Siedem lat brexitu. Między „wspaniałą izolacją” a goryczą. Wielka Brytania traci na znaczeniu

DPA, RTR, DW/stef
W czerwcu 2016 roku z Londynu nadeszła wiadomość, która wstrząsnęła Unią Europejską: Brytyjczycy postanowili opuścić UE. A jak jest dziś? Jakkolwiek by na to patrzeć: brexit jak dotąd nie jest historią sukcesu.

W całej Wielkiej Brytanii większość mieszkańców uważa, że brexit był złym pomysłem. W całej Wielkiej Brytanii? Nie – w jednym okręgu wyborczym większość nadal uważa, że wyjście z UE było słuszne.
Dziś (23.06.2023) mija siedem lat od czasu, gdy Wielka Brytania zagłosowała za brexitem – niewielką większością głosów. Inaczej było w Bostonie w hrabstwie Lincolnshire: tutaj około 76 procent było na tak. I choć w sondażach wskaźnik poparcia spadł ostatnio do niskiego poziomu, Boston umacnia swój status bastionu brexitu.
Anton Dani, były burmistrz Bostonu, przyznaje, że nie tak wyobrażał sobie brexit. – Rzeczywistość jest prawdopodobnie gorsza, niż się wtedy spodziewaliśmy – mówi 57-latek. Brzmi to druzgocąco.
Idea zajęcia się swoimi problemami niezależnie od Brukseli w ramach przedstawianej z sentymentem „wspaniałej izolacji” (ang. Splendid isolation) jest nadal popularna. Były burmistrz małego wschodnioangielskiego miasteczka wciąż uważa, że brexit to dobry pomysł. Jest on jednak wdrażany w niewłaściwy sposób przez rząd w Londynie. Wiele osób w Bostonie uważa tak samo, jak Anton Dani.
Co się stało z brexitowymi obietnicami?
Wendy i Jeanne obsługują turystów w przykościelnym sklepiku na starym mieście. Czy nadal popierają brexit? – Ależ oczywiście – podkreślają przyjaźnie dwie starsze panie. Powód: wielu obcych, którzy przeprowadzili się do Bostonu w ostatnich latach. – Nie mamy już odwagi chodzić po mieście same w nocy – mówią. Wielu myśli tak jak one.
– Rzeczywistość daje im więcej powodów i dowodów na to, że naprawdę potrzebują brexitu – mówi były burmistrz. Zwolennicy wyjścia z UE obiecywali zaostrzenie przepisów imigracyjnych, w Bostonie wciąż na to czekają.
„Nasze miasto to ruina”
Mieszkańcy hrabstwa Lincolnshire mają dość. Niegdyś prężnie rozwijające się miasto portowe, a w ostatnich latach nie było prawie żadnej negatywnej statystyki, w której Boston nie znalazłby się na szczycie. Jest to miasto o najgorszych problemach integracyjnych i najniższych płacach. A także miasto, w którym statystycznie dochodzi do największej liczby morderstw.
Wiele osób wskazuje na duży napływ imigrantów. To głównie ludzie z biedniejszych krajów UE, którzy w ciągu dnia kręcą się w grupach na rynku, jak opowiadają bywalcy pubów. – Wielu ma wrażenie, że są obcymi we własnym mieście – mówi były burmistrz.
Nie oferuje się żadnych kursów językowych, nie buduje szkół, nie zatrudnia nauczycieli. Zamiast tego usługi zdrowotne i liczba urzędników dzielnicowych zostały zmniejszone. Problem nielegalnego wyrzucania śmieci rośnie, podobnie jak kradzieże w sklepach i handel narkotykami.
– Nasze miasto było ładne – wspomina Anton Dani. – Popatrz na nie, teraz to ruina. Dla byłego burmistrza jest jasne, że rozwiązaniem może być tylko „więcej brexitu”.
Wielka Brytania traci na znaczeniu
Na kontynencie, w siódmą rocznicę głosowania w sprawie brexitu, niemiecka gospodarka dokonuje ponurego bilansu z zupełnie innych powodów.
– Brexit to katastrofa gospodarcza dla obu stron kanału – powiedział agencji informacyjnej Reuters Volker Treier, szef działu handlu zagranicznego w Niemieckiej Izbie Przemysłowo-Handlowej (DIHK). – Taki jest bilans po siedmiu latach od referendum w sprawie brexitu.
Konsekwencje widać na przykład w handlu między oboma krajami. W 2022 roku Niemcy wyeksportowały do Wielkiej Brytanii towary o wartości 73,8 mld euro. To o 14,1 proc. mniej niż w roku 2016, czyli w roku głosowania w sprawie brexitu.
– Podczas gdy w 2016 roku Wielka Brytania była trzecim najważniejszym rynkiem eksportowym Niemiec, w 2022 roku kraj ten spadł na ósme miejsce – przyznał Volker Treier. Jako partner handlowy – eksport i import są łączone w tym bilansie – kraj ten stracił od tego czasu jeszcze bardziej na znaczeniu, spadając z piątego na jedenaste miejsce.
Przyczółek w Unii
Zmniejszyły się również niemieckie inwestycje bezpośrednie w Wielkiej Brytanii. W 2021 roku wynosiły one około 140 miliardów euro, co odpowiada spadkowi o 16,1 procent w porównaniu z rokiem 2016. Według DIHK obecnie działają tam 2163 niemieckie firmy, o 5,2 proc. mniej niż w 2016 roku, a liczba zatrudnionych w nich pracowników spadła o trzy procent do 415 000.
Z drugiej strony, wiele brytyjskich firm osiedliło się w Niemczech w ostatnich latach. Niemiecka Agencja Handlu Zagranicznego (GTAI), która jest odpowiedzialna za marketing inwestycyjny w Niemczech, naliczyła ponad 1000 nowych inwestycji od czasu głosowania w sprawie brexitu. Tylko w ubiegłym roku było ich 170; liczbę tę przewyższają tylko USA i sąsiednia Szwajcaria.
– Spodziewamy się, że zapytania z Wielkiej Brytanii pozostaną na wysokim poziomie – mówi dyrektor zarządzający GTAI Robert Hermann. – Dla brytyjskich firm ważne jest, aby mieć przyczółek w UE.
Na korzyść Niemiec przemawiają także wielkość kraju i centralna lokalizacja w Europie.
(DPA, RTR, DW/stef)
Roman Giertych ostrzega: Nie lekceważcie go. Szykuje zamach

Roman Giertych
Nie damy sobie ukraść Konstytucji, demokracji, wolności i całej przynależności do świata zachodu. Twój zamach stanu po prostu się nie uda. I wszyscy ci, którzy będą w nim uczestniczyć (łącznie z parlamentarzystami), zostaną za ten zamach razem z tobą najsurowiej ukarani.
Wielu przyjęło śmiechem wejścia Kaczyńskiego do rządu i dymisje wszystkich wicepremierów. Mnie nie jest do śmiechu.
🔴Prezydent @AndrzejDuda powołał Prezesa #PiS J. #Kaczyński na stanowisko Wiceprezesa Rady Ministrów. 🇵🇱 pic.twitter.com/naYAGVpRca
— Prawo i Sprawiedliwość (@pisorgpl) June 21, 2023
Moim zdaniem ten ruch świadczy o tym, że Jarosław Kaczyński nie zamierza oddawać władzy dobrowolnie. On już wie, że wybory są przegrane, albo przynajmniej wie, że jest takie duże prawdopodobieństwo. Będzie więc chciał zmienić Konstytucję. Oczywiście nie ma ku temu większości, lecz będzie to chciał zrobić zwykłymi ustawami. Po to zniszczył TK, aby mu nikt nie przeszkodził. Sądzę, że już niedługo do Sejmu zostaną skierowane projekty ustaw. Kaczyński uważam, rozważa ich trzy warianty.
- Ustawy zmieniające ustrój Państwa w ten sposób, żeby pozbawić znaczenia Sejm i rząd, a całą realną władzę oddać w ręce Prezydenta RP.
- Ustawy uniemożliwiające opozycji lub znaczącej jej część udział w wyborach.
- Połączenie pkt. 1 i 2.
Oczywiście przeforsowanie takich ustaw (nawet jedynie w części 1) oznacza praktyczne wyjście z UE oraz ogromne problemy w relacjach z USA.
Kaczyński znajduje się jednak w sytuacji, w której alternatywą jest bardzo prawdopodobna przegrana i kara więzienia dla niego i najbliższych współpracowników.
Wychowany w kulcie Piłsudskiego wyobraża sobie siebie jako Marszałka. I za nic ma demokrację.
Jak opozycja powinna odpowiedzieć na taki ruch?
Po pierwsze zjednoczeniem całej demokratycznej opozycji. A po zjednoczeniu zorganizowaniem Majdanu, który opanuje Warszawę.
Zrobimy ci Jarku taki marsz, przy którym 4 czerwca wyda ci nielicznym spacerkiem kilku znajomych.
Nie damy sobie ukraść Konstytucji, demokracji, wolności i całej przynależności do świata zachodu. Twój zamach stanu po prostu się nie uda. I wszyscy ci, którzy będą w nim uczestniczyć (łącznie z parlamentarzystami), zostaną za ten zamach razem z tobą najsurowiej ukarani.
Potraktujcie Państwo poważnie to, co piszę. Ostatecznie jestem jedynym żyjącym byłym wicepremierem rządu Jarosława Kaczyńskiego. Wiem co on myśli.
Roman Giertych
Był na pokładzie „Titana”, traci nadzieję, że akcja poszukiwawcza łodzi podwodnej zakończy się szczęśliwie

Arthur Loibl – niemiecki przedsiębiorca, który w 2021 roku był na pokładzie łodzi podwodnej „Titan”
Arthur Loibl, który dwa lata temu był na pokładzie „Titana”, traci nadzieję, że akcja poszukiwawcza łodzi podwodnej zakończy się szczęśliwie. WYWIAD

Deutsche Welle: Czasu jest coraz mniej, spekulacji przybywa. Wszyscy zastanawiają się, co stało się z podwodną łodzią „Titan”. Pan potrafi oszacować obecną sytuację lepiej niż my wszyscy. Jakie ma Pan przeczucia?
Arthur Loibl: Jestem przerażony. Znam osobiście dwie osoby, które są na pokładzie tej łodzi. Z jedną z nich miałem kontakt w ubiegłą sobotę. To tragedia. Towarzyszą mi bardzo złe przeczucia. Niestety jestem zdania, że czas się skończył. Zakładając, że jeśli tlenu wystarczy jeszcze na kilka godzin, to nawet gdyby osoby te zostały teraz znalezione, akcja ratunkowa będzie wymagała czasu. Dlatego według mnie czasu już nie ma.
Na pewno zastanawiał się pan nie jeden raz, co mogło się wydarzyć, dlaczego tak krótko po rozpoczęciu zanurzania się łodzi kontakt z osobami na jej pokładzie został utracony. Co się pana zdaniem stało?
Można tylko przypuszczać, co się wydarzyło. Według mnie system elektryczny całkowicie zawiódł. A to oznacza, że nie mogli manewrować, nie mogli też wysyłać żadnych sygnałów i prawdopodobnie w ogóle nie widzą, gdzie się znajdują. W takiej sytuacji zawodzą wszelkie urządzenia. Kontakt z osobami na pokładzie urwał się po półtorej godziny, łódź nie zdążyła w tym czasie zapewne zejść na dno. Prądy zmieniają się co kilkaset metrów. Nie wiadomo, dokąd ich poniosły.
Czego w sobotę dowiedział się pan od jednego z członków załogi?
Napisał mi, że w okolicach Nowej Funlandii jest najgorszy wiatr od 40 lat, że pogoda jest fatalna i że chcą spróbować kolejnego dnia. To był właśnie ten feralny dzień.
Czyli już istniały obawy, że warunki nie będą najlepsze?
O tym mnie poinformował. Mówił o złej pogodzie i niesprzyjających warunkach. Wcześniejsze próby zanurkowania się nie udały.
Co powoduje, że później zapada jednak decyzja, by ponowić próbę?
Rolę odgrywają tu również kwestie komercyjne. Obecnie kosztuje to sporo pieniędzy. Przy złej pogodzie nie przysługuje ci zwrot. Jeśli taka wyprawa ciągle jest odwoływana, ludzie przestaną rezerwować, stracisz klientów. To tylko przypuszczenia, ale na pokładzie było dwóch miliarderów, którym być może bardzo zależało, by wyprawa się odbyła. Oczywiście nie wiemy tego na pewno. Jedyne, czego możemy być pewni, to że się nie powiodła.
Dwa lata temu był pan na pokładzie tej samej łodzi, która dziś jest poszukiwana. Często jest pan pytany, czy zrobiłby pan to jeszcze raz, choć w kontekście obecnych wydarzeń odpowiedź wydaje się jasna.
Z dzisiejszej perspektywy muszę powiedzieć, że nie powtórzyłbym tego. Brałem udział w jednej z najbardziej udanych obserwacji wraku „Titanica”. Wróciłem z tej podróży cały i zdrowy, choć też mieliśmy problemy techniczne. Nie, nie zrobiłbym tego ponownie.
Czyli wówczas były już problemy z tą łodzią?
Tak, choć muszę powiedzieć, że nie uważałem ich za poważne i nie obawiałem się. Wyzwaniem było raczej improwizowanie.
Był pan przygotowany na tę podróż? Pytam o to, czy wchodząc na jej pokład posiada się umiejętności radzenia sobie z sytuacją trudną czy nawet ekstremalną. Czy raczej polega się na technologii czy innych osobach?
Jest się przygotowanym w tym sensie, że wiesz, jak wejść na pokład tej łodzi, ale już na nim będąc, nie możesz nic zrobić. Trzeba całkowicie zdać się na zespół. Jeśli znajdziesz się na powierzchni wody, nie jesteś też w stanie wyjść ze środka. Jesteś zamknięty od zewnątrz, nie ma więc żaden możliwości, by się stamtąd wydostać.
Czy wtedy wyprawa ta też była taka droga?
Już 2017 zarezerwowałem tę wyprawę. Byłem wtedy jednym z pierwszych, którzy się na to zdecydowali i zapłaciłem 110 tysięcy dolarów (przy dobrym kursie: 1.35). Dziś kosztuje to już ok. 250 tysięcy dolarów. Do tego dochodzą lot i inne wydatki.
Jak należy sobie wyobrazić warunki, jakie panują na pokładzie tej łodzi? Podejrzewam, że nie ma tu mowy o żadnej wygodzie.
To prawda. Siedzisz na podłodze, która ma mniej więcej 2,5 metra długości i 1,4 metra szerokości. Na pokładzie nie ma nawet krzesła. Nie możesz ani leżeć, ani stać. Wszyscy są bardzo blisko siebie, miejsca jest niewiele, nie możesz więc mieć lęku przed kontaktem fizycznym. Jeśli ktoś chce wyjrzeć na zewnątrz, inni muszą przesunąć się do innej części i obserwować wszystko przez kamerę. Temperatura wynosi 4 stopnie Celsjusza, to wszystko jest bardzo męczące. Jeśli spędzasz tam 60, 70, 80 godzin, to musi być koszmar. Masz przecież różne potrzeby jak chociażby skorzystania z toalety. Co tam się dzieje, to trudno sobie wyobrazić. To horror.
Ile jest jeszcze w panu nadziei, że uda się uratować osoby, które są na pokładzie „Titana”?
Jeszcze do wczorajszego wieczora mówiłem, że nadzieja umiera ostatnia, ale teraz już nie mam nadziei. Mówi się o 92, 96 godzinach, na które wystarcza tlenu na pokładzie w normalnej sytuacji, ale tu mamy sytuację niezwykle stresującą i nie wiemy, jak ludzie się w niej zachowają. O ile mogę założyć, że osoby z załogi są w stanie zachować spokój, o tyle nie wiem, czy goście na pokładzie potrafią w takiej sytuacji zrobić to samo; czy nie będą nerwowi, czy nie będą potrzebować więcej tlenu. To wszystko pytania, na które nikt teraz nie potrafi odpowiedzieć.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: PiS więdnie, „wuc” wraca?

Adam Mazguła
Główny okupant demokracji w Polsce Jarosław Kaczyński będzie kierował swoją partyjną mafią. Dawny wicepremier do spraw tylko swojego bezpieczeństwa ponownie będzie wicepremierem. Odszedł, ale wrócił. Nikt tak nie rujnuje kraju, jak Kaczyński i nikt tak nie kłamie jak Morawiecki. Piękny tandem, stosunek partnerski, którego bezkarność zabezpiecza przestępca generalny i minister uniewinniony.
Główny okupant demokracji w Polsce Jarosław Kaczyński będzie kierował swoją partyjną mafią, aby dalej rujnować kraj i łupić Polaków. Dawny wicepremier do spraw tylko swojego bezpieczeństwa ponownie będzie wicepremierem. Odszedł, ale wrócił. Jednak to nie to samo, bo już jako jedyny wice. Nad nim zostanie tylko mistrz nad mistrzami propagandy kłamstwa i łajdactwa kwalifikowanego, czyli Mateusz Morawiecki.
🔴Prezydent @AndrzejDuda powołał Prezesa #PiS J. #Kaczyński na stanowisko Wiceprezesa Rady Ministrów. 🇵🇱 pic.twitter.com/naYAGVpRca
— Prawo i Sprawiedliwość (@pisorgpl) June 21, 2023
Nikt tak nie rujnuje kraju, jak Kaczyński i nikt tak nie kłamie i nie kieruje propagandą jak Morawiecki. Piękny tandem, stosunek partnerski, którego bezkarność zabezpiecza przestępca generalny i minister uniewinniony.
Po co ta zmiana komuś?
To sygnał do wyborców PiS-u, że wcale nie tracą inicjatywy. Mają nowe otwarcie, werwa u staruszka wraca, ma on wiele nowych pomysłów i nic tylko trwajcie z nimi. Propaganda wam to wyjaśni. To „oczywista oczywistość”. My wam powiemy od nowa, jak okradać Polaków, jak tłumaczyć im drożyznę i mydlić im oczy, tłumić słuch, pobudzać wiarę w kolejne lata okradania dla dobra Polek i Polaków. Nie dodają jednak, że tylko tych zrzeszonych w PiS i przystawkach.
Tak bezprawny, niekonstytucyjny „wuc” Polski najpierw zrezygnował, a teraz wraca na stanowisko państwowe. Pozostał jednak giermkiem propagandowego kłamcy, mimo że samodzielnie także potrafi zrujnować, obrazić, zakłamać, przekupić, zniszczyć, oszukać, ukraść… Jednak to propaganda jest w PiS-mafii najważniejsza, a Morawiecki codziennie publicznie łże i nawet nie mrugnie przy tym okiem. Zawodowiec!
Kaczyński niedawno powiedział: — Postanowiłem, że muszę się skoncentrować na tym, co jest dla przyszłości Polski najważniejsze… partia musi odzyskać werwę, bo zbliża się ten czas, który dla każdej partii politycznej na świecie jest najważniejszy. Wybory są po to, aby uzyskać dobry wynik wyborczy, a jeśli chodzi o PiS, to tym dobrym wynikiem wyborczym będzie ich wygranie, bo daje to możliwość sprawowania władzy…
Wynika z tego, że dla Polski najważniejsza jest władza PiS-u i dlatego potrzebna jest PiS-werwa wyborcza paranoicznego dziadka z łupieżem. Dlatego wychodzi z bunkra na Nowogrodzkiej i już pułki ogłupiałych policjantów wozi za sobą ze strachu przed narodem szczęśliwych Polaków.
Matactwo kwitnie, kąsa jadem, smrodzi kłamstwem, poraża niekompetencją. Kaczyński chce przedłużyć ten upiorny czas dla Polski i prosperity klubu nowych PiS-milionerów.
Jednak sezon się kończy. Każdy kwiatek kiedyś zwiędnie, każde łajno się rozłoży.
Jarosławie Kaczyński, czas by dotarło to do twojej świadomości. W interesie narodowym nie jest Twoja aktywność, ale jest pogonienie PiS-bandy precz od władzy, rozliczenie i osądzenie za ruinę moralną i finansową Polski, którą zrujnowaliście na wzór putinowskiego bandyty.
Musisz być twardy, tu są naprawdę poważne sprawy, tu nie ma żartów ☝️🤡 pic.twitter.com/x0JN1HEORE
— Grzegorz Kot (@gfkot) June 21, 2023
Matactwo kwitnie, ale PiS więdnie i sezon się kończy.
Dlatego wszyscy przyzwoici Polacy powinni być aktywni. Każdy tak, jak może, aby prawda mogła triumfować. Aby zasadzić już tylko zdrowe nasiona naszej przyszłości. Chcemy normalności i budowania wspólnoty ludzi wolnych i życzliwych.
Nie narzekać, tylko stawać na barykady.
Adam Mazguła
22 zamordowane kobiety. Tropy prowadzą do Polski

Jowita Kiwnik Pargana
Kobieta w walizce i kobieta ze sztucznymi paznokciami. Osiem z 22 zamordowanych kobiet, których tożsamość próbują ustalić Interpol oraz śledczy z Holandii, Niemiec i Belgii mogło pochodzić z Polski lub tam mieszkać.

Kobieta ze sztucznymi paznokciami w chwili śmierci miała od 14 do 24 lat. Była drobna (162 cm wzrostu), ale bardzo wysportowana. Miała blond albo jasnobrązowe włosy do ramion, przekłute uszy i zadbane zęby. Na ciele dwie blizny po operacji: jedną 10-centrymetrową na prawym przedramieniu i drugą – u dołu brzucha. Miała sztuczne paznokcie, a na palcach wskazujących zachował się wzorek kwiatka – biało-niebieskiego z drobnymi diamencikami.
Gdy ją znaleziono w ostatni dzień maja 2009 roku w kanale w belgijskim mieście Vise, tuż przy granicy z Holandią, była naga. Jej ciało ktoś obciążył dwoma pięciokilogramowymi ciężarkami marki Alex; takich samych używa się na siłowni. Śledczy ustalili, że chociaż przez ostatnie kilka mieszkała w krajach Beneluxu, dzieciństwo spędziła we Wschodniej Europie. Możliwe – mówią śledczy – że w Polsce.
Silne związki z Polską
W maju Interpol razem z policją z Holandii, Niemiec i Belgii rozpoczął Operację Identify Me. Jej celem jest zidentyfikowanie tożsamości 22 kobiet, których ciała znaleziono w jednym z tych trzech państwach na przestrzeni ostatnich 40 lat.
Najstarsza sprawa pochodzi z 1976 roku, najświeższa – sprzed czterech lat. Najstarsza ofiara mogła mieć 55 lat, najmłodsza – nawet 13. Wszystkie zginęły gwałtowną śmiercią, ich ciała porzucono w lesie, w wodzie, na parkingu czy przy autostradzie. I chociaż od ich śmierci minęły lata, nadal nie udało się ustalić, kim były.

Dzisiaj śledczy podejrzewają, że osiem z nich mogło pochodzić z Polski lub mieszkać tam w jakimś okresie życia. Wskazują na to przede wszystkim badania izotopowe. Te, jak tłumaczą specjaliści, pozwalają ustalić, gdzie dana osoba żyła, a nawet – gdzie piła wodę w ostatnich miesiącach i latach przed śmiercią oraz gdzie spędziła dzieciństwo. Pomagają też przedmioty znalezione przy ofiarach, w tym te charakterystyczne, jak złote kolczyki wyprodukowane w Charkowie. Dlatego zagraniczni śledczy chcą dotrzeć do Polaków.
– Gdzieś na świecie muszą być krewni ofiar, może niektórzy z nich od lat czekają na wiadomości. Jest bardzo realna szansa, że część z badanych przez nas spraw powiązana jest z Polską lub innymi krajami regionu. Niektóre mają bardzo wyraźny związek z tym krajem. Dlatego też chcemy dotrzeć do ludzi w Polsce. Może ktoś z nich tęskni, nie wie co się stało z jego siostrą, matką, przyjaciółką? – mówi DW pomysłodawca i lider operacji Martin de Wit z holenderskiej policji.
Kobieta z czerwonej walizki
Badania izotopowe wskazują, że z Polski mogła pochodzić Dziewczyna z Parkingu; taki przydomek nadali sprawie śledczy. Gdy zginęła, mogła mieć tylko 13 lat. Jej ciało znaleźli w 1976 roku wycieczkowicze nieopodal opuszczonego parkingu przy autostradzie A12 w Holandii. Była naga, przykryta gałęziami, przysypana ziemią.
W toku śledztwa ustalono, że dziewczyna w chwili śmierci najprawdopodobniej od niedawna mieszkała w Niemczech, na południe od Kolonii lub Bonn. Pochodziła lub mieszkała wcześniej w Polsce, lub Ukrainie. Ustalono też, że przez ostatnie 14 miesięcy przed śmiercią była niedożywiona.

Polką – twierdzą śledczy – mogła być też kobieta, którą znaleziono w kanale w holenderskim mieście Schiedam. We wtorek 12 października 2005 roku, jeden z pracowników miejskich zauważył kołyszącą się na wodzie dużą, czerwoną walizkę marki Line. W środku było ciało zawinięte w białą kołdrę w różowe i niebieskie kwiatki. Śledczy ustalili wiek kobiety na od 16 do 22 lat. Po takim czasie w wodzie – a ustalono, że walizka musiała trafić do kanału dwa tygodnie wcześniej – trudno o precyzję.
Wiadomo, że kobieta miała na sobie niebieskie spodnie od dresu marki Gateway z czarnymi lampasami i w rozmiarze XL oraz czerwony t-shirt w rozmiarze S/M. Na stopach – żółto-czerwone skarpetki z kaczuszką. Wiadomo też, że miała zaniedbane zęby i prawdopodobnie nigdy nie była u dentysty. Nie wiadomo kim była i jak się nazywała.
Na czarnobiałym zdjęciu, wygenerowanym cyfrowo przez artystów kryminalistycznych, widać młodą, ciemnooką dziewczynę o okrągłej twarzy i dość grubych rysach oraz włosach spiętych w niedbały kucyk. Badania pozwoliły ustalić, że kobieta dzieciństwo spędziła we Wschodnich Niemczech, Polsce lub Rosji. Jako nastolatka przeprowadziła się do Zachodniej Europy. Ostatnie miesiące życia prawdopodobnie spędziła w Holandii.

Kobieta z zegarkiem z PRL-u
Kobieta z bransoletką była palaczką. Świadczą o tym ślady po nikotynie na palcach jej prawej dłoni (lewej nigdy nie znaleziono). Ponadto obgryzała paznokcie. Fragmenty jej ciała znalazł w potoku przepływającym przez osiedle Uilenstede w holenderskim Amstelveen przechodzień. Sprawca ukrył je w plastikowych workach.
Kobieta miała od 20 do 35 lat. Była dość wysoka, miała pieprzyki: na plecach, nad prawą i pod lewą piersią i na prawym pośladku. Nie miała ubrań, znaleziono przy niej za to charakterystyczną bransoletę: grubą, w kolorze złotym, z diamencikami przy zapięciu. Śledczy mają nadzieję, że ktoś rozpozna tę biżuterię.
– Ofiara miała też charakterystyczną bliznę po szczepionce, co pozwala nam podejrzewać, że pochodziła właśnie z Polski – mówi DW Martin de Wit z holenderskiej policji.
Z kolei kobieta w męskich ubraniach, którą leśnicy znaleźli w rezerwacie przyrody Spandauer Forst nieopodal Berlina w listopadzie 1988 roku, miała przy sobie zegarek elektroniczny marki Juta. Zegarki te były produkowane w fabryce Ludwiga Zinnera w Pforzheim w Niemczech, ale popularne Polsce. „Legenda PRL-u” – zachwalają dzisiaj podobne sprzedawcy na Allegro. Tym, co zwróciło uwagę śledczych, była wydrapana na deklu zegarka data 22.9.82.
– Mogła to być ważna dla niej data, np. ślubu. Traktujemy to też jako wskazówkę. Podobno w Polsce i innych krajach regionu popularne było zaznaczanie w taki sposób przez zegarmistrzów daty naprawy zegarka. Sprawdzamy to – mówi Martin de Wit. Kobieta ubrana była w szarą męską koszulę, dżinsy i męski beżowy płaszcz. Sprawca zakopał jej ciało, musiały wykopać je zwierzęta.

Pojawiają się imiona
Krótko po tym, jak Interpol udostępnił na swojej stronie (www.interpol.int) opis każdej z 22 spraw, razem ze zdjęciami przedmiotów znalezionych przy ofiarach i rekonstrukcjami ich twarzy, w komendach w Niemczech, Holandii i Belgii rozdzwoniły się telefony.
– W ciągu tylko pierwszego tygodnia otrzymaliśmy ponad 200 zgłoszeń od osób, które rozpoznały któryś z przedmiotów znalezionych przy ofiarach. Zaczęły się pojawiać też wskazówki co do ich tożsamości, a nawet imiona – mówi DW dr Susan Hitchin z Interpolu.
– To różnego rodzaju informacje. Od osób, które myślą, że rozpoznały którąś z kobiet. Od osób, które myślą, że mogą być ich krewnymi. Każdą z tych wskazówek musimy zweryfikować. Mamy kilka obiecujących tropów, ale nie mogę zdradzić szczegółów na typ etapie śledztwa – dodaje Martin de Wit. I mówi, że identyfikacja kobiet będzie się wiązała także z wszczęciem śledztwa w sprawie ich śmierci.
Osoby, które rozpoznają którąś z kobiet, proszone są o wypełnienie formularza kontaktowego na stronie Interpolu. Jeśli wskazówki okażą się obiecujące, śledczy skontaktują się ze zgłaszającym. Jeśli jest duże prawdopodobieństwo co do pokrewieństwa z ofiarami, Interpol zleci przeprowadzenie badań DNA.
REDAKCJA POLECA
Adam Mazguła: Ludzie, jak można coś takiego popierać?

Adam Mazguła
Podsumowując, wychodzi mi na to, że PiS jest nieodpowiedzialną partią obcych interesów, faszyzmu, zdrady narodowej, podziałów społecznych i skrajnej nieuczciwości. Odpolszczoną partią hodującą miernoty narodowe, myśląca tylko o utrzymaniu swojej władzy. To partia bezprawia, pogardy dla kobiet, dewotów religijnych, antyrodzinna, wroga narodzinom dzieci. To partia chamstwa, buty i arogancji
Gdyby partia PiS była organizacją ODPOWIEDZIALNĄ, to premierem rządu byłby naturalny ich lider Jarosław Kaczyński. To on byłby też pierwszym kandydatem na Prezydenta RP, a nigdy nie byłby to Andrzej Duda — były ministrant Dziwisza, któremu za pochówek Kaczyńskich na Wawelu mistrz „mafii lawendowej” utargował urząd.
Gdyby PiS była partią POLSKICH INTERESÓW,
nigdy nie dążyłaby do osłabienia Unii Europejskiej i NATO.
Gdyby PiS-partia nie popierała FASZYZMU, to ONR, MW, organizacje Bąkiewicza i inne rasistowskie organizacje byłyby dawno zdelegalizowane. Tymczasem organizują marsze przez polskie miasta ochraniane przez aparat partyjnego państwa i były dotowane milionami złotych publicznych pieniędzy.
Gdyby PiS-partia nie popierała ZDRADY NARODOWEJ, to Antoni Macierewicz dawno byłby sądzony, a nie był wiceprezesem partii rządzącej. Nigdy nie byłby zatrudniony w MON i nie korzystałby z ochrony i przywilejów władzy.
Gdyby PiS-partia nie popierała PODZIAŁÓW SPOŁECZNYCH I NIENAWIŚCI, to cały aparat tej partii, TVP, a nawet prezes nie byłby posłem, a osądzonym przestępcą.
Gdyby PiS-partia popierałaby DEMOKRACJĘ, to w Sejmie odbywałaby się normalne debaty fachowców, a nie dyktatorski ekspres nocnej niekompetencji i korupcji.
Gdyby PiS-partia była UCZCIWA, to nie zatrudniałaby tysięcy trolli internetowych do odwracania narracji wizerunkowej tej partii i nie zatrudniałby Jacka Kurskiego, M. Rachonia, K. Ziemca i innych krzewicieli nienawiści w telewizji, braci Karnowskich w prasie i nie utrzymywałaby A. Glapińskiego na stanowisku szefa NBP.
Gdyby PiS-partia miała dobre NARODOWE INTENCJE, to nie organizowałaby zamachu na wszystkie demokratyczne instytucja państwa, robiąc z nich partyjno-rodzinny łup należny.
Gdyby PiS-partia dbała o WYKSZTAŁCENIE naszych obywateli, to by nie dewastowała edukacji, nie wprowadzałaby kłamstw do nowych podręczników, a przedmiot religii i ksiądz w szkole nie miałby tam czego szukać.
Gdyby PiS-partia SZANOWAŁA wszystkich obywateli, to nie podnosiłoby podatków po to, by sobie i swoim rodzinom oraz znajomym przyznawać milionowe premie i nagrody, oraz bez kontroli przekazywać środki publiczne na wrogie Polsce instytucje.
Gdyby PiS-partia SZANOWAŁA POLSKĄ HISTORIĘ, nigdy, nikt by się nie odważył negować dokonań każdego okresu naszej 100-letniej niepodległości.
Gdyby PiS-partia nie myślała tylko o swojej WŁADZY, to nie zmieniałaby ordynacji wyborczej przed każdymi kolejnymi wyborami, media byłyby dostępne dla każdego uczestnika wyborów, a Państwowa Komisja Wyborcza nie byłaby PiS-u.
Gdyby PiS-partia SZANOWAŁA PRAWO, to prokuratura i służby specjalne prowadziłyby setki postępowań karnych w aferach PiS, a nie odmawiały ich wszczynania. KRS nie należałby do PiS-u, a pseudo sędziów by nie było i nie orzekaliby, powołując się na przebrzmiałą pandemię, aby ochronić prezesa.
Gdyby PiS-partia SZANOWAŁA LUDZI, to nie likwidowałaby szpitali, kształciłaby pielęgniarki i innych specjalistów zawodów medycznych.
Gdyby PiS-partia KOCHAŁA LUDZI I ZWIERZĘTA, to by nie rujnowała lasów, niszczyła przyrody, dewastowała alternatywnych źródeł energii i nie wybijała zwierząt.
Gdyby PiS-partia było partią SKROMNĄ? O nie! To „oczywista oczywistość”, że nawet książkę można by napisać. Zróbcie to sami.
Podsumowując, wychodzi mi na to, że PiS jest nieodpowiedzialną partią obcych interesów, faszyzmu, zdrady narodowej, podziałów społecznych i skrajnej nieuczciwości. Odpolszczoną partią tylko swoich interesów, niszczącą demokrację, hodującą miernoty narodowe nie na własnej narodowej historii, ale na biblijnych opowieściach, myśląca tylko o utrzymaniu swojej władzy. To partia bezprawia, pogardy dla kobiet, dewotów religijnych, antyrodzinna, wroga narodzinom dzieci. To partia samoleczenia się społeczeństwa i pogardy dla Polaków z niepełnosprawnościami. Partia chamstwa, buty i arogancji miernot do ludzi, zwierząt i przyrody.
Ludzie, jak można coś takiego popierać?
Dlatego nie wolno nam się godzić na ich władzę, a właściwie okupację, bez kontroli.
To czas buntu, czas wsparcia dla każdego, który ma odwagę walczyć z tym smrodem i chamstwem. Wspieramy najsilniejszych, którzy mogą wygonić ich, osądzić i przywrócić normalność. Wspieramy Koalicję Obywatelską i lidera – Donald Tusk.
Adam Mazguła
Piotr Szumlewicz: Porozumienie NSZZ Solidarność z PiS aktem podległości wobec władzy? Co oferował Morawiecki? Stanowiska w spółkach skarbu państwa?
Piotr Szumlewicz
przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa
Dziś napisaliśmy do przewodniczącego NSZZ Solidarność, Piotra Dudy pismo z pytaniem, dlaczego podpisał porozumienie niekorzystne dla pracowników.
Piszemy do lidera NSZZ Solidarność, Piotra Dudy by nam wyjaśnił, na czym polega sukces jego negocjacji z rządem. Bylibyśmy bardzo wdzięczni, gdyby nam Pan powiedział, co jest przełomowego w jednorazowym prezencie przedwyborczym dla pracowników budżetówki w wysokości 1125 zł. pic.twitter.com/EALfeI63ug
— Związkowa Alternatywa (@zwiazkowa) June 20, 2023
Pan Piotr Duda
Przewodniczący NSZZ Solidarność
Panie Przewodniczący
Kilka dni temu z dumą ogłosił Pan swoje porozumienie z rządem Prawa i Sprawiedliwości. Mówił Pan o epokowej zmianie, która radykalnie poprawi sytuację pracowników w Polsce.
Z przykrością muszę Pana poinformować, że ten entuzjazm nie udzielił się członkom naszego związku. Niestety nie widzimy istotnych korzyści z podpisanej przez Pana umowy z władzą.
W tej sytuacji zapraszam Pana na spotkanie i dyskusję w celu wyjaśnienia, na czym polegają korzyści dla pracowników z Pana porozumienia zawartego ze stroną rządową.
Bylibyśmy bardzo wdzięczni, gdyby nam Pan powiedział, co jest przełomowego w jednorazowym prezencie przedwyborczym dla pracowników budżetówki w wysokości 1125 zł. Nasi członkowie uważają, że wynegocjowane przez Pana rozwiązanie to niewiele znaczący ochłap, ale być może ma Pan jakąś tajemną wiedzę, której wyjawienie przekonałoby pracowników do zmiany opinii na ten temat.
Chwali się Pan tym, że zwiększył Pan uprawnienia związków zawodowych. Tymczasem wydaje się, że zamiast wzmocnienia roli organizacji związkowych i większej ochrony pracowników, przeforsował Pan nietykalność na lata dla bonzów związkowych. Przeforsowane przez Pana rozwiązanie oznacza, że działacz związkowy, który popełnił czyn kryminalny, będzie chroniony przez wiele miesięcy i to niezależnie od woli związku, z którego się wywodzi. Złośliwi twierdzą, że w ten sposób chce Pan ochronić swoich liderów w spółkach skarbu państwa w razie zwycięstwa wyborczego opozycji, ale chętnie poznam Pana argumenty w tej sprawie.
Liczyliśmy, że zachęci Pan premiera do podjęcia systemowych działań na rzecz zwiększenia bezpieczeństwa pracy w Polsce. Tymczasem usłyszeliśmy, że przekonał Pan rząd jedynie do czasowego przedłużenia emerytur pomostowych. Również tutaj trudno uznać przyjęte rozwiązania za przełomowe, ale może i na tym obszarze posiada Pan jakieś dodatkowe informacje, które zataił Pan przed opinią publiczną.
Czytając podpisane przez Pana porozumienie z rządem, trudno się oprzeć wrażeniu, że jest ono aktem podległości Pana związku wobec władzy. W tej sytuacji byłbym rad dowiedzieć się, co oferował Panu Mateusz Morawiecki, że poparł Pan tak niekorzystne rozwiązania dla pracowników. Chodzi o miejsca wyborcze na liście PiS? Stanowiska w spółkach skarbu państwa? A może ukrywa Pan jakąś niespodziankę, o której jeszcze nie wiemy?
Piszę do Pana w tej sprawie, ponieważ mimo wielości związków zawodowych w Polsce, jako jedyny rozmawiał Pan z rządem na temat rozwiązań dla świata pracy. Byłbym rad, gdyby w negocjacjach godnie reprezentował Pan cały polski ruch związkowy. Niestety jednak wygląda na to, że przez wiele miesięcy szykował Pan spektakularną kapitulację. Skoro w swojej ocenię się mylę, będę rad, jeśli wyprowadzi mnie Pan z błędu.
Piotr Szumlewicz, przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa
Adam Mazguła: klauzula sumienia? Szpital to nie kościół

Adam Mazguła
Klauzula sumienia to kolejny przykład pełzającej klerykalizacji Polski. To zadziwiające prawo do odmowy pomocy lekarskiej w placówkach publicznej służby zdrowia. Dlatego ich gabinety powinny być oznakowane, aby ludzie wiedzieli, który lekarz chce ratować ich zdrowie i życie, a który chce się za nich tylko modlić i umoralniać. Wynagrodzenie powinna wtedy lekarzowi wypłacać kuria. Szpital to nie kościół
Lekarska klauzula sumienia to religijne uzasadnienie na brak leczenia i ratowania życia. To zadziwiające prawo do odmowy pomocy lekarskiej w placówkach publicznej służby zdrowia. Przecież to jest dyskwalifikacja zawodowa i moralna lekarza. Dlatego ich gabinety powinny być natychmiast oznakowane, aby ludzie wiedzieli, który lekarz chce ratować ich zdrowie i życie, a który chce się za nich tylko modlić i umoralniać. Wynagrodzenie powinna wtedy lekarzowi wypłacać kuria.

W państwowych placówkach zdrowia, gdzie leczą ludzi za pieniądze podatników, nie powinno być żadnych krzyży, księżyców, czy gwiazdek. Służbę zdrowia powinno się opłacać za wiedzę i umiejętności zastosowania jej dla zdrowia pacjenta.
Szpital to nie kościół i jakieś relikwie powinny być zabronione. Swoją drogą ciekawe, kto je tam zakupił, po co i za czyje pieniądze? Nazywanie szpitali imionami świętych to kolejne nadużycie. Zdecydowanie, krzyż powinno się namalować na każdych takich drzwiach, dopóki się nie zakaże całkowicie takich praktyk.
Klauzula sumienia to też kolejny przykład pełzającej klerykalizacji Polski. Niedługo możemy częściej usłyszeć jak różni dewianci i fanatycy religijni, będą się powoływać na nią, by czegoś nie wykonać, nie dostarczyć, nie zrobić. Nie przetoczą krwi, nie dokonają przeszczepu, nie będą leczyć ateistów, albo odwrotnie, wierzących, bo Bóg ich wyleczy. Nie czekajmy na absurdy. Znakować – już, teraz!
Jeszcze jedna uwaga
Dlaczego lekarze, wzorem sędziów, nie protestują, że politycy wchodzą z butami w ich zawód? Bo tak wygodnie?
Tak draństwo rozwija się powoli, tworzone w PiS-owskich i kościelnych gabinetach, zabija demokrację i tworzy niewolników ich kolejnych decyzji.
Ja tam ich niewolnikiem nigdy nie będę, a wy jeszcze macie wybór? Czy już urządziliście się w tym szambie?
Adam Mazguła
Przełomowe badanie. Naukowcy doprowadzili do powstania ludzkiego zarodka z komórek macierzystych

DW
Naukowcy doprowadzili do powstania ludzkiego zarodka z komórek macierzystych. Przełomowe badania prowadzi polsko-brytyjska uczona.

Zespół badaczy pod kierunkiem pracującej w Cambridge embriolożki Magdaleny Żernickiej-Goetz podał, że udało mu się wytworzyć syntetyczne ludzkie zarodki z komórek macierzystych. Według brytyjskiego dziennika „The Guardian” o sukcesie tym poinformowano na dorocznym posiedzeniu Międzynarodowego Towarzystwa Badań nad Komórkami Macierzystymi (ISSCR) w Bostonie.
Obserwacja syntetycznych zarodków, przypominających zarodki w najwcześniejszych stadiach rozwoju człowieka – do 14. dnia po zapłodnieniu – może w opinii naukowców wnieść decydujący wkład w badania nad skutkami zaburzeń genetycznych i biologicznymi przyczynami powtarzających się poronień – podkreśla portal naukowy Science Media Center z Kolonii.
Pytania natury prawnej i etycznej
Zespołowi Magdaleny Żernickiej-Goetz oraz konkurującej z nim grupie z Instytutu Weizmanna w Izraelu już pod koniec ubiegłego roku udało się wytworzyć z komórek macierzystych syntetyczne zarodki myszy. Od tego czasu trwa wyścig o przeniesienie rezultatów tych działań na modele ludzkie.
Omawiana w Bostonie praca rodzi poważne pytania etyczne i prawne. W wielu krajach obowiązuje zakaz hodowania ludzkich zarodków w laboratorium po 14. dniu ich życia. Zasady te opierają się w znacznej mierze na wytycznej ISSCR z roku 2016. Uznaje ona naruszenie zasady 14 dni za „działanie zabronione” (prohibited activities).
W roku 2021 ISSCR zmodyfikowała jednak swoje międzynarodowe wytyczne, dopuszczając możliwość obserwowania w laboratorium ludzkich zarodków powstałych wskutek sztucznego zapłodnienia albo wytworzonych z ludzkich komórek macierzystych przez więcej niż 14 dni. Długość tego okresu ma teraz zależeć od celu badań – warunkiem jest jednak ścisła weryfikacja.
Nieoficjalna publikacja naukowa
Według relacji mediów Magdalena Żernicka-Goetz opisywała, jak rozwijające się wyłącznie z komórek macierzystych syntetyczne zarodki obserwowano aż do stadium wykraczającego minimalnie poza 14-dniowe stadium rozwojowe naturalnego zarodka. Te embrionalne struktury nie mają jeszcze bijącego serca ani początków mózgu. Zawierają jednak komórki, z których wytworzyłoby się normalnie łożysko, pęcherzyk żółtkowy, komórki poprzedzające komórki zarodkowe i sam zarodek. Oficjalna publikacja naukowa jeszcze się nie ukazała, ale została zaakceptowana przez jedno z międzynarodowych czasopism.
Jedno z ważnych pytań dotyczy tego, czy struktury embrionalne są w stanie inicjować tworzenie się organów. Wszczepienie syntetycznych zarodków kobiecie w celu wytworzenia ciąży jest według aktualnych wytycznych ISSCR na całym świecie zabronione. Krytycy tych badań obawiają się, że w przyszłości można by hodować ludzi według określonych kryteriów jakości.
Kim jest Magdalena Żernicka-Goetz
Magdalena Żernicka-Goetz urodziła się w 1963 roku w Warszawie. Ukończyła studia i obroniła doktorat na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Od początku lat 90. mieszka i pracuje w Anglii. Obecnie jest profesorem rozwoju ssaków i biologii komórek macierzystych na Uniwersytecie w Cambridge. Jej przełomowe badania wniosły ogromny wkład w rozszerzenie wiedzy o wczesnej fazie ludzkiego rozwoju. Wykazanie samoorganizacji ludzkich embrionów podczas rozwoju in vitro do 13./14. dnia zdobyło tytuł naukowego przełomu roku 2016 w głosowaniu czytelników magazynu „Science”.
REDAKCJA POLECA
Jak Ukraińcy bronią się przed rakietami i dronam

Aleksandra Induchowa
Przenośne systemy obrony powietrznej to ważna część ukraińskiej defensywy. Żołnierze jednego z mobilnych oddziałów zdradzają Deutsche Welle, jak chronią stolicę przed rakietami i dronami.

Niebo nad jeziorem położonym nieopodal Kijowa jest bezchmurne. Przy brzegu siedzą rybacy. Kilka rodzin siedzi na leżakach i korzysta ze słonecznej pogody. Beztroskę przerywa przyjazd czarno-zielonego Hummera, na którego górze zamontowano system przeciwlotniczy Stinger. Odpoczywający nad wodą w pośpiechu pakują swoje rzeczy i spoglądają na telefony, aby sprawdzić, czy pojawił się nowy alarm rakietowy.
Dwóch żołnierzy wysiada z samochodu i uspokaja ludzi. Tym razem to tylko ćwiczenia mobilnej jednostki obrony przeciwlotniczej. Dowódca o imieniu Ołeksandr podkreśla, że w przypadku ataku lotniczego wszyscy będą musieli natychmiast opuścić ten teren.
– Przebywanie na otwartej przestrzeni w pobliżu zbiornika wodnego zagraża życiu. Czasami przelatują tędy rosyjskie rakiety i irańskie drony Shahed, które zestrzeliwujemy – mówi DW 36-letni mężczyzna. Jego partner, 39-letni Ivan, przechadza się w pełnym uzbrojeniu i uważnie obserwuje każdy ruch w okolicy.
Dobry wzrok i kreatywność
Brzeg jeziora to jedno z wielu miejsc, z których ukraińska obrona przeciwlotnicza stara się trafić wrogie cele. Przenośny system obrony powietrznej, jakim dysponują Ołeksandr i Iwan to Dual Mount Stinger. Jest w stanie zestrzelić rakiety, samoloty i helikoptery z odległości pięciu kilometrów i nawysokości do trzech kilometrów. Żołnierze rozpoczynają ćwiczenia. Szybko sięgają do pojazdu po skrzynie z rakietami, otwierają je i wkładają pociski do wyrzutnika.
The work of a fighter of the Armed Forces of Ukraine with FIM-92 Stinger dual mount system, which was previously handed over by Lithuania. pic.twitter.com/zSZtt3DCVe
— NOELREPORTS 🇪🇺 🇺🇦 (@NOELreports) November 22, 2022
Oleksandr wskakuje na dach pojazdu i zaczyna analizować przestrzeń powietrzną. Obraca się na specjalnym siedzeniu.
– Mogę wystrzelić dwie rakiety w ciągu pięciu sekund – wyjaśnia. – Nasz radar wskazuje mi cel w powietrzu, zanim jeszcze go zobaczę. Przesyła współrzędne i informuje mnie, gdzie mam celować, w górę, czy w dół. Po namierzeniu celu pojawia się sygnał „ognia”.
Ukraiński wojskowy twierdzy, że z wyjątkiem rosyjskiego pocisku hipersonicznego typu Kindżał, są w stanie zestrzelić „właściwie wszystko”, choć odmawia udzielenia bardziej szczegółowych informacji.
– Potrzebny jest dobry wzrok i kreatywność. System może za cel obrać chmurę znajdującą się nad dronem. I wtedy muszę szybko coś wymyślić, aby faktycznie namierzyć samego drona – tłumaczy.
W ostatnich tygodniach do większości rosyjskich ataków rakietowych na Kijów i teren obwodu dochodziło w godzinach nocnych. Ołeksandr i Iwan przyznają, że były to dla nich noce pełne nerwów. Gdy robi się ciemno, znacznie trudniej jest wykryć cele. Dodatkowo pojawia się ich zbyt wiele. Iwan uważa, że w ten sposób Rosjanie chcą osłabić ukraińskie zapasy obrony przeciwlotniczej, ale i morale. To się jednak nie uda – przekonuje. – Ponieważ mamy wystarczająco dużo pocisków i nauczyliśmy się nie spać w nocy – mówi Iwan.
Oleksandr dodaje, że nie każdy żołnierz, może wytrzymać takie obciążenie. – Jestem już przyzwyczajony do czuwania przez osiem godzin w nocy. Mogę też położyć się o 15:00 i spać do 18:00, bo wiem, że w nocy wszystko może zacząć się od nowa.
Nie zawsze się udaje
Ołeksandr z trudem szuka słów, gdy pada pytanie o sytuacje, w których nie udaje mu się trafić celu. Z psychologicznego punktu widzenia jest to bardzo trudne, gdy widzi, że dron lub pocisk rakietowy uderzył w budynek mieszkalny, przedszkole, szkołę lub szpital.
– Zdaję sobie wtedy sprawę, że nie udało mi się uratować czyjegoś życia. A jestem odpowiedzialny za wiele ludzkich istnień – podkreśla. Stąd potrzeba ciągłych ćwiczeń. A za każdy zestrzelony wrogi cel na karoserii Hummera pojawia się kolejny żółty „tryzub”, czyli ukraińskie godło. Aktualnie jest ich już dwanaście.
Do tej pory dowództwo ukraińskiej obrony powietrznej nie udzielało mediom żadnych informacji na temat pracy takich mobilnych oddziałów. Jednak po ponad roku wojny, Ołeksandr może opowiedzieć o swoich doświadczeniach. W pierwszych miesiącach wojny, na terenie obwodu kijowskiego zestrzelił dwa samoloty Su-25 i dwa śmigłowce K-52. Żołnierz podkreśla, że helikoptery są szczególnie trudne do trafienia, ponieważ za pomocą lasera potrafią mylić sygnał pocisku.
– Mówiono nam, że nie da się ich zestrzelić. Natomiast wszystko jest możliwe, jeśli tylko spróbujesz. Ciągle zmieniałem pozycję, trafiłem pod ostrzał artyleryjski, ale w końcu się udało – wspomina. Ołęksandr zestrzelił również osiem dronów w obwodzie kijowskim i nad Charkowem.
Obrona dzięki wsparciu sojuszników
Według szacunków Dowództwa Sił Zbrojnych Ukrainy, krajowa obrona powietrzna obecnie z powodzeniem odpiera zmasowane ataki rakietowe na obwód kijowski. Sukces zależy od mobilnych, trudnych do zlokalizowania przenośnych systemów obrony powietrznej, które można szybko ustawić i następnie zdemontować. Ołeksandr i Iwan z ulgą przyjęli fakt, że Ukraina otrzymała od swoich partnerów skuteczne systemy obrony przeciwrakietowej, niemieckie IRIS-T i amerykańskie Patrioty.
Oleksandr nauczył się korzystać z Dual Mount Stinger jeszcze przed wojną.
– Litwa przekazała nam ten przenośny system obrony powietrznej, a my przeszliśmy szybki kurs obsługi. – Oleksandr jeszcze przed wybuchem wojny jako zawodowy żołnierz bronił przestrzeni powietrznej kraju. – Poszedłem na wojnę, aby chronić Ukrainę oraz moją żonę i dziecko, których nie widziałem od ośmiu miesięcy – wyznaje. Jego partner Iwan przeszedł szkolenie dopiero podczas wojny. To, że trafił do obrony powietrznej, ma związek z zawodem ratownika, który wykonywał przed wojną. – Bronię mojego kraju i mojej rodziny – mówi.
Oleksandr i Iwan nie chcą zdradzić, ile takich mobilnych jednostek obrony powietrznej chroni obwód kijowski. Zapewniają, że wszyscy zauważyliby, gdyby było ich zbyt mało. Obiecują, że opowiedzą wszystko po wojnie, ile operacji zakończyło się sukcesem, ale także, jakie ponieśli straty.
REDAKCJA POLECA