wynik odpowiada zespół z Universitat Autònoma de Barcelona, który opisał 27-miesięczne badanie w czasopiśmie „Molecular Therapy”. Naukowcy wykorzystali terapię genową opartą na FGF21, czyli czynniku metabolicznym związanym m.in. z gospodarką energetyczną organizmu. Starszym myszom podano jednorazową iniekcję domięśniową z użyciem wektora AAV, po której mięśnie zaczęły wytwarzać i wydzielać FGF21 do krwiobiegu.
Efekt był wyraźny. Według uczelni u leczonych myszy oczekiwana długość życia wzrosła o 20,54 proc. w porównaniu z grupą kontrolną. Badacze odnotowali także poprawę parametrów związanych z metabolizmem, masą ciała, wrażliwością na insulinę, kontrolą glukozy oraz funkcjonowaniem kilku narządów, w tym wątroby, nerek, serca, mięśni i mózgu.
To ważne, bo w badaniach nad starzeniem coraz częściej nie chodzi wyłącznie o samo „dodawanie lat”. Prawdziwa stawka jest inna: wydłużyć czas, w którym organizm pozostaje sprawniejszy, mniej obciążony chorobami i dłużej zachowuje funkcje potrzebne do samodzielnego życia. W nauce mówi się o health span, czyli okresie życia w zdrowiu. To dlatego badacze coraz częściej pytają nie tylko o to, jak żyć dłużej, ale jak dłużej zachować sprawność.
Co właściwie zrobił FGF21
FGF21 nie działa jak prosty przycisk odmładzania organizmu. To białko zaangażowane w regulację metabolizmu, wpływające m.in. na to, jak organizm gospodaruje energią, tłuszczem i glukozą. W badaniu hiszpańskiego zespołu chodziło o to, aby organizm myszy sam przez dłuższy czas wytwarzał ten czynnik, zamiast dostawać go w postaci powtarzanych dawek.
Różnica polega na tym, że badacze nie podali FGF21 jak zwykłego leku, którego działanie po pewnym czasie wygasa. Terapia genowa miała sprawić, że organizm sam zacznie wytwarzać to białko. W tym eksperymencie taką rolę powierzono mięśniom szkieletowym, które stały się źródłem FGF21 uwalnianego do krwiobiegu.
Wynik nie dotyczył jednego parametru w organizmie myszy. Terapia FGF21 wiązała się z poprawą działania kilku układów naraz. Badacze opisali zmiany w metabolizmie, masie ciała, kontroli glukozy oraz pracy narządów, które zwykle słabną wraz z wiekiem. W komunikacie UAB wskazano m.in. tkankę tłuszczową, wątrobę, nerki, serce, mięśnie i mózg.
Badanie przeprowadzono na myszach, nie na ludziach. Nie wykazało ono, że terapia FGF21 wydłuża życie człowieka ani że może być stosowana jako metoda spowalniania starzenia u zdrowych osób. Kolejnym etapem dla podobnej technologii są badania kliniczne dotyczące konkretnych chorób, m.in. MASH, czyli metabolicznego stłuszczeniowego zapalenia wątroby.
Dlaczego to nie jest lek na starość
Badanie UAB przeprowadzono na myszach, nie na ludziach. Nie wykazało ono, że terapia FGF21 wydłuża życie człowieka ani że może być stosowana jako metoda spowalniania starzenia u zdrowych osób. Wyniki dotyczą modelu zwierzęcego i opisują wpływ jednorazowej terapii genowej na długość życia oraz wybrane parametry zdrowotne myszy.
Terapia genowa wymaga osobnej oceny bezpieczeństwa u ludzi. W badaniach klinicznych sprawdza się m.in. skuteczność, dawkowanie, trwałość efektu, reakcję układu odpornościowego i działania niepożądane. W przypadku technologii opartych na wektorach AAV znaczenie ma także to, jak długo utrzymuje się ekspresja wprowadzonego genu i czy organizm nie uruchamia odpowiedzi immunologicznej przeciwko wektorowi albo produkowanemu białku.
Obecne prace nad podobną technologią FGF21 dotyczą konkretnych chorób, a nie ogólnego „odmładzania” organizmu. Kriya Therapeutics rozwija KRIYA-497 jako potencjalną jednorazową terapię genową dla pacjentów z MASH, czyli metabolicznym stłuszczeniowym zapaleniem wątroby. To choroba związana z nadmiarem tłuszczu w wątrobie, stanem zapalnym, uszkodzeniem komórek i włóknieniem.
Inne firmy rozwijają odmienne metody wpływania na procesy starzenia komórek. Life Biosciences poinformowała w czerwcu 2026 r., że pierwszy uczestnik otrzymał dawkę ER-100 w badaniu fazy 1 dotyczącym neuropatii wzrokowych, w tym jaskry otwartego kąta i NAION. Według spółki ER-100 opiera się na częściowym przeprogramowaniu epigenetycznym, a celem badania fazy 1 jest ocena bezpieczeństwa i tolerancji terapii u pacjentów z chorobami nerwu wzrokowego.
Nadzieja, którą trzeba oddzielić od marketingu
Badanie UAB dotyczyło jednorazowej terapii genowej AAV-FGF21 u myszy. U leczonych zwierząt oczekiwana długość życia wzrosła o 20,54 proc., a badacze opisali poprawę wybranych parametrów metabolicznych i pracy kilku narządów. Podobna technologia FGF21 jest rozwijana w badaniach dotyczących MASH, czyli metabolicznego stłuszczeniowego zapalenia wątroby. Osobny projekt Life Biosciences, ER-100, dotyczy neuropatii wzrokowych i znajduje się w badaniu fazy 1. Żadne z tych badań nie potwierdza istnienia gotowej terapii odmładzającej dla ludzi.
Źródło: Universitat Autònoma de Barcelona, Molecular Therapy, Kriya Therapeutics, Life Biosciences, ClinicalTrials.gov
Masz Gmaila? Fałszywy alert może kosztować cię konto
CERT Polska ostrzega przed kampanią phishingową wymierzoną w użytkowników Gmaila. Atak polega na wysyłaniu wiadomości, które wyglądają jak alerty bezpieczeństwa od administratorów poczty, ale prowadzą do fałszywych stron logowania. Celem jest przejęcie hasła oraz drugiego składnika logowania.
Według CERT Polska kampanię prowadzi grupa UNC1151/Ghostwriter, od lat łączona z atakami na skrzynki pocztowe polskich użytkowników. Wcześniej celem były przede wszystkim konta u polskich dostawców poczty, między innymi Onetu, Wirtualnej Polski i Interii. Od marca 2026 r. obserwowane są ataki ukierunkowane na użytkowników Gmaila.
Jak wygląda fałszywy alert
Mechanizm jest oparty na pośpiechu i zaufaniu do komunikatów bezpieczeństwa. Użytkownik otrzymuje wiadomość, która może sugerować problem z kontem, potrzebę weryfikacji albo konieczność potwierdzenia aktywności. Link w takiej wiadomości nie prowadzi jednak do prawdziwego panelu Google, lecz do strony przygotowanej przez atakujących.
Na fałszywej stronie użytkownik jest proszony o wpisanie loginu i hasła. W kolejnym kroku przestępcy mogą próbować przechwycić również kod weryfikacji dwuetapowej. To ważne, ponieważ sama weryfikacja dwuetapowa nie chroni przed sytuacją, w której użytkownik sam wpisze kod na podstawionej stronie.
CERT Polska informuje, że wiadomości są wysyłane głównie ze specjalnie zakładanych kont Gmail. W niektórych przypadkach atakujący wykorzystują także przejęte skrzynki i zmieniają nazwę wyświetlaną nadawcy, aby wiadomość wyglądała bardziej wiarygodnie. Kampanie mają być prowadzone z dużą intensywnością, przede wszystkim w dni robocze.
Jak zabezpieczyć konto Google
Najważniejsza zasada bezpieczeństwa jest prosta: nie należy logować się do konta Google po kliknięciu linku z wiadomości e-mail. Jeżeli użytkownik dostaje alert bezpieczeństwa, powinien samodzielnie otworzyć przeglądarkę, wejść na konto Google i tam sprawdzić ostatnie zdarzenia związane z bezpieczeństwem. Google wskazuje, że podejrzane wiadomości wyglądające jak alerty od firmy należy weryfikować bezpośrednio na stronie konta.
Przed wpisaniem hasła trzeba sprawdzić adres strony. Prawdziwe logowanie do konta Google odbywa się w domenie Google. Fałszywe strony często używają podobnych nazw, dodatkowych członów, literówek albo adresów, które mają wyglądać wiarygodnie tylko na pierwszy rzut oka.
Warto sprawdzić ustawienia bezpieczeństwa konta. Użytkownik powinien zobaczyć, na jakich urządzeniach konto jest zalogowane, czy nie pojawiła się nieznana aktywność oraz czy metody odzyskiwania dostępu są poprawne. Jeżeli w ustawieniach widoczne jest obce urządzenie, należy je wylogować i zmienić hasło.
Hasło do konta Google powinno być unikalne. Nie należy używać tego samego hasła w innych serwisach, sklepach internetowych, mediach społecznościowych ani aplikacjach firmowych. Jeśli jedno hasło działa w wielu miejscach, wyciek lub przejęcie jednego konta może ułatwić dostęp do kolejnych usług.
Google zaleca używanie weryfikacji dwuetapowej, ale wskazuje też, że bezpieczniejszą metodą logowania mogą być klucze dostępu, czyli passkeys. Klucz dostępu pozwala potwierdzić logowanie za pomocą urządzenia, na przykład przez PIN, odcisk palca albo rozpoznawanie twarzy. Dane biometryczne pozostają na urządzeniu i nie są przekazywane Google.
Osoby szczególnie narażone na ataki ukierunkowane mogą skorzystać z Programu ochrony zaawansowanej Google. To rozwiązanie jest przeznaczone między innymi dla dziennikarzy, osób publicznych, polityków, aktywistów, pracowników administracji i osób, których konta mogą być celem działań szpiegowskich lub dezinformacyjnych. Program wymaga silniejszego potwierdzania tożsamości przy logowaniu.
Co zrobić, jeśli dane zostały wpisane na fałszywej stronie
Jeżeli użytkownik podejrzewa, że wpisał dane na fałszywej stronie, powinien działać od razu. Należy zmienić hasło z zaufanego urządzenia, wylogować nieznane sesje, sprawdzić metody odzyskiwania konta i usunąć obce numery telefonu lub adresy pomocnicze. Trzeba też skontrolować filtry i przekierowania w Gmailu, ponieważ po przejęciu skrzynki atakujący mogą próbować ukrywać część wiadomości albo przekierowywać pocztę.
Podejrzaną wiadomość można zgłosić w Gmailu jako phishing. Incydent można również przekazać do CERT Polska przez oficjalny formularz zgłoszeniowy. Jeśli konto zostało przejęte, należy skorzystać z procedury odzyskiwania konta Google.
Atak działa wtedy, gdy użytkownik uwierzy, że fałszywy alert jest prawdziwym komunikatem bezpieczeństwa. Dlatego przy każdej wiadomości wymagającej logowania najbezpieczniejsze działanie jest takie samo: nie klikać linku z e-maila, nie wpisywać hasła na stronie otwartej z wiadomości i sprawdzić konto bezpośrednio w ustawieniach Google.
Źródło: CERT Polska, Google Account Help, Google Advanced Protection Program
Awantura przy polskim miejscu pamięci w Berlinie. Policja wyjaśnia zatrzymanie Bąkiewicza

Katarzyna Domagała-Pereira
We wtorek, 16 czerwca 2026 roku, grupa członków Ruchu Obrony Granic – inicjatywy Roberta Bąkiewicza, chciała umieścić krzyż przy znajdującym się w centrum Berlina Kamieniu Pamięci dla Polski 1939–1945. To tymczasowe miejsce upamiętnienia polskich ofiar II wojny światowej i niemieckiej okupacji.
Na nagraniach, które pojawiły się w mediach społecznościowych, widać niemieckich policjantów próbujących zatrzymać członków Ruchu Obrony Granic niosących krzyż. W pewnym momencie doszło do szarpaniny. Funkcjonariusze obezwładnili część uczestników akcji, w tym Roberta Bąkiewicza, zakuli ich w kajdanki i zatrzymali.
Mogli zgromadzić się w pobliżu
Zgodnie z komunikatem berlińskiej policji krótko przed godziną 16.00 w parku przed Reichstagiem, siedzibą niemieckiego Bundestagu, zebrało się około 15 osób w żółtych kamizelkach. „Z transparentami, dużym drewnianym krzyżem i przy głośnych okrzykach chcieli udać się pod polski Kamień Pamięci. Taki przemarsz do miejsca pamięci został im jednak zakazany przez nasze siły policyjne” — głosi komunikat.
Um kurz vor 16 Uhr haben sich etwa 15 Personen mit gelben Westen am Skulpturenpark vor dem Reichstag in #Tiergarten zusammengefunden. Mit Transparenten, einem großen Holzkreuz und unter lauten Ausrufen wollten sie zum polnischen Gedenkstein laufen. Ein solcher Aufzug zu einem… pic.twitter.com/6NgLcHRZHR
— Polizei Berlin (@polizeiberlin) June 16, 2026
Jak czytamy dalej, osoba mówiąca po polsku zaproponowała uczestnikom akcji, aby zorganizowali zgromadzenie w pobliskim Skulpturenparku albo podchodzili do miejsca pamięci pojedynczo.
„Gdy mimo to grupa, z krzyżem i transparentami, udała się wspólnie w kierunku pomnika, policjanci zastosowali wobec sześciu osób środki ograniczające wolność. Ponieważ doszło przy tym do stawiania oporu, nasze siły policyjne zastosowały również środki przymusu” – tłumaczy berlińska policja. Po zakończeniu czynności wszystkie zatrzymane osoby zostały zwolnione na miejscu.
W odpowiedzi na pytania Deutsche Welle berlińska policja wyjaśniła, że zgromadzenie mogło odbyć się w bezpośrednim sąsiedztwie Kamienia Pamięci. Tuż za głazem znajduje się zielona przestrzeń, na której uczestnicy mogli stać, a do samego miejsca upamiętnienia mogli podchodzić pojedynczo.
Co im grozi?
Według policji zatrzymani naruszyli prawo o zgromadzeniach. Grozi im za to najwyżej kara pieniężna.
– Wobec osób, które stawiały opór, prowadzone jest postępowanie dotyczące oporu wobec funkcjonariuszy publicznych. Pozostali, którzy nie stawiali oporu, ale mimo zakazu próbowali dotrzeć na miejsce zgromadzenia, naruszyli berlińską ustawę o wolności zgromadzeń. To jednak wykroczenie, a nie przestępstwo – przekazała Deutsche Welle rzeczniczka berlińskiej policji.
Reakcja polskiego MSZ
Do zdarzenia odniósł się później na platformie X rzecznik MSZ Maciej Wewiór. „Odnośnie zajścia w Berlinie: nasz konsul na miejscu działa – ustala w tej chwili okoliczności zdarzenia i powody zatrzymania” – napisał rzecznik resortu dyplomacji.
Odnośnie zajścia w Berlinie:
— Rzecznik MSZ – Maciej Wewiór (@RzecznikMSZ) June 16, 2026
nasz konsul na miejscu działa – ustala w tej chwili okoliczności zdarzenia i powody zatrzymania.@PLinDeutschland
Robert Bąkiewicz apelował także do polskiej ambasady w Berlinie o pomoc w rozmowach z niemiecką policją. „Wzywamy polskiego ambasadora w Niemczech do pilnej interwencji. Zostaliśmy pozbawieni wolności przez Niemców. Może dojść do użycia siły wobec nas. Nie złamaliśmy prawa” – napisał na platformie X.
Wzywamy polskiego ambasadora w Niemczech do pilnej interwencji. Zostaliśmy pozbawieni wolności przez Niemców. Może dojść do użycia siły wobec nas. Nie złamaliśmy prawa. pic.twitter.com/lwYLDySha7
— Robert Bąkiewicz (@RBakiewicz) June 16, 2026
Na nagraniu opublikowanym w serwisie X Bąkiewicz mówi, że członkowie ROG nie prowadzą żadnego zgromadzenia, lecz chcieli się „pomodlić pod kamieniem, 30-tonowym, który Niemcy po 86 latach postawili Polakom w ramach reparacji”.
„Niemcy łaskawie mówią, że pozwalają nam tu stać. To skandal i zachowanie jak z czasów okupacji! W Unii Europejskiej znowu traktują Polaków jak gorszych!” – skarżył się w mediach społecznościowych.
Na antenie Telewizji Republika Bąkiewicz tłumaczył: „To jest skandal w tej chwili, co robią Niemcy, bo Niemcy boją się tego, co jest napisane na tych tabliczkach, bo tam jest napisana prawda, że porwali 200 tys. dzieci, że zamordowali sześć milionów Polaków, że ograbili Polskę”.
Kaczyński: „nóż w plecy”
Interwencję policji w Berlinie skomentował między innymi prezes PiS Jarosław Kaczyński. Według niego działania niemieckich funkcjonariuszy pokazały stosunek władz Niemiec do Polaków.
„Biorąc pod uwagę, jak dzisiaj brutalnie zostali potraktowani nasi obywatele w Berlinie, jedynego, czego możemy się spodziewać ze strony Niemiec, które ani nie przepracowały swojej nazistowskiej i imperialistycznej przeszłości, ani swojego stosunku do Polaków, to noża w plecy. Co robi polska ambasada w Berlinie? Co robi MSZ?” — pytał Kaczyński.
W swoim wpisie nawiązał także do polityki obronnej polskiego rządu, w tym do programu SAFE. „Jeden niemiecko-brukselski kredyt już zaciągnęli. Jutro planują zawrzeć umowę dotyczącą współpracy wojskowej Polski i Niemiec, twierdząc, że podniesie ona poziom naszego bezpieczeństwa” — napisał prezes PiS.
Jeden niemiecko-brukselski kredyt już zaciągnęli. Jutro planują zawrzeć umowę dotyczącą współpracy wojskowej Polski i Niemiec, twierdząc, że podniesie ona poziom naszego bezpieczeństwa.
— Jarosław Kaczyński (@OficjalnyJK) June 16, 2026
Biorąc pod uwagę, jak dzisiaj brutalnie zostali potraktowani nasi obywatele w Berlinie,…
Umowa Polska–Niemcy
17 czerwca 2026, w Warszawie ministrowie obrony obu państw Władysław Kosiniak-Kamysz i Boris Pistorius mają podpisać umowę o polsko-niemieckiej współpracy w dziedzinie obronności. Dokument ma dotyczyć między innymi wspólnych ćwiczeń i mobilności wojskowej.
W umowie nie znajdą się jednak takie zapisy dotyczące gwarancji bezpieczeństwa, jakie znalazły się w traktatach zawartych w ostatnim czasie przez Polskę z Francją i Wielką Brytanią.
Data podpisania dokumentu nie jest przypadkowa. Dokładnie 35 lat temu Polska i Niemcy podpisały traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy.
„Klub pochlebców” na szczycie G7. Niemiecka prasa bezlitośnie o Trumpie i liderach Zachodu

Monika Stefanek
Zamiast rozwiązywać wspólne problemy, przywódcy państw zasypują prezydenta USA Donalda Trumpa komplementami, obawiając się jego zmiennych nastrojów – tak niemiecka prasa komentuje zakończony szczyt G7.
„Sueddeutsche Zeitung” („SZ”) uważa, że ogłoszone porozumienie między Teheranem a Waszyngtonem jest w najlepszym razie kompromisem, a prezydent USA w rzeczywistości nie miał innego wyboru. Zdaniem gazety może to być szansa dla Europejczyków. „Być może zmieni to dynamikę geopolityczną, również w sprawie Ukrainy. Być może Europa zdoła teraz odzyskać rolę dyplomatyczną, jaką odgrywała dawniej, w mniej dziwacznych czasach, kiedy prezydenci USA rozmawiali jeszcze niemal o wszystkim ze swoimi sojusznikami ze wspólnoty demokratycznych wartości” – ocenia „Sueddeutsche Zeitung”.
O ewentualnych negocjacjach pokojowych między Ukrainą a Rosją pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung” („FAZ”). Gazeta ocenia, że stanowiska Kijowa i Moskwy pozostają zbyt odległe, jednak w ostatnich miesiącach równowaga sił uległa zmianie. Stało się to możliwe dzięki ukraińskim uderzeniom w głąb Rosji oraz skuteczniejszemu niż na początku wojny wywieraniu presji na agresora.
„Sytuacja gospodarcza Rosji również się pogarsza. Strategia Zachodu – o ile pod rządami Trumpa jeszcze istnieje – polega na podnoszeniu kosztów wojny tak długo, aż Putin będzie musiał ustąpić. Kreml nadal stawia warunki nie do przyjęcia dla Kijowa i próbuje przeciągać rozmowy sporami o to, kto miałby w nich uczestniczyć i gdzie miałyby się odbyć. Tyle że dziś ta gra może być mniej skuteczna niż wcześniej. Po raz pierwszy w tej wojnie, która trwa dłużej niż I wojna światowa, czas działa na niekorzyść Putina, a nie na jego korzyść” — pisze „FAZ”.
— G7 (@G7) June 16, 2026
Dziennik „Frankfurter Rundschau” zwraca uwagę na inną kwestię. „Szczyt G7 stał się klubem pochlebców. Zamiast dyskutować, a nawet rozwiązywać wspólne problemy, przywódcy G6 obsypują prezydenta USA Donalda Trumpa komplementami i łykają jego liczne obelgi z ostatnich tygodni. Udają też, że są zadowoleni z tego, że G7 rozważa dalsze sankcje wobec Rosji i jej agresywnej wojny.Udają też, że są zadowoleni z tego, iż G7 rozważa kolejne sankcje wobec Rosji za jej agresję na Ukrainę. Nie przypominają również samozwańczemu negocjatorowi, że od dawna obiecywał szybkie zakończenie tej wojny” – pisze „Frankfurter Rundschau”.
Zdaniem „Frankfurter Rundschau” taka taktyka ma przede wszystkim zatrzymać Trumpa przy stole i zapobiec powtórce z poprzedniego szczytu, który prezydent USA opuścił przed końcem. „Kalkulacja jest jasna: mają nadzieję, że dobry nastrój utrzyma się do szczytu NATO za trzy tygodnie i że Waszyngton jeszcze bardziej nie osłabi sojuszu. Taka polityka jest żałosna i żenująca” – podsumowuje dziennik.
Również regionalny dziennik „Ludwigsburger Zeitung” ocenia, że pozycja Ukrainy jest dziś lepsza niż jeszcze kilka miesięcy temu. „Zełenski nie siedzi już przy bocznym stoliku. Dzięki odwadze i wytrwałości on, jego współpracownicy oraz ukraińska armia nie tylko zdołali stawić opór rosyjskiemu agresorowi, ale też wywarli na Rosję poważną presję. To robi wrażenie na Trumpie” – czytamy.
Mężczyźni w „mundurach” zaczepiali cudzoziemców. Policja bada samozwańcze patrole w Warszawie
Na Dworcu Centralnym w Warszawie pojawiły się grupy mężczyzn w strojach przypominających mundury. Według doniesień medialnych osoby te miały zaczepiać cudzoziemców i próbować ich legitymować. Sprawą zajęła się Komenda Stołeczna Policji.
Informacje o działaniach samozwańczych patroli opisano po publikacji nagrań w internecie. Według tych relacji mężczyźni mieli działać w hali głównej Dworca Centralnego oraz w jego pobliżu. W materiałach medialnych wskazywano, że chodzi o osoby związane z ruchem „Bronimy Polskiej Granicy”.
Do sprawy odniosło się Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Rzeczniczka resortu Karolina Gałecka poinformowała, że Komenda Stołeczna Policji prowadzi czynności, a dokumentacja ma zostać przekazana prokuraturze. Przypomniała także, że podszywanie się pod funkcjonariusza publicznego jest przestępstwem.
Według MSWiA osoby nieuprawnione nie mogą legitymować obywateli ani występować jako przedstawiciele służb mundurowych. Resort wskazał, że takie zachowania mogą wiązać się z odpowiedzialnością karną. Policja nie podała dotąd informacji o zatrzymaniach w tej sprawie.
Dworzec Centralny jest jednym z największych węzłów komunikacyjnych w Warszawie. Codziennie korzystają z niego podróżni z Polski i zagranicy, w tym osoby przesiadające się na połączenia kolejowe, miejskie i dalekobieżne.
Do chwili publikacji nie przekazano informacji o liczbie osób objętych czynnościami policji. Nie podano także, czy do organów ścigania wpłynęły formalne zawiadomienia od pokrzywdzonych podróżnych.
Źródło: Rzeczpospolita, PAP
Incydent na kanale La Manche. Rosyjska fregata oddała strzały przy brytyjskim jachcie
Rosyjska fregata „Admirał Grigorowicz” oddała strzały ostrzegawcze w pobliżu cywilnego jachtu zarejestrowanego w Wielkiej Brytanii. Do zdarzenia doszło we wtorek, 16 czerwca 2026 roku, na kanale La Manche, około 20 mil morskich na południe od wyspy Wight. Brytyjskie Ministerstwo Obrony poinformowało, że bada doniesienia o incydencie.
Według agencji Reuters jacht zbliżył się do rosyjskiej jednostki na odległość około 500 jardów, czyli około 457 metrów. W czasie zdarzenia rosyjski okręt był monitorowany przez jednostkę Royal Navy. Nie ma informacji o rannych ani o uszkodzeniach cywilnej łodzi.
Rosyjskie Ministerstwo Obrony podało, że załoga fregaty próbowała wcześniej nawiązać kontakt radiowy z jachtem i skłonić go do zmiany kursu. Według rosyjskiej wersji jednostka cywilna miała płynąć kursem uznanym za niebezpieczny. Po oddaniu strzałów ostrzegawczych jacht miał zmienić kurs i oddalić się od rosyjskiego okrętu.
Brytyjskie władze nie przedstawiły dotąd pełnego opisu zdarzenia. Resort obrony ograniczył się do informacji, że sprawa jest wyjaśniana. Według brytyjskich mediów z jachtem skontaktował się później okręt HMS Tyne, aby sprawdzić bezpieczeństwo załogi.
Do incydentu doszło poza brytyjskimi wodami terytorialnymi. Kanał La Manche pozostaje jednym z najważniejszych szlaków morskich w Europie, wykorzystywanym przez jednostki cywilne, statki handlowe i okręty wojenne przemieszczające się między Atlantykiem a Morzem Północnym.
Associated Press podała, że zdarzenie nastąpiło dwa dni po brytyjskiej operacji wobec tankowca objętego sankcjami, podejrzewanego o związki z rosyjską tzw. flotą cieni. Brytyjskie Ministerstwo Obrony nie wskazało jednak, aby oba wydarzenia były ze sobą powiązane.
Na moment publikacji nie ma informacji o bezpośredniej odpowiedzi militarnej Wielkiej Brytanii. Nie podano także nazwy jachtu ani danych jego załogi.
Źródło: Reuters, Associated Press, The Guardian
Dzieci poniżej 16 lat bez social mediów. Wielka Brytania szykuje przełomowe przepisy
Wielka Brytania zapowiedziała zakaz korzystania z wybranych mediów społecznościowych przez dzieci poniżej 16. roku życia. Nowe przepisy mają zacząć obowiązywać od wiosny 2027 roku i objąć platformy, których główną funkcją jest publikowanie treści, kontakt między użytkownikami oraz rekomendowanie kolejnych materiałów.
Brytyjski rząd podaje, że dzieci nadal będą mogły korzystać z internetu do nauki, czytania informacji, grania oraz kontaktu z rodziną i znajomymi. Odpowiedzialność za wdrożenie nowych zasad ma spoczywać przede wszystkim na firmach technologicznych.
Co obejmie brytyjski zakaz
Brytyjski premier Keir Starmer ogłosił 15 czerwca 2026 roku plan wprowadzenia zakazu oferowania wybranych usług społecznościowych osobom poniżej 16 lat. Według Reutersa i brytyjskich mediów ograniczenia mogą objąć między innymi TikToka, Instagrama, Snapchata, YouTube’a, Facebooka i X. Zakaz nie ma obejmować komunikatorów, takich jak WhatsApp i Signal, ani usług muzycznych oraz edukacyjnych.
Rządowy dokument informacyjny wskazuje, że przepisy mają wejść w życie od wiosny 2027 roku. Celem regulacji jest ograniczenie szkód związanych z korzystaniem z mediów społecznościowych przez dzieci, poprawa dobrostanu młodych użytkowników oraz zmniejszenie czasu spędzanego na przewijaniu treści.
Nadzór nad wdrożeniem zasad ma objąć Ofcom, brytyjski regulator rynku komunikacji. Rząd zapowiedział także ograniczenia dotyczące wybranych funkcji usług internetowych. Wśród nich wymieniono zakaz oferowania transmisji na żywo dzieciom poniżej 16 lat oraz ograniczenie możliwości kontaktu obcych osób z dziećmi w przestrzeniach online, w tym w grach.
Dla osób w wieku 16–17 lat część funkcji ma być domyślnie wyłączona. Brytyjski rząd zapowiedział również zakaz oferowania osobom poniżej 18 lat chatbotów AI generujących treści seksualne. W konsultacjach publicznych analizowano także minimalny wiek dostępu do mediów społecznościowych, funkcje sprzyjające nadmiernemu korzystaniu, takie jak infinite scrolling i autoplay, oraz sposoby weryfikacji wieku użytkowników.
Stanowiska firm i organizacji
Według brytyjskiego rządu dziewięciu na dziesięciu rodziców uczestniczących w konsultacjach poparło wprowadzenie minimalnego wieku 16 lat dla korzystania z mediów społecznościowych. Konsultacje obejmowały także dzieci i młode osoby w wieku od 10 do 21 lat, organizacje społeczne, przedstawicieli branży technologicznej, szkoły, ekspertów i instytucje publiczne.
Firmy technologiczne zgłaszały zastrzeżenia do części zapowiadanych rozwiązań. Przedstawiciele branży wskazywali, że zakaz może ograniczyć młodszym użytkownikom dostęp do części społeczności online i przenieść ich aktywność do mniej kontrolowanych miejsc w internecie. Organizacje zajmujące się bezpieczeństwem dzieci poparły kierunek regulacji, ale część z nich wskazywała również na potrzebę ograniczania szkodliwych algorytmów i ryzykownych funkcji platform.
Polska debata o wieku i weryfikacji
W Polsce podobna debata dotyczy wieku dostępu do mediów społecznościowych, technicznej weryfikacji wieku użytkowników oraz korzystania z telefonów w szkołach. W styczniu 2026 roku zapowiadano projekt ograniczający korzystanie z mediów społecznościowych przez dzieci i młodzież do ukończenia 15. roku życia. W debacie pojawiały się także odniesienia do rozwiązań przyjętych w Australii.
Ministerstwo Cyfryzacji prowadzi osobne prace nad narzędziami weryfikacji wieku. W polskich zapowiedziach pojawia się rozwiązanie oparte na cyfrowym potwierdzaniu określonych cech użytkownika, w tym wieku, bez przekazywania serwisowi pełnych danych osobowych. Podobne mechanizmy mają znaczenie także przy pracach nad ograniczeniem dostępu małoletnich do treści pornograficznych w internecie.
Polskie dane pokazują skalę korzystania z mediów społecznościowych przez nastolatków. NASK podał w 2025 roku, że średni dzienny czas spędzany przez nastolatki w mediach społecznościowych wynosi 4 godziny i 12 minut. Z tych samych danych wynika, że 16,2 proc. nastolatków deklaruje, iż nie jest w stanie wytrzymać bez mediów społecznościowych dłużej niż godzinę, a 27 proc. chciałoby ograniczyć scrollowanie, ale nie potrafi.
Podobne przepisy w innych państwach
Ograniczenia dostępu dzieci do mediów społecznościowych są wdrażane lub rozważane także w innych państwach. Australia przyjęła zakaz korzystania z mediów społecznościowych przez dzieci poniżej 16 lat. Podobne rozwiązania były zapowiadane lub omawiane między innymi w Danii i Kanadzie.
Najważniejsze szczegóły brytyjskiego modelu mają zostać doprecyzowane w kolejnych dokumentach rządowych. Dotyczą one między innymi sposobu weryfikacji wieku, zakresu usług objętych zakazem, ochrony danych użytkowników, postępowania wobec istniejących kont oraz zasad egzekwowania przepisów wobec firm technologicznych.
Źródło: GOV.UK, Reuters, The Guardian, NASK, Ministerstwo Cyfryzacji
Brexit miał ograniczyć imigrację. Stało się inaczej
Brexit miał być momentem odzyskania kontroli nad granicami. Dla milionów Brytyjczyków hasło „take back control” oznaczało także obietnicę ograniczenia imigracji. Po latach widać jednak, że Wielka Brytania nie tyle zatrzymała napływ ludzi, ile zmieniła jego kierunek: mniej osób przyjeżdża z Europy, więcej spoza niej.
Gdy w 2016 r. Brytyjczycy głosowali w referendum brexitowym, imigracja była jednym z najważniejszych tematów kampanii. Zwolennicy wyjścia z Unii Europejskiej przekonywali, że po opuszczeniu Wspólnoty Londyn sam będzie decydował, kto może przyjechać do pracy, nauki i życia w Wielkiej Brytanii. Politycznie była to prosta obietnica. Gospodarczo okazała się znacznie trudniejsza.
Po Brexicie rzeczywiście zmniejszyła się imigracja z krajów Unii Europejskiej. Zniknęła swoboda przepływu osób, a obywatele UE zostali objęci nowym systemem wizowym. Tyle że wolne miejsca szybko zaczęli wypełniać migranci z państw spoza Europy: studenci, pracownicy sektora zdrowia i opieki społecznej, osoby zatrudniane w usługach oraz członkowie ich rodzin.
Według brytyjskiego urzędu statystycznego ONS migracja netto do Wielkiej Brytanii w 2025 r. spadła do około 171 tys. osób. To niemal o połowę mniej niż rok wcześniej, gdy po aktualizacji danych wyniosła 331 tys. ONS szacuje też, że historyczny szczyt przypadł na 12 miesięcy do marca 2023 r., kiedy migracja netto sięgnęła około 944 tys. osób.
Z Europy mniej, spoza Europy znacznie więcej
Największa zmiana po Brexicie dotyczy nie tylko skali migracji, ale także tego, skąd przyjeżdżają ludzie. Przed referendum i w pierwszych latach poprzedniej dekady znaczną część imigracji stanowili obywatele państw UE. Po wprowadzeniu nowego systemu ten strumień wyraźnie osłabł. Równocześnie wzrosła liczba osób przyjeżdżających z państw spoza Unii.
Migration Observatory przy Uniwersytecie Oksfordzkim, powołując się na dane ONS, wskazuje, że w 2025 r. imigracja spoza UE wyniosła około 627 tys. osób. Duża część tych przyjazdów była związana z pracą, studiami i łączeniem rodzin. W praktyce Wielka Brytania ograniczyła napływ pracowników z Polski, Rumunii, Hiszpanii czy Litwy, ale szerzej otworzyła się na migrantów z Indii, Nigerii, Pakistanu, Filipin i innych państw spoza Europy.
To właśnie tu widać główny paradoks Brexitu. Państwo odzyskało formalną kontrolę nad własnym systemem migracyjnym, ale ta kontrola nie przełożyła się automatycznie na niższą imigrację. Oznaczała przede wszystkim zmianę zasad selekcji i zmianę kierunku, z którego napływają ludzie.
Gospodarka nadal potrzebuje pracowników
Dlaczego tak się dzieje? Brytyjska gospodarka nadal potrzebuje rąk do pracy. Brexit nie zlikwidował niedoborów kadrowych w szpitalach, domach opieki, hotelach, gastronomii, logistyce czy na uczelniach. W wielu sektorach brak pracowników stał się jeszcze bardziej widoczny, gdy odpływ części obywateli UE zbiegł się ze starzeniem społeczeństwa, presją płacową i zmianami po pandemii.
Po Brexicie Wielka Brytania wprowadziła system punktowy, który miał dać rządowi większą kontrolę nad tym, kto może przyjechać do kraju. Szybko okazało się jednak, że nowe zasady nie działają w próżni. Brytyjskie szpitale, domy opieki, uczelnie i część usług nadal potrzebują pracowników oraz studentów z zagranicy. To dlatego jednym z najważniejszych źródeł migracji stały się państwa spoza Europy.
Raport brytyjskiej Migration Advisory Committee pokazuje, jak szybko zmieniła się skala zjawiska. W okresie 12 miesięcy do czerwca 2020 r. migracja netto wynosiła około 111 tys. osób, a trzy lata później, w okresie 12 miesięcy do czerwca 2023 r. wzrosła do 906 tys. W przypadku osób spoza UE wzrost był jeszcze większy: z około 115 tys. do 954 tys. MAC zwraca uwagę, że liczba wyjazdów w tej grupie pozostawała względnie stabilna. O rekordowym wzroście zdecydowała więc przede wszystkim liczba nowych przyjazdów.
Brexit nie zatrzymał migracji. Zmienił jej charakter
Wielka Brytania ma dziś większą formalną kontrolę nad tym, kto może przyjechać do kraju. Londyn sam ustala zasady wiz, pobytu, pracy i nauki. Jednocześnie brytyjski rynek pracy, uczelnie oraz system zdrowia i opieki społecznej nadal korzystają z pracowników i studentów z zagranicy.
Po Brexicie zmieniła się przede wszystkim struktura migracji. Spadło znaczenie napływu z krajów Unii Europejskiej, wzrosło znaczenie przyjazdów spoza Europy. Zmieniła się też debata publiczna: przed Brexitem często koncentrowała się na pracownikach z Europy Środkowo-Wschodniej, dziś częściej obejmuje studentów spoza Europy, rodziny migrantów, pracowników opieki, osoby ubiegające się o azyl i przeprawy przez kanał La Manche.
Liczby spadają, ale spór zostaje
Najnowsze dane ONS pokazują, że rekordowy wzrost migracji z lat 2022–2023 wyraźnie wyhamował. W 2025 r. migracja netto do Wielkiej Brytanii wyniosła około 171 tys. osób, znacznie mniej niż w szczytowym okresie, gdy sięgała 944 tys. Spadek był związany między innymi z mniejszą liczbą przyjazdów w celach pracy i nauki oraz z zaostrzeniem zasad wizowych.
Mimo tego bilans po Brexicie pozostaje inny, niż zapowiadali zwolennicy wyjścia z UE. Wielka Brytania ograniczyła napływ z krajów Unii Europejskiej, ale w kolejnych latach odnotowała rekordowy wzrost migracji spoza Europy. Po szczycie z 2023 r. nastąpiła korekta, jednak struktura przyjazdów nie wróciła do układu sprzed Brexitu.
Brytyjskie dane pokazują więc zmianę mechanizmu, a nie proste zatrzymanie napływu ludzi. System wizowy można zaostrzać, a kryteria przyjazdu zmieniać, ale ostateczne liczby zależą także od potrzeb rynku pracy, uczelni oraz systemu zdrowia i opieki społecznej.
Brexit miał zakończyć spór o imigrację. Po latach widać, że zmienił przede wszystkim jego punkt ciężkości. Wielka Brytania wyszła z Unii Europejskiej, ale nadal korzysta z pracy zagranicznych pracowników, studentów i opiekunów.
Źródło: ONS, Migration Observatory Oxford, Migration Advisory Committee
Człowiek jako wersja przejściowa. Niepokojąca wizja przyszłości Elona Muska
Neuralink, firma Elona Muska pracująca nad implantami łączącymi mózg z komputerem, prowadzi już badania z udziałem ludzi. Musk od lat przekonuje, że człowiek musi znaleźć sposób na bezpośrednie połączenie z technologią, jeśli nie chce zostać w tyle za sztuczną inteligencją. To brzmi jak science fiction, ale dzieje się naprawdę.
Przez lata Elon Musk kojarzył się przede wszystkim z samochodami Tesli, rakietami SpaceX, wizją wyprawy na Marsa i planem kolonizacji kosmosu. Dziś coraz wyraźniej widać, że kolejna część tej wizji dotyczy już nie odległych planet, lecz samego człowieka: jego ciała, umysłu i granicy między biologią a maszyną. W tej logice rozwój sztucznej inteligencji staje się wyścigiem, w którym człowiek nie może już polegać wyłącznie na biologii. Ma zyskać nowe narzędzie: bezpośrednie połączenie mózgu z komputerem..
Człowiek jako wersja przejściowa
Ben Tarnoff, współautor książki „Muskizm. Świat według Elona Muska”, mówi w rozmowie z Interią: wizja przyszłości Muska jest postludzka. Chodzi o świat, w którym granica między człowiekiem a technologią ma stopniowo zanikać, a biologiczne ograniczenia stają się problemem do technicznego rozwiązania.
Według Tarnoffa Musk nie tylko wierzy w coraz głębsze splecenie człowieka z technologią, ale chce ten proces przyspieszać przez cybernetyczne ulepszenia. Konsekwencje tej myśli są ogromne. Pytanie przestaje brzmieć: kiedy polecimy na Marsa. Brzmi: kim będziemy, zanim tam dotrzemy.
Czip w mózgu jako obietnica i ostrzeżenie
Neuralink przedstawia swoją technologię przede wszystkim jako projekt medyczny. Pierwsze badania z udziałem ludzi mają pomóc osobom z paraliżem sterować komputerem za pomocą sygnałów z mózgu. Dla kogoś, kto stracił możliwość poruszania się, taki implant może oznaczać odzyskanie części samodzielności.
Neurotechnologia może pomagać ludziom, którzy stracili kontrolę nad własnym ciałem. Jednocześnie otwiera pytania, na które nie ma jeszcze prostych odpowiedzi: kto będzie właścicielem danych z mózgu, gdzie przebiega granica ulepszania człowieka i czy technologia przedstawiana dziś jako dobrowolna kiedyś nie stanie się społecznym lub zawodowym przymusem.
Niepokój budzi nie tylko sam implant, ale także sposób myślenia, który za nim stoi. Jeśli człowiek ma rywalizować ze sztuczną inteligencją, ograniczenia ciała i umysłu zaczynają być traktowane jak problem do rozwiązania. W świecie Muska takie problemy rozwiązuje się przez technologię, skalę i eksperyment.
Obietnica wolności, która może oznaczać zależność
Projekty Muska często zaczynają się od obietnicy uwolnienia człowieka od kolejnego ograniczenia. Tesla miała zmniejszyć zależność od paliw kopalnych. SpaceX ma uniezależnić ludzkość od jednej planety. Starlink daje dostęp do internetu tam, gdzie nie dociera tradycyjna infrastruktura. Neuralink wpisuje się w ten sam sposób myślenia: technologia ma przesunąć granice tego, co może ludzkie ciało.
Każda z tych obietnic tworzy jednak nową zależność. Od prywatnej infrastruktury, zamkniętych systemów i firm, które nie pochodzą z demokratycznego wyboru, ale coraz częściej wpływają na komunikację, transport, wojsko i dostęp do internetu. W przypadku Neuralinku ta zależność może sięgnąć jeszcze głębiej: relacji człowieka z własnym mózgiem.
„Muskizm” nie sprowadza się więc do fascynacji ekscentrycznym miliarderem. To opis świata, w którym jeden prywatny przedsiębiorca jednocześnie rozwija samochody elektryczne, rakiety, satelity, modele sztucznej inteligencji, platformę społecznościową i implanty mózgowe. Każdy z tych projektów można analizować osobno. Razem pokazują ambicję budowania infrastruktury, od której coraz bardziej zależy codzienne życie.
Największy eksperyment nie dzieje się w kosmosie
Najbardziej widowiskowe pozostają starty rakiet, ale najważniejsza zmiana może dokonywać się w infrastrukturze codziennego życia: telefonach, samochodach, sieciach społecznościowych, systemach płatności, satelitach i laboratoriach neurotechnologicznych.
Musk nie jest jedynym człowiekiem pchającym świat w stronę coraz głębszego połączenia ludzi z technologią. Jest jednak jego najbardziej spektakularnym symbolem. Potrafi zamienić projekt inżynieryjny w mit, a mit w kapitał, wpływy i polityczną siłę. Dlatego jego wizja przyszłości ma znaczenie nawet dla tych, którzy nigdy nie kupią Tesli, nie polecą w kosmos i nie będą chcieli implantu w mózgu. Stawką jest pytanie, czy w pogoni za przetrwaniem i wydajnością nie zaczniemy traktować człowieka jak niedoskonałego prototypu, który trzeba stale ulepszać.
Źródło: Neuralink, ClinicalTrials.gov, The Guardian, Financial Times.
Prawo jazdy po 65. roku życia. UE zmienia przepisy
Unia Europejska zmienia zasady wydawania praw jazdy i przy okazji wywołała falę niepokoju wśród starszych kierowców. Nowe przepisy nie są jednak tym, czym straszono. Chodzi o sprawność za kierownicą, nie o metrykę.
Co zmienia Unia Europejska
Reforma ma przede wszystkim ujednolicić zasady wydawania i odnawiania praw jazdy w państwach UE, wprowadzić cyfrowy dokument oraz mocniej powiązać możliwość prowadzenia pojazdu z bezpieczeństwem na drodze. Dla większości kierowców samochodów osobowych i motocykli prawo jazdy ma być co do zasady ważne przez 15 lat. Państwa członkowskie będą mogły skrócić ten okres do 10 lat, jeśli dokument będzie jednocześnie pełnił funkcję dokumentu tożsamości.
Co oznacza 65. rok życia
Najwięcej emocji budzi zapis dotyczący osób po 65. roku życia. Kraje UE będą mogły skrócić ważność prawa jazdy starszym kierowcom, aby częściej sprawdzać ich zdolność do prowadzenia pojazdów albo kierować ich na kursy odświeżające. To jednak możliwość pozostawiona państwom członkowskim, a nie jeden automatyczny mechanizm obowiązujący w całej Unii.
Co zrobi Polska
W praktyce oznacza to, że Polska będzie musiała dopiero przełożyć nowe przepisy na krajowe prawo. Na tym etapie najuczciwiej powiedzieć: nie ma jeszcze gotowego polskiego modelu, który przesądzałby, czy kierowców po 65. roku życia czekają częstsze badania, formularze samooceny zdrowia, kursy odświeżające czy inne rozwiązanie. Wiadomo natomiast, że unijne przepisy dają państwom przestrzeń do częstszej kontroli sprawności starszych kierowców.
Dla polskich kierowców ważny jest jeszcze jeden szczegół. W Polsce od lat obowiązuje zasada, że standardowe prawo jazdy jest dokumentem terminowym, zwykle ważnym maksymalnie 15 lat. Po upływie ważności dokument trzeba wymienić, ale same uprawnienia nie wygasają automatycznie. Dodatkowe badania są wymagane przede wszystkim wtedy, gdy dokument został wcześniej wydany na krótszy czas z powodów zdrowotnych.
Sprawność zamiast metryki
W nowych przepisach chodzi o coś więcej niż samą datę ważności dokumentu. Państwo musi mieć sposób reagowania wtedy, gdy stan zdrowia kierowcy realnie wpływa na bezpieczeństwo jazdy. U części osób z wiekiem pogarsza się wzrok, słuch, koncentracja albo refleks. Znaczenie mogą mieć także choroby przewlekłe i leki, które spowalniają reakcję za kierownicą. To nie powód, by traktować wszystkich seniorów jak zagrożenie na drodze. To raczej argument za rozwiązaniami, które oceniają konkretną osobę, a nie sam wiek.
Jednocześnie łatwo przekroczyć granicę między troską o bezpieczeństwo a stygmatyzowaniem seniorów. Wielu z nich prowadzi ostrożnie, unika jazdy nocą, zna swoje ograniczenia i ma wieloletnie doświadczenie na drodze. Dla osób mieszkających poza dużymi miastami samochód bywa warunkiem samodzielności: dojazdu do lekarza, sklepu, rodziny czy urzędu. Ograniczenie prawa jazdy bez jasnych, medycznych podstaw może oznaczać nie tylko problem z dokumentem, ale realne odcięcie od normalnego życia.
Szerszy plan bezpieczeństwa
Nowe przepisy wpisują się w szerszą unijną politykę bezpieczeństwa drogowego. UE od lat rozwija strategię Vision Zero, czyli długofalowe dążenie do eliminacji śmierci w ruchu drogowym przez lepsze szkolenia, bezpieczniejszą infrastrukturę i rozsądniejsze zasady dopuszczania kierowców do ruchu. Reforma obejmuje więc nie tylko seniorów, ale także młodych kierowców, cyfrowe prawa jazdy i wzajemne uznawanie zakazów prowadzenia pojazdów między państwami UE.
Źródło: Komisja Europejska, Parlament Europejski, Ministerstwo Infrastruktury.