Urodzinowy kabaret u Trumpa. Kto wyskoczy z tortu?
Dziś 250. urodziny USA i 80. urodziny Trumpa. Choć można się pomylić, bo na co dzień to Trump wygląda, jakby miał 250 lat, a Ameryka 80.
Obie te imprezy odbywają się razem, bo po co dwa razy płacić za catering. I tym samym sprytny biznesmen, za państwową kasę, zrobi sobie przy okazji prywatną imprezę. Choć Trump pewnie w swej rozsadzanej pychą wyobraźni na serio uważa, że Ameryka to on i odwrotnie.
Tak samo myślała Coco Chanel, gdy mówiła: „moda to ja”. Przy czym Coco miała ku temu powody, a Trump niekoniecznie.
Cały ten cyrk urodzinowy w Waszyngtonie to niezły kabaret, na który, wraz z zapasem snusów, udał się Karol z Belwederu. Zaproszenie rezydenta to bardzo dobry pomysł. Przy okazji urodzin nie wystąpią żadne gwiazdy filmu czy sceny, tylko gwiazdy mordobicia, więc Karol będzie się świetnie czuł jak u siebie na ustawce w lesie. Ku chwale Ameryki i Trumpa organizowana jest bowiem gala mięśniaków z UFC, którzy spoceni mają naparzać się w oktagonie.
Clinton gościł słynnych jazzmenów, Obama gwiazdy Hollywood, a Trump walących się po ryju mutantów. Ciężko mu nawet zaprosić gwiazdy koszykówki, choć to przecież narodowy sport Ameryki, bo jak ostatnio poszedł w Nowym Jorku na mecz Knicksów, to go publiczność wygwizdała. Na galach UFC nikt nie gwizdże, bo po ciągłych bijatykach to mało kto ma tam zęby.
Szkoda, że na urodzinach nie ma rodeo, bo Jarek by przyjechał, gdyż bardzo lubi podskoki młodych chłopców w siodle.
Tymczasem przed wylotem Karola doszło do kilku złośliwości. Przydacz z kancelarii rezydenta, chcąc podkreślić, że to oni są zaproszeni, a nie ludzie od Tuska, powiedział, że może Sikorskiemu przywieźć jakiś prezent z USA, na co Sikorski przytomnie odpalił, że najlepszym prezentem dla Polski byłoby przywiezienie zbiega Ziobry w kajdankach.
Tak czy inaczej, Karol, zanim wyskoczy z tortu, ćwiczył w Warszawie, jak się śpiewa „sto lat” po angielsku, a strój Marylin Monroe już ma i pasuje mu jak ulał.
Krzysztof Skiba
Ciągle krytykujesz innych? To może mówić więcej o tobie niż o nich
Niektórzy poprawiają wszystkich dookoła tak odruchowo, jakby porządkowali świat. Czasem chodzi o charakter, stres albo zmęczenie. Ale bywa też, że za ciągłą krytyką stoi coś głębszego: dawny brak uznania, poczucie zagrożenia albo potrzeba odzyskania kontroli.
Psycholożka Delphine Py, cytowana przez francuski serwis Psychologies, zwraca uwagę, że osoby stale oceniające innych mogą w ten sposób próbować zaspokoić niezauważoną potrzebę emocjonalną. Krytyka daje chwilowe poczucie przewagi, pewności i kontroli. Problem w tym, że zwykle psuje relacje szybciej, niż przynosi ulgę.
Krytyka bywa tarczą
Nie każda krytyczność jest problemem. Umiejętność zauważania błędów przydaje się w pracy, wychowaniu dzieci, zarządzaniu domem i podejmowaniu decyzji. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy krytyka staje się domyślnym sposobem kontaktu z ludźmi: partner zawsze robi coś „nie tak”, dzieci „znowu przesadzają”, znajomi „niczego nie rozumieją”, a współpracownicy „nigdy się nie starają”.
W takim schemacie krytyka rzadko dotyczy wyłącznie faktów. Częściej uderza w osobę: jej charakter, intencje, inteligencję albo wartość. To ważna różnica. Można powiedzieć: „To zadanie wymaga poprawy”. Można też powiedzieć: „Ty zawsze wszystko psujesz”. Pierwsze zdanie dotyczy sytuacji. Drugie zostawia ślad.
W relacjach szczególnie niszcząca jest krytyka, która przestaje być informacją zwrotną, a zaczyna brzmieć jak oskarżenie. Gottman Institute opisuje ją jako jeden z czterech wzorców komunikacji, które mogą poważnie osłabiać związek. Najbardziej rani nie sama uwaga, lecz ukryty w niej komunikat: „ja mam rację, z tobą jest coś nie tak”.
Nie zawsze trauma. Czasem stary sposób na napięcie
Hasło „trauma z dzieciństwa” brzmi mocno, ale w tym temacie łatwo o zbyt prostą diagnozę. Ciągłe krytykowanie innych nie jest samo w sobie dowodem traumy. Może wynikać z przemęczenia, perfekcjonizmu, lęku, niskiego poczucia własnej wartości, stylu wychowania, doświadczeń w pracy albo nawyku wyniesionego z domu.
Kto dorastał w domu pełnym ocen, zawstydzania albo emocjonalnej nieprzewidywalności, mógł nauczyć się, że trzeba uważnie patrzeć, co zaraz pójdzie nie tak. Taki odruch pomagał uniknąć kary, rozczarowania albo odrzucenia. W dorosłości potrafi trwać, choć dawne zagrożenie już minęło. Wtedy krytyka staje się sposobem na odzyskanie kontroli nad napięciem, które wcale nie zaczęło się od tej jednej rozmowy, brudnego kubka czy spóźnionej odpowiedzi
Badania i opracowania dotyczące negatywnych doświadczeń z dzieciństwa wskazują, że przemoc, zaniedbanie, życie w domu pełnym napięcia czy brak poczucia bezpieczeństwa mogą wpływać na późniejszą reakcję na stres i zdrowie psychiczne. Nie oznacza to prostego równania: „krytykujesz, więc masz traumę”. Oznacza raczej, że niektóre nawyki komunikacyjne mają dłuższą historię, niż na pierwszy rzut oka widać.
Czego naprawdę szuka osoba, która ciągle ocenia
Za krytyką często chowa się potrzeba, której nie potrafimy nazwać. Może to być potrzeba uznania: „zobaczcie, ja wiem lepiej”. Może to być potrzeba bezpieczeństwa: „jeśli wszystko będzie pod kontrolą, nic złego się nie stanie”. Może to być też lęk przed własną niedoskonałością, przerzucony na innych.
W relacjach działa to jak błędne koło. Osoba krytykująca czuje napięcie, więc próbuje je rozładować uwagą, poprawką albo złośliwym komentarzem. Druga strona czuje się atakowana, więc broni się, milknie albo odpowiada tym samym. Wtedy pierwsza osoba widzi w tej reakcji potwierdzenie: „miałem rację, z nimi nie da się normalnie rozmawiać”.
Najtrudniejsze jest to, że krytyka często udaje troskę. „Mówię ci to dla twojego dobra”, „ktoś musi być szczery”, „ja tylko nazywam rzeczy po imieniu” – takie zdania mogą być prawdziwe, ale mogą też maskować brak delikatności. Szczerość bez empatii łatwo zmienia się w dominację.
Jak przerwać odruch poprawiania świata
Pierwszy krok jest prosty, choć niewygodny: złapać moment przed komentarzem. Zapytać siebie, czy ta uwaga naprawdę ma komuś pomóc, czy tylko ma rozładować moje napięcie. Jeśli po wypowiedzeniu krytyki czuję krótką ulgę, ale druga osoba zamyka się albo wybucha, to znak, że nie chodziło wyłącznie o „prawdę”.
Pomaga też zamiana osądu na informację o sobie. Zamiast „zawsze robisz bałagan”, można powiedzieć: „męczy mnie, kiedy po pracy wchodzę do nieposprzątanego mieszkania”. Zamiast „nigdy mnie nie słuchasz”: „potrzebuję dokończyć zdanie, zanim odpowiesz”. Taka zmiana nie rozwiązuje wszystkiego, ale obniża temperaturę rozmowy.
Warto sprawdzić, wobec kogo krytyka pojawia się najczęściej. Czy wobec partnera, dzieci, rodziców, pracowników, osób słabszych, a może wobec ludzi, którzy przypominają nam coś w nas samych? To pytanie bywa niewygodne, ale potrafi odsłonić prawdziwy temat. Czasem nie chodzi o cudze lenistwo, chaos albo brak ambicji. Czasem chodzi o własny lęk, wstyd albo poczucie, że trzeba zasłużyć na akceptację.
Jeśli krytykowanie niszczy związek, relacje z dziećmi, pracę albo codzienne funkcjonowanie, warto rozważyć rozmowę z psychologiem lub psychoterapeutą. Nie każdy, kto często ocenia innych, robi to z powodu traumy. Jeśli jednak ten schemat wraca w kolejnych relacjach i rani obie strony, warto potraktować go jako sygnał, że chodzi nie tylko o cudze błędy, ale także o własne napięcie, lęk albo potrzebę kontroli. Takie mechanizmy rzadko znikają od samego postanowienia poprawy, zwykle najpierw trzeba zrozumieć, skąd się wzięły i dlaczego wciąż się uruchamiają.
Ciągłe ocenianie innych może na chwilę dawać poczucie kontroli. Porządkuje świat, ale jednocześnie oddala ludzi od siebie. Bliskość zwykle zaczyna się dopiero wtedy, gdy nie trzeba stale rozstrzygać, kto ma rację i kto powinien się zmienić. Czasem najważniejsze pytanie nie brzmi więc: „co z nimi jest nie tak?”. Brzmi raczej: „co we mnie tak mocno domaga się, żeby ich poprawiać?”.
Źródło robocze: Gottman Institute, CDC
Polska ma zapłacić Pfizerowi ponad 5,6 mld zł i odebrać 64 mln dawek szczepionek
Polska otrzymała wykonawczą kopię wyroku belgijskiego sądu wraz z nakazem zapłaty w sprawie szczepionek przeciw COVID-19. Postępowanie dotyczy umowy zawartej przez Komisję Europejską z Pfizerem i BioNTech w imieniu państw członkowskich Unii Europejskiej.
Zgodnie z wyrokiem Francuskojęzycznego Sądu Pierwszej Instancji w Brukseli, Wydział Cywilny, IV Izba, Polska ma zapłacić 5 mld 644 mln zł i odebrać około 64 mln dawek szczepionek. Ministerstwo Zdrowia informuje, że od doręczenia dokumentów biegnie 60-dniowy termin na wniesienie apelacji.
Spór o umowę z 2021 roku
Sprawa dotyczy kontraktu zawartego w 2021 roku przez Komisję Europejską z Pfizerem i BioNTech w imieniu państw członkowskich UE. Mechanizm wspólnych zakupów miał zapewnić wszystkim krajom dostęp do szczepionek w czasie pandemii. Polska była jednym z państw objętych tym porozumieniem.
W 2022 roku Polska odmówiła odbioru części zakontraktowanych szczepionek. Rząd powoływał się na zmianę sytuacji pandemicznej oraz skutki wojny w Ukrainie. Pfizer skierował sprawę do sądu w Belgii, właściwego ze względu na miejsce zawarcia umowy.
Wyrok w pierwszej instancji zapadł 1 kwietnia 2026 roku. Sąd odrzucił argumenty strony polskiej, uznając, że spadek liczby zakażeń i wojna w Ukrainie nie uzasadniały zniesienia ani zmiany zobowiązań wynikających z kontraktu. Sąd nie podzielił też argumentacji dotyczącej możliwego nadużycia pozycji dominującej przez Pfizera. Orzeczenie nie jest prawomocne.
Kwota główna i dodatkowe koszty
Zasądzona należność na rzecz Pfizer Export wynosi 5 mld 644 mln zł. Oprócz tej kwoty pojawiły się dodatkowe koszty związane z postępowaniem i egzekucją, szacowane na około 170 mln zł.
Polska ma również obowiązek odbioru około 64 mln dawek szczepionek przeciw COVID-19. Ministerstwo Zdrowia zapowiada analizę wyroku i przygotowanie apelacji. Resort wskazuje, że w postępowaniu odwoławczym będzie przedstawiał argumenty prawne oraz faktyczne.
Co dalej w postępowaniu
Po doręczeniu wykonawczej kopii wyroku Polska ma 60 dni na złożenie apelacji. Sprawa będzie rozpatrywana przez sąd drugiej instancji w Belgii.
Jeżeli orzeczenie zostanie utrzymane, Polska będzie zobowiązana do jego wykonania. Jeżeli sąd drugiej instancji zmieni rozstrzygnięcie, zakres zobowiązań może ulec zmianie.
Ministerstwo Zdrowia poinformowało, że pozostaje w kontakcie z Ministerstwem Finansów w celu zapewnienia koordynacji na wypadek konieczności realizacji wyroku. Resort nie podał szczegółowego harmonogramu dalszych działań.
Polska nie była jedynym pozwanym
Sprawa przed sądem w Brukseli dotyczyła nie tylko Polski. W tym samym postępowaniu wyrok objął również Rumunię. Łączna wartość szczepionek, których odbiór nakazano Polsce i Rumunii, wyniosła 1,9 mld euro.
Spory o realizację kontraktów szczepionkowych po zakończeniu pandemii dotyczyły także innych państw UE. Po spadku zapotrzebowania na szczepionki część krajów kwestionowała liczbę dawek, terminy dostaw lub warunki finansowe wcześniejszych zobowiązań.
Twórcy Claude’a biją na alarm: AI może wymknąć się spod kontroli
Jeszcze niedawno takie ostrzeżenia brzmiały jak scenariusz filmu science fiction. Dziś wypowiada je jedna z najważniejszych firm w branży sztucznej inteligencji. Anthropic, twórca Claude’a, nie żąda natychmiastowego zatrzymania AI, ale postuluje przygotowanie awaryjnego mechanizmu: możliwości skoordynowanego i weryfikowalnego spowolnienia lub czasowej pauzy w rozwoju najbardziej zaawansowanych systemów.
Nie chodzi o zwykłe chatboty, które pomagają pisać maile, streszczać dokumenty czy poprawiać kod. Stawką są tzw. modele frontier AI, czyli najpotężniejsze systemy rozwijane przez największe laboratoria technologiczne. To one mogą w najbliższych latach wpływać na automatyzację pracy, cyberbezpieczeństwo, naukę, gospodarkę i polityczną siłę państw.
Anthropic mówi więc nie tyle: „zatrzymajmy AI”, ile: „zbudujmy hamulec, zanim może być potrzebny”. Taki hamulec miałby działać tylko wtedy, gdyby został uzgodniony przez najważniejszych graczy i dało się sprawdzić, że inni rzeczywiście zwalniają. Bez tego pauza jednej firmy mogłaby jedynie oddać przewagę mniej ostrożnym konkurentom.
AI, która przyspiesza rozwój AI
W centrum ostrzeżenia jest zjawisko określane jako recursive self-improvement, czyli rekurencyjne samodoskonalenie. W największym uproszczeniu chodzi o moment, w którym sztuczna inteligencja zaczyna w istotny sposób pomagać w tworzeniu kolejnych, jeszcze potężniejszych wersji samej siebie. Najpierw wspiera programistów i badaczy. Potem może przejmować coraz większe fragmenty pracy nad nowymi systemami.
To brzmi abstrakcyjnie, ale według Anthropic proces częściowo już się zaczął. Firma przyznaje, że w jej własnej pracy coraz większy udział mają systemy AI. Claude pomaga pisać kod, automatyzuje zadania i przyspiesza pracę zespołów technicznych. Anthropic podaje, że jego inżynierowie dostarczają dziś średnio osiem razy więcej kodu na kwartał niż w latach 2021–2025.
Na razie człowiek nadal wyznacza cel, sprawdza efekty i podejmuje decyzje. To człowiek odpowiada za kierunek badań, ocenę ryzyka i dopuszczenie modelu do użycia. Pytanie brzmi jednak, jak długo ten układ pozostanie stabilny, jeśli kolejne systemy będą coraz lepiej wykonywać nie tylko pojedyncze zadania, ale całe długie procesy badawcze.
Anthropic zwraca uwagę na inny niepokojący trend: modele AI radzą sobie z coraz dłuższymi i bardziej złożonymi zadaniami wykonywanymi bez stałej kontroli człowieka. Nie chodzi już tylko o napisanie krótkiego fragmentu kodu czy odpowiedź na pojedyncze pytanie. Chodzi o zadania, które wymagają planowania, wykonywania kolejnych kroków, sprawdzania efektów i poprawiania błędów. Według autorów z Anthropic Institute długość takich zadań, które model potrafi wykonać samodzielnie, podwaja się mniej więcej co cztery miesiące. Jeśli ten trend się utrzyma, AI może coraz częściej przejmować prace, które dziś zajmują specjalistom wiele godzin, dni, a w dalszej perspektywie nawet tygodnie.
Największe ryzyko nie polega na tym, że AI nagle „ożyje” i sama przejmie laboratorium. Chodzi o bardziej przyziemny, ale potencjalnie groźny mechanizm. Jeśli modele będą coraz lepiej wspierać programistów i badaczy w projektowaniu kolejnych systemów, prace nad AI mogą zacząć przyspieszać same siebie. Lepszy model pomaga szybciej stworzyć jeszcze lepszy model, a ten jeszcze mocniej skraca następny etap badań. W takim scenariuszu człowiek nadal uczestniczy w procesie, ale coraz trudniej utrzymać nad nim tempo, kontrolę i pełne zrozumienie skutków.
Ostrzeżenie od firmy, która sama jest częścią wyścigu
Autorzy z Anthropic Institute zastrzegają, że taki scenariusz nie jest przesądzony. Nie twierdzą też, że dzisiejsze modele AI wymknęły się spod kontroli. Ich tekst jest raczej ostrzeżeniem przed kierunkiem, w którym może pójść rozwój najbardziej zaawansowanych systemów: jeśli AI będzie coraz skuteczniej pomagać w badaniach nad AI, tempo zmian może zacząć rosnąć szybciej, niż firmy i instytucje będą w stanie je oceniać.
To ostrzeżenie ma szczególny ciężar, bo nie pochodzi z zewnątrz branży. Anthropic, firma stojąca za Claude’em, jest dziś jednym z najważniejszych graczy w wyścigu sztucznej inteligencji. Według Reutersa spółka zebrała 65 mld dolarów w rundzie Series H, osiągając wycenę post-money na poziomie 965 mld dolarów. Reuters informował też, że Anthropic poufnie złożył dokumenty przed planowaną ofertą publiczną w USA.
Dlatego apel o awaryjny mechanizm można czytać na dwa sposoby. Zwolennicy ostrożności uznają go za ważny sygnał z samego środka branży: skoro nawet ludzie związani z czołowym laboratorium AI mówią o potrzebie przygotowania pauzy, ryzyka nie da się zbyć jako fantazji przeciwników technologii. W tej interpretacji chodzi o stworzenie zabezpieczeń, zanim modele staną się zbyt szybkie, zbyt autonomiczne i zbyt trudne do nadzorowania.
Krytycy mogą jednak zapytać, kto najbardziej skorzysta na nowych regułach. Jeżeli mechanizm spowolnienia będzie wymagał kosztownych audytów, rozbudowanych procedur i stałego kontaktu z regulatorami, łatwiej poradzą sobie z nim najwięksi. Mniejsze firmy, projekty open source i niezależni badacze mogą zostać wypchnięci z gry nie przez samą technologię, lecz przez koszt spełnienia wymogów bezpieczeństwa.
To właśnie dlatego debata o „hamulcu” dla AI jest tak trudna. Nie sprowadza się do prostego wyboru między bezpieczeństwem a innowacją. Chodzi o to, czy można stworzyć zasady, które realnie ograniczą najbardziej ryzykowne zastosowania, ale nie zamienią regulacji w tarczę chroniącą największych graczy przed konkurencją.
Hamulca nie da się nacisnąć w pojedynkę
Największy problem z awaryjną pauzą polega na tym, że musiałaby objąć więcej niż jedną firmę. Jeśli jedno laboratorium zwolni, a inni będą pracować dalej, globalne ryzyko się nie zmniejszy, zmieni się tylko układ sił w wyścigu AI.
Dlatego autorzy z Anthropic Institute piszą o mechanizmie skoordynowanym i możliwym do sprawdzenia. Sama deklaracja dobrej woli nie wystarczy. Potrzebne byłyby zasady, które pozwolą ocenić, kto naprawdę ogranicza prace nad najbardziej zaawansowanymi modelami, a kto tylko mówi o bezpieczeństwie.
To właśnie tu propozycja staje się najtrudniejsza. Najbardziej zaawansowane prace nad AI mogą toczyć się w firmach, państwach i instytucjach związanych z bezpieczeństwem. Bez wspólnych reguł hamulec jednej strony będzie raczej gestem niż realnym zabezpieczeniem.
Źródło: Anthropic, Reuters
JOMO: nareszcie modne jest nicnierobienie
Nie pójść na imprezę. Nie kupić biletu na koncert. Nie nadrabiać wystawy, serialu, restauracji i weekendowego wyjazdu tylko dlatego, że „wszyscy już byli”. JOMO, czyli radość z tego, że coś nas omija, wraca jako cichy bunt przeciwko życiu, w którym nawet odpoczynek zaczął przypominać obowiązek.
To nie jest zupełnie nowy trend, choć media społecznościowe lubią przedstawiać go właśnie w ten sposób. „Joy of missing out” funkcjonuje od lat jako odpowiedź na FOMO, czyli lęk przed tym, że przegapimy coś ważnego. Nowe jest raczej to, że dziś JOMO trafia na bardzo podatny grunt: zmęczenie ekranami, presję ciągłej obecności, wysokie koszty życia i coraz większą potrzebę ochrony własnego czasu.
Nie muszę być wszędzie
FOMO było językiem epoki, w której kalendarz miał pękać w szwach. Trzeba było być na premierze, zobaczyć nowe miejsce, mieć zdjęcie z wydarzenia, nadążyć za serialem, trendem, restauracją, rozmową i memem. Kto nie uczestniczył, ten ryzykował nie tylko towarzyską lukę, ale też poczucie, że jego życie jest mniej ciekawe niż życie innych.
JOMO odwraca tę logikę. Nie chodzi o samotność z konieczności ani o demonstracyjne odcięcie się od ludzi. Chodzi raczej o zgodę na to, że nie każde zaproszenie wymaga odpowiedzi „tak”, nie każdy weekend musi być wykorzystany do granic możliwości, a nie każde doświadczenie trzeba zaliczyć, sfotografować i pokazać światu.
W praktyce JOMO może oznaczać wieczór w domu zamiast kolejnego wyjścia, spacer bez relacji na Instagramie, czytanie książki bez poczucia winy albo zwyczajne nicnierobienie. Dla części młodych ludzi to sposób na odzyskanie spokoju. Dla trzydziesto- i czterdziestolatków może brzmieć jeszcze znajomiej: po latach pracy, obowiązków rodzinnych i życia w trybie „trzeba ogarniać” odpuszczanie staje się nie kaprysem, lecz formą higieny psychicznej.
Stare hasło, nowe okoliczności
Warto zachować ostrożność wobec tezy, że JOMO jest „nowym odkryciem” pokolenia Z. Sam termin „joy of missing out” pojawiał się już ponad dekadę temu jako przeciwwaga dla cyfrowego przeciążenia. Dziś wraca, bo zmieniły się okoliczności. Smartfon nie jest już dodatkiem do życia społecznego, lecz jego głównym pilotem. To on przypomina, gdzie byli znajomi, co jedli, co kupili, co zobaczyli i jak pełne, przynajmniej na zdjęciach wydaje się ich życie.
Badania Pew Research Center pokazują, że coraz więcej nastolatków w USA uważa, iż spędza zbyt dużo czasu w mediach społecznościowych. W raporcie z 2025 roku taką odpowiedź wskazało 45 proc. badanych nastolatków, więcej niż trzy lata wcześniej. Wielu młodych dostrzega też wpływ social mediów na sen, produktywność, samoocenę i zdrowie psychiczne. To nie dowodzi, że wszyscy masowo wybierają JOMO, ale dobrze tłumaczy, dlaczego hasło „nie muszę być wszędzie” zaczęło brzmieć jak ulga.
Nie bez znaczenia są pieniądze. Globalne badanie Deloitte z 2026 roku pokazuje, że presja finansowa mocno wpływa na decyzje pokolenia Z i millenialsów. Ponad połowa badanych z obu grup deklarowała odkładanie ważnych życiowych decyzji z powodów finansowych. W takim świecie rezygnacja z kolejnego wyjścia, podróży czy wydarzenia nie zawsze wynika tylko z troski o dobrostan. Czasem jest także reakcją na koszty życia, niepewność i zmęczenie ciągłym porównywaniem się z innymi.
Radość czy racjonalizacja?
Najciekawsze w JOMO jest właśnie napięcie między wolnością a koniecznością. Z jednej strony można widzieć w nim zdrową zmianę: młodzi ludzie uczą się stawiać granice, częściej mówią o zdrowiu psychicznym i mniej chętnie godzą się na presję bycia stale dostępnym. Z drugiej strony łatwo przeoczyć, że „radość z odpuszczania” bywa także elegancką nazwą dla ograniczeń, na które wpływają ceny, praca, brak energii i poczucie przeciążenia.
Dlatego JOMO nie powinno być opisywane wyłącznie jako modny trend z TikToka. To raczej symptom szerszej zmiany w myśleniu o czasie wolnym. Jeszcze niedawno atrakcyjne życie kojarzyło się z ruchem, intensywnością i obecnością. Dziś coraz częściej atrakcyjna staje się możliwość nieuczestniczenia: bez tłumaczenia się, bez poczucia winy, bez obowiązku nadrabiania.
Ten zwrot widać także w podejściu do imprezowania i alkoholu. W USA Gallup odnotował w 2025 roku rekordowo niski odsetek dorosłych deklarujących picie alkoholu oraz wzrost przekonania, że nawet umiarkowane picie może szkodzić zdrowiu. Nie jest to prosty dowód na JOMO, ale wpisuje się w szerszy obraz: część młodszych dorosłych inaczej definiuje rozrywkę, częściej wybiera spotkania kameralne, aktywności bez alkoholu albo wieczory, które nie kończą się poczuciem fizycznego i psychicznego przeciążenia.
Odpuszczanie przestało być porażką
JOMO ma też swój popkulturowy odpowiednik. Gdy Cillian Murphy, pytany o brak udziału w „Odysei” Christophera Nolana, zażartował w rozmowie z „Variety” o ROMO „relief of missing out”, czyli uldze z tego, że coś go ominęło, trafił w ton, który wiele osób dobrze rozumie. Nie każde wielkie wydarzenie musi być naszym wydarzeniem. Nie każda okazja jest stratą, jeśli z niej nie skorzystamy.
Właśnie dlatego JOMO może przemawiać także do osób dużo starszych niż pokolenie Z. Trzydziestolatkowie i czterdziestolatkowie znają presję bycia aktywnym z innej strony: kariery, rodzicielstwa, zobowiązań, kredytów, opieki nad bliskimi, życia w ciągłym niedoczasie. Dla nich radość z odpuszczania nie musi oznaczać modnego hasła. Może być prostym zdaniem: dzisiaj naprawdę nie muszę.
Nie oznacza to, że każda rezygnacja jest zdrowa. Granica między spokojnym wyborem a wycofaniem bywa cienka. Jeśli „nie idę” oznacza odpoczynek, zgodę na własne potrzeby i lepszy kontakt z samym sobą, JOMO może być czymś dobrym. Jeśli jednak staje się przykrywką dla samotności, lęku albo utraty więzi, warto zapytać nie tylko, z czego rezygnujemy, ale dlaczego.
W świecie, który przez lata uczył nas, że wszystko trzeba przeżyć, udokumentować i porównać, zwykłe „nie tym razem” zaczyna brzmieć jak mały akt wolności.
Elektronika bez baterii: co naprawdę odkryli naukowcy
Elektronika bez baterii brzmi jak obietnica z przyszłości: czujniki, zegarki i małe chipy, których nie trzeba ładować ani podłączać do gniazdka. Nowe badanie międzynarodowego zespołu fizyków pokazuje, że taka wizja nie jest czystą fantazją, choć droga do niej pozostaje długa. Naukowcy lepiej zrozumieli, jak kontrolować zjawisko kwantowe, które może kiedyś pozwolić małym urządzeniom czerpać energię z otoczenia.
Chodzi o nieliniowy efekt Halla, znany jako NLHE. W największym uproszczeniu jest to zjawisko, w którym materiał może przekształcać sygnały przemienne w prąd stały, czyli taki, jakiego potrzebuje elektronika. To ważne, bo w naszym otoczeniu nieustannie obecne są słabe sygnały elektryczne i elektromagnetyczne: od transmisji bezprzewodowych po inne źródła energii rozproszonej. Gdyby dało się je skutecznie przechwytywać i zamieniać na użyteczną energię, część małych urządzeń mogłaby działać bez klasycznej baterii.
Nie oznacza to jednak, że jutro przestaniemy ładować telefony. Badanie nie opisuje gotowego smartfona, laptopa ani zegarka zasilanego wyłącznie energią z powietrza. To praca podstawowa, czyli taka, która wyjaśnia mechanizm fizyczny i pokazuje, jak można go kontrolować. Jej znaczenie polega na tym, że naukowcy robią krok od abstrakcyjnego efektu kwantowego w stronę możliwych zastosowań technologicznych.
Kwantowy skrót do prądu stałego
Zespół kierowany przez prof. Dongchena Qi z Queensland University of Technology oraz prof. Xiao Renshawa Wanga z Nanyang Technological University w Singapurze badał tellurek bizmutu, materiał o nietypowych właściwościach elektronowych. Naukowców interesowało, co dzieje się w jego wnętrzu, gdy pojawia się nieliniowy efekt Halla. Szczególnie ważne okazały się dwie rzeczy: mikroskopijne niedoskonałości materiału oraz drgania atomów w sieci krystalicznej.
To brzmi technicznie, ale sens odkrycia jest dość prosty. W idealnym świecie materiał zachowywałby się przewidywalnie, jak perfekcyjnie ułożona konstrukcja. W rzeczywistości każdy materiał ma drobne defekty, a jego atomy drgają. Zamiast traktować te cechy wyłącznie jako problem, badacze pokazali, że mogą one pomagać w sterowaniu efektem kwantowym.
Według QUT nieliniowy efekt Halla w badanym materiale pozostawał stabilny do temperatury pokojowej, co jest istotne z punktu widzenia praktycznych zastosowań. Zespół zauważył też, że temperatura wpływała zarówno na siłę, jak i kierunek wytwarzanego napięcia. Przy niższych temperaturach większą rolę odgrywały niedoskonałości materiału. Przy wyższych dominować zaczynały drgania sieci krystalicznej, a sygnał elektryczny mógł odwracać kierunek.
To właśnie ta kontrola jest najciekawsza. Jeśli badacze rozumieją, co decyduje o zachowaniu materiału, mogą w przyszłości projektować struktury lepiej dopasowane do konkretnych urządzeń. Innymi słowy: nie chodzi już tylko o obserwację dziwnego efektu, ale o próbę wykorzystania go jako narzędzia.
Bez baterii nie znaczy bez energii
Hasło „urządzenia bez baterii” łatwo rozpala wyobraźnię, ale wymaga dopowiedzenia. Takie urządzenia nie działałyby magicznie i nie tworzyłyby energii z niczego. Musiałyby ją pobierać z otoczenia, a następnie zamieniać na formę użyteczną dla elektroniki. To podejście znane jest jako pozyskiwanie energii z otoczenia.
Najbardziej realne zastosowania nie dotyczą dziś energochłonnych urządzeń, lecz małych sensorów, chipów, elementów internetu rzeczy czy technologii ubieralnych. Czujnik w budynku, opaska monitorująca podstawowe parametry albo mikroskopijny element systemu bezprzewodowego potrzebują znacznie mniej energii niż telefon. Dla takich urządzeń nawet niewielkie, stabilne źródło zasilania może mieć znaczenie.
W tym sensie odkrycie może być ważne, ale nie jest jeszcze przełomem konsumenckim. Nie ma dowodu, że technologia w obecnym kształcie nadaje się do masowej produkcji. Nie wiadomo też, jak wydajna byłaby w realnym środowisku, ile energii można byłoby w ten sposób uzyskać i jak łatwo dałoby się zintegrować taki materiał z elektroniką produkowaną na dużą skalę.
Dlatego ostrożniej mówić o możliwej przyszłości małych, samowystarczalnych urządzeń niż o końcu baterii. Rynek elektroniki nie zostanie wywrócony jednym eksperymentem. Może jednak stopniowo zmieniać się pod wpływem takich badań, zwłaszcza tam, gdzie wymiana baterii jest kosztowna, niewygodna albo niemożliwa.
Dlaczego to może mieć znaczenie
Jeśli podobne efekty uda się opanować i zastosować w praktyce, największą korzyścią może być nie efektowna wizja telefonu bez ładowarki, lecz cichsza rewolucja w małej elektronice. Miliardy czujników, znaczników, mikrochipów i urządzeń monitorujących wymagają zasilania. Część z nich działa w miejscach trudno dostępnych: w infrastrukturze, medycynie, przemyśle, rolnictwie albo inteligentnych budynkach.
Baterie są tam ograniczeniem. Trzeba je produkować, montować, wymieniać i utylizować. W małych urządzeniach często to właśnie zasilanie decyduje o rozmiarze, żywotności i koszcie całego systemu. Materiały, które pozwalałyby odzyskiwać choćby niewielkie ilości energii z otoczenia, mogłyby wydłużyć czas działania urządzeń albo zmniejszyć zależność od klasycznych ogniw.
Na razie jednak najuczciwszy wniosek brzmi: naukowcy nie pokazali gotowego świata bez baterii, lecz lepiej opisali jeden z mechanizmów, który może do takiego świata prowadzić. To różnica zasadnicza. Dobra nauka często nie zaczyna się od produktu na półce, ale od zrozumienia, dlaczego materiał zachowuje się właśnie tak, a nie inaczej.
W tym przypadku stawką jest możliwość projektowania elektroniki, która potrzebuje mniej zewnętrznego zasilania i lepiej wykorzystuje energię już obecną wokół nas. Jeżeli ta ścieżka się sprawdzi, przyszłe urządzenia mogą stać się mniejsze, oszczędniejsze i mniej zależne od baterii. Ale zanim to nastąpi, efekt kwantowy musi przejść długą drogę: od kontrolowanego materiału w laboratorium do taniego, trwałego i powtarzalnego elementu elektroniki.
Źródło: Queensland University of Technology, ScienceDaily
Maja Chwalińska w finale French Open. Martwiła się o hotel, teraz gra o 2,8 mln euro
Maja Chwalińska pokonała w półfinale French Open rozstawioną z numerem 25. Dianę Sznajder 7:6(4), 6:4 i awansowała do pierwszego wielkoszlemowego finału w karierze. Do Paryża przyjechała jako kwalifikantka, poza pierwszą setką rankingu i bez wcześniejszego występu w tej fazie turnieju tej rangi. W sobotę zagra o tytuł z Mirrą Andriejewą.
Polka wygrała w Paryżu dziewięć meczów, trzy w kwalifikacjach i sześć w turnieju głównym. Oficjalny serwis Roland Garros podał, że została pierwszą kwalifikantką w historii, która dotarła do finału singla na paryskich kortach. WTA wskazuje, że przed turniejem była notowana na 114. miejscu, a po awansie do finału jest blisko debiutu w najlepszej dwudziestce rankingu.
Ten wynik zmieni jej sportową i finansową sytuację. Finalistka Roland Garros ma zapewnione 1,4 mln euro nagrody, a zwyciężczyni otrzyma 2,8 mln euro. Jeszcze kilka dni wcześniej jednym z tematów wokół Chwalińskiej był jednak dalszy pobyt w Paryżu i koszty hotelu.
Hotel, którego nie planowano na tak długo
Po jednym z wcześniejszych zwycięstw Chwalińska została zapytana o przedłużający się pobyt w Paryżu. Odpowiedziała, że ma nadzieję, iż wystarczy jej pieniędzy, bo nagrody z turnieju nie są przelewane od razu. Na jej słowa zareagowała firma Oshee, która poinformowała, że zajmie się rezerwacją noclegu dla tenisistki i jej bliskich.
Kilka dni później ta sama firma ogłosiła rozpoczęcie współpracy z Chwalińską. Logo Oshee pojawiło się na jej koszulce podczas turnieju, co odnotowały polskie media sportowe. To szczegół, który dobrze pokazuje tempo, w jakim jeden wynik w Wielkim Szlemie może zmienić pozycję zawodniczki wobec sponsorów.
Wątek stroju Chwalińskiej również stał się częścią opowieści o jej paryskim występie. Eksperci od marketingu sportowego zwracali uwagę, że elementy jej wyposażenia pochodziły od różnych producentów. Wskazywali przy tym, że sukces w Paryżu może otworzyć jej drogę do stałej współpracy z partnerem technicznym.
Tak wygląda tenis poza pierwszym planem. Zawodnik nie otrzymuje co miesiąc klubowej pensji. Sam finansuje podróże, noclegi, sprzęt, przygotowanie fizyczne, fizjoterapię, trenera i leczenie urazów. Jeśli jest poza ścisłą czołówką, część tych wydatków zależy od tego, czy uda się wygrać kilka meczów w odpowiednim momencie sezonu.
Jeden turniej może opłacić sezon
Dla tenisistek i tenisistów z dalszych miejsc rankingu awans do głównej drabinki Wielkiego Szlema ma znaczenie większe niż sam prestiż. W Roland Garros zawodniczka odpadająca w pierwszej rundzie singla otrzymuje 87 tys. euro. W kwalifikacjach nagrody są niższe i wynoszą od 24 tys. do 48 tys. euro, zależnie od rundy.
Chwalińska zaczęła paryski turniej właśnie od kwalifikacji. Musiała wygrać trzy mecze, zanim znalazła się w głównej drabince. Dopiero potem przyszły zwycięstwa, które dały jej awans do finału i punkty rankingowe zmieniające pozycję na całe kolejne miesiące.
Podobne realia opisywali w ostatnich dniach inni zawodnicy. Brytyjska tenisistka Francesca Jones mówiła BBC Sport, że trudno wyjść na zero, jeśli nie jest się w okolicach pierwszej siedemdziesiątki piątki rankingu. Niemka Anna Lena Friedsam szacowała, że potrzebuje około 300 tys. funtów rocznie, aby pokryć koszty sezonu. Gdy zarabia mniej, jedzie na kolejny turniej bez trenera.
Brytyjczyk Toby Samuel po przejściu kwalifikacji i pierwszym awansie do głównej drabinki Wielkiego Szlema w Paryżu zarobił około 75 tys. funtów. Mówił, że taka kwota pozwala sfinansować dalszą część sezonu i utrzymać zespół. W tym modelu jeden turniej wpływa nie tylko na ranking, ale także na skład sztabu, plan startów i warunki przygotowań.
Podróże, pokoje, sztab
Niżej notowani zawodnicy ograniczają koszty na wiele sposobów. Podróżują samotnie, latają klasą ekonomiczną, dzielą pokoje, wybierają tańsze hotele i rezygnują z części zaplecza. Australijczyk Tristan Schoolkate mówił BBC Sport, że klasę biznes rozważa tylko w wyjątkowych sytuacjach, bo za droższe bilety płaci z własnej kieszeni.
Australijczyk Rinky Hijikata wspominał, że na wcześniejszym etapie kariery oszczędzał nawet na pełnowartościowych posiłkach. BBC przypomniało też historię Brytyjczyka Billy’ego Harrisa, który przez trzy i pół roku podróżował po turniejach, śpiąc w samochodzie dostawczym. Miał łóżko z tyłu auta, gotował przy drodze i nocował na parkingach.
Takie przykłady nie oznaczają, że wszyscy zawodnicy spoza czołówki są w identycznej sytuacji. Różnią się kontrakty sponsorskie, wsparcie krajowych federacji, koszty podróży, miejsce treningów i indywidualne potrzeby zdrowotne. Stały pozostaje jednak mechanizm: im niższy ranking i im mniej startów w największych turniejach, tym trudniej utrzymać pełne profesjonalne zaplecze.
Maja Chwalińska w Paryżu stała się przykładem tej zależności. Jeszcze przed turniejem jej celem było przebicie się przez kwalifikacje i poprawa pozycji rankingowej. Po półfinale oficjalny serwis Roland Garros pisał już o jej pierwszym finale Wielkiego Szlema i meczu z ósmą rozstawioną Mirrą Andriejewą o Coupe Suzanne Lenglen.
Spór o pieniądze wrócił podczas French Open
Sukces Chwalińskiej zbiegł się z protestem części czołowych tenisistów podczas French Open. Zawodnicy ograniczyli obowiązki medialne, domagając się zmian w sposobie dzielenia przychodów z turniejów wielkoszlemowych. Według relacji z Paryża obecnie Wielkie Szlemy przeznaczają na nagrody około 15 proc. przychodów, a postulowany poziom to około 22 proc. do 2030 r.
Wśród zawodników popierających działania wymieniano między innymi Arynę Sabalenkę, Jannika Sinnera, Coco Gauff i Igę Świątek. Sabalenka podkreślała, że chodzi nie tylko o najlepiej zarabiających, lecz także o niżej notowanych graczy, zawodników wracających po kontuzjach i tych, którzy próbują utrzymać się w zawodowym tourze.
Organizatorzy Wielkich Szlemów wskazują, że pule nagród rosną, a przychody są przeznaczane także na infrastrukturę, bezpieczeństwo, obsługę turniejów i rozwój obiektów. French Tennis Federation po rozmowach z przedstawicielami zawodników zapowiedziała przygotowanie propozycji dotyczących nagród, warunków pracy i reprezentacji graczy.
Spór o nagrody jest częścią szerszej debaty o zawodowym tenisie. W 2025 r. Professional Tennis Players Association podjęła działania prawne przeciwko władzom dyscypliny, zarzucając im między innymi praktyki antykonkurencyjne i niewystarczającą troskę o dobrostan zawodników. ATP i WTA odrzuciły te zarzuty.
Finał Mai Chwalińskiej nie zmienia sam w sobie całego systemu. Pokazuje jednak, jak duża jest różnica między tenisowym szczytem a drogą, którą trzeba pokonać, zanim zawodniczka zacznie regularnie korzystać z pieniędzy, zaplecza i uwagi sponsorów. W tej drodze hotel, koszulka, trener i bilet lotniczy nie są detalami. Są częścią codziennego budżetu, który w zawodowym tenisie często zależy od jednego dobrego turnieju.
Źródło: Roland Garros, WTA, Reuters, BBC Sport
Chińskie auta rozpychają się w Europie. Kierowcy mogą na tym zyskać
Można ich nie lubić, można im nie ufać, można kręcić nosem na jakość, serwis albo polityczne tło. Ale jednego coraz trudniej nie zauważyć: chińskie marki samochodowe przestały być w Europie ciekawostką. Wchodzą na rynek szybciej, niż wielu kierowców i producentów chciałoby przyznać.
Najnowsze dane pokazują, że europejski rynek samochodowy znowu rośnie, a głównym paliwem tego wzrostu są auta zelektryfikowane: elektryczne, hybrydowe i plug-in. Według Reutersa rejestracje nowych samochodów w Unii Europejskiej, Wielkiej Brytanii i krajach EFTA wzrosły w kwietniu o 7 procent. Modele zelektryfikowane odpowiadały już za ponad dwie trzecie rejestracji, podczas gdy auta benzynowe i diesle traciły.
BYD, jeden z największych chińskich producentów, ponad dwukrotnie zwiększył liczbę rejestracji w Europie. Chery urosło jeszcze szybciej, choć startowało z niższego poziomu. Dla europejskich marek to nie jest już egzotyczny hałas z dalekiego rynku. To konkurencja, która coraz częściej stoi w tym samym salonie, pojawia się w tych samych porównywarkach i walczy o tego samego klienta.
Cena to dopiero początek
Chińskie auta są tańsze. I w wielu przypadkach rzeczywiście cena jest ich największą bronią. Chińscy producenci korzystają z ogromnej skali produkcji, mocnej pozycji w bateriach, szybkiego tempa rozwoju oprogramowania i rynku wewnętrznego, który przez lata pozwalał im testować nowe modele w masowej skali.
Dla kierowcy liczy się jednak mniej geopolityka, a bardziej konkret: ile samochód kosztuje, jaki ma zasięg, jak szybko się ładuje, ile potrwa gwarancja, gdzie jest serwis i czy po kilku latach da się go sensownie sprzedać. To właśnie tutaj rozegra się prawdziwy test chińskich marek. Pierwsza fala zainteresowania może przyjść dzięki cenie. Stała pozycja na rynku wymaga już zaufania.
Europejscy producenci mają w tej rywalizacji przewagę marki, sieci serwisowej i przywiązania klientów. Ale mają też problem: przez lata samochody stawały się coraz droższe, a przesiadka na elektryki dla wielu rodzin i firm była bardziej obietnicą przyszłości niż realną opcją zakupową. Jeśli chińskie marki zaczną mocniej naciskać na ceny, europejscy producenci nie będą mogli udawać, że nic się nie dzieje.
To może być dobra wiadomość dla kupujących. Większa konkurencja zwykle oznacza promocje, lepsze wyposażenie w standardzie i szybszą walkę o klienta. Nie musi jednak oznaczać prostego spadku cen. Na końcową kwotę wpływają cła, kursy walut, podatki, marże dealerów, koszty finansowania i to, czy producent będzie chciał dopłacać do udziału w rynku.
Europa broni swojego przemysłu
Unia Europejska nie patrzy na ekspansję chińskich aut jak na zwykłą konkurencję między markami. Komisja Europejska uznała, że chiński łańcuch produkcji samochodów elektrycznych korzysta z subsydiów, które mogą szkodzić producentom w Europie. Dlatego od końca 2024 roku na elektryki importowane z Chin obowiązują dodatkowe cła wyrównawcze. Ich wysokość zależy od producenta.
To pokazuje, że gra toczy się na kilku poziomach naraz. Dla konsumenta chiński samochód może być po prostu tańszą alternatywą. Dla europejskich rządów to pytanie o miejsca pracy, fabryki, technologie, baterie i zależność od Chin. Dla producentów z Europy to presja na przyspieszenie zmian, których nie da się już odkładać na później.
W tle jest jeszcze jeden paradoks. Europa chce szybkiej elektryfikacji transportu, ale jednocześnie nie chce oddać dużej części rynku producentom spoza kontynentu. Chce tańszych aut elektrycznych, ale nie chce, by niska cena była efektem przewagi zbudowanej przez państwowe wsparcie w Chinach. Chce konkurencji, ale obawia się, że zbyt ostra konkurencja może osłabić własny przemysł motoryzacyjny.
To napięcie będzie rosło. Samochód nie jest dziś tylko produktem konsumenckim. Jest częścią polityki klimatycznej, przemysłowej, handlowej i technologicznej. Kto kontroluje baterie, oprogramowanie, dane i produkcję, ten ma wpływ nie tylko na to, czym jeździmy, ale też na to, gdzie powstają miejsca pracy i kto zarabia na transformacji.
Co to oznacza dla kierowców?
Dla zwykłego kierowcy najważniejsze jest to, że wybór będzie większy, a rynek mniej przewidywalny. Jeszcze kilka lat temu elektryk kojarzył się z Teslą, drogimi modelami premium albo miejskim autem o ograniczonym zasięgu. Teraz coraz częściej pojawiają się propozycje ze średniej półki, rodzinne SUV-y, hybrydy plug-in i modele, które próbują łączyć bogate wyposażenie z ceną niższą od europejskich konkurentów.
Nie znaczy to, że każdy powinien rzucać się na chińskie auto. Przy zakupie nadal warto chłodno sprawdzać podstawowe rzeczy: warunki gwarancji, dostępność serwisu, realny zasięg, tempo utraty wartości, jakość wnętrza, aktualizacje oprogramowania i opinie użytkowników po dłuższym czasie. Nowa marka może kusić ceną, ale samochód kupuje się na lata, nie na weekend testowy.
Największa zmiana może więc nie polegać na tym, że europejskie ulice nagle zaleją chińskie auta. Bardziej prawdopodobne jest coś subtelniejszego: chińska konkurencja zmusi cały rynek do przyspieszenia. Europejskie marki będą musiały lepiej tłumaczyć, za co klient dopłaca. Dealerzy będą mieli mniej miejsca na pewność siebie. A kierowcy dostaną więcej argumentów przy negocjowaniu ceny.
Źródło: Reuters, ACEA
Nowy traktat z Wielką Brytanią. Co może oznaczać dla bezpieczeństwa Polski
Polska i Wielka Brytania przygotowują nowe porozumienie o bezpieczeństwie. Oficjalnym powodem jest rosnące zagrożenie ze strony Rosji, ale sprawa jest szersza niż jedna wizyta w Londynie czy kolejny dyplomatyczny komunikat.
Traktat ma dotyczyć obrony, cyberbezpieczeństwa, ochrony granic, walki z przestępczością zorganizowaną i współpracy przemysłów zbrojeniowych. Dla Polski to kolejny sposób na wzmacnianie bezpieczeństwa po rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Dla Wielkiej Brytanii okazja, by po Brexicie nadal odgrywać ważną rolę w europejskiej polityce obronnej.
Reuters podał, że Donald Tusk mówił o podniesieniu relacji z Wielką Brytanią do możliwie najwyższego poziomu, szczególnie w obszarze obrony przed Rosją. Brytyjski rząd zapowiada z kolei, że porozumienie ma pomóc obu państwom lepiej reagować na zagrożenia, które coraz częściej nie przypominają klasycznej wojny.
Bezpieczeństwo to dziś więcej niż wojsko
Jeszcze niedawno traktat obronny kojarzył się przede wszystkim z armią, sprzętem wojskowym i wspólnymi ćwiczeniami. Dziś ta lista jest dłuższa. Obejmuje cyberataki, sabotaż, szpiegostwo, dezinformację, ochronę infrastruktury krytycznej i szybkie reagowanie na incydenty, które mogą wyglądać niepozornie, ale mają poważne skutki.
To ważne, bo Rosja od lat wykorzystuje działania poniżej progu otwartej wojny. Zamiast jednego dużego uderzenia może pojawić się seria mniejszych presji: ataki w sieci, próby destabilizacji granicy, kampanie informacyjne, testowanie służb i instytucji. Ich celem nie zawsze jest natychmiastowy efekt. Często chodzi o chaos, zmęczenie społeczeństwa i sprawdzenie, jak szybko państwo potrafi odpowiedzieć.
Polska jest w tej układance szczególnie narażona. Leży na wschodniej flance NATO, graniczy z Ukrainą, Białorusią i obwodem królewieckim, a od początku pełnoskalowej wojny pozostaje jednym z głównych krajów wspierających Kijów. To zwiększa znaczenie Warszawy, ale też sprawia, że bezpieczeństwo nie jest już tematem odległym od codziennego życia.
Dlatego traktat z Wielką Brytanią warto czytać nie jako pojedynczy news z kalendarza politycznego, lecz jako część większego procesu. Polska wzmacnia relacje z państwami, które mają realne zdolności wojskowe, doświadczenie wywiadowcze, przemysł obronny i wpływ w NATO. Takie porozumienia nie zastępują Sojuszu, ale mogą ułatwić praktyczną współpracę tam, gdzie liczy się czas.
💬 Premier @donaldtusk w #Warszawa:
— Kancelaria Premiera (@PremierRP) May 27, 2026
Traktat polsko-brytyjski wyznacza ramy współpracy militarnej, w przemyśle obronnym oraz w cyberbezpieczeństwie. Będziemy współpracować również nad najnowocześniejszymi technologiami.#PLUK pic.twitter.com/yBXQFc9E6s
Liczą się fabryki, systemy i szybka wymiana informacji
W europejskiej debacie o bezpieczeństwie coraz mniej wystarczają same deklaracje. Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę stało się jasne, że obrona zależy nie tylko od politycznej woli, ale też od produkcji amunicji, zapasów, systemów obrony powietrznej, rozpoznania, logistyki i odporności na cyberataki.
W tym kontekście istotna może być współpraca przemysłów obronnych. Brytyjski rząd wskazywał m.in. na rozwój nowoczesnej amunicji i współprodukcję rakiety obrony powietrznej średniego zasięgu. To brzmi technicznie, ale ma bardzo praktyczne znaczenie. Państwo jest bezpieczniejsze nie wtedy, gdy tylko mówi o zagrożeniach, lecz wtedy, gdy ma czym na nie odpowiedzieć.
Dla Wielkiej Brytanii porozumienie z Polską jest również sposobem na utrzymanie silnej pozycji w Europie. Londyn nie jest już częścią Unii Europejskiej, ale pozostaje jednym z najważniejszych państw wojskowych NATO. Współpraca z Polską pozwala mu wzmacniać obecność w regionie, który po 2022 roku stał się jednym z najważniejszych punktów europejskiej polityki bezpieczeństwa.
Dla Polski najważniejsza jest praktyczna korzyść. Im więcej sprawdzonych kanałów współpracy z silnymi partnerami, tym łatwiej wymieniać informacje, planować wspólne działania i odstraszać przeciwnika. Nie chodzi o tworzenie wrażenia, że wojna jest bliżej. Chodzi raczej o to, by potencjalny agresor widział, że koszt prowokacji wobec Polski lub regionu byłby wysoki.
Nowy traktat z Wielką Brytanią nie rozwiąże wszystkich problemów bezpieczeństwa. Może jednak wzmocnić jeden z najważniejszych kierunków polskiej polityki po 2022 roku: budowanie odporności nie tylko przez duże sojusze, ale też przez konkretne porozumienia z państwami, które mają zdolności, technologię i doświadczenie.
W świecie cyberataków, dronów, sabotażu i presji na granicach takie umowy nie są już dyplomatyczną dekoracją. Są częścią codziennej pracy nad tym, żeby państwo było trudniejsze do zastraszenia, sparaliżowania i zaskoczenia.
Źródło: Reuters
Sny, które przychodzą przed śmiercią. Lekarze mówią, że nie są przypadkowe

Hannah Fuchs
Tuż przed śmiercią wiele osób opowiada o intensywnych snach. Badania pokazują, że nie są one oznaką dezorientacji. Mogą pomóc zarówno umierającym, jak i ich bliskim lepiej zrozumieć pożegnanie oraz relacje międzyludzkie.
Florence siedzi przy kuchennym stole. Jest tam jej mąż, jest też córka. Śmieją się razem, jedzą kolację, tak jak dawniej. Z jedną różnicą: oboje – mąż i córka – nie żyją już od lat.
Uspokajająca pewność spotkania
– To wydawało się tak realne – mówi Florence. – Jakbyśmy nigdy się nie rozstali.
Nie był to zwykły sen, ale spotkanie. Nigdy wcześniej nie doświadczyła snów o takiej intensywności. Nie odczuwała strachu, lecz głębokie uspokojenie – pewność, że znów zobaczy ich oboje. Pięć dni później Florence umiera.
O takich doświadczeniach opowiada wiele osób w ostatnich dniach życia. Najczęściej pojawiają się podczas snu, czasami także jako wizje na jawie. Dla osób, które ich doświadczają, często wydają się bardziej realne niż zwykłe sny. Osobom postronnym może się to wydawać dziwne.
W badaniach naukowych doświadczenia te określa się mianem End-of-Life Dreams and Visions, czyli snów i wizji u kresu życia. Przez długi czas w medycynie uważano je przede wszystkim za przejaw nagłego splątania, czyli delirium, albo za skutek działania leków. Dziś jednak wiadomo, że takie wyjaśnienie jest zbyt uproszczone.
90 procent osób śni u kresu życia
Amerykański neurobiolog oraz lekarz medycyny paliatywnej i hospicyjnej Christopher Kerr od końca lat 90. zajmuje się snami i wizjami u kresu życia. Przykłady opisane w tym artykule pochodzą z jego udokumentowanych opisów przypadków z badań nad opieką paliatywną.
Przez około dziesięć lat Kerr i jego zespół przeprowadzali wywiady z ponad 1400 pacjentami hospicjum, aż do ich śmierci. Rozmawiano z nimi tylko wtedy, gdy byli przytomni umysłowo i nie wykazywali objawów majaczenia.
Wynik: około 90 procent osób przynajmniej raz opisało takie sny lub wizje – niezależnie od wieku, pochodzenia czy statusu społecznego. Christopher Kerr nie opisuje tych osób jako zdezorientowanych. Wręcz przeciwnie: mówi o nich jako o „niezwykle świadomych i uważnych”. Wydawały się skupione, przytomne i introspektywne.
Również Elisa Rabitti, psycholożka i główna autorka najnowszego włoskiego badania dotyczącego ELDV, podkreśla tę kwestię: „Sny u kresu życia pojawiają się zazwyczaj u osób, które potrafią spójnie opisać swoje doświadczenia, przy pełnej świadomości i orientacji”.
Typowe motywy snów
Sny są żywe, znaczące, a ich częstotliwość i intensywność rosną wraz ze zbliżaniem się śmierci. Często pojawiają się w nich spotkania ze zmarłymi bliskimi lub zwierzętami domowymi, które powracają, aby nieść pocieszenie.
Wiele snów krąży wokół podróży, przygotowań i „bycia w drodze”. Relacje zostają ożywione, konflikty rozwiązane, a na pierwszy plan wychodzą kwestie winy i skruchy. – Im bliżej śmierci znajdują się ludzie, tym częściej sny te dotyczą zmarłych – twierdzi Kerr. Czas i przestrzeń tracą przy tym znaczenie.
Religia nie ma znaczenia
To, czy ludzie są religijni, czy nie, najwyraźniej nie ma większego znaczenia. Z doświadczeń Christophera Kerra wynika, że zarówno osoby religijne, jak i niereligijne opowiadają o podobnych przeżyciach. Decydujące są uniwersalne tematy: miłość, więź i przebaczenie, a nie dogmaty religijne.
Snów związanych z końcem życia nie należy utożsamiać z doświadczeniami bliskimi śmierci. Te drugie pojawiają się zazwyczaj nagle, w sytuacjach ekstremalnych. Sny związane z końcem życia rozwijają się natomiast przez kilka dni lub tygodni. Są mniej spektakularne – rzadziej pojawiają się w nich motywy światła lub tunelu – i w większym stopniu skupiają się na relacjach.
Lekarz nie opisuje ich więc jako objawień, lecz jako chwile wewnętrznego porządku; jako poczucie, że pod koniec życia człowiek znów jest „uporządkowany” albo „złożony w całość”.
Pocieszenie czy konfrontacja?
Większość tych doświadczeń ma charakter pocieszający. W badaniach Christophera Kerra opisywano je głównie jako uspokajające i nadające sens. Niektóre bywają jednak obciążające lub niepokojące.
Właśnie takie sny mogą być szczególnie transformujące, mówi lekarz, ponieważ wydobywają na powierzchnię nierozwiązane kwestie, takie jak poczucie winy czy skrucha.
Przykładem jest Sierra. Ma dwadzieścia kilka lat, małe dziecko i nieuleczalną chorobę. Długo nie może pogodzić się z diagnozą. Rozmowy z zespołem medycznym do niej nie docierają. W wizji pojawia się jej zmarły dziadek. Mówi, że jest z niej bardzo dumny i że wszystko jest w porządku. Potem coś się zmienia. Sierra odnajduje spokój. Tydzień później umiera.
Dla Christophera Kerra takie sny nie są przypadkowymi wytworami mózgu. – Doświadczenia te oferują naturalną możliwość terapeutyczną – mówi. Docierają do ludzi tam, gdzie język medyczny często napotyka swoje granice.
Także Rabitti podkreśla, że sny otwierają mniej zagrażający dostęp do tematu umierania, podczas gdy bezpośrednie rozmowy o śmierci mogą być przytłaczające.
Intensywniejsze w ostatnich dniach
To, że ELDV często pojawiają się w ostatnich dniach lub tygodniach życia, ma przyczyny biologiczne. Christopher Kerr opisuje proces umierania jako fazę nasilającego się snu. – Nikt nie umiera na jawie – zauważa.
Wraz ze zmianą rytmu snu i czuwania uwaga kieruje się bardziej do wewnątrz. Wymagania zewnętrzne schodzą na dalszy plan. – Człowiek zaczyna rozmyślać o rzeczach najważniejszych, a są to zazwyczaj nasze relacje – mówi Kerr.
– Biologicznie można wyjaśnić, dlaczego pojawiają się te sny – dodaje. Tego jednak, dlaczego są one pocieszające, ujawniają konflikty lub pomagają uporządkować własne życie, nie da się wywnioskować wyłącznie z procesów zachodzących w mózgu.
Jeśli chodzi o moment ich pojawienia się, Rabitti ostrzega przed pochopną interpretacją. Sny związane z końcem życia nie są wiarygodnymi zwiastunami śmierci. Żywe sny mogą być także wyrazem normalnego podsumowania życia, bez związku z procesem umierania.
– Sny nie przepowiadają śmierci. Raczej zbliżająca się śmierć może wiązać się z pewnymi snami – mówi. – Korelacja nie jest jeszcze dowodem na związek przyczynowo-skutkowy.
Odwracanie tej zależności może wprawdzie trafić na pierwsze strony gazet, ale nie pomaga zrozumieć samego zjawiska.
Co te sny oznaczają dla bliskich
Wpływ ELDV nie kończy się wraz ze śmiercią. Badania pokazują, że bliscy, którzy dowiadują się o takich snach lub są ich świadkami, często łatwiej radzą sobie ze stratą i lepiej przeżywają rozstanie.
Tak było w przypadku Jennifer. Jej ciężko chory partner Patrick śni o swojej zmarłej babci, która zdradza mu brakujący składnik sosu, jakiego nigdy nie udało mu się odtworzyć: łyżeczkę cukru. Mimo że jest już bardzo osłabiony, ponownie przygotowuje ten przepis razem z Jennifer. Niedługo potem umiera.
Dla Christophera Kerra właśnie w tym momencie staje się jasne, dlaczego te sny odgrywają tak ważną rolę. – Jeśli doświadczenia te zostaną właściwie wyjaśnione, są cenne – mówi. Wtedy śmierć nie jest postrzegana wyłącznie jako zjawisko biologiczne, naznaczone rozpadem i cierpieniem, ale także jako coś, co może zawierać miłość i sens. Ważne jest, aby przekazać właśnie tę perspektywę.
Podobnie doświadczyła tego Jennifer. – Patrick znalazł spokój – mówi. – I szczerze mówiąc: jeśli twoim ostatnim snem w życiu jest sos do spaghetti, nie ma nic bardziej uspokajającego.
Ten sen jej pomógł. Wiedziała, że Patrick był gotowy odejść.
„Wysterylizowaliśmy umieranie”
Dla Christophera Kerra ELDV pokazują wymiar umierania, który współczesna medycyna długo zaniedbywała. – Umieranie nie polega na niewydolności poszczególnych narządów, ale na zakończeniu życia – mówi.
W poprzednich pokoleniach śmierć była coraz bardziej wypierana z codziennego życia: z domów, rodzin i społeczności. – Wysterylizowaliśmy umieranie – mówi Kerr.
Skutkiem tego jest przepaść między tym, czego ludzie pragną pod koniec życia – bliskości i zażyłości – a tym, czego często doświadczają: medycyną, która traktuje umieranie przede wszystkim jako proces techniczno-organizacyjny.
Lekarz uważa, że fakt, iż sny i wizje u kresu życia zyskują dziś ponownie większą uwagę, jest reakcją na tę lukę. Być może mówią one mniej o tym, jak umieramy, a więcej o tym, co podtrzymuje nas do samego końca: relacjach, bliskości i potrzebie, by ktoś przy nas był.
Artykuł ukazał się pierwotnie na stronach Redakcji Niemieckiej DW
script type=’text/Javascript’>