Adam Bodnar: Zdumiewają mnie dyskusje o referendum, by dowieść, że „zła Unia Europejska” chce Polsce coś narzucić

Aureliusz M. Pędziwol
– Nie można być w Unii Europejskiej, a jednocześnie wypisać się z jej wartości – mówi Adam Bodnar w rozmowie z DW. TSUE jest dla niego „latarnią, która oświetla drogę i dodaje sił w walce o ochronę praw człowieka”.

DW: „Niebezpieczeństwo czyha za rogiem”. Co Pan na to?
Adam Bodnar: – Zależy, jakie niebezpieczeństwo.
Myślę o niedawnym wideo Donalda Tuska.
– Aaa, ten film! Bardzo trudny do oceny. Pytanie, w jakim stopniu jest to strategia reagowania na wcześniejszy klip Morawieckiego i debatę wokół referendum.
Polacy muszą odzyskać kontrolę nad swoim państwem i jego granicami! pic.twitter.com/Ak0m3OSNoG
— Donald Tusk (@donaldtusk) July 2, 2023
Musimy oddzielać emocjonalne wypowiedzi z kampanii wyborczej od potrzeby porządnej debaty o migracjach. Przestaliśmy być państwem tylko tranzytowym, a staliśmy się docelowym. Migranci przyjeżdżają legalnie do Polski, ale też próbują przedostać się przez granicę z Białorusią, co stwarza dodatkowe problemy z punktu widzenia praw człowieka. Alaksandr Łukaszenka wykorzystuje również sytuację przygraniczną do działań zaczepnych. Potrzebujemy całościowego programu migracyjnego, którego rząd PiS-u go nie ma.
A zatem nie jest to jedynie problem wyborczy?
– Oczywiście. Polska znajduje się w szczególnym położeniu geopolitycznym. Poza tym stała się bogatsza. A szlaki migracyjne wyglądają dziś inaczej niż w 2015 roku. Główny szlak, który wiódł przez Bałkany, dziś jest trudny do pokonania. Dlatego ci ludzie starają się dostać do nas przez Białoruś, a także przez Ukrainę. Do tego musimy dodać kontekst wojny, wskutek której w Polsce zostało 1,2 miliona ukraińskich uchodźców. Dołączyli do miliona Ukraińców żyjących tu już wcześniej.
Nawarstwia się więc wiele różnych procesów, które wymagają odpowiedzialnego, dojrzałego podejścia. To jest potężny problem, który będzie towarzyszył Polsce nie tylko do najbliższych wyborów, ale i przez kolejne dziesięciolecia.
Czy Polska powinna zaakceptować to unijne rozwiązanie, które odrzuciła wraz z Węgrami?
– Powinna. Ale uznaję argument, że mając tylu ukraińskich uchodźców, jesteśmy w zupełnie innej sytuacji, zarówno w kontekście świadczeń społecznych, jak i dostępu do służby zdrowia, czy edukacji. Stąd pytanie, dlaczego Polska ma uczestniczyć w relokacji innych uchodźców.
Podobno uwzględnienie tego jest tam zagwarantowane.
– Też mam takie wrażenie i zdumiewają mnie dyskusje o referendum, które wyglądają jak szukanie pretekstu, by je zorganizować. Właśnie dlatego Kaczyński mówi o „przymusowej relokacji”, by dowieść, że ta „zła Unia Europejska” chce Polsce coś narzucić. Podobnie jak w 2015 roku.
Unia jest zła, jeszcze gorsze są Niemcy. Nie obawia się Pan, że ten problem ze wschodniej granicy zostanie przeniesiony na zachodnią i że tam też powstanie coś w rodzaju muru? W Niemczech coraz głośniej słychać apele o wprowadzenie kontroli granicznych.
– I to byłoby straszne, bo oznaczałoby przekreślenie dotychczasowych osiągnięć integracji europejskiej. Fakt, że w Kołbaskowie można przyjechać przez granicę bez zatrzymywania się czy że Zgorzelec jest praktycznie połączony z Goerlitz, a Słubice z Frankfurtem nad Odrą, to są gigantyczne zdobycze cywilizacyjne. Musimy więc absolutnie sprzeciwiać się murom, czy choćby nawet kontrolom granicznym wewnątrz Unii. Kontrole były krótko podczas pandemii, ale szczęśliwie z nich zrezygnowaliśmy. Dlatego powinniśmy dbać wspólnie o zewnętrzne granice Unii, żeby nie było tego typu potrzeby na jej granicach wewnętrznych.
A co znaczy to dbanie o granice zewnętrzne?
– Ścisłą kontrolę, współpracę z agencją Frontex. Ale w żadnym wypadku nie może to polegać na niedopuszczalnych praktykach, sprzecznych z prawami człowieka.
Na push backach?
– Na push backach, czyli wywózkach. Każdy, kto składa wniosek o azyl, ma prawo do jego rozpatrzenia. I to indywidualnie, a nie grupowo.
A zanim to się stanie, ma prawo pozostać w Polsce?
– Tak. To jednak wymaga przyspieszenia procedur. Jednocześnie konieczne jest likwidowanie problemu w zarzewiu, czyli walka z przemytnikami.
To realne?
– Nie wiem, czy można całkowicie zlikwidować ten problem. Ale trzeba wykorzystać wszystkie narzędzia prawne, aby go ograniczyć, a przemytnikom utrudnić proceder.
Nawet Niemcy mają z tym problem.
– Tak, mają. Ale nikt nie wymyślił niczego lepszego, żeby zapewnić ochronę granic, a jednocześnie zagwarantować przestrzeganie praw człowieka. To zawsze będzie gonieniem króliczka. Ale to nie znaczy, że nie należy w tym kierunku podążać.
Cofnijmy się do lat, gdy był Pan rzecznikiem praw obywatelskich. Czy dowiedział się Pan czegoś nowego w tej funkcji? Bo to nie było pole Panu nieznane. Prawami człowieka zajmował się Pan już przedtem.
– Ale to były inne czasy. Wtedy dążyliśmy do pogłębiania praworządności i rozwoju standardów demokratycznych, staraliśmy się o korygowanie różnych błędów.
Mówi Pan o czasie…
– …do 2015 roku, kiedy zajmowałem się prawami człowieka w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Wtedy oczywiście też były różne nadużycia. Ale gdy miałem problem z przemocą policji, to mogłem się spotkać z jej komendantem głównym, mogłem przeprowadzić szkolenia dla policji.
2015 był rokiem przełomu. Po objęciu rządów PiS przejął niektóre instytucje do realizacji swoich celów politycznych. Dla mnie jako rzecznika praw obywatelskich dużym wyzwaniem było radzenie sobie w sytuacji, kiedy nie miałem naturalnych sojuszników, na placu boju byłem sam i musiałem wspierać choćby tych, którzy bronili niezależności sądownictwa.
Nauczył się Pan czegoś przez tych sześć lat?
– Cierpliwości. Przekonałem się, że konsekwentne stawianie argumentów opartych na konstytucji, umowach międzynarodowych, prawie unijnym przynosi rezultat. Czasem opóźniony, czasem niewystarczający, ale pokazujący, że nie można być w Unii Europejskiej, a jednocześnie wypisać się z jej wartości. Że państwo uważające się za cywilizowane nie może nie respektować swoich podstawowych zobowiązań międzynarodowych.
Mogę prosić o przykład, kiedy cierpliwość przyniosła efekty?
– Najważniejsza jest oczywiście praworządność. Był taki czas, kiedy szereg sędziów w Polsce było zawieszonych. Wszyscy już wrócili do orzekania. Najpierw orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE), a następnie presja finansowa Komisji Europejskiej doprowadziły do tego, że władza się wycofała.
Ale to było działanie zewnętrzne, choć ze strony klubu, do którego Polska sama się zapisała.
– I to właśnie mam na myśli. Dzięki temu, że należymy do Unii, gdy zaczął się kryzys polskiego Trybunału Konstytucyjnego, naszym quasi sądem konstytucyjnym stał się TSUE. I to nie tylko w kwestiach zmian w wymiarze sprawiedliwości, ale i w sprawach środowiska czy kredytów frankowych. TSUE jest latarnią, która oświetla drogę i pozwala mieć siłę i odwagę w walce o ochronę praw człowieka.
Podam też przykład lokalny, z którego osobiście jestem bardzo dumny. Chodzi o przyjmowane przez różne samorządy rezolucje przeciwko ideologii LGBT.
O strefach wolnych od LGBT?
– Tak się mówi, ale żadnych stref nie było, tylko uchwały, w których samorządy sprzeciwiały się „szerzeniu i promowaniu ideologii LGBT”. To się udało zahamować dzięki aktywności społeczeństwa obywatelskiego i dzięki zaskarżaniu tych uchwał do sądów administracyjnych. A to było akurat moje dzieło, bo w takich sprawach sądy orzekają na wniosek rzecznika praw obywatelskich.
W końcu wspomogła nas też Unia Europejska, która zaczęła wysyłać sygnały w rodzaju: „Droga gmino, chcesz mieć basen, super! Ale nie możemy niestety wspierać finansowo gmin, które przyjmują rezolucje przeciwko ideologii LGBT”. To wszystko razem zadziałało. Cierpliwość przyniosła rezultaty.
Współpracował Pan z rzecznikami praw obywatelskich z innych państw?
– Z Anną Szabatową z Czech, z Reinierem van Zutphenem z Holandii, z rzecznikiem Flandrii. Nie z Niemcami, bo tam, co ciekawe, nie ma rzecznika praw obywatelskich, przynajmniej jak dotąd. Jednak całkiem niedawno odwiedziła mnie delegacja Komisji Petycji Bundestagu na czele z posłem Axelem Echeverrią z SPD na czele. Przyjechali, bo debatują, czy taka instytucja jest w Niemczech potrzebna i jak bardzo mogłyby się jej przydać polskie doświadczenia.
Jednak najważniejsze były dla mnie takie organizacje, jak Międzynarodowy Instytut Ombudsmański (IOI), które okazywały mi wsparcie w chwilach zagrożenia. To dzięki nim mogłem dotrwać do końca kadencji, bo stale wysyłały sygnały, że w demokratycznym państwie niezależność urzędu rzczecznika praw obywatelskich jest bardzo ważna.
A czy Pan skorzystał na przykład z doświadczeń Anny Szabatovej?
– Skorzystałem w tym sensie, że Anna Szabatová zainicjowała w 2017 roku list protestujący przeciwko zmianom w polskim wymiarze sprawiedliwości. Oprócz niej podpisali go prezesi trzech najważniejszych sądów. A był napisany mniej więcej w takim duchu: „Drodzy koledzy, jesteśmy przyjaciółmi, razem przechodziliśmy te same zmiany demokratyczne w 89 roku. Niepokoi nas, że u was dzieją się takie złe rzeczy”. To było ważne. Mieliśmy wsparcie z Holandii, Niemiec, Norwegii czy Szwecji, ale z naszego regionu był to jedyny taki głos.
Jeszcze przed tym listem prezes czeskiego Sądu Konstytucyjnego Pavel Rychetský powiedział mi, że zmiany w Polsce są „alarmujące i wstrząsające”.
– To pokazuje, że skoro naszym sąsiadom udało się przejść przez transformację i stać się demokratycznym państwem, to Polska też może. Że nie jesteśmy dotknięci żadną środkowoeuropejską zarazą. Rumunia, Słowacja i Czechy potrafiły przezwyciężyć wiele traum, republiki bałtyckie pięknie się rozwijają. Prezydent Łotwy Edgars Rinkēvičs już w 2014 roku dokonał coming outu, co też jest na swój sposób rewolucyjne. Polska i Węgry zaś znajdują się w bardzo szczególnym momencie. To dobrze, że inne państwa regionu też się o nas upominają.
Jak to jest ze Słowacją, przekonamy się wkrótce, po wyborach.
– Prezydentka Zuzana Czaputová potrafiła się oprzeć nieliberalnym tendencjom.
Czy ma Pan jakichś ludzi, którzy są dla Pana wzorem?
– Tak, Mariana Turskiego, który też jest tu gościem, na „Górach Literatury”. Blisko współpracuję z profesorem Mirosławem Wyrzykowskim, moim mistrzem uniwersyteckim.
Ale widzę też, jak wiele ważnych spraw dzieje się w terenie. Myślę o ludziach, którzy nie są powszechnie znani, ale swoją determinacją pokazują, jak walczyć o prawa człowieka. Choćby adwokatka Karolina Gierdal, która stworzyła sieć pomocy dla zatrzymywanych podczas demonstracji. Albo fantastyczna aktywistka klimatyczna Dominika Lasota, czy Jakub Kocjan z Akcji Demokracji. I ci, którzy pomagają na granicy polsko-białoruskiej. Nie wiem, czy też potrafiłbym działać tak intensywnie, jak oni to robią.
A jakieś wielkie nazwiska?
– Absolutnie największym autorytetem był dla mnie Karol Modzelewski. Uwielbiam też takich, których nie tylko mogłem czytać, ale i dotknąć. Taką osobą był Thomas Buergenthal, który przeszedł przez getto w Kielcach i obóz koncentracyjny w Auschwitz, przeżył marsz śmierci do obozu Sachsenhausen, gdzie został uwolniony. Po wojnie matka odnalazła go w Otwocku, potem wyjechali do Getyngi. W ’51 roku przeniósł się do USA i tam całe życie poświęcił budowaniu nowoczesnego systemu ochrony praw człowieka. Był współtwórcą, sędzią i prezesem Międzyamerykańskiego Trybunału Praw Człowieka w Kostaryce, członkiem Komitetu Praw Człowieka Narodów Zjednoczonych, sędzią Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Tacy ludzie, którzy własne doświadczenie życiowe przekuły na konkretne działania, ogromnie mi imponują.
Adam Bodnar
Urodzony w 1977 roku, prawnik. W latach 2015-21 był rzecznikiem praw obywatelskich RP. Przedtem przez jedenaście lat pracował w Fundacji Helsińskiej Praw Człowieka. Od 2021 roku jest profesorem Uniwersytetu SWPS w Warszawie oraz dziekanem Wydziału Prawa tej uczelni. Od niedawna jest jednym z jedenastu członków rady naukowej Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej. W nadchodzących wyborach parlamentarnych zamierza kandydować do Senatu RP
Rozmowa była przeprowadzona 9 lipca 2023 roku na zamku Sarny w Ścinawce Górnej na ziemi kłodzkiej, podczas festiwalu Olgi Tokarczuk „Góry Literatury”
REDAKCJA POLECA
Antyniemiecka propaganda rodem z XIX wieku
Obserwując sytuację w Polsce, niemiecka prasa przykłada uwagę do zjawiska antyniemieckiej propagandy. W ostatnich dniach, media skupiły się na kontrowersyjnych wypowiedziach Sławomira Mentzena oraz atakach polityków PiS na Donalda Tuska.

W artykule opublikowanym w „Berliner Zeitung”, Klaus Bachmann zwraca uwagę na kampanię propagandową w rządowych mediach, która ma na celu uzasadnienie polskich roszczeń reparacyjnych wobec Niemiec. Jednakże podobny cel próbuje osiągnąć także akcja plakatowa w miejscach publicznych, wykorzystująca kontrowersyjne symbole nazistowskie.
Autor, Klaus Bachmann, opisuje Polskę, w której obecnie mieszka, jako obojętną na te działania propagandowe. Jego zdaniem, polityka prowadzona przez PiS opiera się na przestarzałych metodach, które nie znajdują uznania w społeczeństwie. Wydaje mu się to tym bardziej niezrozumiałe, że tylko niewielki odsetek Polaków uczy się języka niemieckiego.
Bachmann sugeruje, że polityka Zjednoczonej Prawicy miała wręcz przeciwny skutek niż zamierzony. W ciągu ostatnich ośmiu lat, rząd polski pod przywództwem Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego stał się coraz bardziej nacjonalistyczny, krytyczny wobec Unii Europejskiej i Niemiec, oraz przejawiał postawy nietolerancyjne wobec kobiet, mniejszości i środowiska naturalnego. Jednocześnie polskie społeczeństwo stawało się bardziej kosmopolityczne, tolerancyjne, proeuropejskie i bardziej świadome problemów związanych ze zmianami klimatu.
Autor kontynuuje, wyjaśniając, że politycy PiS często dystansują się od antyniemieckiej propagandy w rozmowach z niemieckimi dyplomatami i dziennikarzami. Uważa to za obłudę ze strony partii, która obawia się donosów na jej szefa, Jarosława Kaczyńskiego. Bachmann podkreśla brak obcojęzycznej wiedzy Kaczyńskiego i sugeruje, że osoba ta nie powinna pouczać niemieckich polityków na temat niemieckiej historii czy ich rzekomych zamiarów.

Autor zadaje pytanie, dlaczego coraz bardziej tolerancyjni Polacy pozwalają, aby krajem rządziła coraz bardziej nietolerancyjna partia. Jego zdaniem, jednym z powodów jest niska frekwencja wyborcza. Wielu obywateli, którzy w sondażach wyrażają poparcie dla liberalizacji prawa aborcyjnego, akceptacji uchodźców czy małżeństw homoseksualnych, nie uczestniczy w wyborach.
thefad.pl / źródło: DW.de
Orban przewiduje upadek USA i Europy. Węgry zostały „wskrzeszone” pod jego przywództwem.
W swoim tradycyjnym przemówieniu w rumuńskim uzdrowisku Băile Tușnad premier Węgier Viktor Orban przewiduje upadek USA i Europy. Za to Węgry, jak twierdzi, zostały „wskrzeszone” pod jego przywództwem.

Południowo-wschodni Siedmiogród to idylliczny region. Nie ma tu prawie żadnego przemysłu, jest za to dużo nieskażonej przyrody. Na wsi, jak się wydaje, czas się zatrzymał, a tamtejsze życie wygląda jak w skansenie. Tutaj, na Seklerszczyźnie, żyje największa część mniejszości węgierskiej w Rumunii, około 600 000 osób. Dla Węgrów obszar ten ma mityczne znaczenie, ponieważ Węgrzy z Seklerlszczyzny mówią osobliwym węgierskim i są uważani za dumnych, kochających wolność i niezwykle świadomych tradycji ludzi.
W górskim kurorcie Băile Tușnad (najmniejsze miasto Rumunii) partia Fidesz premiera Węgier Viktora Orbana od ponad 30 lat, co roku w lipcu, bezpłatnie organizuje tak zwany letni uniwersytet. Przez długi czas było to forum dialogu rumuńsko-węgierskiego; dialogu między politykami z dwóch narodów, które historycznie były sobie tak wrogie, jak kiedyś Niemcy i Francja. Jednak w ostatniej dekadzie Letni Uniwersytet w Băile Tușnad trafił na pierwsze strony gazet głównie dlatego, że Viktor Orban regularnie dawał się ponieść krasomówstwu.
Słaby Zachód, silne Węgry
Premier Węgier wygłasza tutaj swoje doroczne najważniejsze przemówienie – poza Węgrami, ale na obszarze, który do 1918 roku należał do węgierskiej części monarchii austro-węgierskiej. W 2014 roku Viktor Orban po raz pierwszy zaprezentował w Băile Tușnad swoją koncepcję „państwa nieliberalnego”, a w ubiegłym roku mówił o tym, że Węgrzy nie chcą stać się „rasą mieszaną”.
Ogólnie rzecz biorąc, Viktor Orban zawsze przedstawia się w Băile Tușnad zarówno jako prorok zagłady, jak i zbawiciel. Maluje obraz słabego, zdegenerowanego Zachodu, któremu przeciwstawia silne chrześcijańsko-narodowe Węgry pod swoim kierownictwem. Przy okazji węgierski premier lubi uderzać w polemicznie wrogie tony wobec Rumunii; w taki sposób, jakby Siedmiogród nadal był częścią Węgier, a on, Orban, panem tego kraju.
Początek pięknej przyjaźni?
W tym roku jednak doszło do pewnej niespodzianki. Po raz pierwszy od wielu lat Orban udał się do Bukaresztu na krótko przed swoim przemówieniem w Băile Tușnad i spotkał się z obecnym premierem Rumunii Marcelem Ciolacu. Partia Socjaldemokratyczna Ciolacu jest ideologicznie bardzo bliska prawicowo-nacjonalistycznemu Fideszowi Orbana.
Podczas prywatnego lanczu Ciolacu i Orban nakreślili ambitny projekt szybkiej linii kolejowej między Budapesztem a Bukaresztem, a premier Węgier opowiedział się także za rumuńskimi inwestycjami w swoim kraju. Po spotkaniu Orban napisał na Facebooku: „To początek pięknej przyjaźni”.
Ale każdy, kto spodziewał się, że premier Węgier przyjmie umiarkowany ton w Băile Tușnad, czy to wobec Rumunii, czy nawet wobec Europy, był rozczarowany. Przemówienie Orbana było sarkastyczną, momentami złośliwą polemiką skierowaną przeciwko Zachodowi, USA i UE. Zachodnie wartości, według Orbana, to „migracja, LGBTQ i wojna”.
USA straciły swoje czołowe miejsce na świecie na rzecz Chin, dlatego są niebezpieczne i mogą pogrążyć cały świat w wojnie. UE chce zrealizować projekt „wymiany ludności” poprzez migrantów i dąży do podważenia tradycyjnych chrześcijańskich fundamentów Europy poprzez „ideologię LGBTQ”.
Oświecenie zawiodło
Viktor Orban podsumował wielki europejski projekt Oświecenia jako porażkę. – Ponad 200 lat temu lewicowi internacjonaliści, liberalni intelektualiści oraz przywódcy polityczni myśleli, że odrzucając religię i chrześcijaństwo doprowadzą do powstania idealnego, oświeconego społeczeństwa – mówił. – To była czysta iluzja. Odrzucając chrześcijaństwo, w rzeczywistości staliśmy się hedonistycznymi poganami.
– Węgry są jedynym krajem w Europie, który wyciągnął z tego właściwe wnioski – stwierdził Orban – ponieważ mają jedyną konstytucję w Europie, która nie koncentruje się na „ja”, ale na „my”. Nowa konstytucja Węgier została ogłoszona w Wielkanoc 2011 roku. Była to z jego strony aluzja do Święta Zmartwychwstania Pańskiego i zwycięstwa życia nad śmiercią.
„Siedmiogród nie jest terytorium rumuńskim”
I wreszcie Orban natychmiast zniszczył, zanim ta się jeszcze rozpoczęła, ową „piękną przyjaźń” z Rumunią. Wyśmiewał swojego odpowiednika Marcela Ciolacu jako „20. rumuńskiego premiera” od chwili objęcia przez niego urzędu premiera Węgier w 2010 roku (co zostało źle policzone, bo Marcel Ciolacu jest 18. premierem Rumunii). Kpił też z noty dyplomatycznej, którą otrzymał od rumuńskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w której poproszono go, aby nie mówił o pewnych sprawach, które były „wrażliwe dla Rumunii”.
Viktor Orban wspomniał, między innymi, że nie powinien mówić o „nieistniejących rumuńskich terytoriach administracyjnych”, co było aluzją do żądań autonomii dla Węgrów na Seklerszczyźnie. – Nigdy nie twierdziliśmy, że Siedmiogród i Seklerszczyzna są rumuńskimi jednostkami terytorialnymi – polemizował Orban. Był to ten moment w jego przemówieniu, w którym otrzymał najdłuższe brawa.
W sumie, premier Węgier nie wyraził w swoim przemówieniu wielu nowych myśli i niczego, czego nie powiedziałby już wcześniej w takiej czy innej formie, czasem otwarcie, czasem w sposób zawoalowany. To, co jest jednak nowe i niezwykłe w tegorocznym przemówieniu w Băile Tușnad, to głębia jego antyamerykanizmu i pogarda dla Europy, a także pełna podziwu gloryfikacja Chin i wyraźna pobłażliwość wobec Rosji. Nowością jest również coraz większa śmiałość, z jaką Orban przekręca fakty, na przykład, gdy mówi o Oświeceniu lub insynuuje, że wojna jest „jedną z podstawowych wartości Zachodu”.
Izolacja na arenie międzynarodowej
Viktor Orban od lat tęskni za „Wielkimi Węgrami”, a w jego gabinecie wisi ich mapa. Nowością jest to, że otwarcie kwestionuje przynależność Siedmiogrodu i Seklerszczyzny do Rumunii, nawet jeśli wybiera sprytne – i formalnie poprawne – stwierdzenie, że nie są to rumuńskie terytoria administracyjne. Faktem jest, że żaden z dużych rumuńskich regionów nie jest oficjalnym obszarem administracyjnym; Rumunia ma 41 okręgów.
Nie jest jasne, jakie reperkusje dyplomatyczne będzie miało tegoroczne przemówienie. Czeski premier Petr Fiala wyraził już ostrą krytykę Orbana po tym, jak powiedział, że Czechy „podpadły” Brukseli. Jak dotąd nie wydano żadnych oficjalnych oświadczeń w sprawie wygłoszonego w Rumunii przemówienia; ani w Brukseli, ani w Waszyngtonie.
Wydaje się, że można mówić o zmęczeniu prowokacjami węgierskiego premiera, ale jednocześnie cisza w tej sprawie może również wskazywać na to, jak bardzo Węgry stały się izolowane na arenie międzynarodowej. Sam Orban nie chce pozostawiać wątpliwości co do tego, na czym stoi i czego można się po nim spodziewać. W swoim przemówieniu oświadczył: „Nie mamy innego wyboru. Nawet jeśli kochamy Europę, nawet jeśli należy ona do nas, nadal musimy walczyć”.
W czerwcu po raz pierwszy w UE odnotowano więcej rejestracji elektryków niż diesli

DW
Sprzedaż samochodów w Unii Europejskiej w pierwszej połowie roku znacząco wzrosła. Tylko w czerwcu zarejestrowano milion nowych aut osobowych, o 17,8 proc. więcej niż rok wcześniej – podało w środę (19.07.2023) europejskie stowarzyszenie branżowe Acea.

To wyraźne odbicie po 2022, gdy produkcja aut przystopowała z powodu braku chipów elektronicznych i niektórych innych części.
Według stowarzyszenia Acer branża motoryzacyjna wychodzi z kryzysu po zakłóceniach w łańcuchach dostaw wywołanych pandemią koronawirusa.
W większości regionów UE sprzedaż aut w pierwszej połowie roku znacznie wzrosła, także na największych rynkach. W Hiszpanii jest to wzrost o 24 proc., we Włoszech – o prawie 23 proc., we Francji – o 15 proc., a w Niemczech – o prawie 13 proc.
Rejestracja aut elektrycznych: przełom
W czerwcu po raz pierwszy w UE odnotowano więcej rejestracji samochodów z napędem wyłącznie elektrycznym niż pojazdów z silnikiem Diesla. I to mimo odczuwalnych problemów z dostępnością ładowarek.
Spośród 5,4 mln rejestracji w pierwszej połowie roku w UE prawie 703 600 to samochody wyłącznie elektryczne – to wzrost o prawie 54 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2022. W tym czasie dopuszczono do ruchu 789 500 diesli.
Tylko w czerwcu zarejestrowano około 158 250 elektryków – prawie dwie trzecie więcej niż rok wcześniej. W przypadku pojazdów z silnikami wysokoprężnymi liczba rejestracji spadła w czerwcu o ponad 9 procent do około 139 600 sztuk.
REDAKCJA POLECA
Krzysztof Skiba: Dzban Roku

Krzysztof Skiba
Nominowany wielokrotnie do zaszczytnego tytułu Dzbana Roku, Patryk Jaki, ten czarujący młodzieniec to przebiegły, sprytny i pozbawiony zahamowań moralnych biznesmen, który dla własnego bezpieczeństwa jest politykiem. Media (np. Tygodnik Newsweek) wielokrotnie opisywały ośmiornice Jakiego, czyli sieć dziwnych powiązań rodzinno- kumpelskich, o charakterze biznesowym w jego rodzinnym Opolu.
JAKI PATRYK KAŻDY WIDZI…
Nominowany wielokrotnie do zaszczytnego tytułu Dzbana Roku, polityk Suwerennej Polski Patryk Jaki, nazwał mnie w wypowiedzi dla magazynu plotkarskiego „lizusem Platformy Obywatelskiej o intelekcie liścia”.
Ten Człowiek Mem i słynna HATAKUMBA zapomniał najwyraźniej, że karierę zaczynał w Platformie Obywatelskiej, a później był wesołym turystą politycznym i zaliczył jeszcze PiS, a obecnie jest podkomendnym Zbigniewa Zerro, czyli posłem kolejnej partii, tym razem o rekordowym poparciu w granicach błędu statystycznego.
To niskie poparcie spędza mu sen z powiek, bowiem tylko immunitet poselski i fakt, że prokuratorem generalnym jest jego partyjny kolega, powoduje, iż nikt nie interesuje się jego powiązaniami finansowymi.
Dziś kolejna rocznica wielkiego polskiego zwycięstwa, w jednej z najważniejszych bitew w historii Europy. Polska husaria była wychowywana w duchu tej wiktorii. Dlatego ich kod kulturowy rósł bez żadnych znanych nam obecnie kompleksów. Stanisław Żółkiewski przed bitwa pod… pic.twitter.com/sJvsX0GAGT
— Patryk Jaki – MEP (@PatrykJaki) July 15, 2023
Patryk Jaki to nie jest żaden trefniś polityczny, który nakłada marynarkę do dresów, w siedem miesięcy robi „doktorat” bez wcześniejszych publikacji naukowych (co przy doktoracie jest wymagane), a jego prace o więziennictwie oceniają… lotnicy, kaleczy język polski wymyślając przeróżne „hatakumby”.
Owszem można się z tego śmiać, ale ten czarujący młodzieniec to przebiegły, sprytny i pozbawiony zahamowań moralnych biznesmen, który dla własnego bezpieczeństwa jest politykiem. To niestety osoba wysoce szkodliwa dla Polski.
Jego bycie politykiem sporo nas obywateli kosztuje. W czasach gdy był młokosem, założył Stowarzyszenie „Stop korupcji”. Dziś to Stowarzyszenie musiałoby badać interesy i powiązania pana Jakiego.
Kontrole NIK wykazały poważne nieprawidłowości finansowe w czasach, gdy nasz Hatakumba był wiceministrem sprawiedliwości w rządzie PiS. Media (np. Tygodnik Newsweek) wielokrotnie opisywały „ośmiornice Jakiego”, czyli sieć dziwnych powiązań rodzinno- kumpelskich, o charakterze biznesowym w jego rodzinnym Opolu.
Pan Jaki stroi się w piórka papierowego patrioty, licząc na to, że immunitet i bycie członkiem elity władzy, ochroni jego mętne geszefty.
A tak po ludzku, czy nie jest Panu wstyd Panie europośle, że ludzie z pańskiej partii okradli ofiary przestępstw trwoniąc miliony z Funduszu Sprawiedliwości na podmioty związane z Waszą kliką? Przecież pieniądze z tego Funduszu miały pomagać ofiarom kryminalistów, a zasiliły konta Waszych politycznych kumpli.
Ja byłem patriotą w czasach, gdy nie było to modne. W stanie wojennym, gdy można było dostać za to po głowie. Pan jest, zdaje mi się, patriotą jedynie własnego portfela.
Na marginesie dodam, że minister Błaszczak, czy poseł Cymański już wypowiadali się na temat piosenek zespołu Big Cyc. Teraz po pudelkowym wylewie posła Jakiego, czekam na komentarze Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy
Krzysztof Skiba
Polsce brakuje zdolności do budowania sojuszy i kształtowania polityki międzynarodowej

Jacek Lepiarz
Polska odgrywa ważną rolę we wspieraniu Ukrainy, jednak ze względu na brak zdolności do budowania sojuszy, ma małe możliwości kształtowania polityki międzynarodowej – uważa były ambasador w USA i Niemczech Janusz Reiter.

– Polska odgrywa bez wątpienia ważną rolę, szczególnie jeśli chodzi o praktyczne wsparcie Ukrainy. O całą logistyczną operację, która ma miejsce w Polsce. Jej skala jest ogromna, niespotykana w Europie od dziesięcioleci. Tutaj rola Polski jest bez wątpienia ważna, pozytywna i konstruktywna – powiedział były ambasador w USA i w Niemczech Janusz Reiter w wyemitowanym w niedzielę (16.07.) wywiadzie dla publicznego radia niemieckiego Deutschlandfunk (DLF).
Były polski dyplomata zastrzegł, że możliwości władz w Warszawie wpływania na kluczowe decyzje dotyczące polityki międzynarodowej są mocno ograniczone.
Polska „maszeruje sama”
– Jeśli chodzi o kształtowanie polityki, o wpływ na kluczowe polityczne decyzje, które zapadają przede wszystkim w Ameryce, to nasze możliwości są niestety ograniczone. Są znacznie mniejsze. Przyczyną jest brak zdolności polskiej polityki do wykuwania sojuszy. A także do tworzenia koalicji i wpływania na najważniejsze decyzje dzięki dobrym relacjom z innymi krajami – wyjaśnił były ambasador RP w Bonn (1990-1995) i Waszyngtonie (2005-2007).
– Polska w zasadzie maszeruje sama i liczy na dobry wizerunek w Waszyngtonie. Dobry wizerunek jest faktem, ale gdzie są dyplomatyczne zdolności, gdy chodzi o tak delikatną sprawę, jak zaproszenie Ukrainy (do NATO)? – zastanawia się Reiter w rozmowie z DLF.
Zgodna opinia na temat wojny
Odnosząc się do zmian w niemieckiej polityce po ataku Rosji na Ukrainę, Reiter wyraził opinię, że nie powinno się bagatelizować zmian wdrażanych po 24 lutego 2022 r. przez rząd niemiecki. Jego zdaniem między politycznymi elitami w Berlinie i Warszawie nie ma zasadniczych różnic w podejściu do wojny. „W ocenie sytuacji panuje zgoda” – podkreślił. Różnice istnieją natomiast w podejmowanych działaniach. – Niemcy są ostrożniejsze, z różnych historycznych powodów, ale także ze względu na sytuację wewnętrzną – wyjaśnił. – Niemcy idą we właściwym kierunku. Być może trzeba im dać więcej czasu – podsumował.
Zdaniem Reitera, polityka polskiego rządu wobec Niemiec jest błędna i ogranicza jej pole manewru.
– Nie trzeba się zgadzać we wszystkim z Niemcami. Można krytykować Niemcy. Jest ku temu wiele powodów. Trzeba jednak być wiarygodnym. Nie można krytykować wszystkiego, co robią Niemcy, ponieważ wtedy krytyka traci wiarygodność – wyjaśnił.
Brak gotowości do współpracy z Niemcami
Były ambasador zwrócił uwagę, że część Polaków jest poirytowana postawą Niemiec. I choć Niemcy przyznały, że popełniły błąd w polityce wobec Rosji, to szybko przeszły nad tym do porządku dziennego. Obecnie uważają, że znów mają najlepsze pomysły. – Życzyłbym sobie może nie więcej skromności, ale większej otwartości wobec innych. Niestety, muszę równocześnie powiedzieć, że ta otwartość nie jest w Polsce honorowana” – zastrzegł.
Zdaniem Reitera Polska nie wykorzystuje możliwości, jakie powstały wskutek błędów Niemiec w polityce wobec Moskwy. – Niemcy całkowicie się pomyliły w ocenie Rosji. Polska miała rację. Dobrze, ale nie można każdego dnia, tylko powtarzać, że mieliśmy rację. Trzeba w pewnym momencie zastanowić się, co można zrobić wspólnie. Nie widzę pomysłów, otwartości i gotowości do współpracy, szczególnie z Niemcami” – skrytykował Reiter dodając.
Pytany o zasięg antyniemieckiej propagandy PiS, Reiter powiedział, że trafia ona do dwóch grup polskiego społeczeństwa. – Pierwszą grupą jest twarde jądro wyborców partii rządzącej, tam istnieją silne antyniemieckie uprzedzenia. Istnieją też nie tyle uprzedzenia, ile nieufność wobec Niemców, także w innych grupach społeczeństwa, które zasadniczo nie są antyniemieckie” – podkreślił.
REDAKCJA POLECA
Ukraińcy o rosyjskich obozach tortur

DW
Rosja ma utrzymywać liczne obozy dla więźniów w okupowanych częściach Ukrainy oraz na swoim terytorium – informuje kanał ntv. Przetrzymywani są tam ukraińscy cywile.
Captive Ukrainians in Russia are held in concentration camps, says Russian human rights activist and founder of Gulagu. net Vladimir Osechkin
— NEXTA (@nexta_tv) March 22, 2023
"We have evidence that sadists from the FSB and the Federal Penitentiary Service use cruel treatment and torture against them," he said… pic.twitter.com/nQy7ALcSGA
Powołując się na raport agencji informacyjnej AP, kanał infomacyjny ntv donosi, że w Rosji oraz na obszarach przez nią okupowanych działa system więzienny przetrzymywania i torturowania tysięcy ukraińskich cywilów. Są także zmuszani do niewolniczej pracy. Według własnych zapewnień agencja AP przeprowadziła rozmowy z 20 byłymi więźniami oraz około dwunastoma krewnymi więźniów.
Okazuje się, że powody aresztowań często były trywialne. Cywile byli aresztowani na przykład za mówienie po ukraińsku lub wskutek donosów sąsiadów. Rzadko dochodziło do postawienia zarzutów. A jeśli już, to zatrzymanych uznawano za terrorystów lub osoby „sprzeciwiające się specjalnej operacji wojskowej”.
Ukraińscy cywile opowiadali AP o psychicznym znęcaniu, torturach i przymusowej pracy. Niektórzy z nich byli przetrzymywani przez kilka dni lub tygodni, inni zniknęli na ponad rok.
Według byłych więźniów byli oni bez jakiegokolwiek wyjaśnienia przewożeni z jednego miejsca w drugie, czasami samolotem. Z relacji wynika, że tortury są w obozach więziennych codziennością. Mowa jest o „powtarzających się rażeniach prądem elektrycznym, uderzeniach łamiących czaszki i żebra oraz symulowanym duszeniu”. Niektórzy z więźniów byli świadkami śmierci innych torturowanych osób.
Jak pisze ntv, informacje te pokrywają się z raportem Organizacji Narodów Zjednoczonych z czerwca tego roku. W raporcie udokumentowano 864 przypadki osób, które od początku wojny w lutym 2022 do maja 2023 zostały aresztowane przez stronę rosyjską w obszarach okupowanych. Wśród nich znajdowały się osoby publiczne, pracownicy humanitarni, księża oraz nauczyciele. Prawie wszyscy zgłosili przypadki stosowania wobec nich tortur. Z raportu ONZ wynika, że 77 więzionych cywilów zostało straconych, jeden z więźniów zmarł w wyniku tortur.
„Przywiązali mi ręce i nogi”
Podobnie było w przypadku 50-letniej Oleny Jahupowej, żony ukraińskiego żołnierza – pisze za agencją AP kanał ntv. Została ona porwana z domu w październiku 2022 roku przez rosyjskich żołnierzy. Rosjanie żądali od niej ujawnienia informacji o mężu.
– Przywiązali mi ręce i nogi do krzesła biurowego i bili po głowie dwulitrową butelką z wodą – wspomina Ukrainka. Następnie na głowę założono jej plastikową torbę i owinięto ją taśmą wokół szyi. Jak dodała: „Jedna osoba trzymała mi nos przez torbę, abym nie mogłam oddychać”.
Po pewnym czasie Jahupowa została przewieziona do punktu kontrolnego niedaleko ukraińskiego miasta Berdiańsk w obwodzie zaporoskim. Rosyjscy żołnierze zmusili ją i innych ukraińskich cywilów do budowania okopów. Osoby, które odmówiły, zostały zastrzelone. Po miesiącach przymusowej pracy Ukraince udało się zbiec. Okopy, o których mówiła kobieta, można zobaczyć na zdjęciach satelitarnych.
Z kolei nauczycielka Wiktoria Andrusza była przetrzymywana przez Rosjan przez pół roku. Zarzucano jej szerzenie podczas lekcji antyrosyjskiej propagandy. Kobieta była bita, torturowana i wielokrotnie grożono jej śmiercią. W końcu została uwolniona dzięki wymianie jeńców.
W planie budowa kolejnych obozów
Jak pisze ntv, dokładana liczba obozów nie jest znana, ale według szacunków agencji AP w Rosji i Białorusi działa co najmniej 40 takich kolonii więziennych. Do tego dochodzą 63 obozy na okupowanych obszarach Ukrainy. Z kolei Organizacja Narodów Zjednoczonych w swoim raporcie wspomina o 37 placówkach w Rosji i Białorusi oraz 125 w okupowanej części Ukrainy. Ponadto Rosja planuje otworzyć 25 nowych kolonii więziennych w swoim kraju oraz sześć kolejnych w Ukrainie. Wynika to z dokumentu rosyjskiego rządu ze stycznia tego roku, do którego dotarła agencja AP.
W maju rosyjski prezydent Władimir Putin podpisał dekret, który sankcjonuje wysyłanie ludności ukraińskiej do Rosji. Jak wskazuje AP, dzięki temu deportacja staje się jeszcze łatwiejsza.
Według rosyjskiego obrońcy praw człowieka Władimira Oseczkina Rosja przetrzymuje nielegalnie ponad 4000 ukraińskich cywilów. Z kolei rząd ukraiński szacuje ich liczbę na ponad 10 000 osób. Ukraina poinformowała w czerwcu, że Rosja uwolniła dotychczas 150 cywilów. Rosja zaprzecza, że przetrzymywała więcej cywilów.
(ntv/dpa/jar)
REDAKCJA POLECA
Jak lepiej się uczyć, żeby się nauczyć ?Kilka porad
Ręka do góry – kto lubił albo lubi chodzić do szkoły! Kto lubi spędzać całe godziny w ławkach, wkuwać nazwy rzek, daty bitew albo zapamiętywać, co ma płucotchawki, a co nibynóżki? Czy pojawi się las rąk, czy może niezręczna cisza? Można chyba postawić orzechy przeciwko kamykom, że przynajmniej wiele osób będzie trzymało ręce w dole. Tylko dlaczego?

Przecież ludzki mózg jest stworzony do poznawania świata, do jego coraz lepszego rozumienia i radzenia sobie w różnorodnych okolicznościach. Co więc z metodami nauczania jest nie tak i co można poprawić?
jak należałoby się uczyć, by przynosiło to dobre efekty
Wakacje w pełni, ale szybko upłyną i może warto się zastanowić jeszcze przed pierwszym dzwonkiem, jak się uczyć, by przynosiło to dobre efekty.
Ciągłą gotowość ludzkiego mózgu do nauki dobrze ilustruje badanie zespołu z Ohio State University. Otóż, jak pokazali naukowcy, wystarczy kontakt z nowymi bodźcami, aby mózg był gotowy do wytężonego działania.
– Często obserwujemy nowe rzeczy bez zamiaru zdobywania o nich wiedzy. Odkryliśmy, że sama ekspozycja na nowości robi takie wrażenie na naszym umyśle, że jesteśmy gotowi uczyć się o nich później – mówi autor prof. Vladimir Sloutsky, współautor pracy opublikowanej w piśmie „Psychological Science”.
On i jego zespół przeprowadzili eksperyment z udziałem ponad 400 ochotników. Część z nich próbowała swoich sił w specjalnej, prostej grze komputerowej. Gra zawierała kolorowe, nieznane wcześniej uczestnikom postacie. Choć ochotnicy o tym nie wiedzieli, postacie należały do dwóch grup, różniących się nieco budową ciała, a także kolorami kończyn czy ogonów. Później, zarówno ochotnicy grający wcześniej w grę, jak i grupa kontrolna już otwarcie uczyli się różnic między wspomnianymi postaciami.
Przebieg gry co prawda jasno wskazywał, że ochotnicy nie nauczyli się wspomnianych różnic, ale już później otwarcie uczyli się ich wyraźnie szybciej, niż osoby z grupy kontrolnej.
– Wcześniejszy kontakt z postaciami pozostawił u uczestników pewną ukrytą wiedzę, ale nie byli oni jeszcze w stanie odróżnić dwóch kategorii. Wtedy jeszcze tego się nie nauczyli, ale byli gotowi do nauki – mówi dr Layla Unger, współautorka badania.
Co za dużo, to niezdrowo, czyli argumenty przeciwko długiemu wkuwaniu
Lubiącemu naukę mózgowi na pewno pomoże odpowiednia metoda. Niestety, niektóre sposoby często spotykane w szkołach nie są najlepsze – zwracają uwagę niektórzy naukowcy.
„Kiedy ktoś patrzy wstecz, na szkolne dni, czy nie wydaje mu się, że cały czas się uczył? Jednak większość ludzi zdaje się nie pamiętać praktycznie niczego z tego wczesnego zagłębiania się w matematykę, historię czy języki obce” – tak na nieadekwatność tradycyjnego podejścia do nauki wskazują specjaliści z University of South Florida. – Czy przez te wszystkie godziny studiowaliśmy niewłaściwie? – pytają.
Mówią przy tym o tzw. przeuczeniu, kiedy ktoś doskonale opanował niedawno dany materiał i… nadal musi się go uczyć.
Badacze przeprowadzili eksperyment, w którym jedna grupa uczniów uczyła się zestawu nowych słów, czytając ją pięciokrotnie, a druga – dziesięciokrotnie. Po tygodniu osoby, które włożyły dodatkowy wysiłek, pamiętały nowe słowa lepiej, ale po czterech tygodniach pomiędzy grupami nie było już żadnej różnicy. Wskazuje to, że aby trwale się czegoś nauczyć dodatkowy, nadmierny wysiłek okaże się bezużyteczny. Zdaniem naukowców dużo lepszym rozwiązaniem jest odłożenie materiału na jakiś czas i powrót do niego później. W zaoszczędzonym czasie – ewentualny powrót do zagadnień, których uczyło się znacznie wcześniej.
W szkole jak na siłowni
Doskonale zilustrował to kolejny eksperyment przeprowadzony przez ten sam zespół. Dwie sesje nauki były w nim rozdzielone przerwami trwającymi od 5 minut aż do – uwaga – sześciu miesięcy. Finalny test miał miejsce pół roku później. Najlepiej poradzili sobie uczniowie, którzy powtórzyli materiał po półrocznej przerwie. Zamiast więc, jak miliony uczniów na całym świecie, powtarzać nowe reguły (np. językowe czy twierdzenia, czy wzory) co tydzień, lepiej rozłożyć tę naukę na cały rok, z dużo dłuższymi przerwami – podkreślają naukowcy.
Twierdzą przy tym, że to samo powinno dotyczyć nauki abstrakcyjnych dziedzin, takich jak np. matematyka. Tymczasem, jak podkreślają badacze, podręczniki zwykle są tak skonstruowane, że zmuszają właśnie do powodującego stratę czasu i energii przeuczenia. Przeprowadzone w Japonii badanie na myszach pokazało nawet, dlaczego przerwy w nauce są tak istotne. Chodzi o produkcję odpowiednich białek – wyjaśniają eksperci z instytutu Riken. Oprócz tego, że myszy, podobnie jak ludzie, lepiej uczyły się, gdy miały dłuższe przerwy, to korzystne działanie przerw zanikało, gdy myszy otrzymywały substancję hamującą syntezę białek.
„Odkrycie sugeruje, że białka produkowane podczas nauki odgrywają kluczową rolę w tworzeniu długotrwałych wspomnień. Badanie po raz pierwszy dostarcza neurologicznego wyjaśnienia znanych już korzyści płynących z uczenia się rozłożonego w czasie. Dostarcza też doskonałego usprawiedliwienia dla większej liczby przerw” – piszą naukowcy.
Wygląda więc na to, że z uczeniem się może być trochę podobnie, jak z budową mięśni – kulturyści podkreślają, że nie rosną one w trakcie wyciskania sztangi, tylko później, w czasie odpoczynku.
Mapy zamiast punktów
Sposób nauki jest nie mniej istotny jak jej odpowiednie dozowanie. Jedna z kluczowych spraw, to notatki. Powszechny system, w którym w zeszycie wypisuje się punkty, podpunkty i kolejne podpunkty, może, co najmniej nie być optymalnym rozwiązaniem. Jak wskazują badania, warto spróbować innego podejścia – tzw. map myśli. Notatkę tworzy się wtedy w formie specjalnego grafu, które przypomina drzewo. Zamiast punktów i podpunktów tworzy się kolejne rozgałęzienia z coraz bardziej szczegółowymi informacjami. Gdy na przykład w centrum takiego grafu znalazłoby się pojęcie „samochód”, to od niego w różne strony mogłyby odchodzić takie odgałęzienia takie jak „ciężarowy”, „półciężarowy”, „osobowy” itp., a od „osobowego” np. „rodzinny”, „sportowy”, czy „miejski”. Taka metoda notowania jest bliższa systemowi skojarzeń, który działa w mózgu. I to się sprawdza.
Grupa z serbskiego Uniwersytetu w Kragujevacu przetestowała mapy myśli w eksperymencie z udziałem prawie 190 studentów zdobywających wiedzę na temat e-biznesu. Jak podkreślają badacze, tworzenie map myśli za pomocą łatwo dostępnych i potężnych komputerów z szeroką gamą oprogramowania stało się już powszechnym sposobem stosowanym do rozwiązywania różnych problemów przez menedżerów i wiele innych osób. W podsumowaniu wyników wspomnianego eksperymentu naukowcy stwierdzają:
„Mapy myśli to narzędzie, które pomaga nam odpowiednio zorganizować wiedzę i ułatwia jej interpretację. Zachęca przy tym do kreatywności i wielopłaszczyznowego myślenia. Uzyskane wyniki przemawiają na korzyść korzystania z map myśli, które wspierają podnoszenie poziomu wiedzy i podnoszą skuteczność w zadaniach praktycznych”.
Wybiegane oceny, czyli dlaczego po nauce nie należy grać na komputerze
A po zakończeniu nauki warto zadbać o ciało. Bo mózg potrzebuje ruchu. Jak np. pokazali eksperci z Wyższej Szkoły Nauk Stosowanych Górnej Austrii, jeśli ktoś chce lepiej pamiętać to, czego się nauczył, dobrze robi, jeśli np. pójdzie pobiegać. W badaniu 60 mężczyzn w wieku od 16 do 29 lat zapamiętywało zestaw różnego typu informacji – od drogi w mieście po pary niemieckich i tureckich słów. Po nauce jedna grupa grała na komputerze, druga poszła biegać, a trzecia (kontrolna), po prostu spędzała czas na zewnątrz. Biegacze mieli potem najlepsze wyniki – uczestnicy po biegu pamiętali nawet więcej niż przed nim. Osoby z grupy kontrolnej wypadły nieco gorzej, a ochotnicy, którzy grali na komputerze, uzyskały znacząco słabsze wyniki.
– Nasze dane wykazują, że granie w gry wideo nie pomaga w poprawie efektów nauki – mówi prof. Harald Kindermann, autor badania. – Zamiast tego, lepiej, aby młodzież, a najprawdopodobniej również dorośli, po cyklu nauki zajęli się umiarkowanymi ćwiczeniami fizycznymi – dodaje.
Stosowane czasami przez rodziców zasady jak: „Będziesz mógł chodzić na koszykówkę, jeśli poprawisz oceny”, może więc działać odwrotnie do zamierzonego celu. To kolejna zasada, która nie pomoże uczniowi.
Drzemka może być korzystna dla zdrowia, może też sprzyjać otyłości i zaburzeniom metabolizmu
Naukowcy stwierdzili związek między drzemką a skłonnością do otyłości i nadciśnienia. Długie sjesty mogą być niekorzystne dla zdrowia

Drzemki są korzystne dla zdrowia, ale mogą też sprzyjać otyłości
Badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii wykazały, że skłonność do drzemek może być uwarunkowana genetycznie, a krótkie sjesty mogą być korzystne dla zdrowia. Przyczyniają się do zmniejszenia ryzyka nadciśnienia, korzystnie wpływają na pamięć, produktywność i regenerację organizmu. Jednak drzemki trwające powyżej 30 min, w połączeniu z niezdrowym stylem życia, mogą sprzyjać otyłości i zaburzeniom metabolizmu.
– Badaliśmy czynniki mające wpływ na zespół metaboliczny, tj. nadciśnienie, obwód talii oraz zaburzony metabolizm trójglicerydów i glukozy. Chcieliśmy również się dowiedzieć, czy istnieje genetyczna skłonność do drzemek. Wyniki badania wskazują, że za skłonność do drzemek odpowiada 127 genów. Są osoby, u których występują predyspozycje genetyczne, i takie, u których takich uwarunkowań się nie stwierdza – oni, nawet jeśli mają możliwość drzemki, nie korzystają z niej. Na tej podstawie przeprowadziliśmy szczegółową analizę określaną jako randomizacja mendlowska i stwierdziliśmy związek przyczynowy między drzemkami a otyłością – mówi agencji Newseria Innowacje prof. Marta Garaulet z Wydziału Fizjologii Uniwersytetu w Murcji.
To badanie zostało przeprowadzone w Wielkiej Brytanii. Ponieważ obejmowało populację osób w wieku ok. 65 lat lub więcej, a część uczestników miała różne schorzenia, jako kolejną grupę wybrano mieszkańców hiszpańskiej Murcji nad Morzem Śródziemnym, gdzie sjesta uwarunkowana jest kulturowo. Średnia wieku w tej grupie wynosiła 39 lat, a próba liczyła 3275 osób.
Osuszacze Master
Osuszacze Master – Potrzebujesz efektywnego osuszacza powietrza? Oferujemy osuszacze Master, które skutecznie usuwają nadmiar wilgoci z powietrza. Sprawdź naszą ofertę na norwit.pl i wybierz odpowiedni model osuszacza dla swoich potrzeb.
Związek między drzemką a otyłością
Naukowcy ponownie doszli do wniosku, że istnieje związek między drzemkami a otyłością i zespołem metabolicznym, czyli współwystępowaniem czynników ryzyka rozwoju chorób sercowo-naczyniowych i cukrzycy.
35 proc. uczestników zwykle odbywało sjestę, z czego u 16 proc. drzemka przekraczała 30 min. Okazało się, że długie drzemki były związane z wyższymi wartościami BMI, obwodu talii, glukozy na czczo, skurczowego i rozkurczowego ciśnienia krwi, a także z większą częstością występowania zespołu metabolicznego w porównaniu z grupą bez sjesty. Natomiast prawdopodobieństwo podwyższonego ciśnienia skurczowego było niższe w grupie z krótką sjestą niż w grupie bez sjesty.
Drzemka może obniżyać ryzyko nadciśnienia
– Moje badanie wskazuje, że krótkie drzemki są dobre dla zdrowia, ponieważ wiążą się z obniżonym ryzykiem nadciśnienia. Jest to istotne, ponieważ ciśnienie krwi jest jednym z najważniejszych czynników ryzyka zawału i chorób układu sercowo-naczyniowego. Jeśli randomizowane badania przekrojowe potwierdzą nasze wyniki, będziemy mogli stwierdzić, że drzemki są korzystne dla zdrowia – mówi ekspertka Wydziału Fizjologii Uniwersytetu w Murcji.
Ważnym aspektem badań było wskazanie związanych ze stylem życia czynników, które w połączeniu z długimi drzemkami sprzyjają otyłości. Są to: zbyt obfite obiady, spożywanie posiłków o późnych porach dnia lub w nocy, palenie tytoniu i późne kładzenie się spać.
– To badanie może mieć wpływ na społeczeństwo. Można się z niego dowiedzieć, że długa drzemka może być niekorzystna dla zdrowia. Możemy to zmienić, ustawiając budzik i ograniczając czas drzemki do 30 min. Drzemki można stosować w warunkach klinicznych jako zalecenie w przypadku nadciśnienia tętniczego. Oprócz tego przeprowadzone szczegółowe badania potwierdziły, że drzemka krótsza niż 30 min, określana jako drzemka regeneracyjna, poprawia pamięć, zwiększa produktywność i pozwala na regenerację w ciągu dnia, szczególnie w krajach, gdzie obowiązują długie godziny pracy. Przykładowo w Hiszpanii ludzie pracują rano od 9.00 do 13.30 i następnie od 17.00 do 21.00 – przekonuje prof. Marta Garaulet.
Naukowcy odkryli także różnice związane z tym, gdzie odbywa się drzemka. Większość uczestników badania robi to na fotelu lub kanapie, tylko co piąty – w łóżku. To ma znaczenie, ponieważ w tej drugiej grupie zidentyfikowano znacznie więcej osób, które korzystały z długich drzemek, przekraczających 30 min. Miejsce drzemki naukowcy określili więc jako kolejny czynnik pośredniczący między spaniem a podwyższonym skurczowym ciśnieniem krwi.
– Jeśli jednak osoba odbywa krótką drzemkę na kanapie w pozycji innej niż leżąca, zgodnie z wynikami naszego badania ma to związek z wpływem krótkich drzemek na obniżenie ciśnienia krwi – mówi ekspertka Wydziału Fizjologii Uniwersytetu w Murcji.
Według danych Narodowego Funduszu Zdrowia w Polsce na nadciśnienie tętnicze w 2020 roku chorowało 9,94 mln dorosłych osób. Najwięcej chorych było w wieku 55–74 lat. Z kolei w 2022 roku na otyłość cierpiał co czwarty Polak powyżej 15. roku życia. NFZ szacuje, że w 2025 roku będzie ona dotyczyć 26 proc. kobiet i 30 proc. mężczyzn.
thefad.pl / newseria
Krzysztof Skiba zwróci się do Zenka Martyniuka: wykorzystują Cię jak pacynkę, pomagasz władzy pluć na Polskę

Krzysztof Skiba
Rzucanie jajami, czy czymkolwiek w wykonawców na scenie, to chuligaństwo. Jednak zastanowiła mnie zbyt chyba przesadna reakcja władz na ten jajowy zamach, bo atak na Zenka, to dziś niemal jak atak na najważniejsze wartości narodowe.
Dobro TVP, czyli Zenek Martyniuk podczas koncertu we Włodawie, został obrzucony jajami.
No, hit! Chyba żaden discopolowiec nie oberwał jeszcze jajkami z widowni, a tutaj najwyższy kaliber, bo Zenek Martyniuk. Polska, Moi Drodzy! pic.twitter.com/dzQDr7AyH6
— Krzysztof Rosłoński (@Roslonski1993) July 2, 2023
Sprawcę czynu zatrzymano. Dostał mandat 500 zł i dwuletni zakaz przychodzenia na imprezy masowe. Ale to nie koniec.
Prokuratura postanowiła zbadać sprawę i kto wie, może „jajcarz” zostanie wtrącony do ciemnego lochu lub rozstrzelany za „zdradę państwa”. Doprawdy, aż dziw, że od razu po koncercie, nie spalono, go widowiskowo na stosie.
Rzucanie jajami, czy czymkolwiek w wykonawców na scenie, to chuligaństwo, które, powinno być jednoznacznie potępione. To jawny brak kultury i chamstwo. Jednak nerwowa i przesadna reakcja Zenka Martyniuka i władz, na ten błahy w sumie czyn, sprowokowała mnie do napisania tego listu.
DROGI ZENKU!
Obrzucono Cię i Twój zespół jajami w czasie koncertu. Szczerze współczuję i potępiam takie zachowanie. To chamstwo, które nie ma żadnego wytłumaczenia.
Jednak zastanowiło mnie Twoje zdziwienie oraz zbyt chyba przesadna reakcja władz, które nie dość, że zatrzymały rzucającego i wlepiły mu surowy mandat (ta kara wydaje się wystarczająca) to jeszcze chcą mu robić sprawę w prokuraturze. Jak znam życie, służby ministra Ziobry, będą go teraz ciągać i przypiekać jak kiełbasę na ruszcie. Bo atak na Zenka, to dziś niemal jak atak na najważniejsze wartości narodowe.
Twoje oburzenie na ten jajowy „zamach” jest zrozumiałe, ale pozwól, że Ci pewne sprawy wytłumaczę.
Od ośmiu lat jesteś wizytówką telewizji, która kłamie, opluwa i szydzi z połowy Polaków. Na kandydata opozycji, w minionych wyborach prezydenckich głosowało 11 mln obywateli Polski. Ci Polacy są codziennie obrażani, ośmieszani i nazywani zdrajcami w stacji, której dałeś twarz. Jak możesz nie dostrzegać, że ta stacja już dawno przestała być telewizją publiczną, a stała się telewizją partyjną?
Ja wiem, że Ty nie śpiewasz o polityce. Ale Ty i Twoje piosenki zostały wykorzystane niczym zasłona dymna dla obrzydliwej nagonki TVP na wszystko i wszystkich, którzy uważają inaczej niż władza. Być może o tym nie wiesz, ale wykorzystują Cię jak pacynkę do robienia ludziom wody z mózgu. Jesteś im potrzebny, by w wesołym tonie i z uśmiechem na ustach mogli sprzedawać swe kłamstwa.
Dawno temu Twoje piosenki łączyły Polaków. Na weselach. Dziś spora grupa naszych rodaków uważa, że swoimi występami w TVP, pomagasz władzy pluć na Polskę Trzaskowskiego czy Tuska. Niestety stałeś się mimowolnym SZYLDEM tej strony politycznej, która jest u władzy. I jako taki nie jesteś już kochany przez „cały kraj” jak to było dawniej.
W Polsce, kraju jeszcze demokratycznym, powinno być miejsce dla wszystkich, a nie tylko dla tej opcji politycznej, która aktualnie administruje na państwowych urzędach.
Rząd PiS kiedyś przeminie jak moda na długie grzebienie w tylnych kieszeniach spodni. Gdy daje się twarz kanciarzom grającym w pokera, nie dziw się, że ktoś może Ci czasem napluć do herbaty.
Przemyśl to na spokojnie.
Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę wielu udanych koncertów, już bez chuligańskich incydentów.
Krzysztof Skiba