Za jazdę po alkoholu stracisz samochód
Już od października mają wejść w życie przepisy, zgodnie z którymi sąd będzie mógł orzec przepadek auta należącego do nietrzeźwego kierowcy. Jak podaje portal Prawo.pl, wystarczy, że kierowca będzie miał we krwi powyżej 1 promila alkoholu lub 0,5 mg/dm³ w wydychanym powietrzu. Konfiskata nie będzie miała miejsca, jeśli pojazd zostanie zniszczony lub znacznie uszkodzony. Ustawa oczekuje na podpis prezydenta.

Zgodnie z informacją podaną przez portal Prawo.pl, wprowadzono zmiany do nowelizowanej ustawy w porównaniu z tym, co zakładały przepisy, które miały wejść w życie w marcu 2024 roku. Przewidywały one możliwość konfiskaty pojazdu przy zawartości alkoholu niższej niż 1,5 promila we krwi lub 0,75 mg/dm³ w wydychanym powietrzu. Po zmianach wystarczy, że kierowca będzie miał we krwi powyżej 1 promila alkoholu lub 0,5 mg/dm³ w wydychanym powietrzu.
Jakie zmiany przewiduje nowe prawo?
Jakie jeszcze zmiany przewiduje nowe prawo? Jeśli w chwili popełnienia przestępstwa pojazd nie był wyłączną własnością sprawcy, albo jeśli sprawca sprzedał, podarował lub ukrył pojazd podlegający przepadkowi po popełnieniu przestępstwa, sąd orzeka o przepadku równowartości pojazdu. Równowartość pojazdu zostanie uwzględniona jako wartość określona w polisie ubezpieczeniowej na rok, w którym popełniono przestępstwo, a w przypadku braku polisy – średnia wartość rynkowa pojazdu ustalona na podstawie dostępnych danych.
Jak podaje Prawo.pl, przepadek pojazdu mechanicznego oraz przepadek równowartości pojazdu nie będzie orzeczony, jeśli sprawca prowadził pojazd, którego nie posiadał, wykonując zawodowe lub służbowe obowiązki polegające na prowadzeniu pojazdu na rzecz pracodawcy. W takim przypadku sąd zdecyduje o nałożeniu grzywny w wysokości co najmniej 5000 złotych na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej.
Przepadek auta oraz przepadek równowartości pojazdu nie zostanie orzeczony przez sąd, jeśli będzie to niemożliwe lub niecelowe ze względu na jego utratę przez sprawcę, zniszczenie lub znaczne uszkodzenie.
thefad.pl / PAP MediaRoom
Dlaczego nazistom nie udało się zbudować bomby atomowej przed Oppenheimerem?

Fred Schwaller
Obawy przed niemiecką bombą atomową stanowiły napęd dla amerykańskiego Projektu Manhattan, który rozpoczął się w 1942 roku. W 1945 roku Stany Zjednoczone zrzuciły bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Dlaczego nazistom nie udało się zbudować bomby atomowej przed Oppenheimerem?

Pod koniec 1938 roku dwaj niemieccy chemicy, Otto Hahn i Fritz Straßmann, odkryli rozszczepienie jądra atomowego: proces, w którym jądro atomowe rozpada się na dwa lub więcej mniejszych jąder, uwalniając przy tym ogromne ilości energii. Zdaniem fizyków wykorzystując tę moc, można będzie zbudować potężną bombę, która zniszczy całe miasta.
Projekt Manhattan
Niemieccy naukowcy natychmiast rozpoczęli prace nad projektem bomby atomowej. Wspierane przez potężny przemysł i interesy wojskowe, „Stowarzyszenie Uranowe”, założone w celu militarnego wykorzystania energii jądrowej, pozyskało jednych z najlepszych fizyków nuklearnych na świecie.
Naukowcy, którzy uciekli z nazistowskich Niemiec, ujawnili informacje o projekcie, choć ten był ściśle tajny. Wśród nich był Albert Einstein, który w 1939 roku ostrzegł ówczesnego prezydenta USA Franklina D. Roosevelta. Na całym świecie wzrosło zaniepokojenie rozwojem nowej, tajnej broni przez nazistów.
Odpowiedzią Stanów Zjednoczonych na niemieckie plany był Projekt Manhattan. W środku II wojny światowej program ten, kierowany przez J. Roberta Oppenheimera, rozpoczął się latem 1942 roku. Celem było zbadanie możliwości budowy bomby atomowej przy użyciu uranu i plutonu.

Obawa przed konkurencyjnym projektem nazistów pobudziła rząd USA do działania. Dzięki ogromnemu wsparciu finansowemu, doprowadzenie do pierwszego udanego testu broni jądrowej zajęło Oppenheimerowi i jego zespołowi zaledwie trzy lata. Pierwsza amerykańska bomba atomowa uderzyła w japońskie miasto Hiroszima trzy tygodnie później.
Protokoły nagrań z Farm Hall
– Nie wierzę w ani jedno słowo w tej całej sprawie – powiedział Werner Heisenberg, szef niemieckiego projektu nuklearnego, gdy usłyszał wiadomość o Hiroszimie.
W tym czasie on i kolejnych dziewięciu czołowych fizyków jądrowych, którzy prowadzili badania w Niemczech, byli więzieni w angielskiej posiadłości Farm Hall. Brytyjczycy potajemnie nagrywali ich rozmowy, aby dowiedzieć się o nazistowskich projektach nuklearnych.
Inni fizycy podzielali sceptycyzm Wernera Heisenberga. Większość z nich podejrzewała Amerykanów o blef, który miał skłonić Japonię do kapitulacji. Otto Hahn podkreślał, że nie wierzy w możliwość skonstruowania takiej bomby w ciągu najbliższych 20 lat. Reakcje Heisenberga i Hahna pokazują, że niemiecki program był rzeczywiście daleki od opracowania broni jądrowej.
– Stany Zjednoczone zdecydowanie przeceniły stan niemieckiego projektu atomowego i stało się to dla nich jasne dopiero po nagraniach z Farm Hall – powiedział DW niemiecko-japoński historyk Takuma Melber z Uniwersytetu w Heidelbergu.
Zarzucony program nuklearny
Gdy Projekt Manhattan był w pełnym rozkwicie, niemiecki program budowy broni jądrowej był już martwy. Niemieccy naukowcy wiedzieli, że w ciągu kilku lat nie będą w stanie oddzielić izotopów w celu zbudowania bomby atomowej. Nigdy też nie przeprowadzili udanej reakcji łańcuchowej po rozszczepieniu jądra atomowego i nie znali żadnej metody wzbogacania uranu. Program budowy niemieckiej broni jądrowej został zamknięty w lipcu 1942 roku, a związane z nim badania rozdzielono pomiędzy dziewięć różnych instytutów w Niemczech.
– Do 1942 roku program ten był projektem wojskowym. Później stał się projektem cywilnym – mówi Takuma Melber. Nowym celem było zbudowanie reaktora atomowego, w którym można byłoby przeprowadzić rozszczepienie jądra atomowego na mniejszą skalę. Werner Heisenberg i jego zespół eksperymentowali z reaktorem badawczym w skalnej piwnicy pod kościołem zamkowym w Haigerloch w Badenii-Wirtembergii. Kostki uranu zostały przymocowane do złotych drucików i opuszczone do zbiornika z ciężką wodą, związkiem chemicznym tlenku deuteru.
I to tyle, jeśli chodzi o niemiecki program nuklearny; reaktor nigdy nie zadziałał. Nie było w nim wystarczającej ilości uranu, aby wywołać reakcję łańcuchową. Badacze byli jednak blisko. Naukowcy uważają dziś, że gdyby w reaktorze było o 50 procent więcej uranu, Werner Heisenberg mógłby zbudować pierwszy reaktor jądrowy.
Niemiecki chaos i uciekający naukowcy
Dlaczego niemiecki program nuklearny nie powiódł się, pomimo początkowej przewagi i genialnych naukowców?
Po pierwsze dlatego, że Niemcy sami zniszczyli swój potencjał. Wielu żydowskich i polskich naukowców uciekło przed prześladowaniami, jak na przykład żydowska fizyczka Lise Meitner, która odegrała decydującą rolę w odkryciu rozszczepienia jądra atomowego w badaniach Hahna i Strassmanna. Niektórzy z nich udali się do Wielkiej Brytanii lub USA, gdzie pracowali nad Projektem Manhattan. Inni naukowcy zostali powołani do wojska.
– Wojna sprawiła również, że zabrakło niektórych surowców do badań – wyjaśnia Takuma Melber. Obejmowały wzbogacony uran i wodę do chłodzenia reaktorów. Ciężka woda była produkowana w okupowanej Norwegii, ale aliantom udało się zniszczyć ich wytwórnię.
Ostatecznie, to brak wsparcia politycznego zatrzymał postęp w tej dziedzinie. Jak twierdzi historyk, Adolf Hitler nie rozumiał znaczenia całej sprawy i przestał ją wspierać w 1942 roku. Później nie było już prawie żadnego wsparcia finansowego, zwłaszcza w porównaniu z Projektem Manhattan.
Zatrudniał on 500 000 osób, około jednego procenta wszystkich amerykańskich pracowników i kosztował rząd około dwóch miliardów dolarów. Dziś byłaby to równowartość 24 miliardów dolarów. Dla porównania, niemieckie „Stowarzyszenie Uranowe” i jego kolejne projekty zatrudniały mniej niż tysiąc naukowców z budżetem ośmiu milionów marek Rzeszy, co dziś stanowiłoby około 24 milionów dolarów amerykańskich.
Budować reaktory zamiast bomb!
Nagrania z Farm Hall wyjaśniają inny powód niemieckiej porażki. Sami naukowcy byli przeciwni bombie atomowej z powodów moralnych i potajemnie sabotowali jej rozwój.
Fizyk i późniejszy badacz pokoju Carl Friedrich von Weizsaecker powiedział: – Myślę, że nie odnieśliśmy sukcesu, ponieważ wszyscy fizycy zasadniczo nie chcieli, aby to się udało. Gdybyśmy wszyscy chcieli, aby Niemcy wygrały wojnę, moglibyśmy odnieść sukces.
Werner Heisenberg powiedział, że w dniu zrzucenia pierwszej bomby atomowej był przekonany do stworzenia maszyny uranowej, czyli reaktora przydatnego do budowy bomby, „ale nigdy nie myślałem, że stworzymy bombę. W głębi serca byłem naprawdę zadowolony, że będzie to maszyna, a nie bomba”.
Niemieccy naukowcy przetrzymywani w Farm Hall mieli nadzieję, że historia pokaże, że to USA i Brytyjczycy zbudowali bombę, a Niemcy – maszynę.
REDAKCJA POLECA
Finał koncertu Big Cyc na festiwal w Poznaniu. I w pewnym momencie…
Finał koncertu Big Cyc na Rockowizna Festiwal w Poznaniu. Było gorąco na scenie i pod sceną. Śmiech wrogom ojczyzny! Fantastyczne przyjęcie i doping.
I w pewnym momencie publiczność zaczęła spontanicznie krzyczeć znaną, ludową przyśpiewkę…
Krzysztof Skiba
Aplikacje randkowe. Przekleństwo albo dobrodziejstwo?

Ines Eisele
Randkowanie online znacznie się zmieniło od wprowadzenia na rynek jedenaście lat temu Tindera. Teraz jest powszechne.

Bale debiutantek, spotkania zorganizowane przez rodzinę, ogłoszenia w gazetach, randki w ciemno. Od zawsze ludzie próbowali „odrobinę dopomóc szczęściu” w poszukiwaniu partnera. Jednak internet, a zwłaszcza smartfony zrewolucjonizowały sposób, w jaki szukamy kontaktów seksualnych i romantycznych.
Według berlińskiej psycholożki Pii Kabitzsch randkowanie online jest dziś w wielu krajach nieodłączną częścią życia, zwłaszcza dla młodszego pokolenia.
– Badanie przeprowadzone w 2023 roku wykazało, że 77 procent osób w wieku 16-29 lat i 66 procent osób w wieku 30-49 miało już randki online. Ponadto większość par poznaje się obecnie właśnie online – mówi ekspertka.
Podobnie jak 31-letnia Brazylijka Giovana Idalgo Zanforlin i jej partnerka Juliana.
– Randkowanie online jest często powierzchowne, ale jest też dość wygodne. Nie trzeba nigdzie iść, żeby poznać kogoś. I od razu wiadomo, jaką orientację seksualną ma druga osoba – opowiada Idalgo Zanforlin.
Decyduje algorytm
Randkowanie online na popularnych platformach, takich jak Tinder, Bumble czy Grindr, zazwyczaj działa w następujący sposób: użytkownicy tworzą profil ze zdjęciami i kilkoma informacjami o sobie oraz o tym, czego szukają. Następnie algorytm dopasowuje ich na podstawie takich czynników jak miejsce zamieszkania, preferencje i zainteresowania.
W 2012 roku dzięki takiej formie randkowania online szczególnie znaną na arenie międzynarodowej stała się aplikacja Tinder. Profile, które aplikacja prezentuje użytkownikom, można przesuwać w lewo (jeśli osoba nie jest zainteresowana) lub w prawo (jeśli osoba się podoba). Jeśli obie osoby przesunęły się nawzajem w prawo (czyli są zainteresowane sobą), przypasowuje się je sobie i mogą rozpocząć rozmowę.
Użytkownicy przeglądają więc wcześniej wyselekcjonowaną grupę innych użytkowników i zazwyczaj w ciągu kilku sekund decydują, czy uważają ich za atrakcyjnych. Jednak często dopasowanie w rzeczywistości nie oznacza, że faktycznie nawiążą kontakt albo że nie skończy się on na wymianie kilku zdań.
Kilka lat temu wiadomo było, że Tinder stosuje wobec użytkowników wewnętrzny ranking popularności (elo-score), co wywołuje oburzenie wielu z nich. Wynik na rankingu ocenia, jak dobrze użytkownicy są akceptowani przez innych – czyli w pewnym sensie ocenia ich atrakcyjność – i ma na celu „udoskonalenie algorytmu”.
Sprzedaż siebie samego jak na targu
Alfonso Rosales Garcia, który dwa lata temu przeprowadził się z Hiszpanii do Berlina i korzystaja z aplikacji randkowej Hinge, krytykuje ich powierzchowny charakter.
– To dziwne, czasami czujesz się jakbyś musiał sam siebie sprzedać w jakimś sklepie – mówi 29-letni fizjoterapeuta. Jednocześnie zwraca uwagę na paradoks aplikacji randkowych, które szybko tracą swoich użytkowników, jeśli zbyt dobrze działają. Co zrozumiałe. – Dostawcy usług chcą zarabiać na życiu randkowym ludzi. Gdyby było inaczej, nie oferowaliby za pieniądze na przykład możliwości zobaczenia użytkownika – tłumaczy Hiszpan.
Podobnie jak Alfonso, także wielu innych użytkowników jest sfrustrowanych niektórymi aspektami randkowania w sieci. Tego typu doświadczenia ma również Pia Kabitzsch, autorka bestsellera „It’s a date!”. Jednak uważa ona, że błędem jest szukanie winy tylko w aplikacjach.
– To od użytkowników zależy, co robią z nowymi znajomościami. I to właśnie tutaj często leży przyczyna frustracji. Użytkownicy przewijają profile jak na taśmie fabrycznej, a potem narzekają na zbytnią powierzchowność. Ignorują innych i uważają, że aplikacje randkowe są niezobowiązujące – wskazuje psycholożka.
Ponadto aplikacje randkowe mają także inne ciemne strony. Podobnie jak w przypadku innych platform społecznościowych, takich jak Instagram czy TikTok, istnieje pewien potencjał uzależnienia się. Niektórzy użytkownicy nie mogą przestać przewijać w aplikacjach randkowych, ponieważ wydaje im się, że możliwości są nieskończone. A każde nowe dopasowanie lub nawet tylko perspektywa takiego dopasowania oznacza dla mózgu uwalnianie dopaminy.
Nasilenie problemów psychicznych
Jeśli wybór staje się zbyt duży, może doprowadzić również do wyczerpania oraz przytłoczyć użytkowników. W psychologii mówi się o „efekcie przeciążenia”. Podobnie jak w codziennym życiu w wielkim mieście, gdzie ludzie czasami przestają dostrzegać i doceniać siebie nawzajem, na aplikacjach randkowych maleje uwaga i cierpliwość wobec kolejnych kontaktów.
Kilka badań wskazuje również, że aplikacje randkowe mogą w pewnych przypadkach powodować stres, niezadowolenie, a nawet pogłębiać problemy psychiczne. Na przykład Elias Aboujaoude, profesor psychiatrii na Uniwersytecie Stanforda, przeanalizował zadowolenie użytkowników Tindera na podstawie opinii ponad 1300 respondentów.
W lipcu na blogu medycznym uniwersytetu wyjaśnił:
– Dla osób borykających się z problemami psychicznymi randkowanie online wydaje się niewłaściwym mechanizmem radzenia sobie.
Jako osoba, która przez 15 lat zajmowała się problematycznym korzystaniem z internetu, dostrzegł podobieństwa do innych mediów społecznościowych, które mogą pogłębiać choroby, takie jak depresja, lęki i niskie poczucie własnej wartości.
Aby przeciwdziałać takim negatywnym skutkom, niektórzy dostawcy aplikacji randkowych już wprowadzili środki zaradcze. Na przykład w OKCupid użytkownicy muszą wypełnić dość szczegółowy kwestionariusz, dzięki czemu aplikacja może uwzględnić więcej cech osobowości. W Once zamiast godzin przewijania dostępna jest tylko jedna propozycja dziennie.
Klasa, a nie masa
Również sami użytkownicy mogą zrobić coś, aby uniknąć frustracji i niezdrowego zachowania w korzystaniu z aplikacji randkowych. Psycholożka Kabitzsch zaleca, aby uświadomić sobie, czego dokładnie się szuka i czego chce. Powinno się również poświęcić czas na spokojne przeglądanie innych profili i pamiętać, że za każdym profilem kryje się człowiek. Jeśli sam zostaniesz zignorowany lub otrzymasz tylko kilka polubień, warto sobie uświadomić, że to tylko malutki fragment ciebie, który ujawniłeś w sieci.
Ekspertka zna również uzależniający charakter aplikacji randkowych i przyznaje:
– Nawet raz przegapiłam swój przystanek, bo byłam tak pochłonięta Tinderem.
Dlatego zaleca regularne przerwy w korzystaniu z aplikacji randkowych, zwłaszcza gdy randkowanie online staje się obciążeniem.
Liczne drzwi, które otwiera przed nami randkowanie w sieci, mogą być przytłaczające, zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym tego słowa znaczeniu. Świadome korzystanie z aplikacji może ostatecznie zadecydować, czy przesuwamy się w kierunku znalezienia partnera, czy tylko marnujemy czas.
REDAKCJA POLECA
Aborcja w Polsce. Polki szukają pomocy w Niemczech. CBA wkracza do akcji

Jacek Lepiarz
Do kliniki w Prenzlau zgłasza się co tydzień od 5 do 7 kobiet z Polski, aby poddać się aborcji lub sterylizacji. Polska ginekolożka z tego szpitala twierdzi, że funkcjonariusze CBA usiłowali ją zastraszyć.

Ginekolożka Maria Kubisa pracuje od 30 lat w Niemczech. Obecnie kieruje oddziałem położniczym w klinice w Prenzlau na terenie landu Brandenburgia. Jej szpital oferuje pacjentkom z Polski zabiegi przerywania ciąży i sterylizacji.
W rozmowie z „Die Welt” 58-letnia lekarka powiedziała, że jej zadaniem jest zapewnienie kobietom wolności decydowania o swoim ciele. Misja, która staje się coraz bardziej niebezpieczna, gdyż lekarka znalazła się na celowniku polskich władz – czytamy w relacji opublikowanej w portalu „Die Welt”.
Polki szukają pomocy w Niemczech
Niemiecka gazeta opisuje aktualną sytuację w Polsce, w tym zaostrzenie prawa aborcyjnego i skutki zmiany przepisów dla kobiet. Od lat do Niemiec przyjeżdżają zrozpaczone Polki, aby dokonać zabiegu przerwania ciąży. Autorka materiału Kaja Klapsa przypomniała, że aborcja do 12 tygodnia ciąży nie podlega w Niemczech karze, jeżeli kobieta na co najmniej trzy dni przed zabiegiem skonsultuje swoją decyzję w poradni. Dla Polek zabieg w Prenzlau kosztuje 500 euro.
– Ciężarne kobiety panicznie boją się, że będą musiały urodzić dziecko z ciężkimi uszkodzeniami lub niezdolne do życia – powiedziała Kubisa. Niedawno dokonała sterylizacji 22-letniej studentki, która mimo długiej rozmowy o konsekwencjach, nie chciała zmienić swojej decyzji.
Oprócz pracy w Prenzlau lekarka ma też prywatną praktykę w Szczecinie, gdzie od 1995 roku prowadzi gabinet ginekologiczny. Na początku stycznia rewizję w jej gabinecie przeprowadziło pięciu funkcjonariuszy CBA. Szukali teczki pewnej pacjentki, której lekarka miała rzekomo pomóc przy nielegalnej aborcji.
CBA wkracza do akcji
Kubisa twierdzi, że w swoim szczecińskim gabinecie nie przeprowadza aborcji, a od zaostrzenia prawa w 2020 roku nie opiekuje się ciężarnymi. Funkcjonariuszy nie interesowało to – zaznaczyła.
CBA przeszukało gabinet i skonfiskowało akta pacjentek, notesy, kilka laptopów i komórkę Kubisy. Pomimo upływu pół roku, prokuratura nadal nie wniosła aktu oskarżenia. Sąd w Szczecinie uznał, że konfiskata akt pacjentek była niedopuszczalna, a rewizja nieadekwatna do sytuacji – powiedział adwokat lekarki.
– Chcą mnie zastraszyć i wywrzeć na mnie presję, ponieważ nie podoba się im to, co robię w Niemczech. Chcą mnie wyrzucić z Polski – powiedziała Kubisa. Lekarka ujawniła, że otrzymuje anonimowe pogróżki, a przed jej gabinetem leżą czasami krzyże i różańce. Po zmroku lekarka wychodzi z gabinetu zawsze z ostatnią pacjentką.
– Boję się, że któregoś dnia będzie na mnie czekał ktoś z nożem.
„Ciocia Basia” z Berlina najpopularniejsza
Jak zaznacza „Die Welt”, Kubisa nie jest jedyną lekarką w Niemczech pomagającą Polkom pragnącym przerwać ciążę. Największą popularność zdobyła działająca w Berlinie „Ciocia Basia”, która od ośmiu lat pośredniczy w umawianiu w poradniach i u lekarzy. Dzięki datkom możliwe jest przejęcie części kosztów zabiegu. W ubiegłym roku z jej usług skorzystało 300 kobiet. Epidemia koronawirusa doprowadziła do podwojenia liczby pacjentek z Polski, a zaostrzenia prawa aborcyjnego spowodowało dalszy wzrost zainteresowania usługami „Cioci Basi”.
Kubisa zapowiedziała, że nie ulegnie presji i nie przerwie swojej działalności ani z Prenzlau, ani w Szczecinie. – Nie złamię się. Moje kobiety mnie potrzebują – powiedziała ginekolożka.
Aborcja w Polsce
Polska posiada jedno z najbardziej restrykcyjnych praw aborcyjnych w Europie. Obecnie dopuszczone są tylko dwie sytuacje, w których usunięcie ciąży w Polsce jest możliwe. Gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej i gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego (np. gwałtu czy kazirodztwa).
W październiku 2020 roku Trybunał Konstytucyjny zniósł trzeci warunek, zgodnie z którym ciążę można było przerwać, gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazywały na prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Ten warunek został uznany przez TK za niekonstytucyjny.
REDAKCJA POLECA
Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Ewolucja trendów marketingowych w ciągu dekady
Zeszła dekada to czas wielu zmian w świecie marketingu. Napędzane były one postępem technologicznym i zmianami upodobań konsumentów. Od klasycznych reklam po nowoczesne kampanie online, marketing przeszedł znaczącą ewolucję. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość tej ewolucji stanowią fascynującą opowieść o dostosowywaniu się do nowych wyzwań i możliwości.

Od klasycznych mediów do cyfrowego świata
W ubiegłych latach widać było dominację tradycyjnych mediów, tj. TV, radio i prasa. To one kreowały wizerunki marek i docierały do masowego odbiorcy. Wraz z nadejściem cyfryzacji teraźniejszość przyniosła nam czasy marketingu online, który znacząco zmienił obecne realia. Media społecznościowe, reklamy online i kampanie influencerów stały się ważnymi narzędziami, dającymi szansę na dotarcie do ściśle określonych grup odbiorców oraz budowanie z nimi interakcji i silnego zaufania do marki.
Personalizacja i treści wartościowe
W obecnej formie marketingu wartość treści i ich personalizacja pełnią kluczową rolę w procesie rozwoju własnej marki. Współcześnie klientom zależy głównie na autentyczności i jakości. Specyfika bieżących czasów kreuje nowe standardy, do których marki muszą się dostosować, co robią m.in. poprzez inwestowanie w kreatywne podejście do tworzenia treści, które zarówno reklamują, jak i edukują czy inspirują. W przyszłości ten trend będzie się tylko nasilać, z rosnącym naciskiem na dostarczanie wartości i angażowanie klientów.
Nowe technologie i zrównoważony marketing
Bez wątpienia niedaleka przyszłość przyniesie dalszy i jeszcze bardziej dynamiczny postęp technologiczny. W efekcie wpłynie to na tworzenie nowych sposobów na lepsze i jeszcze bardziej precyzyjne dotarcie do pożądanej grupy odbiorców produktów lub usług. Rozwój AI, rzeczywistości rozszerzonej i innych innowacji otworzy nowe możliwości interakcji i komunikacji z klientami. Warto podkreślić, że konsumentom będzie w coraz większej mierze zależało już nie tylko na samym produkcie, ale i na wartościach i działaniach marek z zakresu CSR. Zatem marki, które podejmą to wyzwanie, będą miały znacznie większą przewagę na rynku w przyszłości.
Owa ewolucja, mająca miejsce w ciągu ubiegłej dekady była swoistym świadectwem adaptacji i innowacji. Od prasy czy radia po dynamiczny świat marketingu online, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość stanowią kontynuację ciągłej modyfikacji pod kątem zmieniających się warunków i potrzeb. Wartościowe treści, interakcje, personalizacja, a także zrównoważone podejście staną się więc jeszcze bardziej istotne w kolejnych latach niż to było do tej pory. Wyzwanie dla firm polega zatem na podejmowaniu mądrych decyzji, które skierują je w stronę sukcesu w tym szybko zmieniającym się otoczeniu marketingowym. W tym celu warto skorzystać z usług firm specjalizujących się w tym zakresie, jak np. https://fabrykamarketingu.pl/kampanie-online/, które kompleksowo zajmą się obsługą twojej spersonalizowanej kampanii reklamowej online.
PiS uderza w antyniemieckie tony w kampanii wyborczej

Katarzyna Domagała-Pereira
Media w Niemczech zwracają uwagę na antyniemieckie wątki w polskiej kampanii wyborczej. Niektóre tyrady przybierają kuriozalne formy – piszą.

Według niemieckiego magazynu 'Stern’, partia PiS obawia się o utrzymanie większości w nadchodzących wyborach i wprowadza antyniemieckie akcenty w kampanii.
„Słuchając polskiego rządu, można często odnieść wrażenie, że kraj jest otoczony przez sąsiadów o złych intencjach, że jest co najmniej nękany (…) z Brukseli i Berlina” – pisze „Stern”. W związku z tym „przedstawiciele UE i Niemiec regularnie słyszą tyrady z Warszawy”, a czasem „przybiera to kuriozalne formy”.
Grzyby plus obcokrajowcy
Jako przykład autor Niels Kruse podaje wypowiedź szefa PiS, Jarosława Kaczyńskiego, który „bez cienia ironii” mówił o prywatyzacji lasów przez Niemcy i zakazie grzybobrania dla Polaków. „To jedno z tych śmiałych twierdzeń, którymi PiS ma nadzieję podburzyć opinię publiczną: nasi zaciekli wrogowie w Brukseli i Berlinie odbiorą nam teraz jedno z naszych narodowych dóbr kultury – zbieranie grzybów” – czytamy.
Autor wyjaśnia, że wiosną Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej ponaglił Warszawę do zmiany niektórych ustaw dotyczących gospodarki leśnej, podając za powód niezgodność z unijną dyrektywą. „Polski rząd, który i tak nie przywiązuje zbyt dużej wagi do stosowania prawa UE, poczuł się po raz kolejny prowadzony za rączkę” – pisze Kruse.
Dodaje, że wielu Polaków poważnie reaguje na połączenie tych dwóch pojęć: grzyby i obcokrajowcy, bo od lat dużo się pisze o „mafii grzybowej” – rzeszach Rumunów zbierających na wielką skalę grzyby w polskich lasach. Dlatego PiS domaga się wprowadzenia limitu grzybów dla obcokrajowców.
Pojedynek z Weberem
Kolejną antyniemiecką odsłoną było – jak czytamy – wezwanie przez premiera Mateusza Morawieckiego niemieckiego polityka i szefa Europejskiej Partii Ludowej (EPL) Manfreda Webera do telewizyjnego pojedynku. Powodem był wywiad udzielony przez Webera, w którym ten określił PiS (podobnie jak niemiecką AfD i Le Pen z Francji) „przeciwnikiem”, zarzucając jej „systematyczne ataki na państwo prawa i wolne media”. „Nadwrażliwa reakcja premiera prawdopodobnie ma związek z faktem, że zwycięstwo jego partii PiS w nadchodzących wyborach nie jest wcale pewne” – stwierdza „Stern”.
„Antyniemieckimi tonami wciąż można zapunktować wśród konserwatywnych Polaków” – czytamy. „Nawet 78 lat po wojnie wielu obawia się niemieckiej dominacji”, a Jarosław Kaczyński „doskonale zna się na grze resentymentami” – pisze autor, przypominając o żądaniach Polski dotyczących reparacji od Niemiec za szkody poniesione podczas drugiej wojny światowej.
Jednak „nawet bez zagranicznej pomocy” PiS potrafi utrudnić sobie życie i kampanię wyborczą – konstatuje „Stern”, wymieniając skandal z ministrem zdrowia Adamem Niedzielskim, który musiał podać się do dymisji po opublikowaniu danych krytykującego jedną z reform lekarza.
Nowy wymiar kampanii wyborczej
Również niemiecka sieć redakcji RND zwraca uwagę na niemieckie wątki w polskiej kampanii wyborczej. Nawiązuje do premiera Mateusza Morawieckiego, który zarzucił Niemcom mieszanie się do kampanii wyborczej i wystosował do Manfreda Webera list otwarty, wzywając go do pojedynku. RND zaznacza, że cała dyskusja o PiS toczy się w czasie, gdy EPL dyskutuje o tym, z którymi partiami chce współpracować po przyszłorocznych wyborach europejskich.
Z kolei dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” („FAZ”) informuje o aferze z Niedzielskim, który „uchodził za silną postać w narodowo-konserwatywnym obozie rządowym”. Jego dymisja „może nadać kampanii wyborczej nowy wymiar: nagle polityka zdrowotna odgrywa ważną rolę” – pisze warszawski korespondent gazety Gerhard Gnauck. „Dla PiS dymisja Niedzielskiego może być również korzystna: objął on urząd w 2020 roku, a zatem odpowiadał za restrykcje związane z koronawirusem. Bez niego PiS ma mniej słabych punktów dla małych skrajnie prawicowych partii”.
Skandal doprowadził jednak do debaty, czy można ufać systemowi opieki zdrowotnej, a zwłaszcza jego cyfrowemu komponentowi – czytamy. Do akcji wkroczył lider opozycji Donald Tusk, który w nagraniu wideo mówi, że ujawnienie danych lekarza jest częścią systemu inwigilacji przez PiS.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: Kaczyński zastał demokrację Wałęsy i Tuska, a zostawi reżim Ruska

Adam Mazguła
Działania Kaczyńskiego budzą skojarzenia z metodami rosyjskiego agenta. Wsparcie biskupów, ogromne kampanie propagandowe za 2,7 miliarda złotych i system bezkarności wydają się oddzielać Polskę od Europy. Pytanie brzmi, czy to dążenie do opuszczenia Unii Europejskiej czy też chęć umocnienia władzy za wszelką cenę.
Kaczyński zachowuje się dokładnie tak, jak powinien ruski agent. Uzbrojony w poparcie biskupów i masową aktywność propagandy za 2,7 mld zł., w bezkarność i reżimowy system ucisku i wyzysku, skłóca całą Europę i Polaków, wyprowadza z Unii Europejskiej, kpi z prawdy, prawa i demokracji.
Jego agresja jest tak jawna, że nawet wzorem Putina PiS wyciąga „armaty” i chce „ognia zaporowego” przeciwko Unii. Atakuje Niemcy, chce od nich reparacji, a właściwie tylko szczuć, jak ruskie orki, atakować wszystko, co da się zburzyć, poniżyć, zamordować, przykryć propagandą i umocnić swoją władzę.
W zasadzie, 74 lata to taki wiek dla mężczyzny, który niesie ze sobą potężne ryzyko zachowania sprawności fizycznej, ale i umysłowej.
Czy zatem mistrz nieustającej inicjatywy w nienawiści i agresji wykolei Polskę?
Dziwi mnie jednak, że jego zwolennicy dalej nie widzą tego oczywistego uzależnienia od wzorców Putina i jego agresywnych metod skuteczności.
Przeciwwagą dla PiS-owskiej ideologii agresji i chamstwa jest solidarność społeczna ludzi przyzwoitych. Kluczem jest prawda, sprawiedliwość i świeżość emocji.
Dlatego w interesie świadomych Polaków jest obrona niezależnych mediów, sądów oraz aktywność młodych, entuzjazm dla zmian i wygrane wybory. Nie ma dzisiaj nic ważniejszego dla Polski.
Adam Mazguła
|
Książka „Adam Mazguła – Żołnierz gorszego sortu” dostępna w systemie sprzedaży internetowej. Książkę można kupić po złożeniu zamówienia TUTAJ >>> |
![]() |
Kaczyński sugeruje, że Bruksela wraz z Niemcami mogą nam odebrać prawo do chodzenia na grzyby. Sprawdzamy, jak jest

DW
Podczas niedzielnego pikniku PiS w Chełmie Jarosław Kaczyński przestrzegał, że przegrana jego partii w wyborach może oznaczać koniec swobodnego chodzenia na grzyby. Stwierdził, że „to, że my możemy sobie spokojnie wejść do lasu, to nie jest tak, że wszędzie tak jest”.— W bardzo wielu krajach te lasy są w prywatnych rękach albo osób fizycznych, jak to się w prawie mówi, albo korporacji i wstęp wzbroniony. Bardzo rzadko można spotkać las, do którego się spokojnie wchodzi — powiedział.
— My tę wolność mamy, chodzimy na grzyby. Ogromna część Polaków chodzi na grzyby. Chodzimy tam, żeby wypocząć, żeby się przejść, w najróżniejszych celach. I to jeszcze raz powtarzam, bo może czasem sobie tego nie uświadamiamy, to część naszej wolności i nie damy sobie tej wolności zabrać — stwierdził Kaczyński.
Czy ja dobrze rozumiem? Kaczyński chce wpisać chodzenie na grzyby do konstytucji, broniąc nas przed PO? 🤡 pic.twitter.com/4Rm5UkpYA6
— Grzegorz Kot (@gfkot) August 6, 2023
„Kaczyński oświadczył, że stawką tych wyborów jest wolność grzybobrania. Trochę dziwnie się czuję, mając takiego rywala…” — skomentował wieczorem Donald Tusk na Twitterze.
Kaczyński oświadczył, że stawką tych wyborów jest wolność grzybobrania. Trochę dziwnie się czuję, mając takiego rywala…
— Donald Tusk (@donaldtusk) August 6, 2023
Zakaz wstępu do lasów? Sprawdzamy, jak jest w Niemczech
Blisko połowa lasów w Niemczech znajduje się w prywatnych rękach. Niemniej jednak, swobodnie można do nich wchodzić i zbierać grzyby.
„Borowiki, maślaki, kurki” – wymienia Johanna Dalchow w rozmowie z Deutsche Welle grzyby, które znalazła podczas ostatniego spaceru. Mieszka w Grosswoltersdorf, niewielkiej wiosce w Brandenburgii.
W odległości 90 km na północ od Berlina, małe osady domów otoczone są przez lasy, rzeki i jeziora. Wystarczy krótki spacer, by zobaczyć grzyby.
Johanna Dalchow jest członkinią Brandenburskiego Stowarzyszenia Mykologicznego. Potrafi rozpoznać dziesiątki rodzajów grzybów i przemierza okoliczne lasy w celu ich poszukiwania. Warto zaznaczyć, że te lasy mają różnych właścicieli, z których część to lasy prywatne. Dalchow jednak podkreśla: „Nie ma to jednak znaczenia, bo można wejść do wszystkich lasów.”
Wolność smakuje jak grzyby
W trakcie niedzielnego wystąpienia w Chełmie, wicepremier Jarosław Kaczyński przestrzegał zgromadzonych przed potencjalną prywatyzacją lasów, jeśli opozycja wygra jesienne wybory do parlamentu.
– To jest nasza własność, a z własnością wiąże się wolność. To, że możemy spokojnie wejść do lasu, to nie jest normą wszędzie. W wielu krajach lasy znajdują się w rękach prywatnych lub w zarządzie korporacji. Spotkanie lasu, do którego można spokojnie wejść, to rzadkość. – powiedział
Dalej dodał bojowo: – My mamy tę wolność. Chodzimy do lasu po grzyby, idziemy odpocząć. To jest część naszej wolności i nie pozwolimy, by była nam zabrana.
Podczas swojego wystąpienia Kaczyński także nawiązał do antyunijnych i antyniemieckich tonów. Ostrzegł przed skupianiem się władzy w Brukseli i zapytał zgromadzonych w Chełmie: – A kto ma tam największy wpływ?” Na co tłumek odpowiedział: – Niemcy!
Las prywatny, czyli otwarty dla wszystkich
Pójdźmy teraz tym tropem rozumowania. Nawet gdyby Niemcy wykorzystali swoje wpływy w unijnych instytucjach, by narzucić kontynentowi własne zasady dotyczące korzystania z lasów, przeciętny spacerowicz, który lubi przechadzać się wśród drzew, nie zauważyłby wielkich zmian.
– Prawo gwarantuje obywatelom wstęp do wszystkich lasów – tłumaczy Juergen Gaulke, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Niemieckich Właścicieli Lasów, w rozmowie z Deutsche Welle.
Około połowa niemieckiego drzewostanu to lasy w rękach prywatnych właścicieli. To imponujący obszar, przekraczający 5 milionów hektarów. Większość właścicieli lasów posiada tylko kilka hektarów. Bez względu na wielkość, nie mają oni prawa ograniczać dostępu do swoich lasów. Czasem postawiony jest jedynie znak informujący o formie własności, ale najczęściej chodzi o uświadomienie mieszkańców, którzy nie zdają sobie sprawy, komu przynależy dany obszar leśny.
Wstęp na tereny leśne może być zabroniony jedynie z powodu prowadzonych prac, takich jak wyrąb czy sadzenie nowych drzew.
Grzybiarzu, zachowaj umiar
Czy las jest prywatny, czy publiczny, nie ma znaczenia dla grzybiarzy. W Niemczech można zbierać runo leśne, w tym grzyby, niezależnie od formy własności. Polacy jednak powinni być świadomi przepisów obowiązujących za Odrą. – Można zbierać tylko na własny użytek – podkreśla Johanna Dalchow. Co to oznacza? – Z pewnością nie można zebrać dużych ilości. Zazwyczaj jedna osoba może zebrać do kilograma grzybów.
Niemiecka policja zazwyczaj interpretuje przepisy w ten sposób. W przypadku opisanym przez niemieckie media, pewien Szwajcar został przyłapany przez niemiecką policję z trzema kilogramami grzybów i musiał zapłacić karę w wysokości 200 euro. Innym razem policja z Badenii-Wirtembergii znalazła w bagażniku samochodu pary seniorów 19 kg borowików. Tym razem kara była znacznie surowsza – za próbę nielegalnego zebra
thefad.pl / Źródło: DW, Łukasz Gajewski
REDAKCJA POLECA
Kontrowersje po wypowiedziach Manfreda Webera: Co powiedział o PiS?

Katarzyna Domagała-Pereira
Niemiecki chadek Manfred Weber, polityk bawarskiej CSU i szef Europejskiej Partii Ludowej (EPL), udzielił wywiadu niemieckiej telewizji ZDF, wywołując reakcje głównie w polskich mediach oraz w komentarzach polityków PiS na platformach społecznościowych.

„Niemiecki polityk Manfred Weber mówi otwarcie, że chce zwalczać Prawo i Sprawiedliwość. Niemcy – wspierając swojego pupila Tuska – już otwarcie atakują polski rząd” – napisał na platformie X minister aktywów państwowych Jacek Sasin.
Niemiecki polityk Manfred #Weber mówi otwarcie, że chce zwalczać Prawo i Sprawiedliwość. Niemcy – wspierając swojego pupila Tuska – już otwarcie atakują polski rząd.
— Jacek Sasin (@SasinJacek) August 7, 2023
Niemiec Manfred #Weber na dobre dołączył do koalicji anty-PiS. Wcześniej zmiany władzy w 🇵🇱 chciał białoruski watażka Łukaszenka. Ojcem chrzestnym anty-PiSu jest Putin. Tylko pogratulować Tuskowi jego przyjaciół.
— Jacek Sasin (@SasinJacek) August 8, 2023
Europosłanka i była premier Polski Beata Szydło napisała: „Manfred Weber, niemiecki szef frakcji politycznej Donalda Tuska, oficjalnie ogłosił, że rząd Polski jest ‘wrogiem’, który będzie ‘zwalczany’. Wypowiedź Webera to – nawet jak na Niemca – skrajny przykład bezczelności. A także złamanie wszelkich zasad obowiązujących w europejskiej polityce”.
Manfred Weber, niemiecki szef frakcji politycznej Donalda Tuska, oficjalnie ogłosił, że rząd Polski jest „wrogiem”, który będzie „zwalczany”. Wypowiedź Webera to – nawet jak na Niemca – skrajny przykład bezczelności. A także złamanie wszelkich zasad obowiązujących w europejskiej…
— Beata Szydło (@BeataSzydlo) August 7, 2023
Morawiecki wzywa Webera do debaty
W reakcji na słowa Manfreda Webera Mateusz Morawiecki opublikował w mediach społecznościowych nagranie. – Miarka się przebrała. Jako premier polskiego rządu, który reprezentuje większość sejmową wybraną w demokratycznych wyborach, nie pozwolę, by wybory Polaków były tak szkalowane – powiedział Morawiecki.
Miarka się przebrała. @ManfredWeber, który na co dzień posługuje się @donaldtusk jako swoim pomocnikiem w Polsce, znów zaatakował. Wzywam na debatę. Jeszcze dziś wyślę szczegóły. #TuskPomocnikWebera pic.twitter.com/DbhbeLSZDy
— Mateusz Morawiecki (@MorawieckiM) August 8, 2023
Wyraźnie słychać, że Weber powiedział o PiS-ie "przeciwnik" (Gegner), a nie "wróg" (Feind). Kto jest autorem tego fałszerstwa? https://t.co/rWgoSdu9D7
— Stanisław Żerko (@StZerko) August 7, 2023
Weber skrytykował AfD
Niemieckie media odnotowały wypowiedź Webera, który w trwającym pięć i pół minuty wywiadzie odnosił się przede wszystkim do europejskiego programu niemieckiej partii prawicowo-populistycznej Alternatywa dla Niemiec (AfD).
Weber, pytany o to, czy niedługo już AfD może należeć do EPL, powiedział, że uchwały i lista kandydatów tej partii są „wypowiedzeniem wojny” Unii i EPL. Jest to „sprzeczne ze wszystkim, o co walczyły poprzednie pokolenia” – podkreślił.
– Unia Europejska jest najlepszą Europą, jaką kiedykolwiek mieliśmy – powiedział polityk, dodając, że jego partia „zrobi wszystko, aby utrzymać AfD w ryzach”. Weber przyznał, że UE potrzebuje reform, ale każdy, kto prześledzi historię AfD wie, że chodzi o zupełnie inną Europę – nacjonalistyczną.
Współpraca z Meloni
Szef EPL odniósł się także do ewentualnej współpracy swojego ugrupowania z postfaszystowską premier Włoch Giorgią Meloni i jej ugrupowaniem Bracia Włosi. Na razie nie jest to przedmiotem obrad – odpowiedział Weber, dodając, że Meloni i jej partia „muszą najpierw udowodnić, że popierają tę Europę”.
– Jeśli, ktoś spojrzy na dzisiejsze działanie rządu i zwróci uwagę, jak Giorgia Meloni jest teraz akceptowana i szanowana na poziomie międzynarodowym, zauważy, że chce ona podążać w kierunku środka – powiedział Weber.
Zaznaczył, że Meloni poparła we włoskim parlamencie pakt migracyjny i traktat lizboński.
– Myślę, że popełnilibyśmy duży błąd, gdybyśmy postawili AfD i Giorgię Meloni na tym samym poziomie – stwierdził.
PiS – politycznym „przeciwnikiem”
Pytany pod koniec wywiadu o odgradzanie się EPL od ugrupowań po prawej stronie sceny politycznej Weber powiedział, że jego partia w trzech punktach zdefiniowała „zaporę ogniową” dla Europy. Każda partia, każdy partner, z którym europejscy chrześcijańscy demokraci współpracują, „musi być za Ukrainą”, „musi chcieć kształtować Europę, a nie ją likwidować, jak tego właściwie chce AfD”.
Jako trzecie kryterium Weber wymienił „akceptację praworządności”.
– To zapora ogniowa przeciwko przedstawicielom PiS w Polsce, którzy systematycznie atakują państwo prawa i wolne media. Każda partia, która te trzy pryncypia akceptuje, może być demokratycznym partnerem EPL – podkreślił. – I wszyscy inni, którzy tego nie przestrzegają, jak niemiecka AfD, Le Pen we Francji czy PiS w Polsce, są dla nas przeciwnikami i będą przez nas zwalczani.
Wymieniając te ugrupowania, Weber odnosił się do „politycznej konkurencji” i użył słowa „przeciwnik” (niem. Gegner).
Wywiad dla ZDF był kolejnym, w którym Manfred Weber odniósł się do współpracy swojej europejskiej rodziny partii z prawicowymi partiami. Już pod koniec czerwca w wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung” mówił, że EPL buduje „zaporę ogniową przeciwko PiS”.
– Jesteśmy jedyną siłą, która może zastąpić PiS w Polsce i poprowadzić ten kraj z powrotem do Europy – powiedział.
thefad.pl
REDAKCJA POLECA


