Tuleya proponuje Kalecie zakład. Jesli wyrok będzie wykonany, to wiceminister odejdzie z polityki

Wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta odniósł się do wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, zgodnie z którym Polska ma zapłacić sędziemu Igorowi Tuleyi 36 tys. euro zadośćuczynienia.

Sędzia Igor Tuleya

W czwartek Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że Polska złamała prawo sędziego Igora Tuleyi do rzetelnego procesu sądowego, do poszanowania życia prywatnego i do wolności wypowiedzi i ma zapłacić sędziemu 36 tys. euro zadośćuczynienia.

„Rząd nie może wypłacić wskazanej kwoty”

Do wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, odniósł się Sebastian Kaleta.

„Mediom piszącym o przyznaniu sędziemu Tulei 36 tysięcy euro „zadośćuczynienia” za to, że powołano ID SN przypominam, że rząd nie może mu wypłacić wskazanej kwoty z uwagi na brzmienie wyroku TK (K 7/21), który stwierdza, że ETPCz nie jest uprawniony do oceny legalności powołań sędziowskich w Polsce. Zatem wydane dzisiaj orzeczenie nie ma żadnej mocy wiążącej wobec Polski.” – napisał na Twitterze.

– Pal licho, że pan wiceminister kompromituje siebie. Ale mam też wrażenie, że kompromituje nasz kraj – skomentował sędzia Igor Tuleya w TVN24, wypowiedź Sebastiana Kalety. – W każdym demokratycznym państwie wyroki sądów powinny być respektowane i wykonywane. U nas wykonywane są te wyroki, które rządzącym odpowiadają. – dodał.

– Natomiast w wypadku wiceministra Kalety mogę się założyć, jeśli pan wicemister przyjmie zakład, że ten wyrok będzie wykonany. Możemy się nawet z panem wiceministrem umówić, że jeśli ten wyrok będzie wykonany, to on odejdzie z polityki, a jeśli nie będzie wykonany, to ja odejdę z sądu (…) Wierzę w praworządność i jestem przekonany, że prędzej czy później wyrok będzie wykonany — mówił Igor Tuleya w TVN24.

Dariusz Frach, thefad.pl


Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie Igora Tuleyi. Polska złamała prawo do rzetelnego procesu sądowego

Tomasz Bielecki

Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że Polska złamała prawo sędziego Igora Tulei do rzetelnego procesu sądowego, do poszanowania życia prywatnego i do wolności wypowiedzi.

Sędzia Igor Tuleya

Polska naruszyła prawo do rzetelnego procesu Igora Tuleyi (w zakresie uchylenia immunitetu), prawo do życia prywatnego oraz wolność ekspresji skarżącego. Polska ma zapłacić sędziemu 36 tys. euro zadośćuczynienia — przekazał ETPCz w swoim wyroku.

Trybunał Strasburski, czyli sąd Rady Europy, podkreślił w czwartek (6.7.2023) – nawiązując do swych poprzednich wyroków o systemie dyscyplinarnym w Polsce – że Izba Dyscyplinarna (rozwiązana w zeszłym roku), która podjęła decyzję o uchyleniu immunitetu Igora Tulei, nie była „niezawisłym i bezstronnym sądem ustanowionym ustawą” w rozumieniu Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Ponadto Trybunał Strasburski orzekł, że nie było podstawy prawnej dla środków podjętych przeciwko Tulei, które miały „znaczący wpływ na jego prawo do życia prywatnego” i które „można scharakteryzować jako strategię mającą na celu jego zastraszenie (lub nawet uciszenie) za wyrażane przez niego poglądy”.

– Sprawa Tulei musiała być rozpatrywana w szerszym kontekście. Był on jednym z najbardziej wyrazistych krytyków reformy sądownictwa w Polsce – podkreślano dziś w Strasburgu. Trybunał orzekł, że Polska powinna mu zapłacić 30 tysięcy euro, a także 6 tysięcy z tytułu kosztów i wydatków związanych ze sprawą w Strasburgu.

Tuleya kontra z prokuratura

Trybunał Strasburski rozpatrywał skargi sędziego Tulei na wiele różnych działań prowadzonych przeciw niemu na podstawie nowych reguł dyscyplinarnych dla sędziów, które były wprowadzane w Polsce od 2016 roku. Najdotkliwsze było uchylenie immunitetu oraz zawieszenie sędziego przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego w czynnościach służbowych (w 2020 roku). Skutkiem było obniżenie wynagrodzenia o jedną czwartą.

Uchylenie immunitetu miało związek z domniemanymi nieprawidłowościami w Sejmie, które uniemożliwiły opozycji wzięcie udziału w debacie budżetowej w grudniu 2016 roku („głosowanie w Sali Kolumnowej”). Prokuratura odmawiała wnikliwego zajęcia się tą sprawą. Tuleya nakazał jednak prokuratorom kontynuowanie zamkniętego wcześniej śledztwa i ogłosił tę decyzję (wraz z uzasadnieniem) na publicznym posiedzeniu sądu z prawem mediów do nagrywania. W uzasadnieniu Tuleya wskazał m.in. na rozbieżne zeznania posłów PiS w całej sprawie. W rezultacie prokuratura (i rzecznik dyscyplinarny) zarzuciła Tulei niedopuszczalne narażenie dobra postępowania poprzez ujawnienie informacji ze śledztwa oraz zeznań świadków.

Jesienią 2022 roku nowo utworzona Izba Odpowiedzialności Zawodowej, która zastąpiła Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego, orzekła, że nie istniało uzasadnione podejrzenie, że Tuleya popełnił zarzucane mu przestępstwo. Został przywrócony do pracy, choć dotąd nie odwołano decyzji o uchyleniu mu immunitetu. Odwieszenie Tulei było rezultatem nacisków Komisji Europejskiej domagającej się usunięcie głównych wad systemu dyscyplinarnego m.in. w ramach praworządnościowych „kamieni milowych” z KPO.

Dzisiejszy wyrok Trybunału Strasburskiego dotyczy również wstępnych dochodzeń dyscyplinarnych wszczętych w sprawie Tulei w 2018 roku z powodu m.in. komentarzy, które wygłaszał w telewizji. Ponadto jedno ze wstępnych postępowań zostało wszczęte w następstwie decyzji Tulei o złożeniu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej pytania prejudycjalnego co do nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów.

Tuleya podkreślał, że w wyniku wstępnych dochodzeń stał się przedmiotem kampanii oszczerstw w mediach. Gdzie publikowano lub rozpowszechniano obraźliwe, lub dyskredytujące informacje na jego temat – ogłoszono w Strasburgu.

Polski maraton w Strasburgu

Obecnie przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu toczy się 397 postępowań. Dotyczą one kwestii związanych z reorganizacją systemu sądownictwa w Polsce od 2016 roku.

W czerwcu 2022 roku Trybunał Strasburski orzekł, że Polska naruszyła prawo sędziego Waldemara Żurka do rzetelnego sądu oraz prawo do swobody wypowiedzi. W październiku zeszłego roku Trybunał Strasburski zgodził się z argumentacją sędziego Pawła Juszczyszyna, że procedury prawne były przeciw niemu wykorzystywane z motywów politycznych. I że doszło do złamania jego prawa do rzetelnego procesu sądowego oraz do poszanowania życia prywatnego.

Dotychczas Polska nie podjęła żadnych działań w celu wdrożenia ostatecznych wyroków Trybunału Strasburskiego dotyczących niezgodności części izb Sądu Najwyższego oraz Trybunału Konstytucyjnego z Europejską Konwencją Praw Człowieka. Przeciwnie, Trybunał Konstytucyjny uznał w 2021 roku, że artykuł szósty Konwencji (o prawie do rzetelnego sądu) jest niezgodny z polską konstytucją w interpretacji Trybunału Strasburskiego pozwalającej na ocenę prawomocności samego TK oraz sądów krajowych w Polsce.

W grudniu 2022 roku Komitet Ministrów Rady Europy, powołując się na poważne naruszenia systemu powoływania sędziów w Polsce, oficjalnie wezwał polskie władze do przywrócenia pełnej niezawisłości sędziów zgodnie z wyrokami Trybunału Strasburskiego.

REDAKCJA POLECA

 


Co czytać, aby poprawić koncentrację? Te książki nie zawiodą!

W dzisiejszym szybkim tempie życia, utrzymanie skupienia i koncentracji może stanowić wyzwanie dla wielu osób, zarówno dzieci, jak i dorosłych. Dobra wiadomość jest taka, że czytanie może być doskonałym narzędziem do trenowania umysłu i rozwijania zdolności koncentracji. Jeśli nie wiecie, które gatunki będą najlepsze, mamy dla Was kilka rekomendacji dotyczących utworów literackich, które pomogą w poprawie koncentracji oraz wzbogacą doświadczenie czytelnicze.

Fot. Pixabay.com

Książki o zagadkach i łamigłówkach

Książki, które zawierają zagadki, łamigłówki i zadania logiczne, mogą być doskonałym wyborem dla osób chcących poprawić swoją koncentrację. Takie teksty nie tylko zapewniają rozrywkę, ale również stymulują umysł i wymagają skupienia uwagi, logicznego myślenia oraz analizy problemów.

Rozwiązywanie zagadek w książkach wymaga aktywnego zaangażowania czytelnika. Czytelnik musi koncentrować się na treści, analizować dostępne informacje, rozważać różne możliwości i wyciągać wnioski. W trakcie rozwiązywania tych zadań, umysł jest skupiony na jednym zadaniu, co sprzyja rozwijaniu umiejętności koncentracji.

Ważne jest, aby wybierać utwory literackie, które odpowiadają naszym umiejętnościom i stopniowi zaawansowania. Książki te często oferują różnorodne poziomy trudności, aby czytelnik mógł dostosować je do swoich umiejętności. Dzięki temu można stopniowo rozwijać umiejętności myślenia analitycznego i logicznego, co przekłada się na poprawę koncentracji w innych dziedzinach życia. Należy pamiętać, iż mogą przybierać różne formy. Mogą to być interaktywne książki, w których czytelnik musi rozwiązywać zadania na kolejnych stronach lub dedukcyjne historie, w których czytelnik staje się detektywem i musi odkryć rozwiązanie zagadki. Istnieje także wiele zbiorów samodzielnych łamigłówek, które można rozwiązywać niezależnie od treści książki.

Literatura klasyczna

Czytanie literatury klasycznej może być znakomitą formą treningu umysłu i koncentracji. Dzieła takie jak „Wojna i pokój” Lwa Tołstoja czy „Z misją na północ” Julesa Verna są znane ze swojej głębi, rozbudowanych opisów i wielowątkowej fabuły. Takie książki wymagają od czytelnika skupienia na szczegółach, śledzenia wątków i zapamiętywania postaci oraz wydarzeń.

Czytanie literatury klasycznej rozwija zdolność skupienia i umiejętność śledzenia złożonych narracji. Niesamowite wydania najbardziej klasycznych tekstów znajdziecie między innymi w antykwariacie internetowym. Warto się za nimi rozejrzeć, bo można trafić na prawdziwe perełki!

Książki popularnonaukowe

Książki popularnonaukowe stanowią doskonałe narzędzie do poprawy koncentracji, ponieważ często wymagają głębszego zrozumienia i przyswojenia nowej wiedzy. Wybór odpowiednich książek z tej kategorii może być bardzo inspirujący i satysfakcjonujący.

Ważne jest, aby wybierać książki, które interesują nas tematycznie. Możemy zainteresować się dziedzinami takimi jak nauka, psychologia, historia, kosmos czy biologia. Gdy czytamy tego rodzaju literaturę, musimy skupić uwagę na przyswajaniu nowych pojęć, śledzeniu logicznych argumentów i zrozumieniu złożonych koncepcji. Takie książki często wymagają od nas odrobiny wysiłku, ale nagroda w postaci poszerzenia horyzontów intelektualnych i ciekawej wiedzy jest tego warta.

Książki popularnonaukowe mają wiele zalet dla naszej koncentracji. Przede wszystkim dostarczają nam fascynujących informacji, które angażują nasze zainteresowanie i motywują nas do kontynuowania czytania. Ponadto, poznawanie nowych tematów i zagłębianie się w konkretne dziedziny wymaga skupienia i koncentracji umysłu. Musimy czytać ze zrozumieniem, analizować prezentowane fakty i przyswajać nowe koncepcje. To wszystko sprzyja rozwijaniu naszej umiejętności koncentracji.


3 lipca był najcieplejszym na świecie dniem od początku pomiarów

DW

Poniedziałek 3 lipca był najcieplejszym dniem od początku pomiarów.

Fot. Kseniia Zaitseva / Unsplash

Według amerykańskich naukowców poniedziałek 3 lipca był najcieplejszym dniem od początku pomiarów. Średnia globalna temperatura osiągnęła tego dnia 17,01 stopnia Celsjusza – poinformowały we wtorek (4.7.2023) amerykańskie Narodowe Centra Prognoz Środowiskowych (NCEP). To więcej niż poprzedni rekord z sierpnia 2016 roku, który wynosił 16,92 stopnia Celsjusza.

Według badaczki Friederike Otto z Instytutu Grantham w Imperial College w Londynie, który specjalizuje się w dziedzinie zmian klimatu i środowiska, „nie jest to kamień milowy, który powinniśmy świętować”. – To wyrok śmierci dla ludzi i systemów ekologicznych – dodała.

Fale upałów

W ubiegłych tygodniach południowe Stany Zjednoczone cierpiały z powodu fali upałów. W Chinach temperatury sięgały 35 stopni Celsjusza, a na północy Afryki blisko 50 stopni.

Także na Antarktydzie temperatura znacznie wzrosła. Na ukraińskiej stacji polarnej Wiednadski pobity został niedawno rekord temperatury na czerwiec z wysokością 8,7 stopnia.

Zdaniem naukowców za rozwój temperatur odpowiedzialne są zmiany klimatu oraz zjawisko pogodowe El Niño, polegające na utrzymywaniu się ponadprzeciętnie wysokiej temperatury na powierzchni wody w strefie równikowej Pacyfiku.

REDAKCJA POLECA

 


Firmy, które mimo wojny nie wycofały się z rosyjskiego rynku, zarobiły miliardy

Jowita Kiwnik Pargana

Korporacje, które mimo sankcji i trwającej od 16 miesięcy wojny nie wycofały się z rosyjskiego rynku, zarobiły miliardy – ujawnia raport organizacji obywatelskich B4Ukraine i Kijowskiej Szkoły Ekonomicznej.

Krótko po wybuchu wojny wiele z zachodnich firm wycofało się z Rosji. Okazuje się jednak, że 16 miesięcy od inwazji na Ukrainę, nadal około dwóch tysiące korporacji kontynuuje działalność na rosyjskim rynku. Opłacalną, bo jak wynika z opublikowanego we wtorek (04.07.) raportu „The Business of Staying” (w wolnym tłumaczeniu: „interes z pozostania”) autorstwa organizacji B4Ukraine, skupiającej ukraińskie organizacje obywatelskie oraz Kijowskiej Szkoły Ekonomicznej (KSE), działające w Rosji zachodnie firmy odnotowały w ubiegłym roku ponad 214 mld dolarów przychodu i odprowadziły 3,5 mld dolarów podatków do rosyjskiego budżetu.

Przynajmniej oficjalnie, bo – jak mówią eksperci – liczby te mogą być niedoszacowane, jako że zagraniczne firmy odprowadzają w Rosji także dodatkowe podatki, m.in. od wynagrodzeń pracowników lub podatku VAT. Z danych KSE wynika, że na początku lipca 1352 firmy kontynuowały swoją działalność w Rosji, a 519 ograniczyło ją, w tym wstrzymało niektóre operacje lub nowe inwestycje, ale nie wycofało się całkowicie z rosyjskiego rynku.

Firmy amerykańskie, niemieckie, ale i polskie

Najwięcej na działalności w Rosji zarobiły firmy amerykańskie, które odnotowały w 2022 r. ponad 40 mld dolarów przychodu i zapłaciły 712 mln podatków. Za nimi znalazły się Niemcy z przychodem w wysokości ponad 23 mld i podatkiem dochodowym w wysokości 402 mln dolarów. Wśród największych płatników do rosyjskiego budżetu znalazła się też Szwajcaria, potem Japonia, Wielka Brytania, Chiny i Francja. Polska w tym zestawieniu jest na miejscu 14. Polskie firmy zarobiły w Rosji 952 mln dolarów i zapłaciły 45 mln podatków.

Statystyki pokazują, że w Rosji działa wciąż 44 proc. firm amerykańskich, 69 proc. niemieckich, 54 proc. francuskich, 95 proc. chińskich i 32 proc. polskich. Największe zyski odnotował biznes alkoholowy i tytoniowy. Największe przychody uzyskał amerykański koncern Phillip Morris, producent m.in. papierosów Malboro, osiągając ok. 7,9 mld dolarów i płacąc rosyjskiemu rządowi 206 mln dolarów podatku od zysków. Tuż za nim znalazł się gigant tytoniowy Japan Tobacco International (JTI), producent papierosów Winston i Camel, który odnotował 7,4 mld dolarów przychodu i zapłacił 193 mln podatku. Zyski obu firm po wybuchu wojny wyraźnie wzrosły. I tak np. przychód JTI wzrósł o 1,5 mld dolarów w porównaniu do 2021 r.

Ogromne przychody odnotowała również branża tzw. produktów szybkozbywalnych, głównie spożywczych i środków czystości. I tak amerykańska Pepsi miała zarobić w Rosji 4,6 mld dolarów, a Procter and Gamble 2,3 mld. Na rynku rosyjskim nadal obecni są również europejscy giganci. Firmy z UE zarobiły w Rosji ok. 75,2 mld dolarów, płacąc do kasy Kremla prawie 600 mln dolarów. Wśród nich znalazł się m.in. francuski Danone (przychód 3 mld dolarów), Leroy Merlin i Auchan.

Jak wynika z danych B4Ukraine (organizacja zamieszcza na swojej stronie b4ukraine.org wykaz form działających w Rosji), na rosyjskim rynku nadal działają 163 firmy z Francji i aż 380 z Niemiec. Część z nich, jak Metro AG, Globus Group, Liebherr, Merz Pharma, Knauf, Hugo Boss i inne prowadzi działalność bez zmian. Inne, jak Hochland, BMW, Grohe zawiesiły część operacji, ale nie zamknęły działalności.

W Rosji pozostało też 52 firm z Polski, w tym Makrochem, dostarczający surowce dla producentów opon, Grupa TZMO, produkująca opatrunki i środki higieniczne czy producent puszek Canpack, który utrzymał działalność lokalnych fabryk. Ropę z Rosji nadal kupuje też Orlen. Firma ta, co prawda wstrzymał dostawy ropy drogą morską, ale zwiększył import rosyjskiej ropy do swojej rafinerii w czeskim Litvinowie.

Ukraińcy liczą zmarłych, firmy liczą zyski

Ukraińskie organizacje obywatelskie mówią, że regularnie kontaktują się z zachodnimi firmami, które postanowiły pozostać w Rosji. B4Ukraine wysłało jak dotąd 125 pism, ponad połowa pozostała bez odpowiedzi.

– Najczęstszym uzasadnieniem, jakie słyszymy od firm, jest to, że kontynuują one swoją działalność w Rosji, bo muszą dostarczać ludziom „niezbędne towary lub usługi”. Wymówka ta jest często dość cyniczna. Jedni z największych podatników w Rosji, tacy jak Mars, PepsiCo, Mondelez czy Unilever, dostarczają cukierki i słodycze – produkty, których nie można uznać za niezbędne – mówi DW Nina Prusac z B4Ukraine.

– Inną powszechną wymówką jest troska o bezpieczeństwo pracowników. Co jest problematyczne w świetle rosyjskiego ustawodawstwa zobowiązującego firmy do dostarczania swoim pracownikom zawiadomień o poborze do wojska. Z kolei ostatnio firmy twierdzą, że coraz bardziej skomplikowane ramy administracyjne i prawne uniemożliwiają im wyjście z inwestycji – wymienia.

Wiele firm kluczy. Niektóre, w tym np. Nestle, nie chcą udostępniać danych o przychodach uzyskanych w Rosji. Inne, jak brytyjski Unilever, zarzekają się, że wstrzymały import i eksport niektórych produktów z i do Rosji, zablokowały inwestycje i już nie reklamują się w kraju. W rzeczywistości jednak nadal prowadzą działalność – koncern wciąż zatrudnia w Rosji 3 tys. pracowników. Pepsi wstrzymało sprzedaż części produktów, w tym Pepsi Coli, 7-up i Mirindy, nadal sprzedaje jednak inne towary, jak np. chipsy. Danone twierdzi, że chce znaleźć w Rosji kupca, który przejmie jego interesy, ale na razie bezskutecznie.

Pomagają finansować wojnę

Tymczasem autorzy raportu alarmują, że pieniądze z podatków odprowadzanych przez korporacje służą Rosji do finansowania działań wojennych.

– Z naszego raportu wynika, że międzynarodowe firmy nadal płacą znaczne podatki w Rosji. Pośrednio finansując wojnę i poważne naruszenia międzynarodowych praw człowieka i prawa humanitarnego, które obserwujemy obecnie na Ukrainie – mówi DW Nina Prusac. Jak zaznacza, decydując się na kontynuowanie działalności w Rosji, firmy nieumyślnie wspierają i umożliwiają kontynuację wojny.

– Kiedy Ukraińcy liczą ciała swoich zmarłych, firmy pozostałe w Rosji liczą swoje zyski – kwitują autorzy raportu.

REDAKCJA POLECA

 


Borys Szyc: Bohater „Warszawianki” mimo czterdziestki na karku nie potrafi się ustatkować

Odtwórca głównej roli w serialu „Warszawianka” przyznaje, że kreowanie takich złożonych postaci, jaką jest Franek Czułkowski, jest dla aktorów najbardziej pasjonującym wyzwaniem zawodowym. To bohater rozdarty wewnętrznie, nie do końca spełniony, nie wie, w którą stronę pójść i jak ułożyć sobie życie. Wszystkie braki próbuje zrekompensować przelotnymi romansami i znajomościami, które po czasie okazują się toksyczne.

 

Borys Szyc zachęca do obejrzenia pierwszej polskiej produkcji serwisu SkyShowtime, bo jak zauważa, nie tylko dostarcza ona dobrej rozrywki, ale również pokazuje szeroki wachlarz emocji i skłania do refleksji.

Główny bohater „Warszawianki” – „Czuły” – dzięki niebywałemu talentowi pisarskiemu skradł serca pokolenia X. I choć odniósł sukces zawodowy, to prywatnie w swoim życiu mocno się pogubił. Mimo czterdziestki na karku wciąż nie potrafi się ustatkować. Jest nieodpowiedzialnym imprezowiczem i playboyem.

– Jest to pisarz, poeta, który nie chce dorosnąć, ale rzeczywistość go dogania i on ma tego świadomość. Pomimo sposobu, w jaki żyje, jest dosyć inteligentnym facetem i wie, że w pełni nie da się uciec przed odpowiedzialnością, choćby nie wiem, jak szybko się biegło. To taki Piotruś Pan, który powoli staje się panem Piotrusiem. Zastajemy go w trudnym momencie, kiedy właśnie kończy 40 lat i nie wie za bardzo, co z tym zrobić. Do tego ma córkę, którą kocha nad życie – mówi agencji Newseria Lifestyle Borys Szyc.

Franek Czułkowski zdaje sobie sprawę z tego, że czas szybko mija, a jemu wciąż daleko do stabilizacji. Próbuje więc uchwycić sens istnienia i we współczesnym świecie znaleźć odpowiednie dla siebie miejsce. Nie jest mu jednak łatwo ustalić odpowiednią hierarchię wartości.

– Ten serial jest o miłości, o samotności, o relacjach, o późnym dojrzewaniu, o różnych emocjach, o rodzicielstwie, o tacierzyństwie – dodaje.

„Warszawianka” to pierwsza polska produkcja serwisu streamingowego SkyShowtime. Serial można oglądać na tej platformie od 19 czerwca. Autorem scenariusza jest Jakub Żulczyk, a reżyserem – Jacek Borcuch. W obsadzie znaleźli się m.in. Krystyna Janda, Marianna Zydek, Ilona Ostrowska i Łukasz Garlicki.

 

thefad.pl / Źródło: newseria


Zamieszki we Francji – frustracja odrzuconych. Stworzono miejsca wykluczenia i braku perspektyw

DW / Monika Stefanek

W obliczu trwających we Francji zamieszek odwołanie wizyty Emmanuela Macrona w Niemczech był właściwe – ocenia niemiecka prasa.

Nadmierna przemoc policji

„Leipziger Zeitung” zauważa, że sytuacja we Francji dopiero niedawno się uspokoiła po miesiącach protestów przeciwko kontrowersyjnej reformie emerytalnej. Gazeta ocenia, że nowy kryzys, wywołany zastrzeleniem przez policję 17-latka, wydaje się jeszcze bardziej przerażający i beznadziejny niż poprzednie.

„Jednym z problemów jest także nadmierna przemoc policji. Zwłaszcza w społecznych ogniskach zapalnych, które często naznaczone są handlem narkotykami i przestępczością. Za te kłopoty, które tlą się od dziesięcioleci, odpowiedzialny jest nie tylko obecny rząd. Jednak musi on teraz znaleźć odpowiedzi wykraczające poza czysto represyjną reakcję” – pisze dziennik z Lipska.

Gazeta, pisząc o odwołanej przez prezydenta Francji wizycie w Niemczech, dodaje, że w obecnych warunkach było nie do pomyślenia, by Emmanuel Macron entuzjastycznie zwracał się do europejskiej młodzieży, podczas gdy młodzi ludzie w jego kraju wychodzą na barykady.

Miejsca wykluczenia i braku perspektyw

W podobnym tonie komentuje dziennik „Augsburger Allgemeine”.

„Nowy kryzys wydaje się jeszcze bardziej przerażający niż poprzednie” – czytamy. Zdaniem gazety przyczyny eskalacji są złożone i zróżnicowane. Obejmują one zarówno francuską historię kolonialną, jak i migrację zarobkową począwszy od lat 60. XX wieku. Stworzono wówcza sypialniane miasteczka na obrzeżach miast, które z czasem popadły w ruinę i stały się miejscami wykluczenia i braku perspektyw.

Zawiodła integracja

Mrocznej oceny francuskich realiów dokonuje „Reutlinger General-Anzeiger”.

„Po raz kolejny stało się jasne, że integracja we Francji zawiodła. W problematycznych dzielnicach na przedmieściach szerzy się bezrobocie, niezadowolenie z warunków życia, frustracja odrzuconych i tych, którzy nie mogą zapuścić korzeni we Francji, nawet jeśli są trzecim lub czwartym pokoleniem, które tam mieszka” – pisze dziennik.

Gazeta stwierdza, że nie jest jasne, w jaki sposób Emmanuel Macron zamierza opanować sytuację. „Faktem jest, że potencjał wyborczy radykalnych partii jest na ulicach. Le Pen musi tylko otworzyć ramiona, by zebrać niezadowolonych” – konstatuje dziennik.

Granica między prawem i przemocą

Równie mało optymistycznie sytuację we Francji komentuje „Stuttgarter Zeitung”. Zdaniem komentatora gazety, utrata autorytetu we Francji jest wynikiem lat pobłażliwości i odwracania głowy od problemów. Jako przykład podaje nielegalne wyścigi uliczne organizowane co tydzień na francuskich przedmieściach.

„Policja nie ma już środków, aby powstrzymać te niebezpieczne (doszło do kilku zgonów) i surowo zabronione wyścigi. Jak mogłaby to zrobić? Samochody patrolowe są często przeganiane za pomocą pocisków i fajerwerków. Poszczególne partie polityczne potępiają nie tyle zamieszki, ile policyjną przemoc, a co za tym idzie – monopol władz na użycie siły” – pisze dziennik.

Zdaniem gazety w obliczu takiego zamieszania nie należy się dziwić, gdy młodzi ludzie z przedmieść, dla których różnica między prawem a przemocą nigdy nie była istotna, co rusz niszczą i demolują wszystko.

„Odwołanie francuskiej wizyty państwowej w Niemczech było z pewnością właściwe. Można mieć tylko nadzieję, że Macron wykorzysta ten czas na przywrócenie pokoju wśród obywateli w swoim kraju” – kończy gazeta.

Zamieszki we Francj

Zamieszki we Francji trwają od nocy z wtorku na środę i są wynikiem zastrzelenia przez policję 17-letniego Nahela. O zakończenie protestów apelowała w niedzielę babcia nastolatka.

– Chcę, żeby to się zatrzymało wszędzie. Ludzie, którzy niszczą.. mówię im, żeby przestali! – mówiła w rozmowie ze stacją BFM TV.

Statystyki zatrzymań pokazują, że kolejna noc zamieszek we francuskich miastach była znacznie spokojniejsza od poprzednich. Część komentatorów obawia się jednak, że może to być jedynie cisza przed burzą.

REDAKCJA POLECA

 


Spotkanie z Morawieckim. „Czy pan cały czas stosuje zasadę, że ludzie mają zap***ać za miskę ryżu?”

W sobotę 1 lipca, podczas spotkania Mateusza Morawieckiego z mieszkańcami w Kościerzynie (woj. pomorskie) jeden z uczestników przypomniał jego rzekome słowa nagrane podczas wizyty w restauracji „Sowa i Przyjaciele”. Morawiecki miał wówczas powiedzieć: „Trzeba słuchać ludu, obiecać im, czego oczekują, a potem wygaszać ich oczekiwania. Mają zap***ać za miskę ryżu”

Mateusz Morawiecki: Kościerzyna, 1 lipca 2023. Fot. screen shot / youtube

W sobotę Mateusz Morawiecki spotkał się z mieszkańcami Kościerzyna na Pomorzu. Oklaskami, a także buczeniem powitali go mieszkańcy Kaszub. Przed budynkiem czekała na niego grupa osób, która nie kryła swojego niezadowolenia rządami Zjednoczonej Prawicy. Gdy na spotkanie przybywali m.in. Marcin Horała, Tadeusz Cymański, czy Anna Fotyga, można było usłyszeć okrzyki – złodzieje, Judasze.

„Gdy PO dojdzie do władzy, to będziemy mieli wyprzedaże, jak w Lidlu”

Morawiecki większość czasu poświęcił na wychwalaniu sukcesów rządów PiS, krytykował Unię Europejską i Niemcy. Tradycyjnie w jego wypowiedziach nie zabrakło negatywnych uwag w stosunku do Donalda Tuska.

– Tusk likwidował wszystko, co było możliwe. Wyprzedawał polskie przedsiębiorstwa, srebra rodowe, zlikwidował część OFE, jak brakowało pieniędzy w budżecie. Gdy, nie daj Boże, PO dojdzie do władzy, to będziemy mieli do czynienia z wyprzedażą, jak w Lidlu. Będzie dzień niemiecki, francuski, włoski itp. – mówił.

„Gdzie są obiecane 770 mld zł”

Po zakończeniu swojego przemówienia przyszedł czas na pytania od mieszkańców. Większość z nich dziękowała za politykę obecnego rządu. Nie zabrakło jednak niewygodnych pytań.

Jeden z uczestników spotkania zapytał Morawieckiego, gdzie są obiecane 770 mld zł, i czy nadal kieruje się zasadą, że najpierw dużo obiecuje, a później zapomina o tych obietnicach.

– Pan nam obiecał kilka lat temu 770 miliardów, pamiętam z plakatem takim pan stał. I co się stało z tymi pieniędzmi? – dopytywał.

– Połowa tych pieniędzy jest już w Polsce, a druga połowa jest blokowana na wyraźne żądanie opozycji. A to drugie pytanie powinien pan zadać partii, której wydaje się pan sekunduje. To PO zwykła dwa razy obiecać, a raz dotrzymać obietnicy – odpowiedział Morawiecki.

„Czy ludzie mają zap***ać za miskę ryżu?

Ten sam uczestnik od razu pośpieszył z drugim pytaniem: – Czy pan cały czas stosuje tę swoją zasadę, że ludzi trzeba słuchać, obiecać im to, czego oni oczekują, a potem się z tych obietnic wycofywać? I czy ludzie mają pracować, nie powiem tego niecenzuralnego słowa, którego pan użył: za miskę ryżu? – dodał.

— Zdaje się, że to zwolennicy partii, której pan sekunduje, mówili, że dwa razy obiecać, to jak dotrzymać. (…) a was, szanowni państwo, wręcz proszę, aby rozliczać nas ze wszystkich naszych obietnic, żeby patrzeć na te wszystkie drogi z godłem i flagą biało-czerwoną, bo one są z polskiego budżetu – odpowiedział Morawiecki.

– Mówił pan coś o pracy za niewielkie pieniądze, to ja przypomnę: w czasie rządów Platformy Obywatelskiej, to za ile się pracowało za godzinę? 2, 3, 4 złote za godzinę, takie były oferty płacy – dodał.

[socialpoll id=”2908436″]

Dariusz Frach, thefad.pl / źródło informacji: media


Najemnicy. Nie tylko Grupa Wagnera, w Rosji jest sporo prywatnych armii

Daniil Sotnikov

Oprócz regularnych oddziałów rosyjskich w Ukrainie walczą najemnicy kilkudziesięciu prywatnych grup. Ich struktury i finansowanie są niejasne.

Fot. manhhai / flickr

Zgodnie z rozkazem Siergieja Szojgu, rosyjskiego ministra obrony, wszystkie „jednostki ochotnicze” walczące w Ukrainie mają czas do 1 lipca, aby podpisać umowę z jego resortem. Oficjalny powód to chęć nadania tym oddziałom „niezbędnego statusu prawnego”.

Nikołaj Pankow, zastępca Szojgu, powiedział, że na terenie Rosji działa ponad 40 ugrupowań tego rodzaju. Polityk unikał jednak sprecyzowania, czym tak naprawdę są „jednostki ochotnicze”. W ten sposób w Rosji określa się również członków prywatnych firm wojskowych, które biorą udział w inwazji na Ukrainę.

Achmat: najemnicy Kadrowa

Pierwszą jednostką tego rodzaju, która podpisała umowę z ministerstwem obrony, był Achmat, czyli prywatna armia czeczeńskiego satrapy Ramzana Kadyrowa. W ślad za nimi do 22 czerwca poszło ponad 20 innych jednostek.

Podpisania umowy odmówił jednak Jewgienij Prigożyn, szef Grupy Wagnera, najbardziej znanej rosyjskiej prywatnej armii. Zamiast tego, w sobotę 24 czerwca rozpoczął rebelię przeciwko dowództwu rosyjskiej armii. Wysłał swoje oddziały na Moskwę, aby jeszcze w ten sam dzień finalnie nakazać swoim żołnierzom powrót do baz.

Wcześniej Prigożyn krytykował tworzenie w Rosji „prywatnych firm wojskowych”. – Mówią, że pewnego dnia dojdzie do walki o władzę i każdy będzie potrzebował własnej prywatnej armii. Ludzie mający pieniądze uważają, że budowanie prywatnej armii to teraz duży temat – powiedział.

Reduta Timczenki pierwsza w Ukrainie

Pierwszym ugrupowaniem, którego zaangażowanie w inwazję na Ukrainę stało się jawne, jest Reduta. Kijów szacuje wielkość tej grupy na 7 tys. żołnierzy. Jak utrzymuje rosyjski portal opozycyjny Meduza, najemnicy Reduty byli jednymi z pierwszych, którzy zaatakowali Ukrainę. Brali m.in. udział w walkach w pobliżu Kijowa i Charkowa.

Rosyjska „Nowaja Gazieta” po raz pierwszy pisała o Reducie w 2019 r. Według tych doniesień, siły utworzono w 2008 r. i rozmieszczono w Syrii. Celem była ochrona obiektów koncernu Stroytransgazu. To firma kontrolowana przez oligarchę Giennadija Timczenkę, przyjaciela prezydenta Rosji Władimira Putina. Igor Girkin, były „minister obrony” samozwańczej „Donieckiej Republiki Ludowej” określał Timczenkę mianem „właściciela Reduty”. Zarówno Meduza, jak i „Nowaja Gazieta” pisały o powiązaniach Reduty z rosyjskim Ministerstwem Obrony.

Pomimo formalnego zakazu tworzenia prywatnych armii w Rosji, zaangażowanie Reduty w wojnę przeciwko Ukrainie zostało nawet uznane przez sąd. W regionie biełgorodzkim wyrok wobec oskarżonego został złagodzony po ustaleniu, że walczył on w Ukrainie w formacjach Reduty.

Potok i Fakeł. Najemnicy Gazpromu

W lutym 2023 r. ukraińskie służby specjalne jako pierwsze informowały o tym, że państwowy koncern gazowy Gazprom rzekomo utworzył własne oddziały najemników. Według dziennika „Financial Times” państwowa firma w sierpniu ub. r. rozpoczęła rekrutację „ochotników”, którzy następnie zaczęli trafiać na front w Ukrainie. W ten sposób powstały oddziały Potok i Fakeł.

„Financial Times” ustalił również, że pracownicy jednego z przedsiębiorstw w centralnej Azji, które podlega Gazpromowi, zostali poinformowani, że mają wysłać na wojnę dwóch „ochotników”. „Powiedziano im, że Gazprom ich uzbroi i zapłaci więcej pieniędzy, niż dostają zwykli żołnierze kontraktowi” – przekazał dziennikowi ochroniarz biorący udział w spotkaniu. Według gazety takie spotkania odbywały się również w oddziale Gazpromu na Syberii. W efekcie sześciu mężczyzn stamtąd wysłano na trzy miesiące do Sołedaru w obwodzie donieckim. Inna grupa trafiła na pół roku do Bachmutu.

Istnieje wiele poszlak wskazujących na związek pomiędzy oddziałami Potok i Fakeł a Gazpromem. W filmie opublikowanym w kwietniu tego roku rosyjski jeniec przedstawia się jako Aleksander Tkaczenko z Orenburga. Rosyjski serwis BBC znalazł jego profil w rosyjskiej sieci społecznościowej VKontakte, gdzie w polu „pracodawca” widnieje oddział Gazpromu w Orenburgu. Znaleziono również nekrolog Rosjanina poległego na wojnie, w którym podano nazwę jednostki Potok.

Dodatkowo w grudniu ub. r. rosyjska telewizja państwowa informowała o „ochotnikach batalionu Fakeł”, którzy stacjonowali na południe od Doniecka. Już w kwietniu Jewgienij Prigożyn mówił, że w wojnę angażują się oddziały Gazpromu. Skrytykował przy tym tworzących te jednostki, oskarżając ich o brak odpowiedniego przeszkolenia, sprzętu i umiejętności dowódczych. W maju w Telegramie pojawił się film skierowany do Putina, na którym widać najemników podających się za członków oddziału Potok.

Brakuje szczegółowych informacji na temat rozmiarów jednostek finansowanych przez Gazprom. „The Wall Street Journal” oszacował ją na „kilka tysięcy”. Dla porównania: dane wywiadów Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych wskazują, że w Grupie Wagnera służy w Ukrainie ok. 50 tys. ludzi, z czego ok. 40 tys. to zwerbowani do służby więźniowie. Także były rosyjski urzędnik wysokiej rangi w rozmowie z „Financial Times” ocenił znaczenie najemników Gazpromu jako mało istotne.

Prywatne firmy wojskowe: skąd tyle?

Według Pawła Łuzina eksperta ds. rosyjskiej polityki zagranicznej i obronnej, oddziały takie jak Reduta nie są w pełni prywatnymi grupami wojskowymi, są bowiem powiązane z Ministerstwem Obrony.

Najemnicy byli pierwotnie wykorzystywani przez Rosję w trzech głównych celach: aby równoważyć regularną armię, aby móc omijać biurokrację i ustalone procedury administracyjne oraz żeby chronić kierownictwo polityczne i wojskowe przed odpowiedzialnością – tłumaczy.

Najemnicy i tzw. jednostki ochotnicze umożliwiają obchodzenie ograniczeń, którym podlegają znajdujące się w coraz większej rozsypce regularne siły zbrojne. – Oznacza to, że rosyjskie wojsko przekształca się w armię nieregularną – podkreśla ekspert.

Cel: zapobieganie oficjalnej mobilizacji

Inni eksperci również tłumaczą rosnącą liczbę oddziałów najemnych tym, że Kreml chce zrekompensować słabości legalnej armii. Zgodnie z tym tokiem myślenia, jak najwięcej ludzi powinno trafić na front bez konieczności przeprowadzania kolejnej mobilizacji. – W międzyczasie Rosja stała się państwem zmobilizowanym na wszystkich poziomach. Istnieje pilna potrzeba szkolenia żołnierzy, a Putin chce to zrobić bez sięgania po poborowych lub kolejnej mobilizacji – mówi historyk Mark Galeotti, założyciel londyńskiej firmy konsultingowej Mayak Intelligence.

– Istnieje rozkaz rekrutowania ochotników na różne sposoby, w tym za pośrednictwem bogatych instytucji publicznych i prywatnych, które dysponują wystarczającą sumą pieniędzy, aby zmobilizować ludzi – powiedział gazecie „Financial Times” były wysoki rosyjski urzędnik. Zdaniem tego anonimowego informatora, finansowanie takich struktur jest dla oligarchów i koncernów sposobem na zademonstrowanie swojej lojalności wobec Kremla.

W ten schemat wpisują się ustalenia Olgi Romanowej, która – przebywając na wygnaniu – prowadzi działalność organizacji pozarządowej Ruś Siedząca. Według niej we wrześniu 2022 r. Putin miał podczas niejawnego spotkania zasugerować przedstawicielom biznesu mobilizację i finansowanie „ochotników” gotowych do wyjazdu do Ukrainy. Również rozmówcy Meduzy nazywają takie praktyki tajną mobilizację.

Od rozpoczęcia inwazji na Ukrainę, granice pomiędzy najemnikami, „ochotnikami” a regularną rosyjską armią coraz bardziej się zacierają.

REDAKCJA POLECA

 


Orban: bunt Prigożina bez większego znaczenia. Władza Putina nie została osłabiona, nie jest zbrodniarzem

Anna Widzyk

Premier Węgier Viktor Orban ocenia, że bunt Jewgienija Prigożina i jego Grupy Wagnera to „wydarzenie bez większego znaczenia”, a władza prezydenta Władimira Putina nie została osłabiona.

Victor Orban. Fot. EPP / flickr

Orban: Putin nadal silny, pucz bez znaczenia

– Nie widzę większego znaczenia w tym wydarzeniu – mówił premier Węgier Viktor Orban w wywiadzie z niemieckim dziennikiem „Bild”, pytany, jak zareagował na sobotni marsz najemników rosyjskiej Grupy Wagnera w kierunku Moskwy.

Swoją ocenę Orban opiera na informacjach węgierskich służb wywiadowczych, które, jak twierdzi, są „bardziej wiarygodne niż inne”. I one uważają, że to, co wydarzyło się w miniony weekend w Rosji „nie jest ważne”. Zaś to, że niedoszły pucz zakończył się w ciągu 24 godzin „jest oznaką siły” Putina.

Putin jest prezydentem Rosji. Jeżeli ktoś spekuluje, że może on upaść albo zostać zastąpiony, to nie rozumie rosyjskiego narodu i rosyjskich struktur władzy – mówi Orban. Nie wyklucza, że być może na krótki czas Putin stracił kontrolę, ale „Rosja pracuje i funkcjonuje inaczej niż kraje europejskie”. Nie ma on też wątpliwości, że w 2024 roku Putin nadal będzie prezydentem Rosji.

– Struktury w Rosji są bardzo stabilne. Opierają się na armii, służbach specjalnych, policji, a zatem jest to inny rodzaj kraju, to kraj zorientowany militarnie. Nie zapominajmy więc, że Rosjanie nie są krajem takim jak my, Niemcy czy Węgry. To inny świat – mówi Orban. Według niego Rosji nie da się zrozumieć, kierując się „naszą logiką”.

„Niemożliwe” zwycięstwo Ukrainy

Zdaniem węgierskiego premiera współpraca Zachodu z Ukrainą jest skazana na niepowodzenie, zaś zwycięstwo Ukrainy nad Rosją uważa on za „niemożliwe”. Jak zastrzega, nie chodzi mu o przebieg działań wojennych. – Mówię o rezultacie wojny. Problemem jest to, że Ukraińcom wcześniej zabraknie żołnierzy niż Rosjanom, co na końcu będzie decydującym czynnikiem – ocenia Orban.

– Nie chcę wpływać na Ukraińców, ale zawsze apeluję o pokój, pokój, pokój. W przeciwnym razie stracą ogromne zasoby, wiele istnień ludzkich i dojdzie do niewyobrażalnych zniszczeń. Dlatego pokój jest w tej chwili jedynym rozwiązaniem. Pokój w tej chwili oznacza zawieszenie broni – dodaje, apelując o ponowne sięgnięcie po środki polityczne i dyplomatyczne.

Wszystko w rękach Amerykanów

Orban zarzuca też Ukrainie, że „nie jest już suwerennym krajem”.

– Nie mają pieniędzy. Nie mają broni. Mogą walczyć tylko dlatego, że my na Zachodzie ich wspieramy. Jeżeli zatem Amerykanie postanowią, że chcą mieć pokój, to będzie pokój – twierdzi polityk.

Zastrzega, że nie chce, aby Ukraina została pozostawiona sama sobie.

Wręcz przeciwnie. Chcemy ratować Ukrainę. A jedyną drogą ratunku jest to, by Amerykanie podjęli negocjacje z Rosjanami i zawarli porozumienie co do architektury bezpieczeństwa oraz miejsca dla Ukrainy w tej nowej architekturze – twierdzi węgierski przywódca.

Czy Putin jest, zbrodniarzem wojennym? „Nie. Nie dla mnie”

Pytany, czy Putin jest, jego zdaniem, zbrodniarzem wojennym, Orban odpowiada: „Nie. Nie dla mnie”.

– Jesteśmy bowiem w czasie wojny. Po wojnie możemy rozmawiać o zbrodniach wojennych. Jeśli chcemy zawieszenia broni, a następnie negocjacji, musimy przekonać tych, którzy są częścią konfliktu, aby podeszli do stołu. Nie jest dobrym pomysłem, by zapraszać kogoś do stołu jednocześnie mówiąc: – podejdź, a cię aresztuję – ocenia Orban.

REDAKCJA POLECA