Wszędzie, byle nie w łóżku. Dlaczego coraz więcej par ucieka z sypialni?
– Wszędzie, byle nie w łóżku – mówi trzydziestoparolatka, w związku małżeńskim od siedmiu lat, gdy temat schodzi na intymność po latach razem. I choć brzmi to jak prowokacja półżartem, trafia w coś, co wielu osobom po trzydziestce może wydać się zaskakująco znajome. Sypialnia bywa ostatnim miejscem, gdzie chce się lądować, szczególnie gdy od miesięcy kojarzy się głównie z budzikiem, ładowarką i następnym odcinkiem serialu włączonego „tylko na chwilę”.
Nie chodzi o to, że łóżko nagle stało się wrogiem namiętności. Raczej w dorosłym życiu nawet bliskość potrafi wejść w tryb autopilota. Praca, zakupy, rachunki, zmęczenie, telefon odłożony za późno. A potem jeszcze oczekiwanie, że to samo miejsce, w którym śpimy, chorujemy, scrollujemy i odkładamy ubrania „na chwilę”, bez wysiłku zamieni się w scenę pożądania.
Łóżko, budzik, ładowarka. I?
Zastanów się przez chwilę, z czym się naprawdę kojarzy sypialnia. Serio. Nie ta z katalogu IKEA, tylko twoja, konkretna, w której spędzasz noce od miesięcy albo lat. Jest tam pewnie budzik ustawiony zbyt wcześnie. Ładowarka telefonu. Może szklanka wody albo książka, której ostatnia strona wciąż czeka. I łóżko wygodne, bezpieczne, bardzo dobrze znane.
Dla wielu par ta sypialnia to też centrum życia intymnego. I to byłoby piękne, gdyby nie jeden drobiazg: centrum bywa czasem tak dobrze znane, że przestaje elektryzować. Nie musi wcale chodzić o wielki kryzys. Nie musisz być w związku, który się sypie. Wystarczy, że jesteś w związku, który działa spokojnie, stabilnie, bez dramatów. Takim, w którym naprawdę się lubicie, planujecie weekendy, pamiętacie o rocznicach i wiecie, kto z was jest bardziej tolerancyjny na zimne nogi w nocy. Tylko że w takim związku intymność też zaczyna mieć swój harmonogram. Wieczór. Ta sama pora. Ten sam scenariusz. I to uczucie, że właściwie wszystko jest okej, ale coś jakby… przycichło.
37 procent badanych chce czegoś innego
To nie jest tylko prywatne wrażenie ani rozmowa, która urywa się po drugim kieliszku wina. Z badań SW Research dla SKYN wynika, że 37 proc. badanych deklaruje otwartość na nowe doświadczenia erotyczne, a 30 proc. na nowe miejsca, w których można uprawiać seks.
Podobny obraz wyłania się z Narodowego Raportu o Seksualności 2024. Seks na świeżym powietrzu ma za sobą 17 proc. ankietowanych, a 36 proc. jest otwartych na takie doświadczenie. Plaża? Tu deklaracje są ostrożniejsze: 9 proc. badanych już to przeżyło, a 26 proc. przyznaje, że chciałoby spróbować.
To nie znaczy, że polacy masowo przenoszą się do parków i samochodów. Znaczy raczej, że potrzeba zmiany przestała być wyłącznie fantazją. Coraz więcej osób chce urozmaicenia i coraz częściej mówi o tym bez zażenowania.
Między fantazją a rzeczywistością
W fantazji nie ma komarów, zimna, przypadkowego spacerowicza ani psa, który akurat urywa się ze smyczy. Samochód nie jest ciasny, zaparowany i niewygodny; zostaje tylko dreszcz, bliskość i poczucie, że na chwilę znika cały świat. Dopiero rzeczywistość dopisuje resztę: fotel, który nie chce się cofnąć, kierownicę zbyt blisko kolan i moment, w którym namiętność zaczyna przegrywać ze zwykłą niewygodą.
Plaża? W filmach wygląda jak Positano. W rzeczywistości jest publiczna, słoneczna i pełna dzieci z wiaderkami. Las w głowie pachnie przygodą. Las w praktyce potrafi pachnieć mokrym mchem, stresem i pytaniem, czy ten trzask gałęzi to wiatr, czy ktoś naprawdę idzie.
Ale chyba właśnie w tym tkwi sedno. Seks poza sypialnią tylko pozornie dotyczy miejsca. W rzeczywistości chodzi bardziej o poczucie, że między wami wciąż może wydarzyć się coś nieoczywistego. Że nie jesteście tylko parą od rachunków, zakupów i serialu przed snem. Że nadal potraficie siebie zaskoczyć i, co ważniejsze, że jeszcze wam się chce.
Dla jednej pary tym zaskoczeniem będzie hotel w obcym mieście, gdzie nikt nie dzwoni i nikt nic nie potrzebuje. Dla drugiej wspólny prysznic zamiast wieczornego scrollowania. Dla trzeciej kanapa, która zwykle służy do oglądania kryminałów. Dla czwartej sama rozmowa o tym, czego jeszcze chcą od siebie i od seksu. Bo czasem to właśnie rozmowa jest najbardziej śmiałym krokiem.
Jeden warunek, bez którego cały pomysł się sypie
Oboje muszą tego chcieć. Nie tylko się zgadzać, nie tylko przymykać oko, nie tylko robić dobrą minę, bo „może to coś ożywi”. Jeśli jedna osoba czuje presję, skrępowanie albo wstyd, trudno mówić o spontaniczności. Wtedy z czegoś, co miało być bliskością, robi się sytuacja niewygodna i nierówna. A seks podejmowany bardziej z obowiązku wobec związku niż z własnej ochoty rzadko zostawia po sobie coś dobrego.
Jest też granica bardziej przyziemna, ale równie ważna: przestrzeń publiczna nie jest prywatną sceną dla cudzej fantazji. Park, plaża w środku dnia, klatka schodowa, samochód zaparkowany przy ruchliwej ulicy czy sala kinowa to nie są miejsca odcięte od świata. Są tam inni ludzie przypadkowi, postronni, często zupełnie nieprzygotowani na to, co ktoś uznał za ekscytujące. A oni nie muszą stawać się mimowolną częścią czyjejś intymności.
W Polsce publiczne dopuszczenie się nieobyczajnego wybryku to nie tylko towarzyskie faux pas, ale wykroczenie zagrożone karą aresztu, ograniczenia wolności, grzywną do 1500 zł albo naganą. Dreszcz emocji mija szybko. Konsekwencje niekoniecznie.
To nie jest o łóżku
Łóżko nie jest wrogiem namiętności. Nigdy nie było. Problem pojawia się wtedy, gdy staje się symbolem przewidywalności, gdy sam widok poduszek uruchamia tryb autopilota zamiast jakiejkolwiek iskry.
„Byle nie w łóżku” może oznaczać hotel, samochód, plażę. Ale może też oznaczać coś o wiele prostszego: byle nie automatycznie. Byle nie bez rozmowy. Byle nie z poczuciem, że tak po prostu jest, bo przecież zawsze tak było.
Najlepsza zmiana nie zawsze wymaga nowego miejsca. Czasem wystarczy nowy scenariusz w tym samym pokoju. Albo jedno pytanie zadane szczerze, które otwiera coś, czego nie otwierało się od miesięcy.
Wszędzie, byle nie w łóżku? Czemu nie. Tylko najpierw upewnij się, że oboje wiecie, czego właściwie szukacie. I że cokolwiek wybierzecie, robicie to dla siebie, nie po to, żeby udowodnić, że wciąż umiecie być odważni.
Źródło: SW Research dla SKYN, Narodowy Raport o Seksualności 2024 EasyToys
Ile godzin snu służy zdrowiu? Naukowcy sprawdzili dane 500 tys. osób
Naukowcy przeanalizowali dane około pół miliona dorosłych osób i sprawdzili, jak długość snu wiąże się z biologicznym starzeniem organizmu. Najkorzystniejsze wyniki odnotowano u osób śpiących mniej więcej od 6,4 do 7,8 godziny na dobę. Badanie nie dowodzi jednak, że sama długość snu spowalnia starzenie.
Badanie opublikowane w „Nature”
Praca została opublikowana 13 maja 2026 roku w czasopiśmie „Nature”. Autorzy wykorzystali dane z UK Biobank, obejmujące osoby w wieku od 37 do 84 lat. Sprawdzali deklarowaną długość snu i porównywali ją z 23 biologicznymi „zegarami starzenia”, opartymi między innymi na obrazowaniu medycznym, badaniu białek we krwi i analizie metabolitów.
Najlepsze wyniki w środku zakresu
Wyniki pokazały zależność w kształcie litery U. Oznacza to, że gorsze wskaźniki biologicznego starzenia występowały zarówno u osób śpiących krótko, poniżej sześciu godzin, jak i u osób śpiących długo, powyżej ośmiu godzin. Najniższe różnice między wiekiem biologicznym a metrykalnym pojawiały się w zakresie od 6,4 do 7,8 godziny snu, zależnie od narządu i płci.
Autorzy badania podzielili sen na trzy kategorie: krótki, czyli poniżej sześciu godzin, normalny, czyli od sześciu do ośmiu godzin, oraz długi, czyli powyżej ośmiu godzin. W porównaniu z grupą śpiącą od sześciu do ośmiu godzin, krótki i długi sen wiązały się z wyższym ryzykiem chorób oraz z wyższym ryzykiem zgonu z dowolnej przyczyny.
Sen a różne układy organizmu
Badanie objęło nie tylko mózg. Naukowcy analizowali wskaźniki dotyczące wielu układów organizmu, w tym serca, płuc, układu odpornościowego i metabolizmu. Według komunikatu Columbia University zbyt krótki i zbyt długi sen były powiązane z szybszym starzeniem mierzonym zegarami biologicznymi w różnych częściach organizmu.
Czego to badanie nie dowodzi
Ważne jest ograniczenie tej analizy. Dane o długości snu pochodziły z deklaracji uczestników. To nie to samo, co pomiar snu w laboratorium lub za pomocą urządzeń monitorujących. Autorzy zaznaczają też, że wynik nie oznacza prostej zależności przyczynowej. Długi sen może być nie przyczyną gorszego zdrowia, ale jego objawem.
Jak to się ma do zaleceń
Wnioski z badania są zgodne z ogólnymi zaleceniami dotyczącymi snu dorosłych. Amerykańskie CDC podaje, że dorośli powinni spać co najmniej siedem godzin na dobę. W przypadku osób dorosłych w wieku 61–64 lata zalecany zakres wynosi 7–9 godzin, a u osób od 65. roku życia 7–8 godzin.
Najbezpieczniejszy wniosek jest więc ostrożny: u dorosłych sen w okolicach siedmiu godzin na dobę wiązał się w tej analizie z korzystniejszymi wskaźnikami biologicznego starzenia. Regularny sen znacznie krótszy niż sześć godzin lub dłuższy niż osiem godzin może być sygnałem, że warto przyjrzeć się zdrowiu, jakości odpoczynku i codziennym nawykom.
Źródło: „Nature”, Columbia University Irving Medical Center, CDC
Nowe taśmy Romanowskiego. Gmail, Signal i „Powrót Jedi”
TVN24 ujawnił nowe fragmenty nagrań Tomasza Mraza, byłego dyrektora Departamentu Funduszu Sprawiedliwości. W rozmowach z udziałem Marcina Romanowskiego pojawiają się wątki dokumentów, poczty Gmail, komunikatora Signal, Patrycji Koteckiej-Ziobro, mediów finansowanych z funduszu, Mateusza Morawieckiego oraz nazwy grupy „Powrót Jedi”.
Nagranie opisane przez TVN24 pochodzi z lutego 2024 roku. Marcin Romanowski, były wiceminister sprawiedliwości i pełnomocnik do spraw Funduszu Sprawiedliwości, spotkał się wtedy z byłymi urzędnikami departamentu. Według stacji narada trwała ponad dwie i pół godziny.
Tomasz Mraz współpracuje z prokuraturą. Media podawały wcześniej, że przez niemal dwa lata nagrywał kierownictwo resortu sprawiedliwości z czasów Zbigniewa Ziobry i zgromadził około 50 godzin nagrań. Pierwsze fragmenty tych materiałów zostały ujawnione w maju 2024 roku.
Pytania o Patrycję Kotecką-Ziobro
W jednym z ujawnionych wątków uczestnicy spotkania rozmawiają o tym, co odpowiadać prokuraturze, jeśli śledczy zapytają o Patrycję Kotecką-Ziobro, żonę byłego ministra sprawiedliwości. Według TVN24 Romanowski zastanawiał się, co zrobić, gdy pojawią się pytania o to, czy kontaktowała się z nim w sprawach dotyczących jego decyzji.
W rozmowie Urszula D., była urzędniczka departamentu, miała zasugerować, by „wypierać się” tej znajomości. Romanowski miał dopowiedzieć: „wypierać się i nie pamiętać”.
TVN24 podaje, że nowe fragmenty nagrań zostały ponownie przeanalizowane przy pracy nad reportażem „Pani Patrycja”, poświęconym Patrycji Koteckiej-Ziobro. Z ujawnionego nagrania wynika, że jej nazwisko pojawiało się w rozmowie jako temat, którego uczestnicy mogli spodziewać się w pytaniach prokuratury.
Gmail, dokumenty i OSP
Z materiału TVN24 wynika, że Romanowski ostrzegał uczestników spotkania przed wymianą dokumentów i informacji, do których nie powinni mieć dostępu po odejściu z ministerstwa. Miał mówić, że „jedyne realne zarzuty”, jakie mogą usłyszeć, mogą dotyczyć „wynoszenia dokumentów”.
W rozmowie pojawia się poczta Gmail. Urszula D. miała powiedzieć, że „trzeba zrobić czystki”. Romanowski odpowiedział, że nie da się tego łatwo zrobić, bo korespondencji było dużo. Wspominał przy tym o OSP, czyli ochotniczych strażach pożarnych. TVN24 łączy ten wątek z finansowaniem jednostek OSP z Funduszu Sprawiedliwości poza konkursami. W listopadzie 2024 roku Ministerstwo Sprawiedliwości poinformowało o likwidacji paragrafu 11 rozporządzenia dotyczącego Funduszu Sprawiedliwości. Resort wskazywał, że przepis pozwalał ministrowi sprawiedliwości powierzać zadania poza procedurą konkursową.
Signal i „Powrót Jedi”
W rozmowie opisanej przez TVN24 pojawia się również pomysł założenia grupy na komunikatorze Signal. Romanowski miał zgodzić się na tę propozycję, ale ostrzegał, by nie umieszczać tam treści, które mogłyby później zaszkodzić uczestnikom rozmowy.
Uczestnicy spotkania zastanawiali się nad nazwą grupy. Według TVN24 najpierw pada propozycja „Wyjście do kina”. Romanowski mówi, że ma już jedną grupę o nazwie „Powrót”. Następnie pojawia się propozycja „Powrót Jedi”, nawiązująca do filmu z serii „Gwiezdne wojny”.
TVN24 zwrócił uwagę, że 8 listopada 2025 roku Donald Tusk opublikował w serwisie X nagranie, w którym powiedział, że jego ulubionym filmem są „Gwiezdne wojny”, a konkretnie „Powrót Jedi”. Prokuratura Krajowa w komunikacie z 11 maja 2026 roku podała, że dzień wcześniej, 7 listopada 2025 roku, Sejm RP podjął uchwałę zezwalającą na pociągnięcie Zbigniewa Ziobry do odpowiedzialności karnej, a także na jego zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie.
Powrót Jedi🍿 pic.twitter.com/asFsHqpDYn
— Donald Tusk (@donaldtusk) November 8, 2025
Centrum Informacyjne Rządu zaprzeczyło TVN24, by publikacja nagrania Donalda Tuska miała związek z materiałami ze śledztwa. Prokuratura Krajowa przekazała stacji, że premierowi Donaldowi Tuskowi nie udostępniano materiałów ze śledztwa dotyczącego Funduszu Sprawiedliwości, w tym nagrań Tomasza Mraza.
Wątek mediów i określenie „kartel”
Kolejny fragment rozmowy dotyczy mediów, które miały otrzymywać pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości. Według TVN24 Urszula D. mówiła o kontakcie z podmiotami medialnymi w sprawie opóźnionych płatności i ewentualnych odsetek ustawowych.
W rozmowie pada określenie „kartel”. TVN24 zaznacza, że z nagrania nie wynika, kto dokładnie miałby do niego należeć. W materiale wymieniono nazwę Profeto, czyli fundacji księdza Michała Olszewskiego, oskarżonego w sprawie Funduszu Sprawiedliwości. Pada także nazwa Radia FIAT, katolickiej rozgłośni radiowej, której dyrektorką jest Aleksandra Mieczyńska.
Wątek finansowania mediów z Funduszu Sprawiedliwości pojawiał się już wcześniej w publikacjach dziennikarskich. PAP, powołując się na ustalenia OKO.press, informowała w kwietniu 2024 roku, że w latach 2019–2023 fundusz podpisał z wydawcami 244 umowy na promocję. Według tych ustaleń umowy wykonawcze miały opiewać łącznie na 36 mln zł.
Romanowski o Morawieckim
Ostatni wątek opisany przez TVN24 pochodzi z rozmowy w samochodzie, którym Tomasz Mraz jedzie z Marcinem Romanowskim po zakończeniu narady. Mężczyźni rozmawiają o sytuacji w PiS po przegranych wyborach.
Mraz sugeruje, że w partii trwa kryzys wewnętrzny. Romanowski odpowiada, że przestało go interesować, jakie kryzysy mają inni. Następnie mówi, że Mateusz Morawiecki „nadal jest największym zagrożeniem”. Według cytatu przytoczonego przez TVN24 Romanowski stwierdza też, że Morawiecki „jest dogadany z Tuskiem” i „ma tworzyć koncesjonowaną opozycję”.
W dostępnych materiałach nie ma potwierdzenia, że Mateusz Morawiecki zawarł jakiekolwiek porozumienie z Donaldem Tuskiem. Ujawnione nagranie potwierdza treść wypowiedzi Romanowskiego.
Media opisywały w ostatnich miesiącach napięcia wokół pozycji Mateusza Morawieckiego w PiS. Onet relacjonował, że były premier deklarował pozostanie w partii i zapowiadał, że nie zamierza rezygnować ze stowarzyszenia Rozwój Plus. Morawiecki mówił, że „nie da się wypchnąć” z PiS.
Raport NIK i działania prokuratury
Sprawa Funduszu Sprawiedliwości jest przedmiotem działań prokuratury. Prokuratura Krajowa 15 października 2024 roku informowała, że Marcin Romanowski usłyszał 11 zarzutów w śledztwie dotyczącym nieprawidłowości w Funduszu Sprawiedliwości.
Prokuratura Krajowa prowadzi również działania wobec Zbigniewa Ziobry. W komunikacie z 11 maja 2026 roku PK przypomniała, że 7 listopada 2025 roku Sejm wyraził zgodę na pociągnięcie go do odpowiedzialności karnej oraz na jego zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie. Tego samego dnia prokurator wydał postanowienia o przedstawieniu Zbigniewowi Ziobrze zarzutów oraz o jego zatrzymaniu i przymusowym doprowadzeniu do siedziby Prokuratury Krajowej.
PK podała też, że 13 listopada 2025 roku prokurator skierował do sądu wniosek o tymczasowe aresztowanie Ziobry, a 5 lutego 2026 roku Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa wydał postanowienie o zastosowaniu wobec niego tymczasowego aresztowania na trzy miesiące od dnia zatrzymania. 6 lutego 2026 roku prokurator wydał postanowienie o poszukiwaniu Ziobry listem gończym.
W marcu 2026 roku Najwyższa Izba Kontroli opublikowała wyniki kontroli Funduszu Sprawiedliwości za okres od 1 stycznia 2021 roku do 9 maja 2025 roku. NIK negatywnie oceniła funkcjonowanie funduszu. Izba wskazała, że gospodarka finansowa funduszu od stycznia 2021 roku do grudnia 2023 roku była prowadzona z rażącym naruszeniem zasad jawności, celowości i oszczędności wydatków.
NIK podała również, że środki, które powinny być przeznaczane przede wszystkim na pomoc ofiarom przestępstw oraz readaptację byłych osadzonych, zostały w szerokim zakresie wydatkowane w sposób niecelowy i niegospodarny. Łączna kwota nieprawidłowości stwierdzonych w toku kontroli wyniosła blisko 270 mln zł.
Po publikacjach dotyczących nowych nagrań Romanowski zabrał głos w mediach społecznościowych. Jak opisywała „Rzeczpospolita”, mówił, że „zmieniają się okoliczności, ale walka o Polskę trwa”.
Źródło: TVN24, Prokuratura Krajowa, Najwyższa Izba Kontroli, Ministerstwo Sprawiedliwości, PAP/OKO.press, Onet, Rzeczpospolita.
Źródło: TVN24
Sądy otworzyły drogę parom LGBT. Polska zaczyna uznawać tęczowe śluby
W Polsce pary jednopłciowe nadal nie mogą wziąć ślubu. Jeśli jednak zrobiła to legalnie za granicą, polskie państwo nie powinno zachowywać się tak, jakby po powrocie do kraju ten ślub nagle przestawał istnieć.
Wyrok z Lublina i małżeństwo z Portugalii
28 kwietnia sąd w Lublinie przyznał rację Alicji i Jolancie Sienkiewicz-Prochowicz. Para zawarła małżeństwo w Portugalii w 2023 roku, a po powrocie wystąpiła o wpisanie aktu ślubu do polskiego rejestru stanu cywilnego.
Urząd Stanu Cywilnego odmówił. Odmowę podtrzymał wojewoda. 28 kwietnia 2026 roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Lublinie uchylił jednak te decyzje i nakazał ponowne zajęcie się sprawą zgodnie z linią wynikającą z prawa unijnego oraz orzeczeń sądowych.
Ta sprawa ma szczególne znaczenie, bo dotyczy pary mieszkającej na stałe w Polsce. Alicja i Jolanta nie próbują uporządkować dokumentów jako osoby żyjące za granicą. Ich małżeństwo zostało zawarte w innym kraju Unii Europejskiej, ale ich codzienne życie toczy się tutaj.
Jolanta Sienkiewicz-Prochowicz mówiła BBC News Polska, że po raz pierwszy jako żona poczuła się zauważona przez własne państwo. Para od początku traktowała tę sprawę nie tylko prywatnie, ale także jako krok solidarnościowy wobec innych osób, które w podobnej sytuacji muszą mierzyć się z odmową urzędów.
TSUE, NSA i coraz jaśniejsza linia orzecznicza
Punktem zwrotnym był wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 25 listopada 2025 roku. TSUE uznał, że państwo członkowskie musi respektować małżeństwo osób tej samej płci zawarte legalnie w innym kraju Unii, gdy chodzi o swobodę przemieszczania się i prawo do życia rodzinnego. Trybunał jednocześnie zaznaczył, że nie oznacza to obowiązku wprowadzenia małżeństw jednopłciowych do prawa krajowego.
W marcu 2026 roku podobny kierunek potwierdził Naczelny Sąd Administracyjny. Sprawa dotyczyła małżeństwa dwóch Polaków zawartego w Berlinie. NSA wskazał, że transkrypcja zagranicznego aktu małżeństwa jest skutecznym sposobem uznania takiego dokumentu w polskim systemie. Sąd podkreślił też, że problemy techniczne urzędowych systemów nie mogą być podstawą odmowy.
7 maja NSA rozstrzygnął trzy kolejne sprawy. Dotyczyły par, które zawarły małżeństwa za granicą, a potem chciały przenieść akty do polskiego rejestru. Według relacji mediów dwa małżeństwa zawarto w Portugalii, a jedno w Niemczech.
Po jednej z rozpraw Karolina Skowron-Baka mówiła, że była to długa i stresująca walka, ale warta wysiłku. Mateusz Urban, który wraz z mężem Miłoszem Przepiórkowskim również wygrał przed NSA, podkreślał w rozmowie z TVN24, że po latach sporu będzie mógł w dokumentach napisać, że ma męża. To zdanie dobrze pokazuje, dlaczego dla par LGBT ta sprawa nie jest prawniczą abstrakcją.
Co oznacza transkrypcja i czego nie oznacza
Transkrypcja nie jest zawarciem małżeństwa w Polsce. To przeniesienie do polskiego rejestru aktu, który powstał za granicą i jest ważny w państwie, w którym został sporządzony. Innymi słowy: polski urząd nie udziela ślubu, lecz uznaje dokument dotyczący ślubu już zawartego.
To rozróżnienie jest kluczowe, bo wyznacza granice obecnej zmiany. Sądy nie legalizują małżeństw jednopłciowych w Polsce. Nie zmieniają też kodeksowej definicji małżeństwa. Mówią natomiast, że administracja nie może ignorować skutków prawnych zdarzenia, które miało miejsce legalnie w innym państwie Unii Europejskiej.
W praktyce chodzi o sprawy bardzo konkretne: stan cywilny w dokumentach, nazwisko, sprawy spadkowe, podatkowe, medyczne, ubezpieczeniowe i urzędowe. Dla wielu par problem zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się wielka debata polityczna, a zaczyna zwykłe życie: w szpitalu, banku, urzędzie, przy formularzu albo w rozmowie z instytucją, która pyta o małżonka.
Prof. Ireneusz Kamiński z Polskiej Akademii Nauk zwracał uwagę w rozmowie z BBC News Polska, że sprawa wykracza poza samą techniczną zmianę formularzy. Jego zdaniem potrzebne są przepisy, które uporządkują skutki takich wpisów w całym systemie prawnym. To ważne zastrzeżenie, bo sam akt w rejestrze może być początkiem kolejnych pytań: jak administracja ma traktować takie małżeństwo w innych procedurach i jak zapewnić spójność prawa.
Rząd musi wykonać wyroki, urzędy czekają na narzędzia
Po wyrokach sądów ciężar przesunął się na administrację. Premier Donald Tusk zapowiedział wykonanie orzeczeń TSUE i NSA, a rząd rozpoczął prace nad zmianami potrzebnymi do wpisywania zagranicznych aktów małżeństw par jednopłciowych do polskich rejestrów. Ministerstwo Cyfryzacji przygotowało projekt zmian we wzorach aktów stanu cywilnego, które mają umożliwić wpisanie dwóch kobiet albo dwóch mężczyzn jako małżonków.
Kłopot pojawił się także po stronie systemu informatycznego. Formularze były przygotowane dla małżeństwa kobiety i mężczyzny, więc nie przewidywały wpisania dwóch kobiet albo dwóch mężczyzn. Sądy uznały jednak, że taki problem nie może być podstawą odmowy.
Według BBC News Polska planowane jest wpisanie siedmiu takich aktów, a do końca maja liczba spraw może wzrosnąć do jedenastu. To nadal niewielka liczba w skali kraju, ale symbolicznie bardzo duża. Po raz pierwszy polskie urzędy mają zacząć rejestrować akty małżeństw jednopłciowych zawartych za granicą nie jako wyjątek od systemu, lecz jako konsekwencję sądowej linii orzeczniczej.
Zmiana mała na papierze, duża w życiu
Polska od lat pozostaje jednym z krajów Unii Europejskiej o najsłabszej ochronie prawnej par jednopłciowych. Brakuje zarówno małżeństw, jak i związków partnerskich. Dlatego obecne wyroki nie zamykają sporu o równość małżeńską ani o podstawowe prawa rodzinne. Otwierają jednak konkretną drogę dla tych par, które zawarły małżeństwo za granicą i chcą, by polskie państwo ten fakt odnotowało.
Źródło: BBC News Polska, Naczelny Sąd Administracyjny, TVN24
Krzysztof Skiba: Zbieg Zero
Ziobro oczywiście nie uważa się za zbiega. On oficjalnie dalej twierdzi, że na Węgrzech był na konferencji partii Orbána, która po prostu trwała sobie osiem miesięcy. Teraz do USA też nie uciekł, tylko wyjechał jako korespondent TV Republika.
Te cherlawe tłumaczenia tylko pokazują stan zakłamania tego faceta, który jeszcze przed chwilą umierał na raka gardła i leżał w szpitalu z medycznymi rurkami na całym ciele i pod kroplówką. A teraz odbywa wielogodzinne loty przez Atlantyk albo udziela długich wywiadów.
Dziwnym trafem, jak tylko okazało się, że Zioberek zamienił węgierski gulasz na amerykańskie hamburgery, Polska została zasypana memami o nieudolności rządu, o frajerze Żurku i o Tusku, który został wystawiony do wiatru.
Tymczasem ja uważam, że to sam Ziobro wystawił się do wiatru. Oczywiście on udaje teraz „dziennikarza TV Republika”, a wcześniej uczestnika konferencji w Budapeszcie, ale żadne wykręty i tłumaczenia nie przysłonią prostego faktu, że Zero zwiewa przed odpowiedzialnością. Jest zwykłym, kryminalnym uciekinierem z Polski. Złodziejem, który boi się stanąć przed sądem i odpękać karę za swoje przestępstwa. Jego ucieczki potwierdzają fakt, że jest winny.
Dla Polski to nawet dobrze, że ta parodia polityka o lepkich rączkach trzymana jest z dala od kraju. Im dalej od Polski, tym lepiej. Gdyby Zero wrócił nad Wisłę i trafił do więzienia, byłby PiS-owskim męczennikiem. Modły w Radiu Maryja i przed budynkiem aresztu zapewnione. A i tak najdalej po dwóch tygodniach Nawrocki by go przecież ułaskawił. Ten scenariusz jest najlepszy dla PiS, ale niestety galareta Ziobro nawet tych dwóch tygodni w pierdlu się obawia. To tchórz i aferzysta.
Dla Tuska wariant z uciekającym Ziobrą jest najlepszy. Zwiewa, ukrywa się, udaje dziennikarza — to przecież jakieś kpiny. To też pokazanie wszystkim Polakom, że Trump ma ich w głębokim poważaniu. Z Ameryki deportowani są obecnie wszyscy Polacy bez obywatelstwa USA. Niektórzy z nich mieszkali w Stanach od wielu lat. Czyli Polaków, którzy żyli po 10, a nawet po 20 lat w USA, Polaków, którzy mają tu firmy, którym urodziły się dzieci i wnuki, deportuje się, a taki aferzysta jak Zero jest przez Trumpa przytulany.
Dla Trumpa polityka to interes. Żadne tam wartości i inne piardy, tylko czysty biznes. Ciekawe, co obiecano Trumpowi w zamian za przechowanie Zbigniewa w szafie u boksera Adamka? Podobno Karol zaoferował młodą dziewczynę z Grand Hotelu w Sopocie plus komplet dresów marki Nawrocky do golfa, bo tylko tyle był jako prezydent w stanie załatwić.
Krzysztof Skiba
Polska gra o technologiczny skok. Centrum ESA może przyciągnąć miliardy i najlepszych inżynierów
Centrum ESA może zmienić polską gospodarkę i technologię – uważa ekspertka technologii kosmicznych Justyna Pelc.
DW: Polska zwiększa składkę członkowską do Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) na lata 2026–2028 do rekordowych 731 mln euro. Już wiadomo, że to w Polsce powstanie nowe Centrum Technologiczne ESA. Ale w którym mieście?
Justyna Pelc: Patrząc na lokalizację innych ośrodków ESA, preferowane są miejsca położone blisko stolicy danego kraju lub miasta będące ośrodkami przemysłowymi. Dlatego nie dziwią ostatnie doniesienia o tym, że w grze o lokalizację ośrodka pozostały Warszawa i Kraków. Myślę jednak, że miasta, które zgłosiły swoje kandydatury, mają wiele do zaoferowania. Na przykład Wrocław ma świetne firmy i bardzo dobre zaplecze akademickie, ale przez lata brakowało tam bardziej systemowych projektów związanych z ESA czy NATO. Dlatego inne miasta mogą dziś mieć przewagę organizacyjną.
DW: A Gdańsk, Kraków czy Łódź?
Justyna Pelc: Mocnym kandydatem jest Gdańsk. Oficjalnie działa tam Polska Agencja Kosmiczna, powstał kolejny akcelerator ESA BIC (Business Incubation Centers), a do tego dochodzi znaczenie Bałtyku, infrastruktury energetycznej i współpracy z krajami nordyckimi. To region bardzo ważny z perspektywy bezpieczeństwa i nowych technologii.
Silny jest też Kraków. Ma zaplecze akademickie, sektor kosmiczny i ośrodek NATO DIANA, wspierający rozwój innowacji podwójnego zastosowania. Co ważne, Kraków jako jedno z niewielu miast wskazał konkretne, przygotowane tereny pod taki hub, a preferuje się miejsce, w którym można wykorzystywać istniejącą infrastrukturę.
Ciekawa jest również Łódź, głównie ze względu na logistykę. Leży w centrum kraju, blisko Warszawy i planowanej infrastruktury CPK. W przypadku takiego ośrodka dostępność komunikacyjna będzie bardzo ważna.
DW: Polska stara się o utworzenie technologicznego hubu ESA związanego z technologiami dual-use, czyli podwójnego zastosowania. Co właściwie oznacza taka inwestycja?
Justyna Pelc: Taki ośrodek działa jak magnes dla całego sektora technologicznego. Za ESA pojawiają się prywatne inwestycje, start-upy, firmy kosmiczne i obronne oraz wysoko wykwalifikowani specjaliści. Taka inwestycja uruchamia cały ekosystem – od uczelni po przemysł. Najważniejsze jest jednak to, że projekty ESA planuje się na dekady. To nie jest chwilowy boom kończący się po jednym programie grantowym. Firmy wiedzą, że przez kolejnych dziesięć, piętnaście czy dwadzieścia lat konkretne projekty będą rozwijane. To daje stabilność i zachęca kapitał prywatny do inwestowania.
DW: Co dokładnie oznacza dual-use?
Justyna Pelc: Na przykład rozwiązania rozwijane dla sektora kosmicznego mogą później służyć energetyce, logistyce czy bezpieczeństwu. Dziś bardzo mocno napędza je sektor obronny, ale docelowo wiele z tych technologii trafia do codziennego życia. Dobrym przykładem jest Bałtyk. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, jak bardzo infrastruktura krytyczna zależy od technologii kosmicznych. Zakłócenia sygnału GPS wpływają dziś choćby na budowę morskich farm wiatrowych. Problemy z komunikacją satelitarną mogą uderzać w transport, energetykę czy logistykę. To już nie jest futurystyczna wizja. To dzieje się teraz.
DW: Czy taki hub mógłby realnie zmienić pozycję Polski pod względem technologicznym?
Justyna Pelc: Myślę, że to ogromna szansa. Przez lata budowaliśmy wizerunek kraju świetnych specjalistów IT i outsourcingu. Mamy bardzo dobrych inżynierów, ale często pracowali dla zagranicznych firm albo rozwijali projekty poza Polską. Teraz pojawia się możliwość zbudowania własnej specjalizacji. Technologie kosmiczne i dual-use stają się strategiczne dla całej Europy. Polska ma duży potencjał gospodarczy i wyjątkowe położenie geopolityczne. To trudne położenie, ale właśnie ono sprawia, że inwestycje w bezpieczeństwo i nowe technologie trafiają dziś do naszego regionu.
DW: Co taki hub oznaczałby dla ludzi, którzy nie interesują się kosmosem?
Justyna Pelc: Przede wszystkim nowe miejsca pracy i rozwój gospodarczy. Ale też coś ważniejszego – budowę kompetencji technologicznych w kraju. W Polsce pojawiałyby się zagraniczne firmy, powstawałyby nowe start-upy, a specjaliści zdobywaliby doświadczenie przy dużych międzynarodowych projektach. Tak właśnie rozwijały się inne kraje. Technologie przyciągają kolejne technologie. Jeśli do Polski wejdą duże firmy kosmiczne czy obronne, nasi inżynierowie będą zdobywać know-how, a później zakładać własne firmy i rozwijać kolejne projekty.
DW: A Polska jest dziś zauważana w europejskim sektorze kosmicznym?
Justyna Pelc: Coraz bardziej. Nadal nie jesteśmy na poziomie Niemiec czy Francji, które od dekad inwestują ogromne środki w kosmos, ale zaczynamy być widoczni. Polska zwiększyła składkę do ESA i znalazła się wśród większych płatników agencji. To ważne, bo ESA działa według zasady „geo return”. Większość, ok. 90–95 proc. pieniędzy, wraca do kraju w postaci kontraktów dla firm. Problem w tym, że dziś mamy jeszcze za mało firm, by wykorzystać cały potencjał tych środków. Dlatego prawdopodobnie zobaczymy więcej zagranicznych spółek otwierających oddziały w Polsce.
DW: Polska jest gotowa na taki technologiczny skok? Czego musimy się nauczyć?
Justyna Pelc: Kompetencyjnie tak. Mamy bardzo dobrych specjalistów i inżynierów. Największym wyzwaniem pozostaje komercjalizacja i kultura ryzyka. W Polsce nadal boimy się porażek, a sektor start-upowy wymaga szybkiego testowania pomysłów i akceptacji tego, że część projektów się nie uda. Mamy świetnych inżynierów i naukowców, ale często zatrzymujemy się na etapie prototypu albo projektu badawczego. Na Zachodzie, szczególnie w USA, dużo szybciej testuje się pomysły rynkowo. Tam porażka start-upu nie jest końcem kariery, tylko doświadczeniem.
Potrzebujemy też długoterminowego myślenia strategicznego – nie tylko grantów na badania, ale także kapitału na skalowanie biznesu i wychodzenie za granicę. Potencjał technologiczny już mamy. Największym wyzwaniem jest nauczyć się przekuwać go w globalne firmy i produkty. Taki hub mógłby być przełomem: sygnałem, że Polska nie chce już być tylko podwykonawcą technologii, ale miejscem, w którym naprawdę się je tworzy.
REDAKCJA POLECA
script type=’text/Javascript’>
Pentagon odtajnił akta UFO. Co naprawdę ujawniono?
USA ujawniły pliki o UFO i UAP. Trump zachęca: sprawdźcie sami
Amerykański rząd otworzył kolejną szufladę z dokumentami o UFO i UAP, czyli niezidentyfikowanych zjawiskach anomalnych. Donald Trump nadał sprawie widowiskowy ton, życząc Amerykanom „dobrej zabawy”, ale najważniejszy wniosek jest dużo bardziej przyziemny: ujawnione materiały nie są dowodem na istnienie obcych cywilizacji.
To raczej archiwum pytań niż archiwum odpowiedzi. W pierwszej partii znalazły się dokumenty, zdjęcia, nagrania i relacje zbierane przez dekady przez różne instytucje państwowe. Część opisanych spraw nadal pozostaje niewyjaśniona, ale „niewyjaśniona” nie znaczy automatycznie „pozaziemska”.
Amerykański resort obrony, występujący na rządowej stronie jako Department of War, ogłosił publikację pierwszej partii materiałów w ramach programu PURSUE. To skrót od Presidential Unsealing and Reporting System for UAP Encounters, czyli systemu ujawniania i raportowania spotkań z UAP. W przedsięwzięcie zaangażowano m.in. Biały Dom, wywiad, Departament Energii, NASA, FBI oraz AARO, biuro zajmujące się analizą takich zgłoszeń.
Według CBS pierwsza publikacja obejmuje 162 pliki: dokumenty PDF, nagrania wideo i pliki graficzne. Reuters pisał o około 170 materiałach, wśród których są m.in. raport z 1947 roku o „latających dyskach”, zdjęcia z misji Apollo oraz transkrypcje rozmów astronautów. Już sam zestaw brzmi jak paliwo dla wyobraźni, ale w praktyce jest to mieszanka historycznych meldunków, obserwacji wojskowych, relacji świadków i materiałów, których sens wymaga ostrożnej analizy.
Trump w swoim stylu zrobił z publikacji polityczny spektakl. Napisał, że zgodnie z obietnicą udostępniono pierwszą partię plików UFO/UAP do publicznego przeglądu, a poprzednie administracje nie były w tej sprawie wystarczająco otwarte. Dodał, że teraz ludzie mogą sami zdecydować, „co tu właściwie, do diabła, się dzieje”, po czym dorzucił: „Bawcie się dobrze”.
Rządowa strona poświęcona UAP wyjaśnia, że opublikowane materiały dotyczą spraw nierozwiązanych. Innymi słowy: państwo nie potrafi na podstawie dostępnych danych jednoznacznie powiedzieć, czym było dane zjawisko. Powodem może być zbyt krótka obserwacja, słaba jakość nagrania, brak danych z innych sensorów albo zwyczajnie to, że po latach nie da się już odtworzyć pełnego kontekstu.
Niezidentyfikowany obiekt nie musi być statkiem z innej planety. Może być dronem, balonem, satelitą, efektem atmosferycznym, błędem odczytu, odbiciem światła, tajnym sprzętem wojskowym albo czymś, czego nie da się już wiarygodnie wyjaśnić. Dla wojska to nadal może być sprawa poważna, bo każda nieznana aktywność w pobliżu przestrzeni operacyjnej jest pytaniem o bezpieczeństwo.
Co naprawdę pokazują pliki
Wśród ujawnionych materiałów są relacje z misji Apollo, zdjęcia z powierzchni Księżyca, dokumenty FBI, depesze dyplomatyczne i nagrania z wojskowych sensorów. AP opisała m.in. relacje o jasnych obiektach, nietypowych manewrach oraz obserwacjach, które z dzisiejszej perspektywy pozostają trudne do oceny. CBS zwróciło uwagę na fotografie z misji Apollo 12 i Apollo 17 oraz nagrania z podczerwieni, na których widać obiekty rejestrowane przez platformy wojskowe.
Sekretarz Pete Hegseth przekonywał, że dokumenty przez lata były schowane za klauzulami i podsycały „uzasadnione spekulacje”. To zdanie dobrze pokazuje napięcie wokół całej sprawy. Z jednej strony jest realna potrzeba jawności, bo obywatele mają prawo wiedzieć, co państwo gromadziło przez dekady. Z drugiej strony samo zdjęcie, nagranie albo wojskowa notatka nie stają się dowodem tylko dlatego, że wcześniej były tajne.
W komunikacie rządowym pojawiły się też wypowiedzi dyrektorki wywiadu Tulsi Gabbard, szefa FBI Kasha Patela i administratora NASA Jareda Isaacmana. Wspólny ton tych komentarzy jest jasny: administracja Trumpa chce pokazać publikację jako przełom w przejrzystości państwa. Warto jednak oddzielić polityczną oprawę od tego, co faktycznie wynika z dokumentów. A wynika z nich przede wszystkim to, że część obserwacji nadal nie ma pewnego wyjaśnienia.
Obama, Strefa 51 i wielka potrzeba odpowiedzi
Sprawa wróciła z nową siłą także przez słowa Baracka Obamy. Były prezydent, pytany w podcaście o obcych, powiedział, że „istnieją”, ale dodał, że sam ich nie widział i że nie są przetrzymywani w Strefie 51. Później doprecyzował, że chodziło mu o wysokie prawdopodobieństwo istnienia życia gdzieś we Wszechświecie, a nie o wiedzę o kontakcie pozaziemskich istot z Ziemią.
To rozróżnienie ma kluczowe znaczenie. Można uznawać, że w ogromnym Wszechświecie życie poza Ziemią jest prawdopodobne, a jednocześnie nie twierdzić, że obcy odwiedzili naszą planetę. To dwie różne tezy i tylko ta druga wymagałaby naprawdę mocnych dowodów: nie rozmazanego nagrania, lecz danych, które można niezależnie potwierdzić.
Dlatego nowe archiwum będzie zapewne czytane na dwa sposoby. Entuzjaści zobaczą w nim zapowiedź większego ujawnienia, sceptycy kolejną paczkę niejednoznacznych zdjęć i relacji. Najrozsądniej potraktować je jako materiał do analizy, ale nie jako gotową odpowiedź.
Amerykański rząd pokazuje dokumenty, których przez lata nie było w publicznym obiegu, i przyznaje, że części opisanych zjawisk nie potrafi jednoznacznie wyjaśnić. To ważne, ciekawe i warte śledzenia. Ale to wciąż nie to samo, co powiedzieć: mamy dowód, że nie jesteśmy sami.
Źródło: U.S. Department of War, WAR.GOV/UFO, Reuters, Associated Press, CBS News, The Guardian
Przełom w walce z rakiem trzustki? Ten lek może zmienić standard leczenia
Rak trzustki od lat pozostaje jednym z najtrudniejszych przeciwników onkologii. Choroba często wykrywana jest późno, a lekarze mają ograniczone możliwości leczenia. Dlatego nowe dane o daraxonrasibie, eksperymentalnym leku firmy Revolution Medicines, wzbudziły tak duże zainteresowanie. To nie jest cudowna tabletka ani gotowa terapia dla wszystkich chorych, ale mocny sygnał, że w leczeniu tego agresywnego nowotworu może pojawić się nowa droga.
Lek celowany w słaby punkt nowotworu
Daraxonrasib jest lekiem doustnym, który pacjent przyjmuje raz dziennie. Jego zadaniem jest blokowanie białek RAS — jednego z głównych mechanizmów napędzających rozwój raka trzustki. Gdy białka te działają nieprawidłowo, komórki nowotworowe dostają sygnał do dalszego wzrostu i podziału. Przez lata naukowcy wiedzieli, że to ważny cel, ale bardzo trudno było opracować lek, który skutecznie w niego uderzy.
Nowe dane opublikowane w „The New England Journal of Medicine” pochodzą z badania fazy 1/2, czyli wczesnego etapu testowania leku u ludzi. Objęło ono 168 pacjentów z zaawansowanym rakiem trzustki, którzy byli już wcześniej leczeni i u których stwierdzono mutacje RAS. To ważne, bo wyniki nie dotyczą wszystkich chorych na raka trzustki. Pokazują skuteczność i bezpieczeństwo daraxonrasibu w konkretnej grupie pacjentów, dla których dotychczasowe metody leczenia okazały się niewystarczające.
Wyniki są obiecujące, jednak leczenie nie było wolne od skutków ubocznych. Objawy związane z terapią pojawiły się u prawie wszystkich pacjentów, choć u większości można było je kontrolować. U 30 procent badanych miały większe nasilenie. Najczęściej pacjenci zgłaszali wysypkę, biegunkę, nudności, zmęczenie, wymioty oraz stan zapalny jamy ustnej lub błon śluzowych.
Obiecujące wyniki, ale terapia ma skutki uboczne
Tych danych nie da się sprowadzić do prostego hasła o „przełomie”. W onkologii skuteczność leczenia zawsze trzeba zestawiać z tym, jaką cenę płaci organizm pacjenta. W przypadku daraxonrasibu badacze podkreślają jednak, że wiele działań niepożądanych można było łagodzić dzięki leczeniu wspomagającemu i kontroli objawów.
Jeszcze większe zainteresowanie wzbudziły dane z osobnego, późniejszego badania fazy 3 RASolute 302. Według Revolution Medicines pacjenci otrzymujący daraxonrasib żyli średnio 13,2 miesiąca, podczas gdy w grupie leczonej standardową chemioterapią było to 6,7 miesiąca. Przy raku trzustki taka różnica nie jest statystyką z tabeli, lecz czasem, który dla pacjentów i ich bliskich może mieć ogromne znaczenie.
Więcej będzie wiadomo 31 maja 2026 roku, gdy wyniki badania fazy 3 mają zostać pokazane podczas kongresu ASCO, jednego z najważniejszych spotkań onkologów na świecie. Dopiero pełna prezentacja danych pozwoli ocenić, jak duża jest korzyść z leczenia, u których pacjentów lek działa najlepiej i jak często pojawiają się poważniejsze skutki uboczne.
Dlaczego rak trzustki jest tak trudnym przeciwnikiem
Rak trzustki jest jednym z najbardziej śmiertelnych nowotworów. Często rozwija się długo bez wyraźnych objawów, dlatego bywa wykrywany późno, gdy operacja nie jest już możliwa. W takim stadium leczenie ma zwykle ograniczoną skuteczność, a rokowania pozostają bardzo poważne.
W tym właśnie tkwi znaczenie daraxonrasibu. Większość przypadków raka trzustki jest związana z mutacjami w genach z rodziny RAS, przede wszystkim KRAS. To one wysyłają komórkom nowotworowym sygnał: rosnąć, dzielić się, iść dalej. Medycyna ma już leki blokujące niektóre mutacje RAS, stosowane m.in. w raku płuca czy jelita grubego, ale w raku trzustki problemem są inne, znacznie częstsze warianty. Daraxonrasib ma uderzać szerzej — nie w jedną rzadką zmianę, lecz w większą grupę zmutowanych białek RAS.
Dla pacjentów może to oznaczać nową ścieżkę leczenia choroby, w której przez lata postęp przychodził bardzo powoli. Nie będzie to jednak terapia dla każdego chorego na raka trzustki. Największe znaczenie może mieć dla pacjentów z określonymi mutacjami RAS, u których wcześniejsze leczenie przestało działać albo nie przyniosło oczekiwanych efektów.
Nadzieja, ale jeszcze nie standard leczenia
Amerykańska FDA zgodziła się już na uruchomienie programu rozszerzonego dostępu do daraxonrasibu dla wybranych pacjentów w USA. Dzięki temu część chorych może otrzymać lek jeszcze przed jego ewentualnym zatwierdzeniem. To ważny krok, ale nie oznacza, że daraxonrasib jest już zarejestrowany i dostępny jako standardowa terapia.
Dlatego najważniejsze słowo w tej historii brzmi: ostrożność. Daraxonrasib jest jedną z najbardziej obiecujących wiadomości w leczeniu zaawansowanego raka trzustki od lat, ale nadal pozostaje lekiem eksperymentalnym. Wyniki dają realną nadzieję i mogą zapowiadać zmianę standardu leczenia. Na ostateczne wnioski trzeba jednak poczekać, bo w onkologii przełom nie zaczyna się od wielkich słów. Zaczyna się od danych, które można sprawdzić, powtórzyć i bezpiecznie przenieść do codziennego leczenia pacjentów.
Źródło: Reuters, FDA, Revolution Medicines, „The New England Journal of Medicine”, Dana-Farber Cancer Institute, American Cancer Society
Nawrocki chce referendum. Mazguła proponuje pytanie, które odwraca całą grę
Czy jesteś za tym, by być zawsze młodym, pięknym i bogatym?
Tego typu pytanie proponuje Karol Nawrocki w swoim pomyśle na referendum, aby odsunąć i przykryć temat jego opłacania przez rosyjską mafię poprzez zondacrypto oraz blokowania konstytucyjnego organu państwa – TK.
Karol Nawrocki skierował do Senatu wniosek o przeprowadzenie ogólnokrajowego referendum dotyczącego Zielonego Ładu. Jego pytanie brzmiałoby następująco:
„Czy jest Pan/Pani za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli oraz prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”
Ten temat ująłbym tak:
„Czy jesteś za rozliczeniem polityków PiS za skandaliczne koszty dla polskich obywateli wynikające z unijnej polityki klimatycznej, na którą zgodzili się Kaczyński, Morawiecki i Szydło, oraz za obciążeniem ich kosztami tej decyzji?”
Tak formułując pytanie, przynajmniej byłoby uczciwie. Ale czego się spodziewać od Nawrockiego i jego goebbelsowskiej kancelarii? Jego propozycja to element kolejnego szczucia na Koalicję 15 październik. Jeśli taki tryb podoba się Nawrockiemu, to może trzeba uruchomić referendum w sprawie jego odwołania.
Proponuję pytanie:
„Czy jesteś za natychmiastowym odwołaniem Karola Nawrockiego z urzędu, na który nie został prawidłowo wybrany, finansowany ani powołany, i z którego realizuje antypolską politykę blokowania działań rządu, wetowania, utrwalania putinowskiego chaosu, nieprzestrzegania Konstytucji oraz organizowania histerii kłamstwa i szczucia na konstytucyjny system prawny w Polsce?”
Karolu Nawrocki, ty już niczego nie rób, bo wszystko, co wymyślasz ze swoją tysięczną armią podobnych pracowników i doradców, działa przeciwko Polsce. W zasadzie masz dwa wyjścia: zrezygnować natychmiast, oszczędzając Polsce dalszej kompromitacji, albo iść spać i obudzić się za cztery lata. Nikt cię nie potrzebuje i nikt nie zauważy twojej nieobecności. Po tych czterech latach będziesz miał szansę zobaczyć, jak rozwinęła się Polska bez wrogich jej działań. Zobaczysz, jak Polska kwitnie tanią energią, silną armią, ambasadorami w każdym państwie i przyjaźnią z państwami kluczowymi dla jej bezpieczeństwa.
Odwagi. Przecież po pierwsze Polska, a nie chaos Putina.
Adam Mazguła
Mniej alkoholu, więcej kawy. Jak pokolenie Z zmienia sposób imprezowania
Jeszcze niedawno udany weekend wielu osobom kojarzył się z nocą, barem i kacem wpisanym w plan dnia. Dziś coraz częściej wygląda inaczej: muzyka gra w środku dnia, w ręku jest cappuccino albo matcha, a największą obietnicą imprezy staje się to, że następnego ranka da się normalnie żyć.
To nie znaczy, że pokolenie Z przestało się bawić. Raczej zmienia zasady gry. W wielu krajach młodzi dorośli częściej wybierają mniej alkoholu, krótsze wyjścia, dzienne wydarzenia albo spotkania zbudowane wokół kawy, sportu i muzyki. Ten trend ma już swoją nazwę: NoLo, od angielskiego „no alcohol” i „low alcohol”, czyli bez alkoholu albo z jego niską zawartością.
Rave o jedenastej rano
Najbardziej obrazowy przykład przychodzi z Berlina, miasta, które przez lata uchodziło za europejską stolicę nocnej wolności. „The Times” opisał tam kawowe rave’y, czyli dzienne imprezy, podczas których uczestnicy tańczą przy DJ-ach, ale zamiast drinków wybierają kawę, matchę albo inne napoje bez procentów. Jeden z takich eventów odbywał się od godziny 11 do 16 i przyciągnął kilkaset osób.
To brzmi jak żart z klubowej kultury, ale nim nie jest. Kawowe rave’y mają własną logikę: dają muzykę, tłum, energię i poczucie wspólnoty, ale bez ceny płaconej w niedzielę rano. Dla części młodych ludzi to po prostu lepszy układ. Można wyjść, potańczyć, spotkać znajomych, a potem mieć jeszcze siłę na pracę, trening, rodzinę albo spokojną resztę weekendu.
Za tym przesunięciem stoi nie tylko zdrowie. Ważne są też pieniądze, sen, samopoczucie i rosnąca niechęć do społecznego przymusu picia. Alkohol przestaje być oczywistym biletem wstępu do dorosłej zabawy.
NoLo nie znaczy: koniec alkoholu
Dane pokazują zmianę, ale nie rewolucję z dnia na dzień. W USA Gallup podał w 2025 roku, że odsetek dorosłych Amerykanów deklarujących picie alkoholu spadł do 54 proc., czyli najniższego poziomu w prawie 90-letniej historii pomiarów. W grupie 18–34 lata do picia przyznawało się 50 proc. badanych, mniej niż w starszych grupach.
Jednocześnie IWSR, firma analizująca rynek napojów alkoholowych, zwraca uwagę, że dorośli przedstawiciele pokolenia Z nie zawsze zachowują się tak, jak sugeruje medialna etykieta „pokolenia trzeźwości”. W badaniu obejmującym 15 rynków odsetek osób z tej grupy, które deklarowały picie alkoholu w ostatnich sześciu miesiącach, wzrósł z 66 proc. w marcu 2023 roku do 73 proc. w marcu 2025 roku. To nadal mniej niż wśród wszystkich dorosłych, ale pokazuje, że trend nie polega wyłącznie na masowej abstynencji.
Najtrafniejsze słowo to więc nie „zakaz”, lecz „kontrola”. Młodzi częściej robią przerwy od alkoholu, piją okazjonalnie, wybierają bezalkoholowe zamienniki albo przenoszą zabawę do miejsc, w których bar nie jest centrum wydarzenia. Dla branży alkoholowej to problem. Dla kawiarni, klubów fitness i organizatorów dziennych wydarzeń — szansa.
Kluby tracą, ale winny nie jest tylko jeden trend
Zmiana nawyków uderza w tradycyjne życie nocne, choć byłoby zbyt proste powiedzieć, że odpowiada za to wyłącznie pokolenie Z. W Wielkiej Brytanii Night Time Industries Association podała, że od marca 2020 roku liczba późnonocnych lokali spadła o 26,4 proc., a rynek stracił prawie 800 takich miejsc. „The Guardian” opisał ten kryzys jako splot kilku czynników: rosnących kosztów prowadzenia biznesu, droższych wyjść, zmian po pandemii i mniejszego zainteresowania alkoholem.
Dla młodych dorosłych noc na mieście stała się po prostu droższa. Bilet, transport, drinki, jedzenie po imprezie i powrót do domu potrafią złożyć się w rachunek, który przegrywa z tańszą alternatywą. Kawa, park, domówka bez procentów, klub biegowy albo dzienne wydarzenie muzyczne nie są tylko wyborem estetycznym. Często są także wyborem finansowym.
To ważne również dla starszych czytelników. Za historią o Zetekach i matchy kryje się większa zmiana: alkohol traci funkcję domyślnego kleju społecznego. Jeśli kiedyś „wyjście” niemal automatycznie oznaczało bar, dziś coraz częściej oznacza po prostu wspólne doświadczenie. Może być głośne, taneczne i miejskie. Ale nie musi kończyć się kacem.
Polska też trzeźwieje, choć obraz jest bardziej złożony
W Polsce widać podobny kierunek, ale dane trzeba czytać ostrożnie. Krajowe Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom, opierając się na danych GUS, podało, że w 2024 roku spożycie alkoholu wyniosło 8,8 litra czystego alkoholu na mieszkańca. Od trzech lat notowany jest spadek, głównie z powodu mniejszej ilości wypijanego piwa. Spożycie mocnych alkoholi pozostaje natomiast na porównywalnym poziomie.
Także badanie ESPAD 2024 dotyczące uczniów pokazuje, że w Polsce utrzymuje się spadkowy trend picia alkoholu przez młodzież, zapoczątkowany w 2007 roku. Nie oznacza to jednak, że problem znika. Alkohol nadal jest łatwo dostępny w ocenach młodych, a epizody nadmiernego picia wciąż występują.
„Rzeczpospolita” zwróciła uwagę na drugą stronę medalu: w części danych widać więcej młodych abstynentów, ale nie oznacza to automatycznie wyraźnego spadku wszystkich ryzykownych zachowań. Gazeta wskazała też na rosnące deklaracje używania marihuany w grupie 15–34 lata według danych EUDA. To przypomnienie, że mniej alkoholu nie zawsze znaczy mniej potrzeby odreagowania stresu. Czasem zmienia się substancja, narzędzie albo sposób regulowania emocji.
Zdrowiej, ale czy łatwiej?
W amerykańskich danych CDC widać szerszy obraz zmian u młodych. Wśród uczniów szkół średnich w USA w latach 2013–2023 spadł odsetek tych, którzy pili alkohol w ostatnich 30 dniach. Spadł też odsetek uczniów, którzy kiedykolwiek uprawiali seks. To są fakty, ale ich interpretacja wymaga ostrożności. Mniej ryzyka może oznaczać mniej szkód. Może też oznaczać mniej spontanicznych spotkań twarzą w twarz.
I właśnie tu zaczyna się ciekawsza część tej historii. Boston Magazine opisał napięcie między kulturą wellness a dawnym modelem życia towarzyskiego: mniej drinków, mniej przypadkowych wyjść, więcej snu, treningów i kontroli nad sobą. Trudno spierać się z korzyściami zdrowotnymi ograniczania alkoholu. Trudniej odpowiedzieć na pytanie, co dzieje się ze społeczną odwagą, gdy coraz więcej interakcji przenosi się na ekran albo do starannie zaplanowanych, bezpiecznych formatów.
Nie chodzi o tęsknotę za kacem ani o romantyzowanie złych decyzji. Chodzi o to, że dorosłości uczymy się także w sytuacjach niewygodnych: podczas rozmowy z nieznajomym, odmowy, nieporadnego flirtu, pomyłki, zawstydzenia i powrotu do równowagi. Jeśli młodzi ludzie piją mniej, to dobra wiadomość dla zdrowia publicznego. Jeśli przy okazji mniej wychodzą, mniej ryzykują społecznie i częściej zostają sami z ekranem, to jest już temat nie tylko dla barów, lecz także dla rodzin, szkół, miast i rynku pracy.
Kawowy rave nie jest końcem imprezy. Jest raczej znakiem, że impreza zmienia godzinę, menu i sens. Pokolenie Z niekoniecznie rezygnuje z zabawy. Coraz częściej chce tylko, by zabawa nie zabierała mu następnego dnia.
Źródło: The Times, The Guardian, Gallup