Komisja Europejska zaniepokojona wyborami w Polsce, wspiera apele o misję obserwacyjną OBWE

DW

Komisja Europejska wspiera apele o obserwacyjną misję OBWE na polskie wybory. Zapowiada szybkie działania, jeśli Polska nie podporządkuje się wyrokowi TSUE co do ustawy kagańcowej.

Fot. screenshot / youtube

Zagrożenie dla demokracji w Polsce były w środę (14.6.2023) tematem debaty Parlamentu Europejskiego. Minister Jessika Roswall w imieniu szwedzkiej prezydencji w Radzie UE podkreślała, że wojna Rosji przeciw Ukrainie, „wyraźnie pokazuje, że musimy bronić zasad demokracji jako wyraźnej alternatywy dla autorytarnych państw, które naruszają prawo międzynarodowe i prawa człowieka. Z kolei Didier Reynders, komisarz UE ds. praworządności, pozytywnie odniósł się do – wystosowanego w zeszłym tygodniu – wspólnego apelu pięciu głównych frakcji Parlamentu Europejskiego o pełnowymiarową misję obserwacyjną OBWE na najbliższe polskie wybory parlamentarne.

Chciałbym również zauważyć, że Komisja Wenecka (agenda Rady Europy – red.) uważa, że obserwacja wyborów jest niezwykle ważna. Pozwala bowiem stwierdzić, czy proces wyborczy odbył się zgodnie z prawem. A musi być stwierdzone, kiedy ta misja obserwacyjna się odbędzie. Należy mieć nadzieję, że będzie miała jak najszerszą formę, obejmując zarówno przedstawicieli krajowych, jak i międzynarodowych – powiedział dziś Reynders w europarlamencie.

Lex Tusk i ordynacja wyborcza

Tematem europoselskiej debaty były – oprócz lex Tusk i ogólnego stanu praworządności – tegoroczne zmiany w polskim prawie wyborczym. Chodzi m.in. o zmiany w organizacji komisji obwodowych oraz bezpłatny transport dla osób starszych i niepełnosprawnych w dniu głosowania.

Rząd przekonuje, że to wzmocni demokrację i ułatwi udział obywateli w głosowaniu. Opozycja argumentuje, że zmiany – w tym kategorie gmin z dowózkami na wybory – mają na celu faworyzowanie udziału wyborców z obszarów tradycyjnie popierających partię rządzącą.

– Mamy ordynację wyborczą skrojoną pod partię wyborczą – przekonywała Róża Thun (Polska-2050) przemawiająca w imieniu frakcji „Odnowić Europę”. Wskazywała również na nierówny dostęp do „mediów, które nazywają się publicznymi” oraz rządową propagandę w mediach drukowanych i internetowych należących do Orlenu.

Reynders przypomniał, że Komisja Europejska we wszczętym przed tygodniem postępowaniu przeciwnaruszeniowym w sprawie lex Tusk zwróciła się do władz Polski o odpowiedź na „wezwanie do usunięcia uchybienia.”

„Komisja do spraw wpływów rosyjskich” powinna się nazywać „komisją rosyjskich inspiracji”, bo zmierza do prób usunięcia przeciwników politycznych. Dokładnie to robi Putin w Rosji – powiedział holenderski europoseł Jeroen Lenaers w imieniu centroprawicowej frakcji Europejskiej Partii Ludowej.

Również Marek Belka w imieniu klubu centrolewicy nazwał komisję przewidzianą w lex Tusk „sądem kapturowym rodem ze stalinizmu”. Mówił o „okrutnym żarcie z Polaków” ze strony partii, która na niedługo przed napaścią Rosji na Ukrainę organizowała „zlot europejskich popleczników Putina”, czyli zjazd skrajnej prawicy w Warszawie z udziałem m.in. Marine Le Pen.

Komisja czeka na przyjęcie poprawek Dudy

Reynders poinformował europosłów, że w ostatnich dniach dostał informację od ministra Szymona Szynkowskiego Vel Sęka o zawieszeniu formowania komisji przewidzianej w lex Tusk oraz o poprawkach wniesionych przez prezydenta Andrzeja Dudę. Jednak Komisja Europejska z oficjalną oceną tych zmian Polski poczeka – zwłaszcza w kontekście postępowania przeciwnaruszeniowego – na ich wejście z życie jako wiążącego prawa zmieniającego lex Tusk.

Komisja w swym postępowaniu w sprawie lex Tusk po raz drugi w historii powołała się bezpośrednio na artykuł drugi Traktatu UE określający prawa podstawowe Unii Europejskiej.

Pierwszy raz, przed kilkunastoma tygodniami, w sprawie Węgier. Wówczas Komisja zastosowała artykuł drugi w skardze do TSUE na homofobiczne przepisy o „ochronie dzieci”.

W przypadku Polski chodzi o łamanie „zasady demokracji.” Komisja w odniesieniu do Lex Tusk zarzuca PiS łamanie „zasady legalności i nieretroaktywności sankcji” oraz „prawa do skutecznej ochrony sądowej” z unijnej Karty Praw Podstawowych. Ponadto jak oceniono, narusza wymogi prawa Unii dotyczące ochrony danych osobowych.

Ta ustawa nadmiernie ingeruje w proces demokratyczny. Działalność specjalnej komisji, np. dochodzenia i publiczne rozprawy, może prowadzić do nadszarpnięcia reputacji osób kandydujących w wyborach. Może, przez stwierdzenie przez tę komisję, że dana osoba działała pod rosyjskimi wpływami – ograniczyć skuteczność praw politycznych osób wybranych w demokratycznych wyborach – uzasadniono w postępowaniu przeciwnaruszeniowym wobec Polski.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński i europosłanka Beata Szydło

Beata Szydło (PiS), przemawiając w imieniu klubu konserwatystów, uznała „ataki na Polskę” za zasłonę dymną Komisji Europejskiej w jej próbach poza traktatowej przebudowy ustroju Unii. A także w ramach realizacji „niemieckiej wizji UE” m.in. z ograniczeniem prawa weta w polityce zagranicznej, o co niedawno w Parlamencie Europejskim apelował kanclerz Olaf Scholz.

W Polsce nie ma problemu praworządności. Problem sama ze sobą ma opozycja – przekonywała Szydło.

Reynders wstrząśnięty. Co z ustawą kagańcową?

Już podczas poniedziałkowych (12.6.2023) obrad europoselskiej komisji LIBE (ds. wolności obywatelskich, sprawiedliwości, spraw wewnętrznych) komisarz Reynders przyznał, że jest „wstrząśnięty” nowymi atakami ministra Zbigniewa Ziobry na TSUE po zeszłotygodniowym wyroku o ustawie kagańcowej. Unijny Trybunał potwierdził wszystkie zarzuty Komisji Europejskiej, która musi ściągnąć z Polski całe 556,5 mln euro kary za lekceważenie decyzji zabezpieczającej TSUE o zamrożeniu kagańcowej do chwili wyroku. Reynders zapowiedział europosłom, że Komisja będzie teraz monitorować wdrażanie wyroku TSUE przez Polskę, a jeśli tego zabraknie – będzie szybko działać.

Reakcją Brukseli na sabotowanie wyroku TSUE co do ustawy kagańcowej może być nowa skarga do TSUE połączona z wnioskiem o karę finansową, a nawet kolejny wniosek o środki tymczasowe do czasu nowego wyroku.

Jak Reynders przypomniał w komisji LIBE, wiceprezes TSUE Lars Bay Larsen w uzasadnieniu swej kwietniowej decyzji o zmniejszeniu kary dla Polski z miliona do pół miliona euro dziennie, przyznał, że Polska w reformie sądowej z lipca 2022 roku (czyli w „ustawie Dudy”) częściowo usunęła wady ustawy kagańcowej. Jednak polskim sądom nadal brak prawa do przeprowadzania pełnego oraz niezagrożonego postępowaniem dyscyplinarnym testu niezależności sędziów, czyli sprawdzania podejmowanego również z urzędu.

Test niezależności to również „kamień milowy” w KPO. W grudniu zeszłego roku Komisja Europejska we wstępnym porozumieniu z rządem Mateusza Morawieckiego uznała, że wymagania co do testu niezależności – przynajmniej na użytek KPO – są wypełnione w projekcie kolejnej ustawy sądowej, która jednak utknęła w skłóconym Trybunale Konstytucyjnym. Ta ustawa ma przenieść postępowania dyscyplinarne i immunitetowe sędziów do Najwyższego Sądu Administracyjnego. To wzbudza kontrowersje co do konstytucyjności takiej reformy, ale Komisja Europejska – jak wynika z nieoficjalnych informacji – nie chce wchodzić w tę kwestię.

Problem Pegasusa

Parlament Europejski w ten czwartek (15.5.2023) najprawdopodobniej dużą większością zatwierdzi rekomendacje przyjęte w maju przez komisję specjalną PEGA (ds. zbadania wykorzystania Pegasusa i równoważnych programów inwigilacyjnych).

Zalecenia dla Polski oprócz wezwań do usunięcia wad w systemie praworządności dotyczących m.in. niezależności sądownictwa, prawomocności Trybunału Konstytucyjnego oraz odpolitycznienia prokuratury zawierają również praktyczne zmiany w nadzorze sądowym nad inwigilacją.

– Wniosek do sądu o nadzór operacyjny, a także postanowienie sądu o takim nadzorze, powinny zawierać jasne uzasadnienie i wskazanie środków technicznych, które zostaną wykorzystane do nadzoru. A w ramach kontroli ex post należy ustanowić obowiązek informowania osoby podlegającej nadzorowi o fakcie, czasie, zakresie i sposobie przetwarzania danych uzyskanych podczas nadzoru operacyjnego – brzmi jedna z rekomendacji dla Polski.

Inne zalecenie dla Polski dotyczy pilnego wprowadzenia losowego przydziału spraw sędziom dla każdego złożonego wniosku o inwigilację „nawet w weekendy i poza normalnymi godzinami pracy, by uniknąć wyboru przyjaznych sędziów przez tajne służby”. Ponadto należy zapewnić przejrzystość takiego systemu m.in. poprzez publiczne udostępnienie algorytmu, na podstawie którego sędziowie są losowo przydzielani.

Komisja PEGA w poświęconej Polsce części swego sprawozdania podkreśla, że wykorzystanie Pegasusa należy postrzegać w ścisłym powiązaniu z systemem wyborczym.

– Kilka celów Pegasusa było w jakiś sposób związanych z wyborami: senator Krzysztof Brejza (szef kampanii wyborczej największej partii opozycyjnej), Roman Giertych (prawnik lidera opozycji, a wcześniej przewodniczącego Rady Europejskiej, Donalda Tuska), Ewa Wrzosek (prokurator prowadząca śledztwo w sprawie głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich), Michał Kołodziejczak (założyciel ugrupowania rywalizującej o ten sam elektorat co partia rządząca) – stwierdza raport PEGA.

REDAKCJA POLECA

 


Zrobiliśmy te same zakupy w Polsce i w Niemczech, a potem porównaliśmy ceny. Oto wynik

Katarzyna Domagała-Pereira | Monika Margraf-Ostaszewska

W Polsce i Niemczech ceny żywności poszybowały w ostatnich miesiącach w górę. Postanowiliśmy sprawdzić, jak wygląda sytuacja i porównać ceny.

Zakupy w Warszawie i w Bonn w sklepach sieci Lidl Fot. M. Margraf-Ostaszewska/K. Domagala-Pereira/DW

Na zakupy wybraliśmy się w środę (07.06.2023) do sklepów w Warszawie i w Bonn, do tej samej popularnej sieci Lidl. Kupiliśmy te same produkty oferowane w obu krajach, zwykle marki własne Lidla.

Podstawowe zakupy

Do naszych koszyków trafiło kilka podstawowych produktów. Były to: bułka kajzerka, chleb tostowy pełnoziarnisty, mleko, woda mineralna gazowana, olej słonecznikowy, masło, cukier, mąka, jajka, wędlina z indyka, ser Gouda i makaron spaghetti. Z owoców wybraliśmy jabłka, banany i truskawki, a z warzyw – ogórek i pomidory.

Kupowaliśmy produkty tej samej marki lub najtańsze w sklepie. W przypadku warzyw i owoców decydowaliśmy się na sztuki, czyli na przykład cztery pomidory. W przypadku jabłek okazało się jednak, że sześć spakowanych jabłek Jonagold w niemieckim Lidlu waży mniej niż sześć jabłek tej samej odmiany kupowanych luzem w polskim sklepie; tu z pewnością decydująca była wielkość owoców.

Inaczej było też w przypadku jajek. Jajka bio dostępne są w Niemczech w pudełku po sześć sztuk, a w Polsce – po osiem.

Gdzie różnice?

Za 17 produktów zapłaciliśmy w Polsce 89,33 zł, a w Niemczech 22,37 euro. Po odjęciu kaucji za butelkę (0,25 euro) i uwzględnieniu kursu euro z 7 czerwca (4,47 zł) wyszło nam 98,88 zł. Różnica między zakupami w obu krajach wyniosła zatem 9,55 zł.

Dużo tańsze w Polsce było pieczywo. Bułka kajzerka kosztowała 0,33 zł, a w Niemczech po przeliczeniu na złotówki – 0,85. Chleb tostowy pełnoziarnisty kosztował odpowiednio 3,57 i 5,32 zł. Również świeże mleko w butelce było prawie o połowę tańsze (3,19 zł w Polsce i 6,03 zł w Niemczech). O około 70 groszy w Polsce tańsze było także masło, o prawie 90 groszy – cukier, a o ponad złotówkę – mąka.

Znacznie różniła się także cena truskawek: w Polsce kilogram kosztuje prawie 14 zł, w Niemczech – już ponad 21 zł. Dużo (o prawie 3,5 zł) różniła się także cena 300-gramowego opakowania sera Gouda (9,99 zł w Polsce i 13,36 w Niemczech). Taniej w Polsce wypadły także jabłka Jonagold – 3,99 zł za kilogram. W Niemczech kilogram tych owoców jest o ponad 2 zł droższy.

Niemal w tej samej cenie w Warszawie i Bonn były duża butelka wody gazowanej i olej słonecznikowy. Taniej w niemieckim Lidlu można za to kupić wędlinę z indyka i makaron spaghetti (był w promocyjnej cenie). O prawie 2 zł taniej wypadł kilogram bananów, a o prawie 4,50 zł – kilogram pomidorów kiściowych.

Za 17 produktów zapłaciliśmy w Warszawie 89,33 zł, a w Bonn 22,37 euro. Fot. M. Margraf-Ostaszewska/K. Domagala-Pereira/DW

Kawa, czekolada, mięso, chemia

Przyjrzeliśmy się także cenom innych towarów: mięsa, czekolady, kawy, proszku do prania i mydła. Zaskoczeniem była cena czekolady Milka, która okazała się o 1,50 zł droższa w Niemczech (po przeliczeniu kosztowała ok. 6 zł). Droższa jest też kawa. Na półkilogramowe opakowanie mielonej kawy Bellarom trzeba wydać w polskim Lidlu prawie 13 zł, w Niemczech – niecałe 18 zł.

Dużo tańsze w Polsce okazało się też mielone mięso wołowe – prawie 23 zł za kilogram, w Niemczech najtańsze tego typu mięso dostępne jest w cenie 8,49 euro za kilogram, czyli około 38 zł.

Na korzyść polskiego Lidla wypadło też porównanie cen proszków do prania. W przypadku około dwukilogramowego opakowania w Polsce trzeba wydać 17 99 zł, a w Niemczech – prawie 24 zł. W obu krajach ceny proszku zrównują się dopiero przy opakowaniach pięciokilogramowych. Nieco tańsze w Polsce jest także mydło w płynie własnej marki Lidla: kosztuje 4,29 zł za litr, w Niemczech – 5,05 zł. W obu sklepach była to tego dnia promocyjna cena.

Zarobki w Polsce i Niemczech

Fakt, że te same zakupy w polskim Lidlu wypadły nieco taniej niż w Niemczech, może nikogo nie dziwić. Różnica jest jednak nieznaczna, a zarobki w obu krajach bardzo różne. Minimalne godzinowe wynagrodzenie wynosi w Polsce 22,80 zł (od lipca wzrośnie do 23,50 zł), z kolei w Niemczech – 12 euro, co w przeliczeniu na polską walutę daje prawie 54 zł, czyli ponad dwukrotnie więcej niż w Polsce.

Średnie miesięczne wynagrodzenie w Polsce wynosi obecnie 7124 zł brutto, w Niemczech zaś – około 4100 euro, czyli 18 327 zł.

Tymczasem inflacja daje się Niemcom mniej we znaki niż Polakom. W kwietniu br. wyniosła w Niemczech 7,2 proc., a w Polsce ponad dwukrotnie więcej – 14,7 proc.

REDAKCJA POLECA

 


Reparacje wojenne znane są od stuleci. Czym były i czym są dzisiaj? Wyjaśniamy

Jens Thurau

Zgodnie z prawem międzynarodowym, reparacje to płatności dokonywane przez państwo w celu zrekompensowania naruszenia prawa międzynarodowego. Niezależnie od tego, czy jest to naruszenie prawa w postaci nielegalnego ataku, czy też przestępstwa popełnione w dalszym toku wojny. Przez wiele dziesięcioleci i stuleci było to przede wszystkim prawo zwycięzców. Ten, kto wygrał wojnę, mógł określić, jak wielki był dług wojenny. To, czy wojna została rozpoczęta z rzekomo uzasadnionych powodów, na przykład jako obrona przed agresorami, czy też była po prostu wojną napastniczą, nie miało znaczenia.

Defilada 1 Armii Wojska Polskiego na ulicy Marszałkowskiej w zdobytej Warszawie 19 stycznia 1945. Fot. Autor nieznany – Zdjęcie z kolekcji zdjęć z Drugiej Wojny Światowej Dr. Marka Tuszyńskiego /wikipedia

Karta Narodów Zjednoczonych

Wszystko to zmieniło się po II wojnie światowej, kiedy Karta nowo powstałej Organizacji Narodów Zjednoczonych zasadniczo zakazała wojen napastniczych. Kompleksowy zakaz użycia siły obowiązuje dopiero od tego czasu. W kolejnych latach utrwaliło się przekonanie, że prawdziwe przyczyny wojen stają się całkowicie jasne dopiero po wielu latach. I że niesprawiedliwości nigdy nie da się naprawić, jeśli sprawca nie weźmie za nią odpowiedzialności.

Niemcy po pierwszej wojnie światowej

Po zakończeniu I wojny światowej Rzesza Niemiecka została na mocy traktatu wersalskiego zobowiązana do zapłaty 20 miliardów marek w złocie w ramach reparacji, co według dzisiejszych szacunków odpowiada około 100 miliardom euro. Ponadto na poczet reparacji Niemcy miały przekazać 90 procent swojej floty handlowej. Później zwycięscy alianci zażądali jeszcze więcej pieniędzy. Ostatecznie osiągnięto porozumienie w sprawie sumy 132 miliardów marek w złocie, która musiała zostać spłacona i od której należało również zapłacić odsetki. Ostatnie związane z tym płatności Niemcy uregulowały w 2010 roku.

Niemcy po II wojnie światowej

Po II wojnie światowej Niemcy zostały również zobowiązane przez zwycięskie mocarstwa do wypłacenia reparacji. Jednal zachodni alianci tj. USA, Francja i Wielka Brytania, byli zainteresowani wzmocnieniem Niemiec Zachodnich. Potrzebowali tego kraju jako bufora przeciwko sowieckiej strefie wpływów w konflikcie Wschód-Zachód, który rozpoczął się zaraz po wojnie.

Reparacje nie miały więc charakteru finansowego, ale zwycięskie mocarstwa głównie demontowały ważne zakłady przemysłowe. Na londyńskiej konferencji zadłużeniowej w 1953 r. niemieckiemu negocjatorowi Hermannowi Josefowi Absowi udało się wynegocjować znaczną redukcję zadłużenia. Początkowo obliczony dług w wysokości 29,3 miliarda marek został zredukowany do 14,8 miliarda, przy czym szczególnie wspaniałomyślnie zachowały się Stany Zjednoczone.

NRD, ZSSR i Polska

W konferencji tej nie wzięli udziału przedstawiciele Związku Sowieckiego ani Polski. Na konferencji w Poczdamie w 1945 roku ustalono, że dług reparacyjny Niemiec wobec Polski pokrywany będzie z części przysługującej Związkowi Sowieckiemu, a więc z tzw. wschodniej strefy okupacyjnej. W specjalnej umowie, Moskwa zobowiązała się do przekazania Warszawie 15 proc. wszelkich dostaw reparacyjnych. Sowieci nie wywiązali się z tej umowy. Co więcej, na skutek konfliktu Wschód-Zachód ZSSR postanowił wzmocnić swojego wasala, Niemiecką Republikę Demokratyczną, i w 1953 roku uzgodnił, że „całkowicie przerywa” pobieranie reparacji. Pod naciskiem ZSSR rząd komunistycznej Polski ogłosił, że zrzeka się prawa do reparacji z dniem 1 stycznia 1954. Obecny rząd Polski domaga się jednak od Niemiec spłaty reparacji w wysokości 1,3 biliona euro. Niemcy odrzucają te żądania.

USA i Wietnam

Po wojnie w Wietnamie USA nadal odmawiają wypłaty reparacji lub innych odszkodowań. Zamiast tego rząd Wietnamu musiał przejąć długi byłego Wietnamu Południowego w 1993 r., aby uzyskać pożyczki i uzyskać zniesienie embarga przez USA.

Jednak w 2007 roku USA po raz pierwszy przyznały 400 000 dolarów na oczyszczenie pozostałości dioksyn w byłej strefie wojennej. W maju 2009 roku ówczesny prezydent USA Barack Obama podwoił tę pomoc z trzech do sześciu milionów dolarów. Roszczenia odszkodowawcze Wietnamczyków cierpiących na raka zostały odrzucone przez amerykańskie sądy.

Irak i Kuwejt

Do lutego 2022 roku Irak spłacał swoje długi wojenne z czasów wojny w Zatoce Perskiej w 1990 roku. Organizacja Narodów Zjednoczonych poinformowała, że kraj ten zapłacił łącznie 45,9 mld euro. W dniu 2 sierpnia 1990 r. armia iracka dokonała inwazji na sąsiedni emirat. Ówczesny iracki władca Saddam Husajn ogłosił Kuwejt prowincją swojego kraju. Jednak siły międzynarodowe pod przywództwem USA wyzwoliły Kuwejt i pokonały wojska Saddama.

Niemcy i ich kolonialne dziedzictwo

W latach 1884-1915 Cesarstwo Niemieckie było potęgą kolonialną na terenie dzisiejszej Namibii. Nieustannie walczyło z miejscową ludnością, która sprzeciwiała się obcym rządom i łamaniu praw człowieka. Okrutnym punktem kulminacyjnym była wojna przeciwko populacjom Herero i Nama w latach 1904-1908. Szacuje się, że do 100 000 osób zostało zamordowanych przez niemieckie wojska, zmarło z pragnienia na pustyni lub zmarło w obozach koncentracyjnych.

Po trudnych negocjacjach, po długich dziesięcioleciach, w których Niemcy nie chciały uznać swojej winy za ludobójstwo, w 2021 r. osiągnięto wstępne porozumienie. Niemcy przyznały się do ludobójstwa, przeprosiły i zgodziły się zapewnić 1,1 mld euro pomocy na odbudowę. Jednak żaden z rządów nie podpisał jak dotąd tego porozumienia.

Reparacje są nadal trudną kwestią. Zależy od dobrej woli obu stron, agresora i ofiary, czy uda się osiągnąć porozumienie.


Michaił Chodorkowski: „Putin już przegrał tę wojnę. Szanse na zmianę władzy bez śmierci Putina są bardzo małe”

Aureliusz M. Pędziwol

Po śmierci Putina władzę w Rosji mogą przejąć demokraci – mówi w rozmowie z DW Michaił Chodorkowski. Jeśli tak się nie stanie, na kolejną szansę trzeba będzie długo czekać.

Michaił Chodorkowski. Fot. screenshot / youtube DW News

DW: Dlaczego Putin zaatakował Ukrainę?

Michaił Chodorkowski: Nie mam pojęcia. To, co robi, nie bardzo mu wychodzi. W jego przypadku zbiegło się kilka okoliczności. Po pierwsze, spadek popularności, którą chciał odzyskać, rozpoczynając wojnę. To był już czwarty raz w jego karierze, gdy wojną poprawiał swoje notowania (wojna w 1999 roku w Czeczenii, w 2008 roku w Gruzji oraz w 2014 roku na Krymie i w Donbasie – red.).

Po drugie, podczas pandemii koronawirusa krąg jego współpracowników drastycznie się skurczył. Pozostali mu pan Kowalczuk i pan Miedwiedczuk**. Przekonali go, że Ukraina nie będzie stawiać oporu. Być może dojdzie do wojny partyzanckiej, ale że zasadniczo ten kraj jako państwo nie istnieje. Putin rozpętał tę wojnę, wychodząc właśnie z takich założeń.

Jak pan sobie tłumaczy fakt, że choć wojna przeciw Ukrainie trwa już tak długo, większość rosyjskiego społeczeństwa nadal popiera Putina?

– Nie widziałem tak wielu totalitarnych państw, w których prowadzone przez nie wojny powodowałyby wyraźny spadek poparcia społeczeństwa dla reżimu, dopóki nie stanie się ewidentne, że ta wojna będzie przegrana. Nie jestem natomiast psychologiem i nie potrafię wyjaśnić tych psychologicznych kosztów. Jednak jedno pytanie jest naprawdę istotne. Mianowicie, dlaczego ciężkie straty, większe niż podczas wojny w Afganistanie, nie spowodowały adekwatnej, porównywalnej reakcji społeczeństwa?

Ja tutaj widzę tylko jeden powód: Putin płaci tym, którzy walczą. Płaci im dziesięć razy więcej, niż zarabiają ludzie w biedniejszych regionach Rosji. Putin płaci też rodzinom zabitych. I to wystarczy, żeby ludzie sprzedawali swoje zdrowie, życie, życie swoich bliskich. Może to nie jest aż tak bardzo widoczne, ale to jest fakt.

Jeśli dobrze rozumiem, pan jest przekonany, że Rosja przegra tę wojnę?

Putin już przegrał tę wojnę. Zadanie, jakie sobie postawił, a które polegało na zmianie władzy w Kijowie i ustanowieniu tam marionetkowego reżimu, najwyraźniej nie zostało wykonane. Czy Putin może przekonać rosyjskie społeczeństwo, że tę wojnę wygrał, jeśli nawet ją przegra? Przez jakiś czas może tak być. Niestety, dla niego przedłużająca się wojna stworzyła już bardzo dużą grupę tak zwanych narodowych patriotów, którzy nie zgadzają się na żadne zakończenie wojny. Putin zapędził się w kozi róg, w korytarz ze zwężającymi się ścianami i brnie tam dalej.

Ale czy żeby doszło do zmiany władzy w Moskwie Putin musi najpierw umrzeć?

– Szanse na zmianę władzy bez śmierci Putina są moim zdaniem bardzo małe.

Podczas debaty na GLOBSEC Forum 2023 powiedział pan, że gdy Putin umrze, opozycja będzie miała mało czasu, kilka dni, co najwyżej kilka tygodni, by przejąć władzę. Skąd ten optymizm, że jej to w ogóle mogłoby się udać?

– To nie jest optymizm. Z mojego doświadczenia wynika, że kwestia władzy w Rosji jest rozwiązywana w ciągu kilku dni, rzadko w ciągu kilku tygodni. Doświadczyłem tego w 1991 i 1993 roku. Jeśli kwestia władzy nie zostanie rozwiązana przez opozycję w tak krótkim czasie, oznacza to, że Rosja wejdzie w nowy krąg autorytaryzmu, już z innym, nieputinowskim reżimem. I jak długo to wtedy potrwa, kilka lat czy kilka dekad, będzie zależeć od różnych okoliczności. Powiedziałbym, że od Pana Boga.

Ale ja pytałem, skąd ten optymizm, że opozycja w ogóle mogłaby przejąć władzę?

– W Rosji panuje reżim spersonalizowany. To znaczy, że gdy Putin umrze, będzie to jednocześnie oznaczało koniec reżimu putinowskiego. Władzę w każdym wypadku przejmie opozycja. Jest duża szansa, że będzie to opozycja demokratyczna. Ale może to też być opozycja narodowo-patriotyczna.

Czy ta demokratyczne opozycja rzeczywiście ma szanse, by wprowadzić w Rosji demokratyczne rządy?

– Za pańskiego i mojego życia Rosja nie stanie się jednym demokratycznym krajem. Rosja może zostać zdemokratyzowana na poziomie federalnym. Rosja może stać się krajem pokojowym. Może zmienić formę rządu na parlamentarną. Może zostać sfederalizowana. Wszystkie te rzeczy mogą się wydarzyć. Ale zanim wszystkie rosyjskie regiony będą miały demokratyczne rządy, minie wiele dziesięcioleci. Nie jedno, a myślę nawet, że i nie dwa. I będziemy musieli z tym żyć, z taką Rosją wielopostaciową w politycznym sensie.

A czy Rosja może się rozpaść?

– Jeśli chcecie, żeby Rosja się rozpadła, wspierajcie Putina. Jeśli utrzyma się u władzy przez kolejne dziesięć lat, jest na to szansa. Ale ja myślę, że dla Polski to byłoby kiepskie rozwiązanie. Bo gdyby Rosja się rozpadła, na rosyjskim terytorium powstałoby przynajmniej pięć, a może nawet siedem państw bez uznanych międzynarodowo granic, ale za to z bronią nuklearną.

A to by był tylko jeden problem. Drugim, bardziej znaczącym, byłby drastyczny spadek poziomu życia ludzi w tej rozpadającej się Rosji. Armia zaś pozostałaby zwolenniczką zjednoczonego kraju. W Rosji zawsze jest tak. I teraz pan bardzo dobrze rozumie, że byłoby to wyśnione miejsce dla jakiegoś dyktatora, którego by poparli i armia, i naród. A każdy dyktator zacząłby jednoczyć Rosję i za kilka lat zobaczylibyście tego dyktatora na czele zjednoczonej, autorytarnej i bardzo agresywnej Rosji, która ma jasno określonego wroga: Zachód, który ją rozbił. Najbliższym naszym zachodnim sąsiadem jest Ukraina, potem Polska. Nie sądzę, żeby to była dobra opcja dla Polski.

Michaił Chodorkowski

Przedsiębiorca Michaił Chodorkowski (rocznik 1963) był na początku lat 2000. prezesem zarządu koncernu naftowego Jukos i jego współwłaścicielem. Uchodził wtedy za najbogatszego człowieka w Rosji. W 2003 roku został aresztowany razem ze swoim zastępcą Płatonem Lebiediewem. Dwa lata później obaj usłyszeli wyroki 9 lat w kolonii karnej za rzekome przestępstwa podatkowe, później te kary zostały obniżone do 8 lat. W kolejnym procesie w 2010 roku obaj dostali dodatkowych 6 lat więzienia. W 2011 roku Amnesty International uznała obu za więźniów sumienia i wezwała do ich uwolnienia. Po skróceniu kar w procesie odwoławczym Chodorkowski wyszedł na wolność w grudniu 2013 roku, Lebiediew zaś w styczniu 2014. Chodorkowski wyemigrował z rodziną w 2015 roku do Londynu.

Ze względu na wielkie udziały w rynku medialnym oraz w Banku Rossija, którego jest współzałożycielem i największym akcjonariuszem, dolarowy miliarder Jurij Kowalczuk jest nazywany „rosyjskim Murdochem” albo „bankierem Putina”.

Natomiast oligarcha Wiktor Miedwiedczuk był niegdyś jednym z najbardziej wpływowych ludzi w Ukrainie i jawnie prorosyjskim politykiem. Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę 24 lutego 2022 roku został osadzony w areszcie domowym, z którego udało mu się zbiec. Później został jednak schwytany i wymieniony na ukraińskich jeńców. Obaj uchodzą za najbliższych przyjaciół Putina i rzekomo są jedynymi, z którymi utrzymuje teraz stałe kontakty.

Rozmowa przeprowadzona 30 maja 2023 roku w Bratysławie na GLOBSEC Forum 2023.

REDAKCJA POLECA

 


Kleszczowe zapalenie mózgu może przenosić się na niemowlę z mlekiem matki

Zmiany klimatu sprzyjają rozwojowi chorób przenoszonych przez kleszcze – ubiegły rok był rekordowym w kwestii zachorowań na kleszczowe zakażenie mózgu (KZM). To niepokojące w świetle najnowszych doniesień: wirus może także przenosić się na niemowlę z mlekiem matki. Szczepienie przed zajściem w ciążę je przed tym uchroni.

Fot. Ana Tablas / Unsplash

W literaturze medycznej udokumentowany przypadek zakażenia drogą pokarmową niemowlęcia w czasie karmienia piersią przez matkę w okresie wiremii pojawił się po raz pierwszy w ubiegłym roku. Wynika z niego, że w 2020 roku matka ze Słowacji, która ciężko przechorowała KZM przekazała wirusa dziecku, które też zachorowało.

– Dotychczas wiedzieliśmy o tym, że dzieje się tak wśród zwierząt – znamy epidemie mleczne, głównie wśród kóz. Domyślaliśmy się, że prawdopodobnie możliwe jest takie przeniesienie również u ludzi, ale nie mieliśmy na to dowodów. Po raz pierwszy taki przypadek opisano w ubiegłym roku. Potwierdza to, że ta droga przekazania wirusa w okresie wiremii jest możliwa także u człowieka – wyjaśnia prof. Joanna Zajkowska specjalistka chorób zakaźnych z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Planujesz ciążę? Zaszczep się przeciw chorobie przenoszonej przez kleszcze

Specjalistka namawia, by kobiety, które planują ciążę, a są narażone na ukłucie przez kleszcze, zaszczepiły się. Musimy jednak wiedzieć, że szczepionka nie jest przeznaczona dla kobiet w ciąży, dlatego o szczepieniu należy pomyśleć wcześniej.

– Warto, bo zaszczepiona matka w trakcie ciąży przekaże dziecku przez łożysko powitalny pakiet przeciwciał. A potem dołoży je jeszcze wraz z mlekiem karmiąc swoje dziecko piersią – dodaje specjalistka.

Zwraca też uwagę, że kobiety w ciąży nie powinny spożywać niepasteryzowanych produktów mlecznych – nie tylko mleka, ale też serów żółtych z mleka niepasteryzowanego, czy serów dojrzewających. Zakażeniu można bowiem ulec nie tylko po ukłuciu przez kleszcza, ale też drogą pokarmową.

– Można nawet nie zdawać sobie z tego sprawy, bo w większości przypadków zakażenie przechodzi się łagodnie, a gorączkę przypisujemy przeziębieniu. Jednak nawet takie zachorowanie wystarczy, by karmiąca matka przekazała wirus dziecku – ostrzega lekarka. Zachorowanie w tak młodym wieku może być poważne.

Co raz więcej kleszczy

Warto jednak, by wszyscy pomyśleli o szczepieniu. Jak wynika ze najnowszych statystyk NIZP-PZH, po znaczącym spadku w latach 2020-2021, w ubiegłym roku w Polsce zarejestrowano liczbę przypadków KZM na niespotykanym dotąd poziomie 445 zakażeń. Dla porównania: w 2019 odnotowano ich 265. Podobny wzrost daje się zauważyć także w krajach sąsiednich – w Niemczech, Austrii i Szwajcarii.

Liczby w 30-milionowym kraju może nie robią wrażenia, ale warto pamiętać, że to niezwykle groźna choroba. Jej skutki można nieść do końca życia, dodatkowo eksperci zaznaczają, że liczby zakażeń są niedoszacowane.

– Ten wzrost to efekt zmian środowiskowych i klimatycznych, przy których koincydencja pewnych czynników fizycznych może sprzyjać występowaniu większej liczby kleszczy. Łagodna zima powoduje, że przeżywają drobne gryzonie, a to są pierwsi żywiciele tych najmłodszych form kleszcza (larw, nimf). W związku z tym liczba kleszczy wzrasta, a to przekłada się na zakażenia u ludzi. A liczby są porażające. W ub. roku w kwietniu odnotowano 18 zachorowań na KZM, w tym roku jest ich już 51. Dlatego trzeba myśleć o zagrożeniu. Szczególnie jeżeli ktoś się eksponuje: ma psa, ogródek, spaceruje po parku czy lesie” – mówi prof. Joanna Zajkowska.

Obecnie za teren endemiczny uważa się już całą Polskę. Praktycznie wszędzie można mieć kontakt z kleszczem i zarazić się chorobą, którą przenosi. Kleszcze można na przykład przynieść ze stołecznego parku czy ogródka działkowego. Co gorsza, na skutek łagodnej aury i braku mrozów kleszcze żerują przez 12 miesięcy. Dlatego każda osoba jest potencjalnie narażona na ryzyko zakażenia i powikłań związanych z chorobami odkleszczowymi.

Samica kleszcza pospolitego. Fot. wikipedia, licencja CC BY-SA 2.5

Kto jest zagrożony

Choć każda osoba jest narażona na ukłucie kleszcza i nie wiemy jakie skutki wyrządzi wirus KZM w ludzkim organizmie, to szczególnie uważać powinny osoby z wrodzonymi albo nabytymi niedoborami. Kolejną zagrożoną grupą są osoby starsze. Nawet jeżeli są w ogólnie dobrej kondycji zdrowotnej, (po 70. roku życia nasza naturalna odporność słabnie) – warto wspomagać ją szczepieniami. Zagrożone są też osoby młode, które mogą mieć czasowy niedobór odporności, na przykład po infekcji wirusowej. I wreszcie dzieci, które swoją odporność dopiero wykształcają. Już w czerwcu rozpoczynają się wakacje i pierwsze wyjazdy na „łono natury”.

– Te małe, raczkujące po trawie, kilkuletnie – biegające po ogrodzie, czy te nieco starsze wyjeżdżające na kolonie i obozy – wszystkie narażone są na kontakt z kleszczem – ostrzega lek. med. Alicja Sapała-Smoczyńska, specjalistka w zakresie pediatrii, kierownik Działu Medycznego ds. Operacyjnych Szpitala Medicover.

Podkreśla także, że z uwagi na ryzyko przeniesienie wirusa z mleka niezaszczepionej matki do organizmu dziecka zagrożone są także niemowlęta. Dlatego kobiety planujące powiększenie rodziny powinny rozważyć zaszczepienie się przeciwko KZM.

Fot. Fanny Renaud / Unsplash

Groźne skutki KZM

Wirus KZM może być przyczyną szeregu powikłań zdrowotnych u dzieci i młodzieży. Trwale wpływa na sferę poznawczą, w tym rozwój intelektualny dziecka i jego przyszłe zachowanie. Powoduje problemy z koncentracją, kłopoty w nauce, zaburzenia zachowania impulsywność, kłopoty neurologiczne (u 35-58 proc. pacjentów). Ponadto, choć rzadziej niż u dorosłych, mogą pojawić się niedowłady wywołane porażeniami nerwów, które nie cofają się pomimo intensywnej rehabilitacji. Według Polskiej Grupy Ekspertów po przebytym KZM przez dziecko zaleca się także kontrolę otolaryngologiczną ze względu na ryzyko ubytku słuchu.

– Obserwujemy większą liczbę ciężkich przypadków po zakażeniu wirusem KZM z porażeniami, zapaleniem opon mózgowych, z zaburzeniami oddechowymi, wymagających długotrwałej rehabilitacji, dla których powrót do pełnej sprawności jest praktycznie niemożliwy. Ponieważ nie mamy jeszcze leków przeciwwirusowych na tę chorobę, możemy jedynie obserwować i łagodzić jej przebieg – mówi specjalistka chorób zakaźnych prof. Joanna Zajkowska.

Choroba jest dwufazowa. Mniej więcej po 7 dniach od zakażenia pojawiają się jej pierwsze objawy. Są one kompletnie niecharakterystyczne: gorączka, osłabienie, poczucie rozbicia, bóle głowy, bóle mięśni, czyli jak przy „zwykłych” infekcjach wirusowych.

– Czasem mogą wystąpić nudności i wymioty. Ale i te objawy kojarzone są z infekcją wirusową typu grypa. Latem tłumaczy się je udarem cieplnym. U większości osób po tygodniu organizm zaczyna sobie radzić z wirusem i następuje wyleczenie – wyjaśnia lek. med. Alicja Sapała-Smoczyńska.

Mniej więcej u 1/5 osób zakażenie przechodzi w neuroinfekcję ze wszystkimi typowymi objawami. Może pojawić się: wysoka gorączka, bardzo silne bóle brzucha, problemy ze świadomością, utrata przytomności czy drgawki oraz najtrudniejsze w późniejszej rehabilitacji – niedowłady.

– Jedyne, co możemy wtedy zrobić, to pomagać objawowo. Próbować zmniejszyć powikłania, z którymi człowiek będzie musiał radzić sobie jeszcze przez długi czas. Kleszczowe zapalenie mózgu jest najczęstszym powikłaniem po ukłuciu przez zakażonego kleszcza. Jeśli dojdzie do ciężkiego zakażenia, może zniszczyć życie zdrowego dotąd człowieka – ostrzega pediatra.

Nie ma leku na chorobę, jest sposób, by się zabezpieczyć

Skuteczną formą ochrony przed KZM jest szczepionka, zalecana już od 1. roku życia. To jedna z najlepiej przebadanych szczepionek na świecie. Jej skuteczność określono w czasie wieloletnich obserwacji klinicznych całej populacji Austrii (od 1984 roku). W wyniku tych obserwacji obliczono, że ponad 90 proc. zaszczepionych zostało uodpornionych po drugiej dawce. Po trzeciej już ponad 97 proc. (podstawowy schemat szczepień). Skuteczność rzeczywista szczepionek w zapobieganiu KZM wynosiła 99 proc., bez względu na grupę wiekową. Pod warunkiem, że szczepienie było przyjmowane zgodnie ze schematem.

– Dzieci mogą zostać zaszczepione na odkleszczowe zapalenie mózgu już po zdmuchnięciu pierwszej świeczki na torcie. Mamy dla nich specjalnie dopasowaną ilościowo szczepionkę, zarejestrowaną do 16. roku życia. Osoby powyżej tego wieku traktujemy już jako dorosłe. Podajemy trzy dawki. Ale już pierwsze dwie dają potencjalną ochronę przed wirusem. Podajemy je w odstępie miesiąca albo w schemacie przyspieszonym po 14 dniach – to ważny moment, bo do tego czasu nie ma zabezpieczenia. Następnie po skończonych 5 miesiącach od pierwszej dawki podajemy dawkę trzecią (mamy 12 miesięcy na podanie ostatniej dawki) i wtedy mamy już pełne szczepienie, które zabezpiecza na trzy lata. Potem dawki przypominające wymagane są co 5 i tak do 60. roku życia – wyjaśnia lek. med. Alicja Sapała-Smoczyńska.

Biorąc pod uwagę zmiany klimatu i rosnącą co roku liczbę kleszczy, a także brak leku na choroby odkleszczowe warto zainwestować trochę wysiłku w zabezpieczenie się przed groźnymi następstwami spotkania z kleszczem.

Warto przy tym pamiętać, że KZM to zupełnie inna choroba niż borelioza, także przenoszona przez kleszcze. W przypadku tej drugiej, bakteryjnej, nie ma szczepionki. Na szczęście trudniej się nią jednak zarazić, jeśli stosuje się podstawową profilaktykę: inspekcję całego ciała po powrocie z wycieczki po łąkach, w parku czy lesie i szybkie oraz wprawne usunięcie ewentualnych kleszczy.

Zakażony krętkami boreliozy kleszcz „sprzedaje” swoje pasożyty wtedy, gdy zwraca je z własnego przewodu pokarmowego. Siłą rzeczy potrzebuje na to relatywnie sporo czasu.

Wirus KZM znajduje się w ślinie kleszcza – nawet krótki kontakt z krwią gospodarza może być fatalny w skutkach i szybkie oraz wprawne usunięcie kleszcza może nie wystarczyć.

PAP Serwis Zdrowie


Skarbówka przegląda media społeczonościowe, szuka informacji o osobach, które nie płacą podatków

Fiskus sprawdza podatników na Facebooku, Instagramie i platformach handlowych. Przeglądając zdjęcia i ogłoszenia, skarbówka szuka informacji o osobach, które nie płacą podatków, zaniżają ich wysokość, prowadzą działalność gospodarczą bez rejestracji lub traktują wydatki wakacyjne jak koszty podróży służbowej – podaje Prawo.pl.

Fot. Austin Distel / Unsplash

Internauci ściągają na siebie uwagę fiskusa

Dla prawników nie jest zaskoczeniem, że urzędnicy sięgają do portali społecznościowych, ale zaskakująca jest skala takich działań i często negatywne dla podatników skutki. Eksperci podają w serwisie Prawo.pl szereg przykładów, w jaki sposób internauci, publikując zdjęcia i inne informacje, ściągnęli na siebie uwagę fiskusa.

Dorota Kosacka, doradca podatkowy, członek zarządu DBO Polska, podaje przykład przedsiębiorcy świadczącego usługi związane z samochodami. Mężczyzna chwalił się wynikami swojej pracy, publikując zdjęcia na Facebooku. Zdjęcia były na tyle dokładne, że można było ustalić właścicieli samochodów.

– Organ podatkowy wzywał wszystkich klientów do złożenia szczegółowych wyjaśnień: na czym polegała usługa, jaką kwotę zapłacili i czy otrzymali paragon. Celem było ustalenie, czy przedsiębiorca prawidłowo ewidencjonuje przychody i czy nie unika opodatkowania – mówi w serwisie Prawo.pl Dorota Kosacka.

Zaskoczony podobnymi działaniami nie jest również dr Jacek Matarewicz, adwokat, doradca podatkowy, partner w Kancelarii Ożóg Tomczykowski, cytowany przez serwis. Jego zdaniem szukanie informacji o podatniku w mediach społecznościowych to już powszechna praktyka nie tylko skarbówki, ale także innych służb, np. prokuratury.

On z kolei podaje przykład podatnika prowadzącego indywidualną działalność gospodarczą, który chciał zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów wydatki na podróż służbową do Tajlandii. Twierdził, że celem wyjazdu było nawiązywanie relacji biznesowych. Organ podatkowy zakwestionował jednak prawo do odliczenia. Sprawdził bowiem, że w czasie rzekomego wyjazdu służbowego przedsiębiorca publikował na Instagramie liczne relacje z plaży i popularnych atrakcji turystycznych.

PAP MediaRoom


Sąd Najwyższy uchylił umorzenie sprawy Kamińskiego i Wąsika – obecny szef MSWiA, wróci przed sąd

Sąd Najwyższy uchylił umorzenie sprawy Mariusza Kamińskiego, Macieja Wąsika i innych osób z byłego kierownictwa CBA. Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik zostali skazani w pierwszej instancji, a następnie ułaskawieni przez prezydenta Andrzeja Dudę przed uprawomocnieniem się wyroku. Byli szefowie CBA odpowiadali m.in. za przekroczenie uprawnień i nielegalne działania operacyjne CBA podczas „afery gruntowej” w 2007 roku. Teraz prawdopodobnie wrócą przed sąd.

Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik. Fot. screenshot / youtube, @MSWiARP

SN uchylił umorzenie sprawy osób z byłego kierownictwa CBA

Sąd Najwyższy uchylił umorzenie sprawy Mariusza Kamińskiego, Macieja Wąsika i innych osób z byłego kierownictwa CBA. Tym samym sprawa wróci do ponownego rozpatrzenia do sądu okręgowego. Kilka dni temu orzeczenie w tej sprawie wydał Trybunał Konstytucyjny. Stwierdził, że prawo łaski jest wyłączną i niepodlegającą kontroli kompetencją prezydenta, wywołującą ostateczne skutki prawne. Jednak Sąd Najwyższy uznał, że orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 2 czerwca bieżącego roku w sprawie sporu kompetencyjnego nie wywołało żadnych skutków prawnych.

W marcu 2015 roku Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście skazał w pierwszej instancji byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego i jego zastępcę Macieja Wąsika na 3 lata więzienia, między innymi za przekroczenie uprawnień i nielegalne działania operacyjne CBA podczas „afery gruntowej” w 2007 roku. Na kary po 2,5 roku skazano dwóch innych byłych członków kierownictwa CBA.

Andrzej Duda ułaskawił nieprawomocnie skazanych

W listopadzie 2015 roku, zanim Sąd Okręgowy w Warszawie zbadał ich apelacje, prezydent Andrzej Duda ułaskawił wszystkich czterech nieprawomocnie skazanych.

W marcu 2016 r. sąd okręgowy uchylił wyrok sądu rejonowego i wobec aktu łaski prezydenta umorzył sprawę. Od tego orzeczenia kasacje do SN złożyli oskarżyciele posiłkowi.

1 sierpnia 2017 roku postępowanie kasacyjne w SN w tej sprawie zostało zawieszone. SN uzasadnił wtedy swoją decyzję wszczęciem przez Trybunał Konstytucyjny sprawy sporu kompetencyjnego między SN a prezydentem w sprawie prawa łaski.

TK: prezydent miał prawo zastosować prawo łaski

W ubiegły piątek Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej orzekł, że prezydent miał prawo zastosować prawo łaski.

Dzisiaj Sąd Najwyższy uchylił umorzenie sprawy Mariusza Kamińskiego i innych szefów CBA. Procedowanie będzie kontynuowane przez sąd okręgowy. Mariusz Kamiński, obecny szef MSWiA, wróci przed sąd.


Marsz 4 czerwca dodał opozycji skrzydeł. Może okazać się punktem zwrotnym

Katarzyna Domagała-Pereira

Media w Niemczech relacjonowały warszawski Marsz 4 czerwca. Podkreślały jego masowy charakter i zjednoczenie się opozycji.

O Marszu 4 czerwca informowały w niedzielę wszystkie najważniejsze media w Niemczech.

Była to informacja, od której rozpoczęło się główne wydanie wiadomości w pierwszym programie telewizji publicznej ARD. Podkreślano, że masy zmobilizował Donald Tusk i ustawa powołująca komisję ds. zbadania rosyjskich wpływów. „Próba osłabienia przez rządzący PiS największego wroga tej partii – Donalda Tuska – w jesiennych wyborach parlamentarnych, może okazać się bumerangiem. Dzisiejsza demonstracja w Polsce jest jedną z największych od roku 1989” – komentowała reporterka ARD.

Marsz dodał opozycji skrzydeł

Dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” („FAZ”) zwraca uwagę, że Tuska Marsz „Nadziei” uskrzydlił partie opozycyjne.

„Chodzi o polską demokrację” – komentuje „FAZ” w poniedziałkowym wydaniu. Autor komentarza Reinhard Veser podkreśla „imponującą skalę demonstracji” przeciwko rządowi PiS. „Nie należy jednak na tej podstawie wnioskować o nastrojach w całej Polsce. Od czasu pierwszego zwycięstwa PiS w wyborach osiem lat temu jego przeciwnikom co rusz udawało się wyprowadzić na ulice bardzo dużo ludzi; nieraz więcej, niż się spodziewano. Mobilizacja ta nie była jednak oznaką zmiany nastrojów, ale wyrazem rosnącej polaryzacji polskiego społeczeństwa” – czytamy.

Sondaże przedwyborcze przewidują niezwykle wyrównany wyścig z niewielką przewagą PiS. Marsz 4 czerwca może być jednak punktem zwrotnym, ponieważ decydujący wpływ na planowany protest miał sam obóz rządowy.

Uchwalając „lex Tusk”, „PiS pokazał na krótko przed demonstracją, że opozycja nie przesadza, gdy twierdzi, że chodzi o obronę wolności i demokracji”. „Jedną ze słabości opozycji był do tej pory brak jedności. Jednak w obliczu ataku legislacyjnego na najsilniejszego polityka opozycji (…) zwarła ona swoje szeregi i jednocześnie poszerzyła bazę społeczną. (…) Jeśli partie opozycyjne zdołają utrzymać to do wyborów, PiS będzie trudno zwyciężyć” – komentuje Veser.

Masowa demonstracja

Dziennik „Sueddeutsche Zeitung” podkreśla, że na demonstrację zjechali ludzie z całej Polski. Podobne protesty odbyły się w innych miastach, m.in. w Krakowie, Szczecinie i Częstochowie. Warszawski marsz miał ponad półtora kilometra długości – informuje dziennik.

„Die Welt” zwraca uwagę na symboliczną datę – rocznicę pierwszych po II wojnie światowej częściowo wolnych wyborów parlamentarnych w 1989 roku, gdy o podziale 35 procent mandatów mogli zadecydować wyborcy. „Wybory w Polsce były jednocześnie początkiem politycznego zwrotu w Europie aż do upadku muru (berlińskiego)” – czytamy.

„Dziś także Polacy są na rozdrożu. Opozycja opowiada się za liberalną demokracją, podczas gdy rządząca partia PiS prowadzi kraj dalej do autorytaryzmu” – pisze z kolei lewicowy dziennik „Tageszeitung” („TAZ”). Relację z Marszu zatytułował: „Dla demokracji i wolności, przeciw PiS”.

„Berliner Zeitung” zwraca uwagę, że „opozycja apeluje o wolność, a rząd mówi o nienawiści”. PiS nazwał demonstrację „marszem nienawiści” i skrytykował wydarzenie jako antypolskie.

Kanał informacyjny TVP Info pokazywał w kółko wideo aktora Andrzeja Seweryna, wzywającego do przemocy wobec polityków PiS. Demonstracja miała również pokazać, że kraj walczy dla członkostwa w Unii Europejskiej – pisze stołeczny dziennik.


Ataki dronów na Rosję. „Nikt nie prosił Putina o rozpoczęcie wojny. Musi żyć z jej konsekwencjami”

Roman Gonczarenko

Roman Gonczarenko

W wojnie Rosji z Ukrainą rozpoczął się nowy etap. Operacje wojskowe coraz częściej mają miejsce na terytorium Rosji. Co się za tym kryje i jak reaguje Zachód?

Rosja kontynuuje zmasowany ostrzał Kijowa – tym razem pociskami rakietowymi. W czwartek wieczorem zginęły w jego wyniku dwie kobiety i dziecko. Z kolei z rosyjskiego regionu Biełgorod, który graniczy z Ukrainą, napływają doniesienia o ponownym ostrzale i prawdopodobnie kolejnym nalocie „Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego”, który operuje z terytorium Ukrainy. Według rosyjskich mediów dron został również zestrzelony w regionie Kaługi. Dzień wcześniej atak drona na Moskwę i jej okolice trafił na pierwsze strony gazet na całym świecie.

Do ataków z wykorzystaniem dronów dochodzi od prawie roku, głównie na obiekty infrastruktury wojskowej i energetycznej i to nie tylko na przyłączonych do Rosji terytoriach Ukrainy, w tym na Krymie, ale także w samej Federacji Rosyjskiej. Jednym z pierwszych celów była rafineria w obwodzie rostowskim w czerwcu 2022 roku. Ataki w głębi kraju są rzadsze. W grudniu dwukrotnie zaatakowano strategiczne lotnisko Engels w obwodzie saratowskim.

Co kryje się za atakami dronów na Moskwę?

Z reguły Ukraina nie bierze odpowiedzialności za takie ataki. Jednocześnie strona rosyjska zdecydowanie częściej atakuje całe terytorium Ukrainy, używając dronów i różnego rodzaju pocisków. Szkody i liczba ofiar są nieproporcjonalne. Jednak w ostatnim miesiącu ataki dronów i ostrzał terenów nieleżących bezpośrednio na linii frontu nasiliły się po obu stronach. Co się za tym kryje?

Opinie ekspertów na ten temat się różnią. Austriacki ekspert ds. Rosji Gerhard Mangott mówi o związku między atakiem dronów na Moskwę, ostrzałem rosyjskich obszarów przygranicznych i rozmieszczeniem tam „partyzantów” – tak opisuje bojowników jednostek paramilitarnych „Legion Wolności Rosji” i „Rosyjski Korpus Ochotniczy” – stacjonujących w Ukrainie, które rzekomo składają się z obywateli rosyjskich.

Efekt psychologiczny i militarny

– Oczywiście, strona ukraińska chce sprowadzić horror wojny także na Rosję. Chce dać tamtejszym ludziom do zrozumienia, że państwo nie jest w stanie ich chronić, ani w regionach przygranicznych, ani w Moskwie – mówi Mangott DW. Według niego podważa to próby Kremla „stworzenia wrażenia w rosyjskim społeczeństwie, że wojny w ogóle nie ma, że wszystko jest normalne”.

Z kolei berliński ekspert wojskowy Gustav Gressel z think tanku European Council on Foreign Relations uważa, że należy odróżnić ataki dronów od wydarzeń w Biełgorodzie. Ataki dronów na Moskwę są „instrumentami wojny psychologicznej, aby wyciągnąć rosyjskich oficjeli wczesnym rankiem z łóżka przy dźwiękach ostrzału”, powiedział Gressel w wywiadzie dla DW.

Z drugiej strony, historia z Biełgorodem i ataki w strefie przygranicznej są związane z kontrofensywą. Według Gressela Kijów chce zmusić Rosję do większego militarnego zabezpieczenia granicy z Ukrainą, w konserwencji czego Moskwa musiałaby wycofać wojska z Ukrainy. Czy zwiększy to szanse ukraińskich sił zbrojnych na sukces w kontrofensywie, stanie się jasne dopiero za kilka tygodni.

Reakcja Zachodu

Zachód reaguje powściągliwie na ostatnie wydarzenia. Rzecznik niemieckiego rządu powiedział w środę (31.05.2023), zapytany przez DW, że prawo międzynarodowe zezwala Ukrainie na atak na terytorium Rosji w samoobronie. Dodał jednak, że Berlin jest przeciwny użyciu do tego niemieckiej broni dostarczonej Kijowowi. Reakcja USA, głównego dostawcy broni dla Ukrainy, była podobna. Rzecznik Białego Domu John Kirby powiedział, że w atakach na Moskwę nie użyto amerykańskiej broni. Jednocześnie podkreślił, że USA „nie wspierają ataków wewnątrz Rosji”.

Wcześniej jednak przedstawiciele „Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego” wykorzystali amerykańskie pojazdy opancerzone w swoich atakach na terytorium Federacji Rosyjskiej. Gustav Gressel ma nadzieję, że coś takiego się nie powtórzy, „ponieważ mogłoby to zdenerwować w Waszyngtonie tych, którzy ostrzegają przed eskalacją. Zwłaszcza Biały Dom jest bardzo ostrożny, więc Kijów powinien być bardziej rozważny” – mówi Gressel. Jest on jednak przekonany, że „Ukraina ma prawo atakować cele w Rosji”. Jak mówi: „nikt nie prosił Putina o rozpoczęcie tej wojny. Teraz musi on żyć z jej konsekwencjami”.

F-16 jako środek odstraszający?

W kontekście rozszerzenia ataków na terytorium Rosji Oleg Ignatow, ekspert Międzynarodowej Grupy Kryzysowej, twierdzi, że Ukraina próbuje „podnieść cenę wojny dla Rosji”. Ignatow zauważa, że USA „mają duży wpływ na Ukrainę, ale nie w każdym obszarze”. Ekspert zakłada, że Waszyngton może przekonać Kijów, aby nie używał amerykańskiej broni, takiej jak systemy rakietowe HIMARS, do atakowania terytorium Rosji, ale nie więcej.

Pragnienie Kijowa, by otrzymać więcej broni od Zachodu, ma zatem przede wszystkim działać odstraszająco. Na niedawnym szczycie G7 w Japonii prezydent USA Joe Biden powiedział, że ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski obiecał nie używać myśliwców F-16, których Kijów domaga się od dawna, do ataków na terytorium Rosji. Jak dotąd zachodni partnerzy podjęli jedynie decyzję o szkoleniu ukraińskich pilotów, ale nie o dostarczeniu samych samolotów.

REDAKCJA POLECA

 


Kolejne oskarżenia przeciwko Tillowi Lindemannowi, wokaliście grupy Rammstein

DW / Tagesschau/jar

Kilka kobiet stawia nowe zarzuty wokaliście Rammstein, Tillowi Lindemannowi. W rozmowach z NDR i SZ opisują, jak celowo były rekrutowane do uprawiania z nim seksu – pisze Tagesschau.

Fot. Źródło: facebook.com/tilllindemann

Dwie kobiety 22-letnia Cynthia A. i 21-letnia Kaya R. w rozmowie ze stacją NDR oraz dziennikiem „Sueddeutsche Zeitung” (SZ) opisały sceny gwałtu, jakich dopuścił się wobec nich w 2020 roku wokalista zespołu Rammstein Till Lindemann.

Jak poinformował w piątek w ekskluzywnym materiale Tagesschau: „Obie kobiety wypowiadały się anonimowo przed kamerą i potwierdziły swoje zeznania pod przysięgą. Reporterom NDR i SZ zostały także udostępnione zeznania innych świadków, również złożone pod przysięgą, oraz wiele zapisów rozmów, które potwierdzają część zarzutów. Pytania NDR i SZ dotyczące konkretnych zarzutów skierowane do Lindemanna i jego zespołu pozostały bez odpowiedzi”.

Specjalne imprezy dla wokalisty

Badania przeprowadzone przez NDR i SZ po raz pierwszy szczegółowo opisują system nawiązywania kontaktów. Ponad tuzin kobiet opowiada w rozmowach z reporterami o tym, jak były celowo nagabywane przez kilka osób z otoczenia Lindemanna, często za pośrednictwem Instagrama lub na samych koncertach, aby przyjść na specjalnie zorganizowane po koncercie imprezy, dedykowane wokaliście. Miało to miejsce w różnych miastach w całej Europie i zawsze według tego samego schematu. „Kobiety zostały poproszone o wcześniejsze przesłanie swoich zdjęć lub na miejscu robiono im zdjęcia i nagrania wideo. Przedtem miały zadbać o atrakcyjny wygląd i stosowny ubiór”– informuje Tagesschau.

Stosunek płciowy warunkiem

„Jedna z kobiet relacjonuje, że dano jej jasno do zrozumienia, iż dostęp do koncertu i do imprezy po koncercie jest możliwy tylko w przypadku zainteresowania odbyciem stosunku płciowego z Lindemannem oraz że 60-letni już Lindemann chciałby mieć przy sobie tylko bardzo młode kobiety” – pisze dalej portalTagesschau. Często jednak nie pytano zaproszonych kobiet o wiek, pomimo tego, że na imprezach oferowano im za darmo alkohol i nielegalne narkotyki.

Jak podaje dalej Tagesschau, wiele z tych kobiet potwierdziło swoje relacje zeznaniami złożonymi pod przysięgą. Ich relacje potwierdzają także liczne zrzuty ekranu rozmów na WhatsAppie i na Instagramie oraz zdjęcia.

Ani Lindemann, ani kierownictwo zespołu Rammstein nie ustosunkowali się do pytań NDR i SZ. Również osoby, które nagabywały kobiety, nie odpowiedziały na zapytania reporterów.

Zespół odpiera zarzuty

Kilka dni temu 24-letnia Irlandka Shelby Lynn zarzuciła frontmanowi grupy Rammstein na marginesie koncertu podanie jej substancji odurzających i przemoc. Zespół dotychczas odrzucał te oskarżenia jako nieprawdziwe. Po tym wydarzeniu liczne kobiety wyraziły solidarność z Lynn w mediach społecznościowych. Jednocześnie pojawiła się ogromna kampania kobiet, które solidaryzują się z zespołem Rammstein przy pomocy setek filmów i postów na Twitterze, Instagramie i YouTube.

Tymczasem NDR i SZ mają zrzut ekranu grupy WhatsApp, który pokazuje, że kobieta z bliskiego otoczenia Lindemanna podsycała tę kampanię i sugerowała kobietom odpowiednie sformułowania i hashtagi. Z powodu tej kampanii kobiety, z którymi rozmawiali dziennikarze NDR i SZ, zdecydowały się pozostać anonimowe.

Niemiecki zespół metalowy Rammstein rozpoczął w ubiegły poniedziałek europejską trasę koncertową. Pierwszy z 20 koncertów w ramach „Europa Stadion Tour 2023″ odbył się w Wilnie. To właśnie tego występu dotyczą oskarżenia wystosowane przez Irlandkę Shelby Lynn.

REDAKCJA POLECA